Siatkówka
Siatkarska czapa czyli – Co słychać w sieci? – po porażce z Resovią
Kibice zgromadzeni w Spodku liczyli na przełamanie GieKSy, a tu spotkało ich kolejne rozczarowanie… piąta przegrana z rzędu nie napawa optymizmem.
katowickisport.pl – Siatkarze GieKSy w poważnym kłopocie. Z Asseco bez szans.
Siatkarze GKS znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji, bowiem przegrali pięć meczów z z rzędu, wygrywając zaledwie jeden set. Asseco Resovia na wiele katowiczanom nie pozwoliła, bo mecz zakończył się po 82. minutach. Siatkarze GKS po 4. porażkach mieli nieco dłuższą przerwę i czas nie tylko na regenerację fizyczną, ale również psychiczną. Resovia przyjechała do Katowic „odnowiona”, bowiem trenerskie rządy objął ponownie Andrzej Kowal, pełniący od początku sezonu funkcję dyrektora sportowego. Jedni i drudzy byli mocno zmotywowani więc nic dziwnego, że od początku rozgorzał twardy bój o każdy punkt. Oba zespoły nie ustrzegły się błędów, ale wynik oscylował wokół remisu. Przy stanie po 16 nastąpił jeden z kluczowych momentów I seta. Katowiczanie dotknęli siatki, chwilę potem Serhij Kapelus został powstrzymany blokiem i goście dołożyli jeszcze punkt skutecznym atakiem. Na tablicy pojawił się rezultat 16:19 i stratę trudno było już odrobić. Siatkarze z Rzeszowa to rutyniarze i takich okazji nie wypuszczają z rąk. Przewagę powiększyli, a partię efektownym asem serwisowym zakończył Jakub Jarosz, powoli powracający do reprezentacyjnej formy. Katowiczanie wcale się nie zrazili niepowodzeniem i zupełnie przyzwoicie rozpoczęli drugą partię. Wynik 8:8 nie zapowiadał poważnego przestoju. Goście dość łatwo zdobyli 5. „oczek” z rzędu i objęli prowadzenie 13:8. Potem tę przewagę systematycznie powiększali. Kiedy Aleksander Śliwka doprowadził do stanu 24:19 wszyscy byli przekonani, że rzeszowianom już nic nie może się stać. Tymczasem nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Emanuel Kohut zdobył punkt zagrywką, chwilę potem posłał trudny serwis, który goście z trudem przyjęli i nie wyprowadzili skutecznej akcji. Rzeszowianie w kolejnej akcji zostali zablokowani, a potem posłali piłkę 2 razy w aut. Katowiczanie doprowadzili do remisu 24:24. Jednak ostatnie słowo należało do przyjezdnych. Początek był znów całkiem udany, ale potem nastąpiła kolejna huśtawka nastrojów. Goście zdecydowanie lepiej przyjmowali i byli skuteczniejsi w kontrach. To właśnie one sprawiły, że goście objęli prowadzenie 15:13. As serwisowy Bartłomieja Lemańskiego sprawił, że gospodarze zupełnie się rozkleili i już nie miel szans odrobienia 6. punktów straty. Goście seryjnie zdobywali punkty, zaś na twarzach gospodarzy było widać zniechęcenie. GKS ma poważne kłopoty, a za chwilę trzeba będzie znów grac kolejny mecz ligowy tym razem z Cuprum Lubin. (…)
sportslaski.pl – Spodek wciąż nieodczarowany. Siatkarska Barbórka dla Resovii.
Fatalna passa GKS-u Katowice trwa dalej. Zawodnicy trenera Piotra Gruszki wciąż nie mogą odczarować legendarnego Spodka, a na dodatek przegrali swoje piąte spotkanie z rzędu. Tym razem pogromcą katowiczan okazała się będąca ostatnio w sporym kryzysie Asseco Resovia Rzeszów. (…) Goście rozochoceni zaistniałą sytuacją świetnie rozpoczęli drugą partię, prowadząc już (4:1) po udanych atakach Jarosza, Śliwki oraz punktowym bloku Bartłomieja Lemańskiego. GieKSa szybko otrząsnęła się po złym początku i po odrobieniu strat starała się wyjść na prowadzenie – katowiczanie mieli jednak problem z dobrze grającymi w obronie gośćmi. Ponadto w zespole Resovii bardzo dobrze funkcjonował blok, który często przeszkadzał Rafałowi Sobańskiemu i Emmanuelowi Kohutowi w sfinalizowaniu akcji. Z biegiem czasu przewaga Resovii zaczęła się coraz bardziej krystalizować, a momentami zespół gości prowadził nawet sześcioma punktami (10:16, 12:18). Gospodarze walczyli jednak bardzo ambitnie i w momencie, gdy gości dzielił już tylko jeden punkt od wygranego seta (24:19), odrobili straty i byli w stanie doprowadzić do walki na przewagi. Wściekli na siebie zawodnicy z Rzeszowa dopięli jednak swego i po celnym ataku Jarosza, fantastycznie w bloku zachował się Marcin Możdżonek. Po znakomitym zachowaniu reprezentanta Polski ekscytująca partia zakończyła się, jednak katowiczanie cały czas liczyli na przełamanie złej passy. (…)
sportslaski.pl – Kacper Stelmach: „Brakuje nam czasami postawienia kropki nad i”
(…) Siatkarze GKS-u Katowice ewidentnie nie mają szczęścia do Spodka. W tym sezonie w trzech meczach, rozegranych w tej legendarnej hali, podopieczni Piotra Gruszki nie zdobyli ani jednego punktu, urywając jedynie seta Łuczniczce Bydgoszcz. – Niestety te mecze w Spodku nie układają się dla nas tak, jakbyśmy chcieli. Wiadomo, że podchodzimy do każdego z zamiarem wygrania go, zważywszy na sporą ilość kibiców oraz rozreklamowanie spotkań. Chcemy się dobrze prezentować, a brakuje nam czasami takiej kropki nad „i” w postaci choćby jednego zdobytego punktu – przyznał po przegranym 0:3 meczu z Asseco Resovią przyjmujący GKS-u, Kacper Stelmach. (…) – Historia już niejednokrotnie pokazała, że zmiany trenera w klubie potrafią uskrzydlić zespół. Wiedzieliśmy, że Resovia się absolutnie przed nami nie wyłoży, bo tak jak nam są im potrzebne punkty, by piąć się w górę tabeli. Spodziewaliśmy się ciężkiego meczu i taki autentycznie był. Szkoda, że nie udało nam się wygrać drugiego seta, ponieważ mecz ułożyłby się zupełnie inaczej, a my zeszlibyśmy do szatni z dużo lepszym nastawieniem. Dzięki tej partii nie musielibyśmy pobudzać się na nowo i wszystko na parkiecie poszłoby nam znacznie łatwiej – dodaje 20-letni siatkarz. (…) – Meczu z Zawierciem bym nie nazwał wpadką, ponieważ ALURON zaprezentował się w naszej hali naprawdę dobrze, a zagrywką mogliby zawstydzić nie jeden klub z naszej ligi. Niemniej od pięciu spotkań nie potrafimy zdobyć punktu, co boli, pamiętając zeszły sezon, gdy w starciach z zespołami z górnej połowy tabeli byliśmy w stanie odebrać punkt, bądź zaskoczyć całą siatkarską Polskę i wygrać dany mecz – mówi Stelmach. (…) GKS bardzo szybko otrzymał szansę przełamania złej passy i powrotu na zwycięską ścieżkę. W najbliższą niedzielę katowiczanie zmierzą się w swojej szopienickiej hali z sąsiadem z ligowej tabeli – Cuprum Lubin. – Tak naprawdę to możemy się teraz przełamać z każdym, nieważne jaka to będzie drużyna. Najlepiej, żeby w najbliższą niedzielę udało nam się wygrać za 3 punkty, jednak zdajemy sobie sprawę, że Lubin ma w swojej kadrze klasowych zawodników. Nie będzie łatwo, ale z pewnością damy z siebie wszystko, żeby ich pokonać – przyznaje syn byłego reprezentanta Polski, Andrzeja Stelmacha.
siatka.org – PL: Kolejna porażka GKS-u w Spodku
GKS Katowice po raz kolejny przegrał mecz rozgrywany w katowickim Spodku. W środę podopieczni Piotra Gruszki ulegli Asseco Resovii Rzeszów 0:3. Najwięcej walki było w drugiej odsłonie spotkania. Rzeszowianie prowadzili w niej już 24:19, jednak gospodarze doprowadzili do wyrównania. W grze na przewagi lepsi okazali się przyjezdni, co tylko dodało im pewności. Najlepszym zawodnikiem spotkania wybrano Thibault Rossarda. Od początku pojedynku katowiczanie skuteczne akcje przeplatali błędami. Pomyłek nie ustrzegli się również goście, dlatego pierwsza faza seta toczyła się punkt za punkt (8:7). Gdy po błędzie Bartosza Mariańskiego goście odskoczyli na dwa punkty, o czas poprosił Piotr Gruszka (8:10). W kolejnych akcjach skutecznie punktowali Karol Butryn i Paweł Pietraszko, po drugiej stronie celnie atakował Thibault Rossard oraz Aleksander Śliwka (14:15). Katowiczanie mieli problem ze skutecznością w polu zagrywki, gdy blok dodali rzeszowianie drugi czas wykorzystał szkoleniowiec gospodarzy (16:19). Po czasie skutecznie zaatakował Kapelus a gdy asa dołożył Pietraszko, grę przerwał Andrzej Kowal (18:19). W decydującym momencie seta w ataku górowali siatkarze z Rzeszowa. Raz za razem punktowali Rossard i Śliwka a as Jakuba Jarosza przypieczętował zwycięstwo przyjezdnych. (…)
polsatsport.pl – Gruszka: Coś nie działa
(…) „Każda kolejna przegrana nas paraliżowała jeszcze bardziej. Weszliśmy w etap strasznego strachu. To było widać po naszych akcjach. W teorii próbujemy, chcemy, ale boisko tego nie odzwierciedla. Coś nie działa. Tak na gorąco nie wiem, o co chodzi” – powiedział PAP Gruszka. Katowiczanie wygrali w tych pięciu pojedynkach jednego seta. Zespół gości poprowadził trener Andrzej Kowal, który 3 grudnia zastąpił Roberto Serniottiego. Włoch szkoleniowcem Resovii został w maju w miejsce… Kowala, który został dyrektorem sportowym. Środowy mecz w Spodku był zorganizowany w duchu niedawnej „Barbórki”. Kibiców witały śląskie piosenki, podczas długiej przerwy przygrywała górnicza orkiestra dęta w mundurach, a spiker był ubrany we flanelową, roboczą koszulę i kask. Końcówka drugiej partii rozgrzała widownię, bowiem gospodarze przegrywali 19:24, przy zagrywce Emanuela Kohuta wyrównali, a potem przegrali do 25. Przed trzecim setem w hali pojawił się prezydent Katowic Marcin Krupa (samorząd ma w klubie ok. 80 proc. udziałów) i szybko mógł Spodek opuścić. „Resovia to rywal doświadczony, mocny. Ale dziś zagrał na tyle, ile wystarczyło, aby wygrać. Rywale nie musieli rozegrać super zawodów, bo nie było trzeba” – ocenił Piotr Gruszka. (…)
sportowefakty.wp.pl – GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów: udany powrót trenera Kowala do PlusLigi
(…) Przed środowym starciem GKS Katowice liczył na to, że atmosfera Barbórki i wysoka frekwencja na trybunach pozwolą wyjść zespołowi z dołka, w który wpadł przegrywając ostatnie cztery mecze. Nic z tych rzeczy nie pomogło, bo katowiczanie okazali się na boisku zespołem słabszym. Spotkanie pokazało, że ich forma jest jak ukryte głęboko złoża węgla – potrzeba sporo pracy, by wydobyć ją na powierzchnię. Początkowo nic jednak nie wskazywało na szybką wygraną gości. Większą werwę na boisku pokazywali gospodarze, których rozgrywający od razu wykazał się finezją, kierując piłki na skrzydła w zmiennym tempie. Katowiczanie przeprowadzali akcje płynnie, czego mogli im zazdrościć przeciwnicy. Wejście w meczowy rytm chwilę zajęło zespołowi Resovii, ale zespół rozegrał się na dobre w środkowej części pierwszego seta. Nieźle w ataku spisywał się Jakub Jarosz, który sprytnie mijał blok rywali, punktował też Bartłomiej Lemański. To spowodowało, że goście prowadzili 21:18. Katowiczanie próbowali odrobić straty, stawiając na ataki ze środka, ale w parze z dobrą grą w ofensywnie nie szła ich defensywa. Dwa fatalne przyjęcia na drugą stronę przekreśliły szanse na doprowadzenie do remisu. Seta zakończył as Jarosza (20:25). (…)
czassiatkowki.pl – PlusLiga: Rzeszowianie zdobywają Spodek
W ramach trzynastej kolejki PlusLigi GKS Katowice podejmował Asseco Resovię Rzeszów. Mimo iż goście wygrali spotkanie w trzech setach, mecz był bardzo dynamiczny i pełen bardzo długich wymian, ale gospodarze byli w stanie zagrozić wynikowi tylko w drugiej odsłonie. MVP spotkania został wybrany Thibault Rossard, który zdobył 12 punktów dla swojej drużyny. (…) Trzecia partia już od samego początku była wyrównana, żadna z drużyn nie była w stanie wyjść na znaczące prowadzenie (5:4), obie ekipy prezentowały niezwykłe skupienie i popełniały niewiele błędów własnych, co dodawało dynamiczności spotkaniu (9:9). Dopiero bardzo dobra postawa Aleksandra Śliwki i jego popisowy atak po ciasnym skosie dały Asseco Resovii dwa „oczka” przewagi (14:12). As Bartłomieja Lemańskiego powiększył przewagę przyjezdnych (16:13) i mimo, że obie drużyny znów zaczęły grać punkt za punkt (14:17), to katowiczanie musieli odrabiać straty. Po kolejnym asie serwisowym gości, Piotr Gruszka poprosił o czas (19:14). Po przerwie jego zawodnicy byli w stanie zdobyć dwa punkty z rzędu (16:20), głównie dzięki bardzo dobrej zagrywce. Kolejne dwie kontry padły jednak łupem Asseco Resovii (22:16), szkoleniowiec gospodarzy nie miał wyboru i poprosił o czas. Asseco Resovia nie miała zamiaru oddawać tak dużego prowadzenia i bez trudu postawiła kropkę nad „i” wygrywając trzeciego seta i całe spotkanie (25:16). (…)
assecoresovia.pl – Wracamy z Katowic z kompletem punktów
Asseco Resovia Rzeszów w katowickim Spodku w trzech setach pokonała GKS Katowice. MVP spotkania 13. kolejki PlusLigi wybrany został Thibault Rossard.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Najnowsze komentarze