Hokej Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Przegląd mediów: Szalony mecz w Oświęcimiu!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich pięciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Drużyna kobiet, korzystając z przerwy na występy reprezentacji, rozegrała spotkanie sparingowe z MFK Rużemberok. Wygrała nasza drużyna 8:0 (5:0). Spotkanie ligowe drużyna rozegra 13 kwietnia (sobota) z Medykiem w Koninie. Mecz rozpocznie się o godzinie 13:15 i będzie transmitowane na antenie TVP Sport. Drużyna męska w 26 kolejce Fortuna I Ligi pokonała na Lechię Gdańsk 1:0 (0:0). Kolejne spotkanie ligowe GieKSa rozegra w sobotę trzynastego kwietnia z Odrą Opole. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 15:00 na Bukowej.
Siatkarze zakończyli fazę zasadniczą PlusLigi wygraną LUKiem Lublin 3:1. Zespół zajmuje czternastą pozycję w tabeli. Do rozegrania został dwumecz o zajęcie 13 miejsca w rozgrywkach. Pierwszy z nich zostanie rozegrany w poniedziałek piętnastego kwietnia, w hali w Szopienicach.
Hokeiści rozegrali spotkanie numer 3 i 4 finału THL. Oba mecze zakończyły się dogrywką – w pierwszym z nich wygrała GieKSa 3:2, w drugim Unia 7:6. W rywalizacji jest remis 2:2. Kolejne spotkania zaplanowano na najbliższą środę, piątek i niedzielę (10, 12 i 14 kwietnia). Mecze zostaną rozegrane na przemian w Katowicach, Oświęcimiu i ponownie w Katowicach. Rywalizacja rozpocznie się odpowiednio o godzinie 17:30 i dwukrotnie 20:30.
PIŁKA NOŻNA
gkskatowice.eu – Zwycięski sparing Mistrzyń Polski na Słowacji
Korzystając z przerwy reprezentacyjnej, zespół GKS Katowice rozegrał wyjazdowy sparing z przedstawicielem słowackiej ekstraklasy MFK Ruzomberok. Już po pierwszej połowie Mistrzynie Polski prowadziły w tym jednostronnym spotkaniu aż pięcioma bramkami: Julia Włodarczyk do dwóch trafień w 4. i 32. minucie meczu dołożyła asystę przy golu Oliwii Grzegorczyk, dwie bramki zdobyła także Anna Konkol – pierwszą po rzucie karnym podyktowanym po faulu na Klaudii Słowińskiej, zaś drugą po udanej kontrze GKS-u po rzucie rożnym dla rywalek i efektownym podaniu Słowińskiej. Przy najgroźniejszej akcji rywalek z Rużemberoku z 22. minucie refleksem wykazał się Weronika Klimek, która wybroniła sytuację jeden na jeden.
W drugiej części meczu do protokołu meczowego w rubryce „gole” zapisały się: Marlena Hajduk po rzucie karnym, Dżesika Jaszek i Karolina Bednarz. Przewaga boiskowa polskiej drużyny nie ulegała żadnych wątpliwości i piłkarki GieKSy mógł wracać do Polski w dobrych nastrojach.
SIATKÓWKA
siatka.org – GKS Katowice w czterech setach pokonał Bogdankę LUK Lublin
Na zakończenie fazy zasadniczej GKS Katowice pokonał Bogdankę LUK Lublin. Losy poszczególnych setów rozstrzygały się w końcówkach. Tym samym katowiczanie zagrają z KGHM Cuprum Lubin o 13. miejsce. Natomiast lublinianie w ćwierćfinale PlusLigi rywalizować będą z Projektem Warszawa.
Pierwsze akcje korzystnie potoczyły się dla przyjezdnych, niemniej obie ekipy powoli wchodziły w spotkanie. Od początku bardzo dobrze radził sobie Marcin Waliński, zaś po drugiej stronie siatki w polu serwisowym mocną zagrywką pokazał się Maciej Krysiak. Gospodarzy bombardował także Mateusz Malinowski, który w przeciwieństwie do swoich kolegów nie plasował w środek boiska. Po asie serwisowym Malinowskiego na tablicy wyników widniał już rezultat 11:8 na korzyść gości. Chwilę później Bogdanka, korzystając z błędów oponentów, prowadziła 13:9. W połowie seta boisko opuścił Maciej Zając, którego zastąpił Jan Nowakowski. Prawdopodobnie środkowy bloku z Lublina podkręcił delikatnie kostkę.
Różnica kilku punktów utrzymywała się przez większość seta. Katowiczanie co nadrobili zaległości, to po chwili znów popełniali błędy tracąc kontakt. Gospodarze doprowadzili do remisu przy stanie po 18, co było zasługą Walińskiego i jego asa serwisowego. Chwilę później asem odpłacił się Malinowski dając swojego drużynie prowadzenie 20:18. Skutecznością w przyjęciu nie grzeszył Bartosz Mariański, a następnie punkt zagrywką zdobył Krysiak, podtrzymując przewagę Bogdanki. Punkt zagrywką dołożył Damian Domagała, który pomógł gospodarzom najpierw dogonić rywali, a następnie wygrać seta 25:23.
Ponownie lepiej w partie weszli siatkarze z Lublina, chociaż po asie Domagały był już remis. Później gra toczyła się niemal punkt za punkt. Bardzo dobrze od początku meczu wyglądała współpraca Piotra Fenoszyna ze środkowymi bloku. Zarówno Łukasz Usowicz, jak i Bartłomiej Krulicki, mieli swoje szanse w ataku. W ofensywie przebudził się także Jonas Kvalen. Przy wyniku 12:9 dla GKS-u trener Massimo Botti zdecydował się na wzięcie czasu na żądanie. Niewiele to dało, zespół z Lublina stanął w miejscu, zaś gospodarze odważnie grali w bloku zdobywając kolejne punkty.
Prowadzenie 15:10 zapewniło katowiczanom komfort, lecz podrażnieni siatkarze Bogdanki nie mieli zamiaru odpuszczać. Po chwili goście przełamali złą passę doprowadzając do wyniku 16:13, co zmusiło szkoleniowca gospodarzy do wzięcia czasu. Przyjezdni zbliżyli się do GKS-u na dwa oczka, jednak w końcówce ponownie na kilkupunktowe prowadzenie wyszli podopieczni trenera Słabego. Wynik seta zamknął Damian Domagała, niekwestionowany bohater drugiej części spotkania, dając ekipie z Katowic wygraną 25:21.
Trzeci set otworzył atakiem z pierwszego tempa Łukasz Usowicz, a kilka niepotrzebnych błędów popełnił Jakub Wachnik. Po dwóch przegranych partiach na zmiany w składzie zdecydował się trener Botti, który tak ciężkiego pojedynku się nie spodziewał. Źle wykonane kiwki Walińskiego dały przyjezdnym prowadzenie 7:5, tymczasowo zniwelowane przez katowiczan. Na wzięcie czasu zdecydował się Grzegorz Słaby, lecz po reprymendzie gra GKS-u dalej szwankowała. Z dobrej strony ponownie pokazał się Brand, a w odpowiedzi na uciekający wynik na boisku pojawił się Davide Saitta. W szeregach gospodarzy przede wszystkim zabrakło dobrego przyjęcia, zaś błędy w ataku potęgowały problemy.
Na zagrywce katowiczan bombardował Damian Schulz, po którego serwisach piłka często wracała na stronę Bogdanki. Drugi czas szkoleniowiec GKS-u wykorzystał przy wyniku 16:11 dla gości. Reakcja trenera, jak i dokonane przez niego zmiany, nic nie dały. W krytycznym momencie ekipa z Lublina prowadziła 20:14. W końcówce seta gospodarze próbowali walczyć, niemniej górą okazał się LUK prowadzony przez skutecznego w ataku Schulza. Trzecia partia padła łupem przyjezdnych 25:19.
Od pierwszych chwil czwartej odsłony meczu dobrą dyspozycję potwierdził Damian Schulz. Ze zmiennym szczęściem grał Jakub Wachnik, zaś ostoją katowiczan ponownie okazał się Waliński. W bloku skutecznie pracowali Fenoszyn wraz z Usowiczem dając swojej drużynie dwupunktowe prowadzenie. Siatkarze Bogdanki nie pozostali dłużni, szybko niwelując przewagę. Po kilku zaciętych wymianach inicjatywę przejęli goście, jednak gra zaczęła toczyć się niemal punkt za punkt.
W połowie seta ekipa z Katowic zaczęła odskakiwać. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Szkoleniowiec gości zdecydował się na wzięcie czasu przy stanie 16:14 dla GKS-u. Po przerwie koncertowo zaczął grać Marcin Waliński, utrudniając powrót rywalom. Goście zdołali jednak doprowadzić do remisu przy stanie po 21. Gospodarzom w końcówce pomógł mylący się na zagrywce Marcin Krysiak, zaś po przerwie dla Bogdanki, asem serwisowym popisał się Bartłomiej Krulicki. Wynik spotkania domknął Domagała, który indywidualnie zniknął w czwartym secie. Ostatnia partia zakończyła się na korzyść katowiczan 26:24.
Imponujący w sezonie LUK nie namieszał na koniec w tabeli. Podopieczni trenera Botti’ego kończą sezon zasadniczy na 6 miejscu. Gospodarze z Katowic zwycięstwem zamykają rozgrywki zasadnicze zajmując tym samym 13 lokatę. Najlepszym zawodnikiem spotkania został Damian Domagała, wśród przegranych na wyróżnienie zasłużył Marcin Kania.
MVP: Damian Domagała
GKS Katowice – Bogdanka LUK Lublin 3:1 (25:23, 25:21, 19:25, 26:24)
HOKEJ
hoke.net – Maraton emocji w Oświęcimiu! Złoty gol Bartosza Fraszki
Potrzeba było dogrywki do rozstrzygnięcia losów trzeciego spotkania finałowego. Po pełnym emocji i zwrotów akcji meczu lepsi okazali się urzędujący mistrzowie Polski, którzy objęli przewodnictwo w finałowej serii. Autorem złotego trafienia w 64. minucie został Bartosz Fraszko.
W zestawieniu na dzisiejsze spotkanie trener Płachta mógł skorzystać z usług Igora Smala, który wrócił po absencji w drugim meczu finałowym. Wydarzenia początku pierwszej tercji upływały pod dyktando gospodarzy, którzy pierwsi zdołali uporządkować swoje poczynania ofensywne. Aktywność w tercji rywala wykazywali Andryi Denyskin oraz Erik Ahopelto. Katowiczanie, szukając swoich szans do zdobycia bramki, odpowiadali głównie siłą trzeciej formacji. Świetna współpraca utrzymywała się pomiędzy szwedzkim duetem Olsson-Marklund, a Mateuszem Michalskim. W 5. minucie Hampus Olsson wyłuskał gumę zza bramką, a następnie zaadresował ją do Marklunda, który nie pozwolił się wypchać oświęcimskim defensorom i otworzył wynik spotkania.
Odpowiedź podrażnionych stratą bramki gospodarzy nadeszła ledwie po 66 sekundach. O uderzenie z dystansu pokusił się Peter Bezuška, John Murray zbił krążek parkanem, w walce o jego przejęcie najwięcej sprytu wykazał Jan Sołtys, który umieścił gumę w bramce. Po chwili zespół Jacka Płachty musiał zmierzyć się z wyzwaniem gry w osłabieniu, gdy na ławkę kar za atak kijem trzymanym oburącz został odesłany Aleksi Varttinen. W okresie gry pięciu na czterech przed świetną sytuacją do zdobycia bramki stanął Mark Kaleinikovas, przegrał on jednak pojedynek „sam na sam” z Johnem Murrayem. W ferworze walki o krążek katowicki golkiper opuścił bramkę, jednak żaden z biało-niebieskich nie zdołał w porę oddać strzału.
W 7. minucie oświęcimianie wyprowadzili kolejny cios. Erik Ahopelto precyzyjnym strzałem z prawego bulika po długim słupku ulokował gumę w siatce poza zasięgiem Murraya. Jedynie trzy minuty było dane nacieszyć się gospodarzom prowadzeniem. W 17. minucie trzecia formacja katowiczan kolejny raz dała popis szybkiej gry. Hampus Olsson świetnym podaniem wypuścił przez środek Mateuza Michalskiego, który strzałem w samo okienko bramki Linusa Lundina wyrównał stan rywalizacji. Jeszcze przed przerwą znacząco podwyższyła się temperatura w Hali Lodowej. Miro Lehtimäki próbując zatrzymać atak rywala, dopuścił się przewinienia na Kalle Valtoli. W następstwie tych wydarzeń, po chwili doszło do starcia pomiędzy Joona Monto oraz Janem Sołtysem. W konsekwencji, dwaj najaktywniejsi uczestnicy zajścia wspólnie z Lehtimäkim znaleźli się w boksie kar.
W drugiej odsłonie dłużej w posiadaniu krążku utrzymywali się podopieczni Nika Zupančiča, którym coraz głębiej udawało się zamykać katowiczan. Przyjezdni próbowali inicjować kontry, jednak w tym okresie gry ich ataki były mocno szarpane i w dużej mierze rozbijały się o zagęszczoną środkową strefę. Zdecydowanie częściej gościliśmy pod bramka Murraya, przed którym zarysowywała się perspektywa wytężonej pracy. Coraz dłuższa obecnośćUnii w katowickiej tercji nie przełożyła się w dalszym ciągu na wypracowanie dogodnej pozycji strzelckiej, GieKSa, choć głęboko zepchnięta do obrony, dobrze wywiązywała się z zadań defensywnych. Cierpliwość popłaciła gościom w 33. minucie. Spod opieki obrońców zerwał się Bartosz Fraszko, otwierając sobie drogę do bramki. Lundin wyczytał jednak intencję katowickiego skrzydłowego, nie pozwalając się zaskoczyć. W końcówce drugiej tercji zespoły prowadziły otwartą grę , błyskawicznie odpowiadając na próby rywala.
Nieco bardziej wyważony obraz gry zaprezentowali nam zawodnicy w trzeciej odsłonie. Upływający czas oraz najwyższa stawka spotkania sprawiały, że obie ekipy stawiały przede wszystkim na odpowiedzialność za własne poczynania. Zwarta praca w defensywie nie pozwalała żadnej ze stron na rozprzestrzenienie skrzydeł w ataku. Drużyny zdawały się mieć świadomość, że następne trafienie może okazać się decydującym o losach spotkania, stąd każda próba ataku była pieczołowicie budowana, ze szczególną troską o krążek w momentach jego wyprowadzania z własnej tercji.
Wraz z 60. minutą nie nastąpiło rozstrzygnięcie losów spotkania, więc po przerwie na czyszczenie lodu, zespoły powróciły na lód w trzyosobowych formacjach. Więcej przestrzeni na tafli bardziej służyło gościom, którzy pierwsi przeszli do budowania ataków. W 62. minucie doskonałą okazję do zakończenia spotkania miał Hampus Olsson, jednak z najbliższej odległości przeniósł on krążek wysoko poza bramką. Chwilę później część oświęcimskiej publiczności odniosła wrażenie, że losy spotkania zostały rozstrzygnięte. Ville Heikkinen próbował wymanewrować Johna Murraya, ten jednak parkanami zatrzymał krążek. W 64. minucie Bartosz Fraszko kolejny raz stanął twarzą w twarz z Linusem Lundinem jednak i tym razem nie znalazł sposobu na zaskoczenie golkipera rywali. Gdy wydawało się, że oświęcimianie zdołali oddalić całe zło, błąd przy inicjowaniu ataku popełnił Elliot Lorraine. Niecelnie zagrana guma trafiła ponownie do Bartosza Fraszki, który skrzętnie skorzystał z tego prezentu i przesądził o losach spotkania.
Szalony mecz w Oświęcimiu! „Złoty gol” Heikkinena i remis w finałowej serii
To był hokejowy thriller! Re-Plast Unia Oświęcim prowadziła już 3:0, później przegrywała 3:4, a finalnie pokonała GKS Katowice 7:6 po dogrywce. Gola na wagę drugiego zwycięstwa w finałowej serii w siódmej minucie dogrywki zdobył Ville Heikkinen!
Tuż po zakończeniu sobotniego spotkania wielu kibiców Unii drżało o sytuację kadrową. Miało to związek z urazem Krystiana Dziubińskiego, który nie dokończył trzeciego meczu. „Dziubek” ostatecznie znalazł się w składzie, ale został ustawiony w czwartej formacji. W pierwszej znaleźli się Mark Kaleinikovas, Kamil Sadłocha i Andriej Denyskin, a rola środkowego przypadła drugiemu z nich.
Oba zespoły rozpoczęły to spotkanie od uważnej gry i czekania na błąd rywala. W 13. minucie gospodarze przez 33 sekundy grali w podwójnej przewadze, a na ławce kar odpoczywali wtedy Hampus Olsson i Aleksi Varttinen. Po powrocie na lód „szwedzkiego wieżowca” wynik spotkania otworzył Carl Ackered, popisując się soczystym uderzeniem bez przyjęcia z wysokości prawego bulika.
Worek z bramkami na dobre rozwiązał się tuż po przerwie, zresztą druga odsłona była prawdziwym hokejowym kalejdoskopem. Już na jej początku na 2:0 podwyższył Erik Ahopelto, który po indywidualnym rajdzie uderzył w długi róg.
64 sekundy później trzeciego gola dla gospodarzy dołożył Elliot Lorraine, dobijając uderzenie Łukasza Krzemienia. Mogło się wydawać, że goście już się nie podniosą i w tym meczu wszystko jest już jasne. I tu pojawiło się małe„ale”.
Trener Jacek Płachta od razu zareagował i wziął czas. Starał się zmotywować swój zespół i wpoić mu, że jeszcze nie wszystko stracone. Wykazał się też ogromnym zaufaniem do Johna Murraya, którego nie zmienił.
Jaki był tego efekt? Trzeba przyznać, że piorunujący – w ciągu siedmiu minut zdobyli cztery gole. Sygnał do odrabiania strat dał w 25. minucie Ryan Cook, który po podaniu Bartosza Fraszkiprzymierzył po lodzie i pokonał Linusa Lundina. Goście poszli za ciosem i 94 sekundy później złapali kontakt z rywalem, bo Joona Monto skutecznie poprawił uderzenie Miro Lehtimäkiego.
Na dodatek wykluczenie złapał Carl Ackered, a katowiczanie zamienili tę szansę na wyrównującego gola. Zasłużone gratulacje od swoich kolegów odebrał Joona Monto, a 44 później dublet skompletował Ryan Cook, popisując się mocnym i precyzyjnym uderzeniem z nadgarstka.
Tym razem o czas poprosił Nik Zupančič, a jego podopieczni nie poddali się i jeszcze przed przerwą doprowadzili do wyrównania. Na listę strzelców wpisał się Sebastian Kowalówka, wykorzystując dobre dogranie Łukasza Krzemienia. Było więc 4:4.
Nie był to koniec emocji – przeciwnie te dopiero się zaczynały. Na początku trzeciej odsłony prowadzenie oświęcimianom po szybkiej wymianie krążka pomiędzy Ville Heikkinenem a Henrym Karjalainenem przywrócił Erik Ahopelto.
Biało-niebiescy znów chcieli pójść za ciosem. Gdy grali w przewadze, do siatki trafił Mark Kaleinikovas, popisując się soczystym uderzeniem bez przyjęcia. Sędziowie najpierw wskazali na bramkę, ale później – po protestach katowiczan i wzajemnych konsultacjach – nie uznali gola. Powodem był fakt, iż 25sekund wcześniej krążek wpadł do boksu GieKSy, a więc znalazł się poza polem gry. Żaden z arbitrów gry wtedy nie przerwał. Apowinien.
Katowiczanie jak na obrońców tytułu przystało, nie dali łatwo za wygraną. W 49. minucie Kacper Maciaś mocno popracował na Andriju Denyskinie, odebrał mu krążek, a następnie dograł wzdłuż bramki do Olliego Iisakki. Fin musiał tylko dopełnić formalności i odpowiednio przystawić łopatkę kija.
Wymiana ciosów wciąż trwała, a żaden z zespołów nie chciał dać za wygraną.W 53. minucie okres gry w przewadze na gola zamienił Ville Heikkinen, który huknął z pełnego zamachu, a półtorej minuty później minuty później do remisu doprowadził Grzegorz Pasiut, robiąc użytek z podania Aleksiego Varttinena.
Do końca regulaminowego czasu gry wynik już się nie zmienił, więc o losach spotkania ponownie musiała przesądzić dogrywka. Tym razem na swoją korzyść rozstrzygnęli ją oświęcimianie, a w ramionach swoich kolegów utonął Heikkinen. 30-letni środkowy odważnie wjechał do tercji i uderzył z nadgarstka, a John Murray źle ocenił lot krążka.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Galeria Piłka nożna
Wesoły nam mecz dziś nastał
W Wielką Sobotę wygraliśmy na własnym boisku 1:0 z Wisła Płock, a decydującego gola, w doliczonym czasie gry, zdobył Lukas Klemenz. Do kolejnej galerii zaprasza Was Kazik.


Najnowsze komentarze