Dołącz do nas

Piłka nożna

Rotacje w linii pomocy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Pomoc to zawsze najtrudniejsza do opisania formacja z prostego względu. Roszady, zmiany, cofnięcia, przesunięcia w pionie i w poziomie sprawiają, że nieraz nawet w trakcie meczu mamy kilku zawodników na jednej pozycji. Przyjrzyjmy się więc, jak wyglądała linia pomocy w rundzie wiosennej sezonu 2014/15.

Defensywni pomocnicy
Tak naprawdę ten zestaw składający się z dwójki zawodników teoretycznie mógł być rozdysponowany pomiędzy Sławomira Dudę, Kamila Cholerzyńskiego, Łukasza Pielorza i Povilasa Leimonasa. Jako że Litwin w pierwszym meczu w Niecieczy wystąpił w obronie, defensywną dwójkę utworzyli Pielorz i Duda. Nie był to jednak jakiś błyskotliwy mecz obu zawodników, zresztą Duda został zmieniony już w przerwie. W drugim meczu Leimonas został już przesunięty do pomocy i było to dobre posunięcie, choć nawet nie tyle dlatego, że Povilas wniósł jakąś jakość w drugiej linii, co… został oddalony od naszej bramki. Duda pozostał drugim defensywnym, a do linii obrony cofnął się Pielorz.

W kolejnych meczach partnerem Dudy nieoczekiwanie został Cholerzyński. W Chojnicach zagrał całkiem dobry mecz, ale z Wisłą Płock było już słabo. Jednak dramatycznie w tym drugim meczu spisał się Duda w związku z czym zawodnik ten stracił miejsce w składzie. Z Wigrami wystąpił Jarosław Wieczorek, ale kompletnie nie wykorzystał swojej szansy, będąc jednym z najgorszych zawodników na boisku. Z Bytovią mieliśmy więc inny zestaw, składający się z Dudy i Leimonasa, którzy zagrali bardzo przeciętnie. W Siedlcach nasz zespół zagrał bardziej ofensywnie, bo w środku boiska mieliśmy Dudę, Pitrego i Bętkowskiego. Właśnie ten ostatni zawodnik zagrał kapitalne spotkanie i było widać to przesunięcie akcentów na ofensywę. Niestety piłkarz się wykartkował i nie mógł zagrać z Zagłębiem.

Właśnie w tym najgorszym meczu rundy w środku zagrali Duda z Pielorzem. Nie byli oni najgorsi na boisku, ale jednak dali sobie pogrywać piłkarzom Zagłębia. Po zwolnieniu trenera i przyjściu na ławkę Piotra Piekarczyka w pierwszym meczu w Głogowie znów mieliśmy dwójkę nowych zawodników. Tym razem był to duet Cholerzyński – Leimonas. Kufel zagrał bardzo słabo, Litwin przeciętnie, ale to nie było to. W pierwszej połowie Chrobry klepał nas niemiłosiernie, w drugiej już było sporo lepiej.

Od meczu z Olimpią nastąpiła na chwilę stabilizacja na pozycji defensywnych pomocników. Do końca sezonu bowiem duet utworzyli Leimonas z Pielorzem. I do pewnego momentu wydawało się to optymalne posunięcie. Leimonas z Olimpią zagrał bardzo dobrze, a ze Stomilem świetnie i liczyliśmy, że może umocnić swoją pozycję. Niestety od meczu z Dolcanem było zupełnie odwrotnie i zawodnik grał coraz słabiej. Dodatkowo wchodzący na zmiany Duda spisywał się lepiej od Litwina, potrafił rozruszać grę. Dlatego w Jaworznie czy z Arką mocno się dziwiliśmy, że trener nadal stawia od pierwszej minuty na Povilasa. W meczu z Arką i środkowi obrońcy i defensywni pomocnicy spisali się bardzo źle, przez co Arka raz po raz wychodziła na czyste pozycje.

Ofensywny pomocnik
Tutaj oczywiście postać była tylko jedna – czyli Przemysław Pitry. Zawodnik miał praktycznie abonament na tej pozycji, ale przede wszystkim dlatego, że nie było godnego zmiennika. Owszem zdarzały się trochę bardziej udane mecze czy zagrania, ale generalnie to była dość przechodzona runda z nieoczkowanymi – choć pojedynczymi – momentami zwiększonej agresji w grze. Nie wiemy z czego to wynikało, ale kapitanowi zdarzało się nieraz na chwilę podostrzyć grę, z czego go raczej nie znaliśmy. Szkoda, że były to pojedyncze momenty.

I tym bardziej szkoda, bo drugi mecz wiosny z Flotą był w jego wykonaniu kapitalny. To był stary, dobry Pitry, robiący użytek ze swoich umiejętności. Potem było coraz gorzej z fatalnymi meczami z Bytovią i Zagłębiem na czele. Potem było już z reguły przeciętnie lub słabo, choć wyjątkami były dobre mecze ze Stomilem i Tychami. Niestety tylko wyjątkami.

Niestety Przemo jako reżyser gry nie dał wiele zespołowi na wiosnę i słusznie się z nim pożegnano. Czas na młodych, bardziej ambitnych.

Dodajmy, że w Ząbkach na pozycji dziesiątki zagrał… Sławomir Duda, ale zdecydowanie nie odnalazł się w tej chwilowej nowej roli.

Boczni pomocnicy
Jeżeli mamy trzymać się chronologii to musimy zacząć od meczu z Niecieczą, w którym od pierwszej minuty wystąpił na prawej stronie Aleksander Januszkiewicz. Nie wdając się w poszczególne mecze, w których grał musimy go określić jednym słowem – „pomyłka”. Oczywiście życzymy mu, żeby kiedyś grał lepiej, ale na ten moment po prostu on nie daje jakichkolwiek argumentów, żeby uznać, że jest utalentowany. Poza szybkością w tych spotkaniach nie prezentował nic. Naprawdę równie dobrze można by było na jego miejsce wziąć szybko biegającego chłopaka z ulicy i kazać mu biegać tam i nazot. Alex idzie na pojedynki 1 na 1, z których sporo wygrywa, ale nigdy nie wie co dalej zrobić z piłką. W efekcie nie myśląc zbyt wiele idzie na drugiego przeciwnika i w 99,9% taką piłkę traci. Jedyna pozytywna rzecz z jego strony to gol w meczu z Olimpią. To było to 0,1%, które mu wyszło. Może się mylimy, może on ma gdzieś ukryty talent, ale jak na razie nie zanosi się na to.

Z Flotą na prawej stronie grał Adrian Frańczak i był to bardzo aktywny mecz zawodnika z sytuacjami bramkowymi, choć niestety niewykorzystanymi. Dodajmy, że z Nieciecza grał na lewej pomocy. Potem w wyniku potrzeby został wycofany do obrony.

Sporadycznie na prawej stronie (nie liczymy chwilowych zmian stron w trakcie meczu) grał Krzysztof Wołkowicz. Zawsze jednak powtarzaliśmy, że dla tego zawodnika optymalna jest lewa strona, a na prawej radzi sobie gorzej.

Wkrótce na prawej pomocy pojawił się Alan Czerwiński i to było dość ciekawe posunięcie, a Alan zawitał na tej pozycji na dłużej. Zwłaszcza godna uwagi była niesamowita walka i agresja w meczu w Siedlcach. Agresja może aż za bardzo, bo zawodnik pracował w pewnym momencie na czerwoną kartkę. Ale mogło się to podobać, a i piłkarsko było dobrze. Bardzo dobre spotkania rozegrał w Głogowie (bramka) i z Olimpią u siebie. Trochę gorzej było w Ostródzie.

W Ząbkach Alan zagrał na pomocy i swoją szansę dostał w pomocy Piotr Ceglarz. Szansę, której nie wykorzystał, grając bardzo słabo. Ponownie Ceglarz wystąpił z Tychami i tu już mogliśmy go pochwalić. To było jednak za mało, aby pozostał w GieKSie.

Na lewej stronie w Niecieczy zagrał wspomniany Frańczak. Potem gdzieś starała się funkcjonować lewa strona z Petaszem i Pietrzakiem. Potem Petasz na stałe zagościł na jakiś czas w obronie, a w pomocy grał Pietrzak, co wydawało się ciekawym posunięciem. Gdy potem Pietrzak wracał do obrony, na pomocy oglądaliśmy Wołkowicza. W pierwszej fazie wiosny jednak ta flanka nie dawała efektywności. Od bardzo słabego meczu z Bytovią rozpoczęła się zwyżka formy Pietrzaka. Na dobrą sprawę to był jedyny zawodnik, który wówczas nie zawiódł. Potem w dwóch kolejnych wyjazdach spisał się świetnie – w Siedlcach i Głogowie. W obu udało mu się strzelić bramki, a asysta do Czerwińskiego w Głogowie była najwyższej jakości.

W wyniku kompromitacji Petasza i w praktyce odsunięcia go od składu, na obronę wrócił właśnie Rafał, w związku z czym w pomocy musiał regularnie grać Wołek. Drugim względem, dla którego ten zawodnik musiał występować był fakt, że był młodzieżowcem. Dlatego też mimo bardzo przeciętnej postawy praktycznie w każdym meczy grał od początku. Niestety z każdym meczem było widać, że szwankują u zawodnika umiejętności, a trzeba przyznać, że w niektórych spotkaniach dość mocno walczył – na przykład w Ząbkach, gdzie był najbardziej waleczny z wszystkich zawodników. No i pamiętajmy o pięknej bramce z Sandecją – to był ten typowym przebłysk Wołka w jednym na dziesięć meczów. I to jest właśnie niepokojące, że grając już od trzech lat na tym poziomie nie potrafi w żaden sposób ustabilizować formy…

Podsumowanie
Linia pomocy na pewno wymaga wzmocnień (jak każda pozycja zresztą). Zbyt duża rotacja defensywnych pomocników świadczyła o tym, że nie są oni w najlepszej formie i o stabilizacji, zastawieniu takich solidnych zasieków w środku boiska możemy tylko pomarzyć. Pojedyncze świetne mecze – jak Leimonasa w Ostródzie – to trochę za mało. Za dużo mieliśmy w środku pola bylejakości. Nawet Pielorz, który generalnie gra nieźle, to jednak dużo lepiej spisuje się na środku obrony, jako ostatnia instancja. W środku boiska trzeba jeszcze umieć rozegrać, a tej umiejętności Łukaszowi brakuje. Duda nie potrafi ustabilizować formy, ale będzie miał na to okazję w nadchodzącym sezonie.

Bardzo ważne będzie obsadzenie pozycji rozgrywającego. Zobaczymy, czy trener Piekarczyk postawi na młodego Bętkowskiego czy na przykład będzie kombinował z Bębenkiem. Na razie nie ma co typować i musimy poczekać na sparingi. W każdym razie ta pozycja jest kluczowa.

Jeśli chodzi o skrzydła to optymalnie by było, gdyby na lewej stronie grał Pietrzak, ale do tego musimy mieć wartościowego lewego obrońce. Wołek na ten moment nie gwarantuje jakości – on tę jakość musi w sobie „jakoś” wyrobić. Na prawej stronie na razie chyba najlepszą opcją jest Alan Czerwiński.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga