Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska czapa czyli – Co słychać w sieci? – po porażce z Resovią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kibice zgromadzeni w Spodku liczyli na przełamanie GieKSy, a tu spotkało ich kolejne rozczarowanie… piąta przegrana z rzędu nie napawa optymizmem.

katowickisport.pl – Siatkarze GieKSy w poważnym kłopocie. Z Asseco bez szans.

Siatkarze GKS znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji, bowiem przegrali pięć meczów z z rzędu, wygrywając zaledwie jeden set. Asseco Resovia na wiele katowiczanom nie pozwoliła, bo mecz zakończył się po 82. minutach.  Siatkarze GKS po 4. porażkach mieli nieco dłuższą przerwę i czas nie tylko na regenerację fizyczną, ale również psychiczną. Resovia przyjechała do Katowic „odnowiona”, bowiem trenerskie rządy objął ponownie Andrzej Kowal, pełniący od początku sezonu funkcję dyrektora sportowego. Jedni i drudzy byli mocno zmotywowani więc nic dziwnego, że od początku rozgorzał twardy bój o każdy punkt. Oba zespoły nie ustrzegły się błędów, ale wynik oscylował wokół remisu. Przy stanie po 16 nastąpił jeden z kluczowych momentów I seta. Katowiczanie dotknęli siatki, chwilę potem Serhij Kapelus został powstrzymany blokiem i goście dołożyli jeszcze punkt skutecznym atakiem. Na tablicy pojawił się rezultat 16:19 i stratę trudno było już odrobić. Siatkarze z Rzeszowa to rutyniarze i takich okazji nie wypuszczają z rąk. Przewagę powiększyli, a partię efektownym asem serwisowym zakończył Jakub Jarosz, powoli powracający do reprezentacyjnej formy. Katowiczanie wcale się nie zrazili niepowodzeniem i zupełnie przyzwoicie rozpoczęli drugą partię. Wynik 8:8 nie zapowiadał poważnego przestoju. Goście dość łatwo zdobyli 5. „oczek” z rzędu i objęli prowadzenie 13:8. Potem tę przewagę systematycznie powiększali. Kiedy Aleksander Śliwka doprowadził do stanu 24:19 wszyscy byli przekonani, że rzeszowianom już nic nie może się stać. Tymczasem nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Emanuel Kohut zdobył punkt zagrywką, chwilę potem posłał trudny serwis, który goście z trudem przyjęli i nie wyprowadzili skutecznej akcji. Rzeszowianie w kolejnej akcji zostali zablokowani, a potem posłali piłkę 2 razy w aut. Katowiczanie doprowadzili do remisu 24:24. Jednak ostatnie słowo należało do przyjezdnych. Początek był znów całkiem udany, ale potem nastąpiła kolejna huśtawka nastrojów. Goście zdecydowanie lepiej przyjmowali i byli skuteczniejsi w kontrach. To właśnie one sprawiły, że goście objęli prowadzenie 15:13. As serwisowy Bartłomieja Lemańskiego sprawił, że gospodarze zupełnie się rozkleili i już nie miel szans odrobienia 6. punktów straty. Goście seryjnie zdobywali punkty, zaś na twarzach gospodarzy było widać zniechęcenie.  GKS ma poważne kłopoty, a za chwilę trzeba będzie znów grac kolejny mecz ligowy tym razem z Cuprum Lubin.  (…)

 

sportslaski.pl – Spodek wciąż nieodczarowany. Siatkarska Barbórka dla Resovii.

Fatalna passa GKS-u Katowice trwa dalej. Zawodnicy trenera Piotra Gruszki wciąż nie mogą odczarować legendarnego Spodka, a na dodatek przegrali swoje piąte spotkanie z rzędu. Tym razem pogromcą katowiczan okazała się będąca ostatnio w sporym kryzysie Asseco Resovia Rzeszów. (…)  Goście rozochoceni zaistniałą sytuacją świetnie rozpoczęli drugą partię, prowadząc już (4:1) po udanych atakach Jarosza, Śliwki oraz punktowym bloku Bartłomieja Lemańskiego. GieKSa szybko otrząsnęła się po złym początku i po odrobieniu strat starała się wyjść na prowadzenie – katowiczanie mieli jednak problem z dobrze grającymi w obronie gośćmi. Ponadto w zespole Resovii bardzo dobrze funkcjonował blok, który często przeszkadzał Rafałowi Sobańskiemu i Emmanuelowi Kohutowi w sfinalizowaniu akcji. Z biegiem czasu przewaga Resovii zaczęła się coraz bardziej krystalizować, a momentami zespół gości prowadził nawet sześcioma punktami (10:16, 12:18). Gospodarze walczyli jednak bardzo ambitnie i w momencie, gdy gości dzielił już tylko jeden punkt od wygranego seta (24:19), odrobili straty i byli w stanie doprowadzić do walki na przewagi. Wściekli na siebie zawodnicy z Rzeszowa dopięli jednak swego i po celnym ataku Jarosza, fantastycznie w bloku zachował się Marcin Możdżonek. Po znakomitym zachowaniu reprezentanta Polski ekscytująca partia zakończyła się, jednak katowiczanie cały czas liczyli na przełamanie złej passy.  (…)

sportslaski.pl – Kacper Stelmach: „Brakuje nam czasami postawienia kropki nad i”

(…)  Siatkarze GKS-u Katowice ewidentnie nie mają szczęścia do Spodka. W tym sezonie w trzech meczach, rozegranych w tej legendarnej hali, podopieczni Piotra Gruszki nie zdobyli ani jednego punktu, urywając jedynie seta Łuczniczce Bydgoszcz. – Niestety te mecze w Spodku nie układają się dla nas tak, jakbyśmy chcieli. Wiadomo, że podchodzimy do każdego z zamiarem wygrania go, zważywszy na sporą ilość kibiców oraz rozreklamowanie spotkań. Chcemy się dobrze prezentować, a brakuje nam czasami takiej kropki nad „i” w postaci choćby jednego zdobytego punktu – przyznał po przegranym 0:3 meczu z Asseco Resovią przyjmujący GKS-u, Kacper Stelmach.  (…)  – Historia już niejednokrotnie pokazała, że zmiany trenera w klubie potrafią uskrzydlić zespół. Wiedzieliśmy, że Resovia się absolutnie przed nami nie wyłoży, bo tak jak nam są im potrzebne punkty, by piąć się w górę tabeli. Spodziewaliśmy się ciężkiego meczu i taki autentycznie był. Szkoda, że nie udało nam się wygrać drugiego seta, ponieważ mecz ułożyłby się zupełnie inaczej, a my zeszlibyśmy do szatni z dużo lepszym nastawieniem. Dzięki tej partii nie musielibyśmy pobudzać się na nowo i wszystko na parkiecie poszłoby nam znacznie łatwiej – dodaje 20-letni siatkarz.  (…)  – Meczu z Zawierciem bym nie nazwał wpadką, ponieważ ALURON zaprezentował się w naszej hali naprawdę dobrze, a zagrywką mogliby zawstydzić nie jeden klub z naszej ligi. Niemniej od pięciu spotkań nie potrafimy zdobyć punktu, co boli, pamiętając zeszły sezon, gdy w starciach z zespołami z górnej połowy tabeli byliśmy w stanie odebrać punkt, bądź zaskoczyć całą siatkarską Polskę i wygrać dany mecz – mówi Stelmach.  (…)  GKS bardzo szybko otrzymał szansę przełamania złej passy i powrotu na zwycięską ścieżkę. W najbliższą niedzielę katowiczanie zmierzą się w swojej szopienickiej hali z sąsiadem z ligowej tabeli – Cuprum Lubin. – Tak naprawdę to możemy się teraz przełamać z każdym, nieważne jaka to będzie drużyna. Najlepiej, żeby w najbliższą niedzielę udało nam się wygrać za 3 punkty, jednak zdajemy sobie sprawę, że Lubin ma w swojej kadrze klasowych zawodników. Nie będzie łatwo, ale z pewnością damy z siebie wszystko, żeby ich pokonać – przyznaje syn byłego reprezentanta Polski, Andrzeja Stelmacha.

 

siatka.org – PL: Kolejna porażka GKS-u w Spodku

GKS Katowice po raz kolejny przegrał mecz rozgrywany w katowickim Spodku. W środę podopieczni Piotra Gruszki ulegli Asseco Resovii Rzeszów 0:3. Najwięcej walki było w drugiej odsłonie spotkania. Rzeszowianie prowadzili w niej już 24:19, jednak gospodarze doprowadzili do wyrównania. W grze na przewagi lepsi okazali się przyjezdni, co tylko dodało im pewności. Najlepszym zawodnikiem spotkania wybrano Thibault Rossarda. Od początku pojedynku katowiczanie skuteczne akcje przeplatali błędami. Pomyłek nie ustrzegli się również goście, dlatego pierwsza faza seta toczyła się punkt za punkt (8:7). Gdy po błędzie Bartosza Mariańskiego goście odskoczyli na dwa punkty, o czas poprosił Piotr Gruszka (8:10). W kolejnych akcjach skutecznie punktowali Karol Butryn i Paweł Pietraszko, po drugiej stronie celnie atakował Thibault Rossard oraz Aleksander Śliwka (14:15). Katowiczanie mieli problem ze skutecznością w polu zagrywki, gdy blok dodali rzeszowianie drugi czas wykorzystał szkoleniowiec gospodarzy (16:19). Po czasie skutecznie zaatakował Kapelus a gdy asa dołożył Pietraszko, grę przerwał Andrzej Kowal (18:19). W decydującym momencie seta w ataku górowali siatkarze z Rzeszowa. Raz za razem punktowali Rossard i Śliwka a as Jakuba Jarosza przypieczętował zwycięstwo przyjezdnych.  (…)

polsatsport.pl – Gruszka: Coś nie działa

(…)  „Każda kolejna przegrana nas paraliżowała jeszcze bardziej. Weszliśmy w etap strasznego strachu. To było widać po naszych akcjach. W teorii próbujemy, chcemy, ale boisko tego nie odzwierciedla. Coś nie działa. Tak na gorąco nie wiem, o co chodzi” – powiedział PAP Gruszka. Katowiczanie wygrali w tych pięciu pojedynkach jednego seta. Zespół gości poprowadził trener Andrzej Kowal, który 3 grudnia zastąpił Roberto Serniottiego. Włoch szkoleniowcem Resovii został w maju w miejsce… Kowala, który został dyrektorem sportowym. Środowy mecz w Spodku był zorganizowany w duchu niedawnej „Barbórki”. Kibiców witały śląskie piosenki, podczas długiej przerwy przygrywała górnicza orkiestra dęta w mundurach, a spiker był ubrany we flanelową, roboczą koszulę i kask. Końcówka drugiej partii rozgrzała widownię, bowiem gospodarze przegrywali 19:24, przy zagrywce Emanuela Kohuta wyrównali, a potem przegrali do 25. Przed trzecim setem w hali pojawił się prezydent Katowic Marcin Krupa (samorząd ma w klubie ok. 80 proc. udziałów) i szybko mógł Spodek opuścić. „Resovia to rywal doświadczony, mocny. Ale dziś zagrał na tyle, ile wystarczyło, aby wygrać. Rywale nie musieli rozegrać super zawodów, bo nie było trzeba” – ocenił Piotr Gruszka. (…)

 

sportowefakty.wp.pl – GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów: udany powrót trenera Kowala do PlusLigi

(…) Przed środowym starciem GKS Katowice liczył na to, że atmosfera Barbórki i wysoka frekwencja na trybunach pozwolą wyjść zespołowi z dołka, w który wpadł przegrywając ostatnie cztery mecze. Nic z tych rzeczy nie pomogło, bo katowiczanie okazali się na boisku zespołem słabszym. Spotkanie pokazało, że ich forma jest jak ukryte głęboko złoża węgla – potrzeba sporo pracy, by wydobyć ją na powierzchnię. Początkowo nic jednak nie wskazywało na szybką wygraną gości. Większą werwę na boisku pokazywali gospodarze, których rozgrywający od razu wykazał się finezją, kierując piłki na skrzydła w zmiennym tempie. Katowiczanie przeprowadzali akcje płynnie, czego mogli im zazdrościć przeciwnicy. Wejście w meczowy rytm chwilę zajęło zespołowi Resovii, ale zespół rozegrał się na dobre w środkowej części pierwszego seta. Nieźle w ataku spisywał się Jakub Jarosz, który sprytnie mijał blok rywali, punktował też Bartłomiej Lemański. To spowodowało, że goście prowadzili 21:18. Katowiczanie próbowali odrobić straty, stawiając na ataki ze środka, ale w parze z dobrą grą w ofensywnie nie szła ich defensywa. Dwa fatalne przyjęcia na drugą stronę przekreśliły szanse na doprowadzenie do remisu. Seta zakończył as Jarosza (20:25).  (…)

czassiatkowki.pl – PlusLiga: Rzeszowianie zdobywają Spodek

W ramach trzynastej kolejki PlusLigi GKS Katowice podejmował Asseco Resovię Rzeszów. Mimo iż goście wygrali spotkanie w trzech setach, mecz był bardzo dynamiczny i pełen bardzo długich wymian, ale gospodarze byli w stanie zagrozić wynikowi tylko w drugiej odsłonie. MVP spotkania został wybrany Thibault Rossard, który zdobył 12 punktów dla swojej drużyny.  (…)  Trzecia partia już od samego początku była wyrównana, żadna z drużyn nie była w stanie wyjść na znaczące prowadzenie (5:4), obie ekipy prezentowały niezwykłe skupienie i popełniały niewiele błędów własnych, co dodawało dynamiczności spotkaniu (9:9). Dopiero bardzo dobra postawa Aleksandra Śliwki i jego popisowy atak po ciasnym skosie dały Asseco Resovii dwa „oczka” przewagi (14:12). As Bartłomieja Lemańskiego powiększył przewagę przyjezdnych (16:13) i mimo, że obie drużyny znów zaczęły grać punkt za punkt (14:17), to katowiczanie musieli odrabiać straty. Po kolejnym asie serwisowym gości, Piotr Gruszka poprosił o czas (19:14). Po przerwie jego zawodnicy byli w stanie zdobyć dwa punkty z rzędu (16:20), głównie dzięki bardzo dobrej zagrywce. Kolejne dwie kontry padły jednak łupem Asseco Resovii (22:16), szkoleniowiec gospodarzy nie miał wyboru i poprosił o czas. Asseco Resovia nie miała zamiaru oddawać tak dużego prowadzenia i bez trudu postawiła kropkę nad „i” wygrywając trzeciego seta i całe spotkanie (25:16).  (…)

assecoresovia.pl – Wracamy z Katowic z kompletem punktów

Asseco Resovia Rzeszów w katowickim Spodku w trzech setach pokonała GKS Katowice. MVP spotkania 13. kolejki PlusLigi wybrany został Thibault Rossard.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga