Piłka nożna
Rywal pod Lupą: Wojciech Fadecki
Zespół Błękitnych Stargard w obecnych sezonie prezentuje się naprawdę solidnie. W rundzie jesiennej podopieczni Adama Topolskiego uzbierali 29 punktów, co pozwoliło im uplasować się na 8 pozycji w tabeli przed zimową przerwą. Osiągnięcie takiego wyniku nie byłoby możliwe, gdyby nie bardzo dobra postawa Wojciecha Fadeckiego, który jest najlepszym strzelcem zespołu z 10 bramkami na koncie.
Wojciech Fadecki do Stargardu wrócił przed rozpoczęciem aktualnie trwającego sezonu po rocznym epizodzie w Warcie Poznań. 26-latek zaraz po swoim powrocie ze stolicy Wielkopolski został mianowany przez trenera Topolskiego na kapitana zespołu. Ściągnięto go m.in. z myślą, że wcieli się w rolę lidera w młodej szatni Błękitnych i walnie przyczyni się do zrealizowania celu postawionego przed sezonem, czyli utrzymania.
W takich oto słowach wypowiadali się o transferze Fadeckiego trener Błękitnych Adam Topolski i dyrektor sportowy Robert Gajda:
Adam Topolski: „To jest strzał w dziesiątkę. Chłopak, który tutaj zaczynał. Po kilku treningach mogę powiedzieć, że jest to pełen profesjonalista. Jest to postać. Ma 26 lat, ale to chłopak, który powinien być wzorem dla naszych młodych piłkarzy. Bardzo się cieszę, że do nas doszedł. Chciałem, żeby nigdzie nie poszedł, tylko wrócił tutaj. Jakoś się udało”
Robert Gajda: „Wojtek ma ogromne umiejętności i mocno liczymy, że będzie naszym liderem na boisku i poza nim. Cieszymy się, że dał się nam namówić na powrót. Mogę powiedzieć, że na pewno nie przesądziły o tym pieniądze, ale coś innego”
Powyższe wypowiedzi jasno pokazują, jak bardzo cenionym zawodnikiem w Stargardzie jest Wojciech Fadecki.
Cofnijmy się jednak trochę w przeszłość, by sprawdzić dlaczego tak dobrze wspominany jest ten zawodnik przez wielu ludzi związanymi ze stargardzkim klubem.
Początki
Wojciech Fadecki swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Błękitnych Stargard. Nie do końca można jednak stwierdzić, że jest on wychowankiem tylko stargardzkiego klubu. Zaraz przed rozpoczęciem nauki w gimnazjum postanowił przenieść się do Chemika Police, gdzie kontynuował swój rozwój piłkarski. W wieku 17 lat zadebiutował w seniorskiej piłce właśnie w barwach klubu z Polic. Jego premierowy występ przypadł na mecz 2.kolejki III ligi pomiędzy Chemikiem Police a Pogonią Barlinek. Fadecki pojawił się na boisku w 80 minucie spotkania, a jego zespół przegrał 1:2. Z kolei swoją pierwszą bramkę zdobył już tydzień później w meczu wyjazdowym z Kotwicą (1:1). Był to niezwykle ważny gol dla młodego zawodnika. Nie tylko ze względu, iż było to jego premierowe trafienie w seniorach, a okoliczności, w jakich je zdobył. Fadecki pojawił się na murawie dopiero w 90 minucie spotkania przy stanie 1:0 dla zespołu z Kołobrzegu, a dwie minuty później strzałem zza pola karnego doprowadził do wyrównania. Gola można zobaczyć tutaj: (od 2:35).
W takich słowach wypowiedział się wtedy trener Chemika Police Michał Zygoń o bramce Fadeckiego:
”… Wojciech Fadecki na pewno będzie po tej bramce bardzo szczęśliwy. To miała być zmiana taktyczna i pokazał, że nawet będąc na boisku zaledwie dwie minuty można przesądzić o losach spotkania.”
Zaufanie co do jego osoby u trenera Zygonia wzrastało z kolejki na kolejkę, co pozwoliło Fadeckiemu zakończyć debiutancki sezon w seniorskiej piłce z dorobkiem 26 występów i 3 bramek.
W kolejnych sezonach pozycja Fadeckiego w drużynie Chemika w dalszym ciągu rosła i zarazem stał się jednym z najbardziej wyróżniających młodzieżowców w pomorsko-zachodniopomorskiej III lidze. Taka postawa na boisku Fadeckiego naturalnie nie uszła uwadze innym klubom i jego przygoda w Chemiku Police dobiegła końca wraz z finiszem sezonu 2012/13, kiedy zgłosił się po niego jego pierwszy klub Błękitni Stargard.
Ciekawostką jest, że ostatni mecz w barwach Chemika, Fadecki rozegrał przeciwko Pogoni Barlinek, czyli temu samemu klubowi, naprzeciw któremu stanął w swoim debiucie. Historia zatoczyła więc koło.
Łącznie w trzech sezonach w Chemiku zagrał 85 spotkań i zdobył 9 bramek.
Pucharowy sen
Błękitni jako świeżo upieczony beniaminek II ligi przed startem sezonu 13/14 poszukiwali solidnych wzmocnień, aby sprostać oczekiwaniom gry na wyższym poziomie rozgrywkowym. Jednym z zawodników, który miał zagwarantować podniesienie jakości gry klubu ze Stargardu, był Wojciech Fadecki. Wypatrzony przez ówczesnego trenera Błękitnych Krzysztofa Kapuścińskiego, Fadecki z miejsca stał się podstawowym elementem w jego układance, czego wynikiem były zaledwie 3 opuszczone spotkania w całym sezonie.
Błękitni okazali się rewelacją rozgrywek, zajmując na finiszu ligi znakomitą 4. pozycję w tabeli. Fadecki w pierwszym roku po powrocie do Stargardu zaliczył cztery ligowe trafienia.
W ramach ciekawostki dodam, że dokładnie w tym samym oknie transferowym do Błękitnych trafił doskonale nam znany… Bartłomiej Poczobut.
Dobry pierwszy sezon Wojciecha Fadeckiego w koszulce stargardzkiego klubu, jak się później okazało, miał być tylko przedsmakiem tego, co go czekało w nadchodzącym sezonie.
Błękitni w dalszym ciągu pozytywnie zaskakiwali swoich kibiców dobrą formą w lidze, tracąc na półmetku rozgrywek zaledwie 3 oczka do plasującego się na drugim miejscu Energetyka ROW Rybnik. Ich wyniki ligowe zeszły jednak na drugi plan, gdy zaczęli zadziwiać całą piłkarską Polskę w Pucharze Polski.
Na jesień w rozgrywkach Pucharu Polski najpierw w rundzie wstępnej uporali się z Chojniczanką Chojnice (1:0), a następnie w 1/16 ograli na wyjeździe Gryfa Wejherowo (2:1). W 1/8 finału na podopiecznych Kapuścińskiego czekał GKS Tychy, z którym również sobie poradzili. Po emocjonującym meczu Błękitni wygrali 3:2 i zapewnili sobie przepustkę do ćwierćfinałów na wiosnę. W meczu z Tychami przepiękną bramkę z rzutu wolnego zdobył właśnie Fadecki ( od 1:47):
W ćwierćfinale los przydzielił Błękitnym reprezentanta ekstraklasy Cracovię Kraków. Mało kto przed tym dwumeczem dawał jakiekolwiek szanse zawodnikom trenera Krzysztofa Kapuścińskiego. Różnica klas wydawała się być zbyt duża. Fadecki i spółka sprawili jednak kolejną niespodziankę, eliminując w wielkim stylu krakowski zespół. Wojciech Fadecki przegapił niestety mecz rewanżowy w Krakowie, ponieważ w pierwszym spotkaniu wyleciał z boiska w 83 minucie za dwie żółte kartki i musiał odpokutować zawieszenie.
Fadecki był już jednak gotowy do gry na historyczny dla Błękitnych mecz półfinału Pucharu Polski przeciwko Lechowi Poznań. Kolejorz po pierwszej połowie spotkania prowadził 1:0 po golu Sadajewa i wydawało się, że większych emocji w tej rywalizacji półfinałowej nie będzie. W drugiej odsłonie sytuacja zmieniła się o 180 stopni i Błękitni ośmieszyli wręcz zawodników Macieja Skorży, aplikując im 3 bramki. Duży udział przy doprowadzeniu do remisu w tym spotkaniu miał Wojciech Fadecki, który w 54. minucie świetnie dośrodkował idealnie do Tomasza Pustelnika, a ten wpakował piłkę do siatki strzeżonej przez Burica.
W drugim meczu znów o swoich wysokich umiejętnościach przypomniał Fadecki. Już w 19. minucie spotkania Błękitni wyszli na prowadzenie dzięki jego fantastycznej akcji prawym skrzydłem. Pomocnik Błękitnych ośmieszył Paulusa Arajuuriego, a następnie idealnie wyłożył piłkę do Piotra Wojtasiaka, który nie dał najmniejszych szans na obronę bramkarzowi Lecha. Polecam zobaczyć ta akcję bo był naprawdę kapitalna:
W 29 minucie rywalizacji doszło jednak do fatalnej w skutkach sytuacji. Za drugą żółtą kartkę z boiska wyleciał Kosakiewicz, co skrzętnie wykorzystał bardziej renomowany rywal. Lech zdobył 3 bramki i doprowadził do dogrywki, w której dobił Błękitnych, ostatecznie wygrywając 5:1. Czar prysł i Wojciech Fadecki finał na Stadionie Narodowym, mógł oglądać tylko z perspektywy kibica.
Podopieczni Krzysztofa Kapuścińskiego tym występem w Pucharze Polski powtórzyli osiągnięcie Pogoni Oleśnica sprzed 20 lat, która też jako klub z 3 poziomu rozgrywkowego dobrnęła do półfinału.
Powyższy sukces jest największym w dotychczasowej przygodzie z piłką Wojciecha Fadeckiego. Jego bardzo dobra postawa w tamtym sezonie została doceniona i zgarnął także indywidualne wyróżnienie. Wybrano go Sportowcem Roku Ziemi Stargardzkiej 2015.
W kolejnych sezonach Fadeckiemu nie udało się już z Błękitnymi osiągnąć, aż tak spektakularnych sukcesów. Był on jednak w dalszym ciągu fundamentalną postacią, która stanowiła o sile tego zespołu.
Oblany test w Ekstraklasie
W przerwie zimowej sezonu 2016/17 pojawiło się zainteresowanie Fadeckim z Ekstraklasy. Został on zaproszony na testy przez Pogoń Szczecin prowadzoną wówczas przez Kazimierza Moskala. Podczas dwutygodniowych testów nie udało mu się niestety przekonać sztabu szkoleniowego „Portowców” do zaproponowania umowy. Co prawda pełniący wtedy rolę dyrektora sportowego Pogoni Maciej Stolarczyk mówił, że zawodnik w dalszym ciągu będzie monitorowany podczas występów w swoim klubie, ale temat gry w Szczecinie już nigdy nie wrócił.
Występy przeciwko GieKSie
Historia meczów Wojciecha Fadeckiego z GieKSą nie jest zbyt długa. Głównie z racji tego, że zawodnik przez większą część swojej kariery występował na niższym poziomie rozgrywkowym niż nasz klub. Pierwsza okazja nadarzyła się dopiero po transferze do Warty Poznań. W 16.kolejce ubiegłego sezonu poznaniacy z Fadeckim w składzie przyjechali na Bukową i wygrali 2:0. Wojciech Fadecki z pewnością dobrze wspomina swoją pierwszą wizytę na stadionie GieKSy, bo udało mu się dołożyć sporych rozmiarów cegiełkę do zwycięstwa Warty. W 38 minucie spotkania strzałem w krótki róg z pola karnego zdobył drugiego gola dla poznaniaków (gol od 1:58):
W rewanżu górą była już GieKSą, a Fadeckiemu nie udało się wpisać na listę strzelców.
Ostatnie spotkanie miało miejsce na jesień w Stargardzie. GieKSa wygrała 3:1, co nie zmienia faktu, że kapitan Błękitnych dał się nam we znaki. Fadecki poza tym, że skutecznie wykorzystał rzut karny, to kilkukrotnie strzałami z dystansu zmusił do sporego wysiłku strzegącego naszej bramki Bartosza Mrozka.
Mam nadzieję, że w sobotę nasi obrońcy nie dadzą rozwinąć skrzydeł Fadeckiemu i będą skrupulatnie gasić każde zagrożenie z jego strony w zarodku.
Historia spotkań:
2018/19
GKS Katowice – Warta Poznań 0:2 – grał 77 minut, gol i żółta kartka
Warta Poznań – GKS Katowice 0:1 – grał 32 minuty
2019/20
Błękitni Stargard – GKS Katowice 1:3 – grał 90 minut, gol z rzutu karnego
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze