Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Przegląd mediów: GKS Katowice wystrzelił (się) w kosmos
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Dla drużyn kobiecej i męskiej ogłoszono plan przygotowań do rundy wiosennej rozgrywek. Dziennik Zachodni podsumował kończący się rok w wykonaniu piłkarzy GieKSy. Miasto kolejny raz ogłosiło przetarg na budowę boisk treningowych „pod balonem” na terenie Bukowej. Bramka strzelona Cracovii przez Adriana Błąda została uznana za najpiękniejszy gol Ekstraklasy. W sprzedaży pojawił się IV tom „Monografii sekcji piłkarskiej GKS Katowice” – do kupienia w oficjalnym sklepie kibiców Blaszok i oficjalnym sklepie klubowym. Media donoszą o zainteresowaniu klubu piłkarzem Rakowa – Benem Ledermanem oraz zakończeniem formalności z przedłużeniem kontraktu Märtena Kuuska.
Drużyna siatkarzy rozegrała w ubiegłym tygodniu jedno spotkanie – przegrane 1:3 ze Stalą Nysa. Następny mecz rozegramy 30 grudnia o 20:30 na wyjeździe ze Jastrzębskim Węglem.
Hokeiści w ubiegłym tygodniu rozegrali trzy spotkania. Zespół kolejno pokonał GKS Tychy i JKH GKS Jastrzębie po 3:2 (z JKH po dogrywce) oraz przegrał z Energą Toruń 3:4 (po rzutach karnych). W najbliższą sobotę drużyna rozpocznie zmagania o Puchar Polski. Spotkanie z GKS Tychy rozpocznie się o godzinie 17:30 28 grudnia w Krynicy. Klub podpisał kontrakt z obrońcą Johanem Norbergem.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Plan zimowych sparingów GKS-u Katowice
Mistrzynie jesieni ogłosiły plan przygotowań do rundy wiosennej. Piłkarki GKS-u Katowice zagrają pięć gier kontrolnych.
Mistrzynie jesieni wznowią treningi drużynowe 10 stycznia, a dwa dni wcześniej odbędą testy motoryczne na katowickich obiektach. Od 15 do 18 stycznia podopieczne Karoliny Koch będą przebywać na zgrupowaniu w Bielsku – Białej, które zainaugurują meczem z tamtejszym Rekordem.
Piłkarki GKS-u Katowice zmierzą się na wyjeździe z dwoma czeskimi ekipami: Slavią Praga i Spartą Praga. W ostatniej grze kontrolnej przed startem Orlen Ekstraligi podejmą u siebie zespół Górnika Łęczna.
Plan sparingów GKS-u Katowice:
15 stycznia: Rekord Bielsko-Biała
15-18 stycznia: obóz w Bielsku-Białej
25 stycznia: Grot SMS Łódź
1 lutego: Slavia Praga
8 lutego: Sparta Praga
22 lutego: Górnik Łęczna
transfery.info – OFICJALNIE: Plan przygotowań GKS-u Katowice do rundy wiosennej Ekstraklasy
GKS Katowice w trakcie zimowej przerwy w rozgrywkach zaplanował zgrupowania w Polsce i Turcji.
[…] Do wspólnych treningów jej zawodnicy powrócą 3 stycznia. Najpierw będą uczestniczyć w testach motorycznych, a następnie pojadą na trzydniowe zgrupowanie do Buska-Zdroju, po czym wznowią zajęcia na obiektach własnego klubu.
11 stycznia wezmą zaś udział w drugiej edycji towarzyskiego turnieju Spodek Super Cup wraz między innymi z Górnikiem Zabrze, czeskim Baníkiem Ostrawa, słowackim Spartakiem Trnawa czy drużyną gwiazd Superbet pod wodzą Sławomira Peszki. Pojawią się tam również Jerzy Dudek, Martin Škrtel i Marek Jankulovski.
Następnego dnia piłkarze beniaminka Ekstraklasy udadzą się na dwutygodniowy obóz treningowy w położonej nad Morzem Śródziemnym tureckiej Larze. Zmierzą się tam w sparingach z węgierskim Nyíregyháza Spartacus FC, ukraińskim Weresem Równe i bułgarską Ardą Kyrdżali. Czwarty przeciwnik nie jest jeszcze znany.
[…] Plan zimowych przygotowań GKS-u Katowice:
3 stycznia – powrót do treningów
6-8 stycznia – zgrupowanie w Busku-Zdroju
11 stycznia – Spodek Super Cup
12-25 stycznia – zgrupowanie w Larze
14 stycznia – sparing (przeciwnik w trakcie ustalania)
17 stycznia – sparing z Nyíregyháza Spartacus FC
21 stycznia – sparing z Weresem Równe
24 stycznia – sparing z Ardą Kyrdżali
31 stycznia – mecz 19. kolejki Ekstraklasy GKS Katowice – Stal Mielec
dziennikzachodni.pl – Rafał Musioł: GKS Katowice w 2024 roku wystrzelił (się) w kosmos. Czego i Państwu serdecznie życzymy na nadchodzące dwanaście miesięcy
GKS Katowice 2024 rok powitał jako jedenasty zespół w tabeli I ligi, a żegna na dziesiątym miejscu w Ekstraklasie. Ekipa z Bukowej udowodniła, że nie ma rzeczy niemożliwych.
Konia z rzędem albo renifera z saniami temu, kto rok temu o tej porze wierzył w piłkarski cud z udziałem GKS Katowice. Zespół Rafała Góraka zasiadał do świątecznego stołu w mrokach dolnych stanów pierwszej ligi i miał niemal tak samo blisko do strefy spadkowej, jak daleko do miejsc dających chociażby barażową nadzieję na awans do elity. Krótko mówiąc AD 2024 zapowiadał się jako kontynuacja szarego serialu, jaki na Bukowej trwał od czasów niechlubnego pożegnania z Ekstraklasą. Na włosku wisiała też posada samego szkoleniowca, którego kibice po każdym meczu żegnali apelem o spakowanie walizek.
Po Sylwestrze i obozie przygotowawczym zaczęły dziać się cuda. Najpierw z mozołem i nieco ociężali GieKSa zaczęła się rozpędzać, ale gdy już nabrała tempa zaczęła też dostawać prezenty w postaci wpadek konkurentów. I nagle zaczęło pachnieć barażami, będącymi jeszcze niedawno szczytem marzeń. Wtedy nastąpił jednak cud finałowy. Czy ktoś jeszcze pamięta, że na cztery kolejki przed końcem katowiczanie do drugiej w tabeli Arki tracili osiem punktów, na dwie – sześć, a w ostatnim bezpośrednim starciu w Gdyni urządzało ich tylko zwycięstwo? A jednak GKS dokonał niemożliwego i spotkanie nad morzem wygrał dzięki platynowej bramce Adriana Błąda.
W ten sposób 20 lipca na Bukowej po dziewiętnastoletniej przerwie znów pojawiła się Ekstraklasa. Firmowana przez prezesa Krzysztofa Nowaka, który wcześniej z piłką nie miał nic wspólnego, odsądzanego od czci i wiary trenera Rafała Góraka, piłkarzy z jakimi nie wiązano już żadnych nadziei i mocno postponowanych nawet przez prezydenta miasta (słynne zdania o tym, czego im brakuje w przeciwieństwie do piłkarek), a także nagle odnalezionych kibiców wypełniających puste do tej pory trybuny. No i przez stadion powoli przechodzący do historii, a będący najlepszą możliwą scenerią, by spiąć w klamrę opowieść z blisko dwóch dekad sportowego zesłania.
Fani GKS przekonali się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Teraz czas na nas wszystkich. Właśnie takich życiowych – z pozoru nierealnych, a jednak spełnionych – scenariuszy i Państwo z okazji Świąt życzę w imieniu nie tylko działu sportowego, ale i całej redakcji Dziennika Zachodniego.
Dzieci trenujące w GKS Katowice będą miały całoroczne boisko treningowe. Właśnie ogłoszono przetarg na nowy plac do gry przykryty balonem
Dzieci trenujące w Akademii Młodej GieKSy będą miały nowe boisko treningowe. Powstanie ono przy ul. Bukowej i będzie można z niego korzystać przez cały rok. Wszystko dzięki specjalnej pneumatycznej hali z ogrzewaniem i systemem oświetlenia, które pozwoli użytkować boisko również w okresie zimowym.
Władze Katowic po raz trzeci ogłosiły przetarg w sprawie wybudowania przy ul. Bukowej całorocznego boiska. Dwa poprzednie nie zostały rozstrzygnięte ze względu na znaczne przekroczenie zakładanych kosztów inwestycji. Na początku tego roku oferty przekroczyły zakładany budżet o 1,8 mln zł, natomiast w kolejnym postępowaniu o 1,2 mln zł.
Chcąc za wszelką cenę wybudować nowe boisko dla dzieci trenujących w Akademii Młodej GieKSy, zwłaszcza że jest ono dofinansowywane ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej, władze miasta postanowi o przesunięciu zadania w czasie i zmianie jego zakresu. Ogłoszony właśnie przetarg zakłada realizację głównego zadania, czyli boiska treningowego wraz z halą pneumatyczną, natomiast odstąpiono od wykonania terenów treningowych z trawy naturalnej z systemem drenażu i zraszania, a także z wykonania nowego ogrodzenia i chodnika wzdłuż niego.
– Aby zwiększyć komfort treningów najmłodszych sportowców rozwijamy naszą infrastrukturę m.in do potrzeb Akademii Młodej Gieksy, w której na co dzień trenuje ponad 600 dzieci. Ogłaszamy przetarg na nowe boisko treningowe, które będzie zadaszane tzw. balonem – powiedział Marcin Krupa, prezydent Katowic.
Celem inwestycji jest stworzenie jak najlepszych warunków do całorocznego treningu na zewnątrz, niezależnie od pogody i pory roku. Najpierw powstanie boisko piłkarskie z nawierzchnią ze sztucznej trawy, systemem drenażu, oświetleniem zewnętrznym, ogrodzeniem z piłkochwytami. Jego całkowita wielkość to 30×62 m, podczas gdy wymiary pola gry wyniosą 26x56m. To właśnie to boisko będzie przy niekorzystnych warunkach atmosferycznych zakrywane halą pneumatyczną o wysokości do 9 metrów.
– Hala, nazywana też balonem, to system trzech powłok z oplotem sieci lin stalowych, które są przytwierdzane do podłoża kotwami gruntowymi. Hala oczywiście zostanie wyposażona w oświetlenie, ale również w urządzenia grzewczo-nadmuchowe, co pozwala utrzymać w środku optymalną temperaturę do gry nawet przy niekorzystnej pogodzie – stwierdził Jarosław Łuczyński, dyrektor działu inwestycji kubaturowych w spółce Katowickie Inwestycje S.A., która w imieniu miasta pełni rolę inwestora zastępczego.
Nowy obiekt powstanie obok istniejących już boisk treningowych przy ul. Bukowej, na terenie wykorzystywanym między innymi podczas rozgrzewek. Czas na wykonanie dokumentacji projektowej z uzyskaniem wszelkich uzgodnień i decyzji administracyjnych oraz wykonanie prac budowlanych będzie wynosił 14 miesięcy, ale najpierw musi zostać rozstrzygnięty przetarg.
Planowane otwarcie ofert to 10 stycznia, po czym komisja przetargowa dokona ich analizy. Co istotne, nowy obiekt będzie pozbawiony barier architektonicznych dla osób z niepełnosprawnościami i umożliwi prowadzenie zajęć między innymi w takich dyscyplinach jak AMP Futbol czy Blind Football.
wkatowicach.eu – Adrian Błąd z najpiękniejszym golem Ekstraklasy w 2024
Kibice GieKSy nie mieli co do tego wątpliwości od dawna! Bramka Adriana Błąda z meczu w Krakowie to najpięknieszy gol Ekstraklasy w mijającym roku. Niezwykłej urody trafienie zrobiło wrażenie na autorach zestawienia najładniejszych bramek Ekstraklasy w 2024 roku.
Wyjazdowe spotkanie GKS-u Katowice z Cracovią było jednym z najbardziej emocjonujących starć rundy jesiennej sezonu 2024/25 PKO BP Ekstraklasy. GieKSa wygrała 4:3 po bramce Sebastiana Milewskiego w ostatniej akcji meczu. W 62. minucie tego spotkania Adrian Błąd popisał się spektakularnym uderzeniem z 30. metrów. Piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła do bramki rywala, dając GKS-owi prowadzenie 3:1.
Na kanale YouTube PKO BP Ekstraklasy pojawiło się zestawienie dziesięciu najładniejszych goli całego 2024 roku. Trafienie Adriana Błąda znalazło się na 1. miejscu!
transfery.info – Z Rakowa Częstochowa do GKS-u Katowice?!
GKS Katowice dołącza do grona zainteresowany usługami Bena Ledermana – poinformował Tomasz Włodarczyk. Wcześniej łączono go z Arką Gdynia oraz Zagłębiem Lubin.
Ben Lederman to niewątpliwie spory talent. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zasłużył sobie na powołanie do pierwszej reprezentacji Polski. Swego czasu w układance widział go ówczesny selekcjoner, Fernando Santos. Oczekiwano wtedy, że 24-latek będzie nie tylko przyszłością drużyny narodowej, ale też ciekawą opcją na zarobek jednokrotnego mistrza kraju.
Poważne kontuzje jednak mocno podkopały jego karierę. Z tego powodu jego przygoda z futbolem mocno wyhamowała i obecnie Marek Papszun nieszczególnie widzi dla niego miejsce w swoich barwach. Kontrakt z kolei ma ważny tylko do 30 czerwca 2025 roku, a zatem stanowi łakomy kąsek dla ewentualnych nabywców.
Ciekawą opcję mogła stanowić dla niego Arka Gdynia, gdzie powędrował doskonale znany mu trener Dawid Szwarga. Pierwszoligowiec ma jednak pokaźną konkurencją i to z Ekstraklasy.
Ostatnio pojawiły się w przestrzeni publicznej takie kluby jak Zagłębie Lubin czy Motor Lublin. Teraz z kolei dołącza do nich też GKS Katowice. Według wieści Tomasza Włodarczyka beniaminek również ma chrapkę na wychowanka FC Barcelony i nie jest wcale powiedziane, że stoi na straconej pozycji.
Tam nie byłby zresztą osamotniony, ponieważ kilka miesięcy wcześniej podobną drogę obrał przecież Bartosz Nowak.
Ben Lederman w obecnym sezonie może pochwalić się łącznie czterema występami, co w ogólnym rozrachunku daje 148 minut.
GKS Katowice zatrzyma ważnego zawodnika
GKS Katowice lada chwila dopełni wszelkich formalności związanych z przedłużeniem kontraktu Märtena Kuuska – podaje Piotr Koźmiński w programie „Nasz news” na kanale Goal.pl.
Estończyk zasilił szeregi zespołu dowodzonego przez trenera Rafała Góraka na początku tego roku w ramach transakcji gotówkowej wartej 200 tysięcy euro z węgierskiego Újpest FC.
Zainwestowane w pozyskanie zawodnika pieniądze szybko zaczęły się zwracać. Na przestrzeni kolejnych miesięcy 28-latek dołożył cegiełkę do olbrzymiego sukcesu, jakim dla katowickiego klubu był awans do Ekstraklasy, a obecnie jest graczem podstawowego składu w zespole beniaminka na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. W ramach jesiennych zmagań zanotował łącznie 14 występów, z czego aż jedenaście od pierwszej minuty.
Umowa środkowego defensora obowiązuje do 30 czerwca 2025 roku, lecz fani „GieKSy” nie mają się obawiać. Piotr Koźmiński w programie „Nasz news” na kanale Goal.pl zdradził, że kontrakt piłkarza lada chwila zostanie przedłużony.
To niewątpliwie kluczowa informacja przed startem przygotowań do rundy wiosennej, w ramach której podopieczni Rafała Góraka przystąpią do rywalizacji z dziesiątej lokaty w ligowej tabeli.
SIATKÓWKA
siatka.org – Spadek GKS-u przesądzony? Utrzymanie znacząco się oddaliło
Na zakończenie 17. kolejki PlusLigi doszło do bardzo ważnego spotkania w dolnej części tabeli. PSG Stal Nysa podejmowała GKS Katowice. Zwycięzca został wyłoniony po czterech setach. Stalowcy sięgnęli po bardzo ważny komplet punktów, odjeżdżając strefie spadkowej na trzy oczka. Całkowicie pod kreską jest GieKSa, która do Stali traci już 9 punktów. MVP meczu wybrany został Michał Gierżot.
Lepiej w mecz weszli gospodarze, którzy po asie Dominika Kramczyńskiego prowadzili 5:3. Chociaż Michał Gierżot miał problemy ze skończeniem akcji, punktowanie nadrabiali środkowi. Dodatkowo katowiczanie popełniali liczne błędy, przy stanie 10:5 interweniował trener Siewiorek. Z czasem dystans pozostawał wyraźny. Coraz pewniej punktował Gierżot, swoje akcje kończył również Wojciech Włodarczyk. Ze zmiennym szczęściem atakował Damian Domagała. Po asie Dawida Dulskiego było już 20:15. Celne zagrania Włodarczyka dały ostatnie punkty gospodarzom.
Choć po ataku Kisiluka GKS prowadził 3:1, gospodarze szybko wyrównali (3:3). Po fragmencie wyrównanej walki do głosu ponownie zaczęli dochodzić katowiczanie. Raz za razem punktował Łukasz Usowicz i przy stanie 15:12 dla GKS-u o czas poprosił trener gospodarzy. Katowiczanie kontynuowali skuteczną grę, dystans utrzymywał się. Gdy asa posłał Bartosz Gomułka, ponownie interweniował trener Petrella. W końcówce ręki w ataku nie wstrzymywał Kisiluk. Zagranie Usowicza przez środek zakończyło seta.
Z nową energią w trzecią odsłonę weszli siatkarze Stali. Mimo starań Aymena Bouguerry to gospodarze pozostawali na prowadzeniu. Po błędzie Usowicza interweniował trener Siewiorek (11:8). Skuteczność utrzymywali Dulski i Gierżot. Mimo roszad w składzie gra GKS-u nie poprawiała się. Ze zmiennym szczęściem atakował Domagała. Katowiczanie nie byli w stanie zatrzymać rozpędzonych rywali. Swobodny atak Dulskiego i błąd Gomułki sprawiły, że Stal wygrała tę odsłonę do 15.
Na początku czwartego seta nie brakowało przedłużonych wymian. Po asach Gierżota Stal odskoczyła na 8:5 i o czas poprosił trener Siewiorek. Nie wybiło to z rytmu gospodarzy, po chwili przyjmujący dołożył kolejnego asa (11:5). Trener Siewiorek wprowadzał zmienników. Dopiero w kolejnej akcji Gierżot zaatakował w aut (11:6). W środkowej fazie seta nastąpiła seria zepsutych zagrywek (14:9, 16:10). W dalszej części poderwać do walki gości starał się Kisiluk. Seria przy zagrywkach Krulickiego pozwoliła zmniejszyć dystans. Po bloku na Włodarczyku interweniował trener Petrella (18:16). Dopiero po przerwie skutecznie zaatakował Dulski. Od tego momentu Stal odzyskała rezon. W końcówce Kapica zmienił Zerbę i posłał dwa asy (24:19). Podwójny blok na Gibku rozstrzygnął spotkanie.
PSG Stal Nysa – GKS Katowice 3:1 (25:16, 20:25, 25:15, 25:19)
HOKEJ
hokej.net – GieKSa ma nowego obrońcę! Dotychczas grał tylko w ojczyźnie
Johan Norberg dołączył do GKS-u Katowice. 22-letni defensor podpisał umowę obowiązującą do końca sezonu 2024/2025.
Norberg jest obrońcą o typowo defensywnym profilu. Nie boi się twardej i ofiarnej gry, a także dysponuje dobrymi warunkami fizycznymi (188 cm, 90 kg), z których potrafi zrobić użytek.
Całą swoją dotychczasową karierę spędził w Szwecji, gdzie występował na bezpośrednich zapleczach SHL. W jego CV można znaleźć 22 spotkania w HockeyAllsvenskan, w których zaliczył jedną asystę.
Częściej występował w HockeyEttan (trzeci poziom rozgrywkowy). W 90 starciach strzelił 4 gole i zanotował 4 asysty. Sędziowie nałożyli na niego 90 minut karnych.
Nowy obrońca katowiczan spędził ostatnie dwa lata w Vimmerby HC, z którym w sezonie 2023/2024 wywalczył awans z ligi HockeyEttan do HockeyAllsvenskan. Z tego klubu był też wypożyczany m. in. do Västerviks IK i Tranås AIF. W obecnym sezonie ligowym Johan Norberg zagrał w 21 ligowych meczach, zdobywając w nich jedną bramkę i notując jedną asystę. Na ławce kar spędził 12 minut.
– W obliczu dłuższej absencji Arkadiusza Kostka zdecydowaliśmy się uzupełnić szeregi obronne i zakontraktować Johana Norberga. To młody, ambitny zawodnik posiadający dobre warunki fizyczne. Liczymy na to, że szybko wkomponuje się do zespołu i pomoże nam już w nadchodzących meczach – powiedział Roch Bogłowski, dyrektor hokejowej sekcji GieKSy.
Derby dla GieKSy! Była walka do końca
W ramach 31. kolejki TAURON Hokej Ligi tyszanie ulegli na własnym obiekcie GKS-owi Katowice 2:3. Było to pierwsze zwycięstwo podopiecznych Jacka Płachty nad trójkolorowymi w tym sezonie.
Od pierwszych minut było widać, że rywalizacja będzie zacięta. Alan Łyszczarczyk i Mateusz Gościński szybko oddali kąśliwe strzały, jednak John Murray nie dał się zaskoczyć. Mimo znacznej przewagi gospodarzy, to katowiczanie otworzyli wynik spotkania. Strzelcem pierwszej bramki został Igor Smal, który przymierzył spod linii niebieskiej. Chwilę później podopieczni Jacka Płachty podwyższyli prowadzenie na 2:0 grając w przewadze. Po strzale z dystansu Aleksiego Varttinena kij dołożył Jean Dupuy, posyłając gumę między słupki Tomáša Fučíka.
W 110. sekundzie drugiej tercji kontaktową bramkę, tuż po zakończeniu przewagi, zdobył Alan Łyszczarczyk. Tyski skrzydłowy oddał celny strzał z niebieskiej linii wykorzystując błąd Johna Murraya. Trójkolorowi nie zwalniali tempa i cały czas tworzyli dogodne sytuacje. Bramka wisiała w powietrzu. Ekipie z de Gaulle’a ewidentnie brakowało szczęścia. Dogodnej okazji nie wykorzystał Bartosz Ciura, a uderzony przez niego krążek przeleciał nad bramką. Na ponad minutę przed końcem drugiej tercji tyszanie wyrównali po trafieniu Heljanki.Ale18 sekund przed syreną kończącą drugą tercję huknął Bartosz Fraszko i goście prowadzili 3:2.
Trzecia tercja była obustronną walką o gola, ale optyczną przewagę mieli podopieczni Pekki Tirkkonena. Goście skutecznie neutralizowali te ataki. Lider tabeli uległ katowiczanom, którzy awansowali na trzecie miejsce.
Świąteczne derby łupem GieKSy
GKS Katowice pokonał po dogrywce JKH GKS Jastrzębie 3:2. Autorem złotego gola w 63. minucie spotkania był Stephen Anderson. Dzięki odniesionemu zwycięstwu GieKSa nie tylko umocniła się na trzecim miejscu, lecz zbliżyła się na jeden punkt do Re-Plast Unii Oświęcim.
W obecnym sezonie pojedynki pomiędzy GKS-em Katowice, a JKH GKS-em Jastrzębie są gwarancją solidnej dawki hokejowych emocji. W trzech dotychczas rozegranych spotkaniach padły aż 22 bramki. Wysoka była również stawka świątecznego meczu w Katowicach. Obie ekipy pozostają bowiem w bezpośrednim sąsiedztwie w ligowej tabeli, rywalizując o trzecią lokatę. Wicemistrzowie Polski przystąpili do dzisiejszego pojedynku uskrzydleni wygraną nad liderem. Podopiecznym Jacka Płachty udało się przełamać „tyski kompleks” i w poprzedniej serii spotkań odnieśli pierwsze w obecnym sezonie zwycięstwo nad lokalnym rywalem.
Na wrażenia w derbowym pojedynku nie przyszło nam długo czekać . Już w 25. sekundzie arbitrzy do boksu kar oddelegowali Pontusa Englunda. Nieco ponad trzydziestu sekund potrzebowali goście, aby zamienić liczebną przewagę na bramkę. Maciej Urbanowicz po świetnym podaniu Emila Bagina skierował gumę do siatki, otwierając wynik spotkania. Kolejne minuty owocowały przyjemnym dla oka pojedynkiem. Zawodnicy w głównej mierze skupieni jednak byli na walce o krążek, w związku z czym sędziowie nie mieli większych powodów aby ingerować w grę. Mocniej do przejęcia kontroli nad wydarzeniami na lodzie dążyli gospodarze, którzy coraz swobodniej czuli się w tercji rywala. Podopiecznym Jacka Płachta brakowało jednak zimnej krwi przy wykańczaniu akcji. Ofensywy impas GieKSy przełamał w 10. minucie Patryk Wronka, precyzyjnym uderzeniem z nadgarstka pokonując Macieja Miarkę.
Do drugiej odsłony podopieczni Róberta Kalábera zmuszeni byli przystąpić w liczebnym osłabieniu, bowiem u schyłku pierwszej tercji karą mniejszą wykluczony został Łukasz Nalewajka. Choć przyjezdnym udało się wybronić osłabienie, to chwilę po wyrównaniu formacji GieKSa objęła prowadzenie. Za bramką Macieja Miarki krążek przejął Grzegorz Pasiut. Kapitan GieKSy dostrzegł najeżdżającego Pontusa Englunda, który zaadresował gumę do jastrzębskiej bramki. Radość z objętego prowadzenie w katowickim obozie zgasił jednak już 40 sekund później Teemu Pulkkinen. Fiński skrzydłowy wykańczając dwójkowy kontratak gości doprowadził do błyskawicznego wyrównania.
Trzecia tercja upłynęła w charakterystycznym dla katowicko-jastrzębskich pojedynków stylu. Obie strony wyrażały spory apetyt do zdobycia bramki. Gra utrzymywana była w szybkim tempie, a charakteru wydarzeniom na lodzie dodawały trzeszczące bandy. Do 60. minuty żadna z ekip nie zdołała jednak przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę, wobec czego konieczne było rozegranie dogrywki. W tej decydujący cios zadał w 63. minucie Bartosz Fraszko.
Norberg: Atmosfera w „Satelicie” jest szalona. Nawet nie słyszałem się z Travisem
GKS Katowice wzmocnił swoją defensywę kontraktując Johana Norberga. Po zakończonym spotkaniu z JKH GKS-em Jastrzębie (3:2 d.) Szwed podzielił się z naszą redakcją swoimi wrażeniami związanymi z pierwszymi występami na polskich taflach. 22-latek przedstawił się jako niestroniący od twardej gry defensor, który potrafi odpłacić się rywalom.
HOKEJ.NET:–Masz za sobą dwa rozegrane spotkania na taflach TAURON Hokej Ligi. Czy te pierwsze doświadczenia są zgodne z tym, czego oczekiwałeś przenosząc się do Polski?
:–Póki co mam same pozytywne odczucia. Sądziłem, że styl gry w Polsce będzie opierał ostrej walce, spodziewałem się, że nie będzie brakować szorstkich zagrań. Tymczasem wydarzenia na lodzie toczą się tutaj naprawdę szybko, gra jest bardzo fizyczna. Dlatego szybko się do takich warunków zaadoptowałem. Nie mam w sobie ofensywnych zapędów. Moim naturalnym środowiskiem jest tercja obronna, tam staram się wykonywać swoją pracę i po prostu podążać za akcją ofensywną, gdy jest taka potrzeba. Więc z perspektywy tych dwóch spotkań mogę powiedzieć, że transfer do polskiej ligi wydaje się być dobrym ruchem.
Zatem możesz się przedstawić kibicom jako ciężko pracujący w tercji obronnej zawodnik, który nie będzie się bał rywalizacji w twardych spotkaniach?
– Właśnie takie mecze uwielbiam, kiedy zawodnicy nie szczędzą sobie wzajemnie uderzeń, a na lodzie dochodzi do konfrontacji. Lubię stawiać czoła takim twardym pojedynkom. Jeżeli ktoś wystosuje wobec mnie uderzenie, musi się spodziewać, że jestem gościem, który odpowie tym samym.
Jak doszło do tego, że zdecydowałeś się dołączyć właśnie do GKS-u Katowice? Konfrontowałeś opinie na temat ligi i samego klubu z zawodnikami, którzy grali tutaj wcześniej?-
– Wraz jednym ze Szwedów występujących w Polsce mamy wspólnego agenta, więc kontaktujemy się ze sobą, jednak nie znaliśmy się i nie rozmawialiśmy wcześniej. Wiem, że gra tutaj również jeszcze jeden zawodnik, z którym mam wspólne doświadczenia z czasów gry w Szwecji.
GKS to Twój pierwszy zagraniczny klub. Dołączenie do nowego zespołu w trakcie rozgrywek może być dla Ciebie dodatkowym wyzwaniem, czy nawet swego rodzaju trudnością?
– Z pewnością, domyślam się, że oczekiwania wobec mnie są dosyć wysokie. Jednak robię co w mojej mocy aby im sprostać i zyskać uznanie kibiców.
Pozostając w kwestii kibiców. Zadebiutowałeś dzisiaj w „Satelicie”, co możesz powiedzieć o atmosferze tutaj panującej podczas domowych spotkań?
– Była na prawdę szalona. Próbowałem się komunikować z występującym ze mną w jednej formacji Travisem, jednak kompletnie go nie słyszałem. Jest tutaj naprawdę głośno, bardzo mi się to podoba. Zostałem przez wszystkich świetnie przywitany, czy to w mediach społecznościowych czy w bezpośrednim kontakcie. To na prawdę miłe.
Pomimo świątecznego czasu czekają was kolejne wyzwania z rywalizacją w Pucharze Polski na czele. Jesteście gotowi by stawić czoła kolejny raz silnemu GKS-owi Tychy?
– Jesteśmy gotowi w stu procentach na każde spotkanie. Będziemy robić co w naszej mocy, trzymając rękę na pulsie i będąc ciągłym utrapieniem dla rywala. Poza tym uwielbiam smak derbowego zwycięstwa.
Przedświąteczna końska dawka emocji w Toruniu. Gospodarze pokonują wicemistrzów po karnych!
Hokeiści KH Energi Toruń zwyciężyli w meczu 33. kolejki TAURON Hokej Ligi 4:3 po rzutach karnych z ekipą GKS-u Katowice. Gospodarze zwyciężyli dzięki stuprocentowej skuteczności dopiero w serii rzutów karnych, mimo że wcześniej prowadzili już nawet 3:0. Katowiczanie pomimo świetnego comebacku w trzeciej odsłonie nie byli w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę.
Pierwsza tercja przyniosła ogromne emocje wszystkim zgromadzonym na toruńskim lodowisku, a trzeba przyznać, że “TorTor” zapełnił się praktycznie do ostatniego miejsca.
Wyjątkowy, bo przedświąteczny i ostatni w 2024 roku mecz toruńskiej ekipy zaczęli lepiej gospodarze, którzy raz po raz starali się wykorzystać niepewną na początku spotkania defensywę GieKSy.
Ta sztuka udała się w końcu już w 4. minucie, kiedy po stracie krążka przez defensorów ten znalazł się w posiadaniu Baszyrowa, który bardzo ładnie wymanewrował Murraya i umieścił gumę w siatce.
Oprócz wybuchu radości ta bramka sprawiła również deszcz pluszaków, które powędrowały na lodową taflę, w ramach corocznej akcji Teddy Bear Toss. Po dłuższej przerwie na sprzątanie lodu po pluszakach byliśmy gotowi wrócić do emocji.
W dalszej części pierwszej odsłony przyjezdni z Katowic ruszyli do ataku, ale byli przy tym dość nieskuteczni, a na domiar złego łapali kary i dawali szansę miejscowym na odskoczenie z wynikiem.
John Murray był jednak innego zdania i głównie dzięki niemu torunianom nie udało się już zaskoczyć katowickiej obrony w pierwszej odsłonie. Goście również mieli swoje szanse zarówno w przewadze, jak i przy grze w regulaminowych zestawieniach, ale Svensson również nie dał się zaskoczyć do końca pierwszej odsłony.
Druga odsłona to dalsza część w której torunianie prezentowali naprawdę dobry hokej. I udowodnili to po raz kolejny, kiedy świetną wymianę podań na bramkę zamienił Worona w 25. minucie starcia.
Katowiczanie byli w coraz gorszej sytuacji, ale im dalej w ten mecz tym mniej groźne wydawały się próby katowiczan, a gospodarze raz za razem kąsali w kontrach po których świetnymi interwencjami musiał ratować zespół Murray.
W 38. minucie po właśnie jednej z takich kontr Jaworski zdecydował się na strzał z niebieskiej, przekierował jeszcze gumę Fjodorows i zrobiło się już 3:0 dla podopiecznych Juhy Nurminena.
Jednak jeszcze przed końcem drugiej odsłony w końcu odpowiedzieli przyjezdni z Katowic. Faulowany Mroczkowski zapewnił gościom grę w przewadze, którą wykorzystali. Bramkę zdobył Sokay, który najlepiej odnalazł się w podbramkowym zamieszaniu przed świątynią Svenssona i zmniejszył straty do rywali tuż przed końcem drugiej tercji.
I ta bramka dała katowiczanom nowe życie, którzy w trzeciej tercji od razu przystąpili do ataków, by odrobić straty i rzeczywiście ta sztuka im się udała. Dwukrotnie sprawy wziął w swoje ręcę wychowanek toruńskiego hokeja Bartosz Fraszko.
Dwukrotnie Fraszko świetnie wykorzystał proste błędy torunian w trzeciej odsłonie i już w 50. minucie mieliśmy znów remis na lodowej tafli. Do końca regulaminowego czasu gry obie ekipy mimo licznych okazji nie były w stanie zapewnić sobie kompletu punktów i czekała nas dogrywka.
W dogrywce widzieliśmy wszystko oprócz bramek. Na początku torunianie korzystali jeszcze z przewagi z regulaminowego czasu gry, ale jej nie wykorzystali. Kilka chwil później to katowiczanie stanęli przed świetną okazją, bo po faulu na Wronce został podyktowany rzut karny.
Sam poszkodowany podjechał do karnego, ale i on nie znalazł recepty na Svenssona, co znaczyło, że na Tor-torze potrzebna będzie seria rzutów karnych by poznać zwycięzcę.
W serii rzutów karnych świetnie radzili sobie podopieczni Juhy Nurminena, którzy wykorzystali 3 na 3 rzuty karne. Wśród gości Svenssona pokonał tylko Fraszko i to wystarczyło, aby “Stalowe Pierniki” mogły się cieszyć z bonusowego punktu za zwycięstwo po karnych.
Kibice Piłka nożna
Legia Warszawa kibicowsko
Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.
Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.
W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.
W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.
W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.
Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.
Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.
Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.
Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).
Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.
Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).
Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.
Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.
Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.
Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.
Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.
Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.
W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.
W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.
Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.
Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.
Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.
Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.
W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.
W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.
Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.
W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.
W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.
Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).
W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.
Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.
Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.
Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.
Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.
Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.
W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.
Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.
Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.
W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.
Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.
W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.
Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.
W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.
W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.
W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.
We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.
W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.
Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.
Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.
Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.
Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.
Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.
Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.
W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.
Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.
Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.
W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.
W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.
W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.
W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.
Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.
Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.
Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.
W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.
Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.
W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.
Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.
Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.
Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.
Felietony Piłka nożna
Liczy się to, co prawdziwe
„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.
Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.
Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.
Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.
W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.
GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.
„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.
Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.
W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.
To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.
Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.
To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.
To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.
Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.
Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.
Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.
Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!
Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.
Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.
Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.
A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.
Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.
Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.
Felietony Piłka nożna
Droga do medialności
Jeszcze musimy zapracować na tym, żeby o nas mówiono. Półtora sezonu bardzo przyzwoitej postawy w ekstraklasie to póki co za mało. Nie mówię, że o GieKSie nie mówi się w ogóle, bo czasem coś tam jej poświęci się czasu antenowego. Ale bywa nieraz, że jest omawiany jakiś mecz danej kolejki z udziałem katowiczan, a mówi się tylko o rywalu. O naszym zespole ani słowa lub jedno. Lub zaczyna się o nas w końcu mówić, ale wtrynia się drugi ekspert, że jeszcze ma coś do powiedzenia o naszym przeciwniku i dyskusja „nie o nas” się przeciąga. I już do niej nie wracają.
Tak, żeby stać się klubem medialnym – trzeba się postarać. Trzeba czymś do siebie przekonać. Jak w każdym marketingu w sporcie, najbardziej efektywną do tego drogą jest… sport. I wyniki. Organizacja klubu może być na wysokim poziomie. Media klubowe również – jak choćby w przypadku relacji z obozu w Turcji, które były kapitalne. Ale zawsze to największe wrażenie będą robić wyniki. I to one „bardziej” przyciągną czy to sponsorów czy zainteresowanie mediów, których przecież coraz więcej, a magazyny dotyczące polskiej piłki można oglądać niemal codziennie.
Dlatego na razie musimy przełykać pigułkę i godzić się, że pierdyliardową godzinę mówi się o Legii, która przegrywa mecz za meczem. Że do – za przeproszeniem porzygu – mówi się o Lechu, który też przegrywa mecz za meczem. Ale ostatnio wielka podnieta w mediach przelewa się na temat Widzewa Łódź, który notorycznie wtapia swoje spotkania, ale zrobił jeden, drugi, trzeci transfer, który na ten moment jeszcze nie wiadomo, czy jest wątpliwej jakości, bo za wcześnie, ale może tak się okazać. Ale już pojawiają się wielkie analizy na temat rozgrywania Drągowskiego od bramki, tego czy tego zawodnika w podstawowej jedenastce itd. Więcej się mówi o Widzewie niż pewnie powinno. Ale podnieta redaktorów różnych mediów ma swoje prawa.
Można by czasem rzec „nie zes…jcie się z tą Legią i Widzewem”.
Tak jak swego czasu wszyscy podniecali się Jarosławem Królewskim, gdy dopiero się ujawnił. Wtedy można było odnieść wrażenie, że dziennikarze mu się przymilają i wchodzą nie powiem gdzie. Bo młody, wybitnie inteligentny i obrotny. Gdy boom na sternika Wisły minął, już mało co go się zaprasza, a pan Jarosław ma swoje problemy i performance’y na Twitterze. Ale co ugrał (świadomie bądź nie) wtedy na popularności i medialności – to jego.
Od razu powiem, że dla mnie nie ma znaczenia, że to jest akurat Widzew, czyli klub – jako kibice – zantagonizowany z GieKSą przez wiadome zgody. Do spraw kibicowskich podchodzę na chłodno, mam swoje sympatie i antypatie. I przede wszystkim nie stosuję napinki, bo to nie moje klimaty. Więc oczywiście nie powiem, żebym za Widzewem przepadał, ale nie mogę nie przyznać na przykład, że w Sercu Łodzi atmosfera na meczach jest kapitalna i mecze tam mają swój klimat, z wypełnionym po brzegi stadionem i bardzo dobrym dopingiem. Więc nie przemawia za mną jakieś szowinistyczne nastawienie. Po prostu piszę o tym, że najwidoczniej GKS potrzebuje jeszcze czasu, żeby stać się tak medialny, jak wysoce entropicznie zarządzany w kontekście sportowym Widzew.
Wielkie kwoty na niektórych mogą robić wrażenie. Nazwiska, które grały w dobrych klubach również. Jednak to nie papier gra i nie pojedynczy zawodnicy, a drużyna. Ale drużyna przez duże D. Z trenerem, ze sztabem, który potrafi to wszystko poukładać pogodzić i znaleźć balanse. Na ten moment Igor Jovicević bardziej prezentuje się jako aktor, trochę cyrkowiec, ze swoimi mądrościami i tezami, ale nie przekłada się to wybitnie na grę zespołu. Reagan to nie jest i nie będzie. Jakkolwiek zrozumiałe jest, że drużyna nowymi zawodnikami potrzebuje zgrania, to z Jagiellonią to nie był brak zgrania, tylko jakiś totalny chaos. Pewnie za dużo i za szybko wprowadzani są piłkarze do pierwszej jedenastki. I na boisku mamy sok pomarańczowy wymieszany z zupą grzybową. Podejrzewam, że obecny trener to jest kolejny wynalazek a la Żelijko Sopić i za chwilę go w Widzewie już nie będzie i nikt nie będzie o nim pamiętał. Wspomnicie moje słowa.
Jakże inaczej wygląda w tym kontekście ustabilizowany GKS. W naszym klubie wygląda na to, że wszystko się robi totalnie z głową. Że nie ma w tym krzty chaosu. No może kilka procent czasem, bo występują akcje typu ściągnięcie Olka Buksy czy Maćka Rosołka oraz – o zgrozo – pomysł na niedoszłego chłopaka Julki Wieniawy. Ale nie tylko o same transfery tu chodzi, tylko o całościowe zarządzanie tym zespołem, pomysł na niego, cały projekt, który od wielu lat w GKS się toczy. Śmialiśmy się kiedy z tych projektów dwuletnich, które były później hm… odnawialne. Natomiast GKS to jest projekt póki co niemal siedmioletni i jest to totalny ewenement w polskiej piłce. I najlepsze jest to, że ciągle jest widoczny rozwój. Jeszcze dwa lata temu na myśl o starciu z zespołem z ekstraklasy – wygrana byłaby jakimś olbrzymim sukcesem. Dzisiaj GKS jest ligowym średniakiem i jest w stanie wygrywać z każdym. I wygrywał. To jest nasza codzienność, a nie jakiś wybitny sukces. Jeśli na stałe podnieśliśmy swój poziom o kilka szczebli wyżej – to wiedz, że jest to strategia bardzo dobra.
No ale niekoniecznie medialna.
GKS Katowice nadal więc musi swoją rzetelną postawą udowadniać, jak wiele jest wart. Jutro czeka nas starcie z tymże Widzewem i na boisku przestaną grać pieniądze, a będzie się liczyć, czysta piłkarska merytoryka. Czyli taktyka, strategia, technika i motywacja. W tym nasz zespół jest mocny – jest wspomnianym ligowym średniakiem, ale wcale nie jest powiedziane, że przy płaskiej tabeli nie może trochę się podnieść. Tak, żeby po pierwsze – oddalić się na bezpieczną odległość od strefy spadkowej.
Widzew nam w ostatnich latach zdecydowanie nie leży. Na wyjeździe przegrywaliśmy (lub raz remis), u siebie remisowaliśmy (lub raz porażka). Nie potrafimy z tym zespołem wygrać, choć bardzo blisko byliśmy w zeszłym sobie na Bukowej, wówczas dwa punkty odebrał GieKSie jej przyszły i były zawodnik – Jakub Łukowski.
Paradoksalnie wydaje się, że nie ma lepszego momentu, żeby z tym rywalem powalczyć o pełną pulę. Jeśli faktem jest, że Widzew pogrążony jest w chaosie czy nieładzie lub – mówiąc ładniej – jest w przebudowie, to kiedy jak nie teraz? Ustrzelić raz i poprawić w pucharze.
Katowiczanie wygraną w Lubinie pokazali, że dobrze przepracowali okres przygotowawczy. Że są gotowi na rundę i jej wyzwania, mają plan na mecz i potrafią go realizować. To dopiero jednak początek batalii. GieKSa musi swoje punkty zdobywać i umacniać się w tabeli. Dorobek punktowy po osiemnastu meczach jest identyczny jak rok temu. Wówczas wiosna była lepsza niż jesień i nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz było podobnie.
W meczu nie zagra Borja Gala, więc trener będzie musiał trochę pokombinować, wiemy też, że uraz miał Alan Czerwiński. To znowu przywołuje temat nowego środkowego obrońcy, na którego czekamy, czekamy i doczekać się nie możemy. Kadrowo to największy mankament naszego zespołu, bo jeśli wypadnie ktoś z powodu kontuzji lub kartek, to naprawdę musimy mocno rzeźbić.
Najważniejsze jednak są wspomniane walory piłkarskie i taktyczne. GieKSa ma wszelkie argumenty, by w pierwszym z dwóch meczów z Widzewem po prostu być lepszym od przeciwnika i wygrać. Do spotkania z Legią przejdziemy wkrótce, bo tam będą analogię do jutra, ale już teraz można powiedzieć, że te dwa spotkania to takie, w których będzie można naprawdę dużo zyskać, ale równie dobrze – dużo stracić. Patrząc bowiem na kiepską postawę Widzewa i absolutnie fatalną Legionistów – trudno wyobrazić sobie, że GKS miałby którykolwiek z tych meczów przegrać. Ale o remisach też nie myślimy…























































































































































Najnowsze komentarze