Siatkówka
Siatkarska czapa czyli – Co słychać w sieci? – po wygranej z Espadonem
GKS wygrał drugi mecz z rzędu i oddalił się na 7 punktów od strefy barażowej. Również gra naszego zespołu była znacznie lepsza i tym razem po przegraniu pierwszego seta (odwrotnie niż dotychczas) to GKS pokazał chart ducha, w dwóch partiach górując wyraźnie nad rywalami. Oby podtrzymać ten trend i wygrać w kolejnych spotkaniach ligowych.
katowickisport.pl –Ważna wygrana GieKSy. Ucieczka do bezpiecznej strefy
Cenne zwycięstwo z Espadonem Szczecin odnieśli siatkarze GKS Katowice. Podopieczni trenera Piotra Gruszki po wygranej 3:1 we własnej hali z rywalem ze Szczecina odskoczyli nieco w tabeli od strefy zagrożonej barażami. Od pierwszych piłek widać było, że mecz będzie bardzo wyrównany. Katowiczanom udało się po asie serwisowym Emanuela Kohuta GieKSa prowadzić 15:12, ale po chwili było już 17:17 i trener Piotr Gruszka poprosił o czas. Na niewiele to się zdało, bo szczecinianie się rozpędzali – nie do zatrzymania był Malinowski i Espadon wygrał do 22. Taki obrót sprawy podrażnił siatkarzy GKS, co widać było w drugim secie. Wystarczyła chwila, by katowiczanie prowadzili 10:3. Karol Butryn, Gonzalo Quiroga… To m.in. dzięki nim Espadon nie miał wiele do powiedzenia i GKS wygrał tę parti 25:14. Najwięcej emocji dostarczył trzeci set. Pierwsza część należała bezdyskusyjnie do Espadonu, jednak gdy w polu zagrywki stanął Paweł Pietraszko, katowiczanie wrócili do gry. GieKSa znów wypracowała przewagę, która utrzymywała się do końca. Ostatni set był już dopełnieniem formalności. GieKSa nie zwalniała jednak tempa i pewnie utrzymała prowadzenie i cieszyła się ze zdobycia trzech bardzo ważnych punktów i kolejnego zwycięstwa nad Espadonem Szczecin. (…)
siatka.org – PL: GKS pokonał Espadon i odskoczył od zagrożonej strefy
Cenne zwycięstwo z Espadonem Szczecin odnieśli siatkarze GKS Katowice. Podopieczni trenera Piotra Gruszki po wygranej 3:1 we własnej hali z rywalem ze Szczecina odskoczyli nieco w tabeli od strefy zagrożonej barażami. Mecz lepiej rozpoczęli przyjezdni, ale szczecinianie po wygraniu pierwszego seta w trzech kolejnych musieli już uznać wyższość gospodarzy. (…) Przegrana w pierwszej partii nie zdemotywowała gospodarzy i po ataku po prostej Karola Butryna trener Mieszko Gogol musiał prosić o czas dla swojej drużyny (3:0). Zawodnik ten dołożył jeszcze asa serwisowego i przewaga miejscowych wzrosła do czterech „oczek”. U przyjezdnych gra się całkowicie posypała. Najpierw piłka wychodząca na aut obtarła jeszcze Marcina Wikę, a w kolejnych akcjach zawodnicy Espadonu dwukrotnie popełnili błąd przekroczenia linii ataku (9:2). Siatkarze GKS-u kontrolowali przebieg tego seta, powiększając cały czas swoją przewagę. W ekipie prowadzonej przez Piotra Gruszkę funkcjonowało wszystko, a kiedy Marcin Komenda skończył przechodzącą piłkę, na tablicy wyników było 17:8. As serwisowy Butryna w kolejnej akcji i punktowy blok Serhija Kapelusa nie pozostawiały złudzeń, że po dwóch setach stan rywalizacji się wyrówna. Tak też się stało po zagrywce w siatkę Jeffreya Menzela (25:14). (…)
siatka.org – Paweł Pietraszko: Gramy ostatnio coraz lepiej
(…) – Drugą partię rozpoczęliśmy dużo lepiej i do końca udało nam się ją dociągnąć – stwierdził Paweł Pietraszko. Co więc decydowało o zwycięstwie katowiczan? – To był mecz, w którym popełniliśmy dużo mniej błędów niż nasi przeciwnicy. Moim zdaniem prezentowaliśmy ogólnie lepszą siatkówkę niż nasi rywale – dodał. Trudno się nie zgodzić ze środkowym GKS-u, gdyż poza przyjęciem w każdym innym siatkarskim elemencie jego drużyna prezentowała się znacznie lepiej. Na uwagę zasługuje przede wszystkim wygrane w elemencie bloku 10-2, jak i w polu serwisowym 11-5. Wydaje się, że decydująca dla przebiegu spotkania była trzecia partia, która jako jedyna rozstrzygnęła się w końcówce. Katowiczanie dali się dogonić zawodnikom Espadonu i na tablicy wyników widniał remis po 22. Jednak bardzo długą i zaciętą wymianę skończył Gonzalo Quiroga, co pozwoliło gospodarzom wypracować sobie dwa „oczka” przewagi, których nie oddali już do końca. – Często jest tak, że przy wyrównanej końcówce seta jak się przegra jedną długą akcję, to jednak może to na chwilę w głowie zostać. Cieszę się, że to my wygraliśmy tę partię – ocenił środkowy GKS-u. Na uwagę zasługuje też skuteczność w ataku obu drużyn, przy niezbyt wysokim procencie przyjęcia. Wymuszało to kończenie ataków na tzw. wysokiej piłce. – Moim zdaniem dobrze radziliśmy sobie na wysokiej piłce. W decydujących momentach zadziałał też nasz blok. Na pewno gramy ostatnio coraz lepiej. Mieliśmy taką nieszczęsną dla nas serię porażek, ale z meczu na mecz prezentujemy się lepiej i moim zdaniem poprawiliśmy grę w każdym elemencie, dzięki czemu udało nam się zwyciężyć – zakończył Pietraszko. Szansę na poprawienie swojej zdobyczy punktowej będą mieć katowiczanie w najbliższą niedzielę, kiedy w Kielcach zmierzą się z miejscowymi zajmującymi przedostatnie miejsce w tabeli. (…)
siatka.org – Marcin Komenda: Jestem optymistą
(…) Wasze spotkanie z Espadonem Szczecin było starciem, o którym mówiło się, że to mecz o „sześć punktów”. Świadomość celu i sytuacja w ligowej tabeli były dla was dodatkową motywacją przed tą konfrontacją? Marcin Komenda: – Zgadza się, tak samo jak spotkanie z MKS-em Będzin, czy mecze które przed nami, a więc z BBTS-em Bielsko-Biała i zespołem z Kielc, to spotkanie było dla nas meczem o przysłowiowe sześc punktów. Bardzo się cieszymy, że to jest nasze drugie zwycięstwo z rzędu. Teraz złapiemy trochę spokoju, luzu, który pozwoli nam jeszcze lepiej i efektywniej pracować w najbliższym tygodniu. Tym bardziej cieszy, że w tym meczu po pierwszym, nie do końca dla nas udanym-przegranym secie, zdołaliśmy wrócić do gry i pokazaliśmy szczecinianom, że jesteśmy mocni. Udowodniliśmy również, że ta seria przegranych meczów i nie do końca dobrej gry jest już za nami, teraz wracamy na zwycięską ścieżkę.
Uwagę w waszej grze zwracał jeden szczególny element, tzn. skuteczność w elemencie bloku. Dotyczy to nie tylko punktów zdobywanych bezpośrednio tym elementem, ale również licznych wybloków, dających początki kontratakom. Chyba wyjątkowo dobrze odczytywaliście intencje rywali. – Dokładnie, w tym elemencie rozegraliśmy naprawdę dobre spotkanie. Trzeba przyznać, że podczas treningów dużo pracujemy nad naszą grą w bloku. Trenerzy widzą, że nie do końca wszystko nam wychodzi w tym elemencie. Na pewno cieszymy się, że praca z treningów przełożyła się na mecz i można powiedzieć, że zamurowaliśmy rywali w tym spotkaniu.
Dwa ostatnie spotkania były tak naprawdę meczami, w których nie było miejsca na potknięcie. Chcąc walczyć o wyższej cele i chroniąc się przed strefą spadkową musieliście wygrać. Jako zespół „mający nóż na gardle” pokazaliście siłę charakteru i wolę walki. Paradoksalnie więc tego typu presja sprzyja wam? – Osobiście mogę powiedzieć, że lubię grać pod nazwijmy to presją, wtedy jest większa adrenalina, można pokazać co się potrafi, być może w nieco mniej sprzyjających warunkach. Z drugiej strony nie mówmy o jakiejś dużej presji, taką mogą mieć chociażby górnicy w swojej pracy codziennej. My robimy to co lubimy i mamy to szczęście, że to jest nasza praca. Te zwycięstwa przede wszystkim chciałbym zadedykować kibicom, którzy nas wspierają i to dla nich gramy, bo przychodzą do hali, kupują bilety, żeby zobaczyć ciekawy mecz.
O zainteresowanie fanów wciąż musicie walczyć. Jako dość młody klub w zestawieniu PlusLigi siatkarzy budujecie tę społeczność wokół siatkówki. Doping podczas meczu z Espadonem Szczecin był pierwszym dowodem, że jesteście na dobrej drodze… – To dopiero zaczyna się budować, nie ma co ukrywać, że GKS jest nowym klubem na siatkarskiej mapie, także na pewno my musimy przyciągnąć kibiców nasza dobrą grą. Myślę, że walką najbardziej można przyciągnąć kibiców. Także myślę, że z roku na rok tych kibiców będzie więcej i niezależnie gdzie będziemy grali to hala będzie opanowana przez naszych fanów. Nam również wtedy będzie lepiej się grało, chociaż warto podkreślić, że podczas tego meczu z Espadonem atmosfera była naprawdę fajna.
Kibice, media wszyscy koncentrują się na sytuacji w ligowej tabeli. Nie tylko w czołówce zestawienia jest spory ścisk, w strefie miejsc 9-12 również dystans jest niewielki. W jakim stopniu odcinacie się od tych kalkulacji? Koncentrujecie się z meczu na mecz, czy gdzieś w tyle głowy są te myśli o ostatecznym rozdaniu, bo faza zasadnicza wkracza w decydujący etap? – Na pewno zerka się na tą tabelę, patrzymy ile mamy punktów, jaka jest strata czy przewaga do poszczególnych drużyn w zestawieniu PlusLigi. Osobiście jednak staram się bardziej skupiać na tym, aby z każdego treningu wyciągać jak najwięcej i aby w poszczególnych meczach prezentować pełnię swoich możliwości. Cieszy też to, co mam nadzieję było widać w tym spotkaniu, że potrafimy bawić się tą siatkówką. Chcieliśmy zrobić coś z fantazją i finezją, być może nie mamy jeszcze takich umiejętności, aby wszystkie te zagrania były udane, sporo tego, co sobie założyliśmy jednak się udało. I myślę, że to może nas napawać optymizmem przed kolejnymi meczami.
Przed GKS-em kolejne spotkania z cyklu tych „o sześć punktów”, a więc starcia z Dafi Społem Kielce i BBTS-em Bielsko-Biała. Podejdziecie do spotkań na fali zwycięstw, z optymizmem patrzycie w przyszłość? – Nie ma co ukrywać, że w pierwszej rundzie fazy zasadniczej z obydwoma tymi zespołami wygraliśmy i łącznie zdobyliśmy w tych meczach sześć punktów. Wierzę, że także tym razem uda nam się zdobyć komplet punktów. Jeżeli zagramy na swoim dobrym poziomie, tak jak pokazaliśmy to w meczu z Espadonem od drugiego seta, to uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy te najbliższe spotkania wygrali. Ja jestem optymistą i wierzę, że jeżeli nadal będziemy trenować tak, jak do tej pory to również zwycięstwa będą przychodzić.
sportowefakty.wp.pl – GKS – Espadon: cenny triumf katowiczan, szczecinianie bez zdobyczy punktowej
(…) Po zmianie stron podrażnieni siatkarze z Katowic rzucili się do frontalnych ataków i wygrywali 10:3. Spokojnie rozgrywał Marcin Komenda, zaś skuteczni w ataku byli Karol Butryn i Gonzalo Quiroga. Podopieczni Piotra Gruszki mieli totalnie wszystko pod kontrolą i ostatecznie zwyciężyli 25:14. Na starcie III seta goście próbowali narzucić swój styl gry, a aktywny na środku siatki był Justin Duff (6:10). Z czasem z letargu przebudzili się gospodarze, którzy za sprawą Butryna prowadzili 13:11. Jednakże od tego momentu trwała wyrównana walka i doszło do emocjonującej końcówki partii. W niej katowiccy zawodnicy zachowali więcej zimnej krwi i po punktowym bloku na Marcinie Wice odnieśli wiktorię 25:23. GKS Katowice nie zamierzał zwalniać tempa, zaś ciężar gry brali na swoje barki Karol Butryn i Paweł Pietraszko (5:1). Gracze prowadzeni przez Michała Gogola popełniali sporo błędów własnych, przez co przegrywali 11:16. Już do zakończenia odsłony nic się nie zmieniło (25:18) i miejscowa drużyna sięgnęła po trzy punkty w tej potyczce. (…)
czassiatkowki.pl – PlusLiga: Espadon Szczecin słabszy od katowiczan
GKS Katowice stracił tylko jednego seta w meczu przeciwko podopiecznym trenera Michała Gogola. Goście pewnie rozpoczęli spotkanie, wygrywając inauguracyjną partię, ale kolejne trzy sety zakończyły się po myśli zawodników prowadzonych przez Piotra Gruszkę, którzy dopisali do swojego konta w tabeli cenne trzy punkty. (…) W kolejną partię lepiej weszli gospodarze, którzy zapisali na swoje konto trzy punkty (3:0). Dobra gra blokiem katowiczan i błędy własne przyjezdnych spowodowały, że przewaga GKS-u wzrosła (9:2). W secie tym podopieczni trenera Michała Gogola nie potrafili znaleźć sposobu na dobrze dysponowanych rywali i w środkowej części seta wyraźnie przegrywali (8:16). W decydującą część odsłony zespoły wkraczały przy stanie 19:9 na korzyść gospodarzy, którzy pewnie zmierzali po zwycięstwo w tej partii. Ostatecznie set ten zakończył się wynikiem 25:14 dla zawodników prowadzonych przez trenera Piotra Gruszkę. (…)
volleyespadon.pl – Espadon przegrywa w czterech setach
Miłe złego początki – tymi słowami można określić to, co przydarzyło się dziś ekipie z Pomorza Zachodniego. Szczecinianie prowadzili na wyjeździe 1:0 w setach, ale trzy kolejne partie padły łupem GKS-u Katowice. (…) W pierwszej fazie inauguracyjnej partii ciężar ataku wzięli na siebie Wika oraz Malinowski. GKS odpowiadał punktami środkowego Pawła Pietraszki i przyjmującego Gonzalo Quirogi, a na tablicy wyników było remisowo. W połowie seta gospodarzom udało się odskoczyć (15:12), ale dwa dobre ataki Ruciaka pozwoliły znów doprowadzić do stanu równowagi (17:17). W następnych minutach znakomicie zaprezentował się Malinowski, który najpierw zapunktował zagrywką, a później kilka razy świetnie spisał się w ataku ze skrzydła. Zawodnik szczecinian zakończył inauguracyjną partię z dorobkiem dziesięciu punktów i w dużym stopniu przyczynił się do tego, że Espadon objął prowadzenie w meczu (25:22). (…)
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze