Siatkówka
Siatkarska krótka przesunięta: GKS położył na łopatki Resovię!
STATYSTYKI MECZOWE GKS-u
Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z Resovią trwał 129 minut, z czego I set 25 min. – II set 31 min. – III set 27 min. – IV set 28 min. – V set 18 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 35
Ilość zdobytych punktów – GKS 69: Butryn 26, Kapelus 13, Kalembka 11, Krulicki 9, Sobański 8, Falaschi 1, Pietraszko 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 29: Butryn 11, Kalembka 7, Kapelus 4, Sobański 3, Krulicki 3, Pietraszko 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 16: Butryn 9, Kalembka 6, Krulicki 6, Kapelus 1, Pietraszko 1, Falaschi -1, Sobański -3, Stańczak -3.
Ilość zagrywek – GKS 104: Kalembka 21, Sobański 18, Butryn 17, Kapelus 16, Krulicki 15, Falaschi 12, Pietraszko 3, Błoński 2.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 20: Butryn 7, Kalembka 4, Krulicki 3, Sobański 3, Falaschi 2, Kapelus 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 8: Kalembka 4, Sobański 2, Butryn 1, Pietraszko 1.
Ilość przyjęć – GKS 80: Sobański 29, Kapelus 25, Stańczak 24, Krulicki 1, Kalembka 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 12: Sobański 6, Stańczak 3, Kapelus 3.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 41%: Krulicki 100%, Stańczak 63%, Kapelus 40%, Sobański 24%, Kalembka 0%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 15%: Stańczak 38%, Kapelus 8%, Sobański 3%, Krulicki 0%, Kalembka 0%.
Ilość ataków – GKS 117: Butryn 45, Kapelus 32, Sobański 23, Kalembka 8, Krulicki 6, Falaschi 3.
Ilość błędów w ataku – GKS 10: Butryn 6, Kapelus 2, Kalembka 1, Sobański 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 11: Kapelus 6, Butryn 4, Sobański 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 53: Butryn 24, Kapelus 13, Krulicki 5, Kalembka 5, Sobański 5, Falaschi 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 45%: Krulicki 83%, Kalembka 63%, Butryn 53%, Kapelus 41%, Falaschi 33%, Sobański 22%.
Ilość bloków punktowych – GKS 8: Krulicki 4, Kalembka 2, Butryn 1, Sobański 1.
Jakie jest wytłumaczenie tego sensacyjnego wyniku? Każdy kij ma dwa końce, więc na taki wynik miała wpływ dobra (a momentami bardzo dobra) gra naszego zespołu, jak również słabsza postawa siatkarzy Resovii. Co mówią nam liczby?
GKS dobrze rozpoczął mecz w Rzeszowie, grając w pierwszym secie akcje punkt za punkt, ale tylko do stanu po 7. Potem Resovia opanowała sytuację, kontrolując grę kilkoma oczkami przewagi (17:13). Od tego momentu GieKSa stanęła w miejscu, mając problem z akcjami własnymi. Nasi siatkarze do końca tego seta zdobyli tylko trzy punkty z ataku + jeden po błędzie gospodarzy. No właśnie błędy, tych było za dużo bo aż 10, to jak na jedną partię stanowczo zanadto. Resovia rozbiła nas atakiem mając aż 65% skuteczności, przy naszych 43%. Przyjęcie też mieli rzeszowianie lepsze, bo na poziomie 55% przy 35% katowiczan. Jak widać nic nie zapowiadało naszego zwycięstwa w tym meczu.
Drugi set miał na początku podobny przebieg, z tym że to GKS odskoczył z wynikiem od stanu po 7 i potem cały czas starał się utrzymać tę kilku punktową przewagę. Oczywiście w samej końcówce gospodarze dochodzili nas na jedno oczko kilkukrotnie, a nawet był remis po 22, ale to nasi siatkarze lepiej rozegrali decydujące fragmenty tej partii, wygrywając ją. Tym razem to GieKSa dostała w prezencie od Resovii 10 darmowych punktów, przy naszych 7 dla przeciwnika. I atak mieliśmy o wiele skuteczniejszy, na poziomie 52% (gospodarze 46%). Prawie nie do zatrzymania był Butryn, który na 10 ataków skończył 6 czyli 60%, to bardzo dobry wynik. Mocno wspierał go Kapelus mając 4 ataki skończone przy 7 próbach (57%). W drużynie Resovii tylko Francuz Rossard, próbował się nam przeciwstawić sam zdobywając 10 punktów (na 16 oczek z własnych akcji całej ekipy rzeszowskiej), przy skuteczności na poziomie aż 71%. Gospodarze mieli znów lepsze przyjęcie 60% do 33%, ale jakoś nie potrafili tego przekuć na większą zdobycz punktową.
W trzeciej partii GKS objął kilku punktowe prowadzenie od samego początku, gdzie gospodarze doszli nas z wynikiem dopiero przy stanie po 18, na chwilę wychodząc nawet na prowadzenie (19:18 i 20:19). Końcówka seta to popis gry GieKSy w ataku, aż 5 skończonych akcji skutecznie + as serwisowy Pietraszki i ponownie wygrywamy dwoma oczkami tę partię. Błędy własne tym razem bez znaczenia, bo obie ekipy popełniły ich podobną ilość (6:5). Atak również bardzo wyrównany, przy skuteczności 61% do 63% dla naszej drużyny. Butryn wprost szalał w ataku bo na 8 akcji skończył… wszystkie! Karol znów mógł liczyć na Kapelusa, który dołożył 5 oczek. W Resovii Rossard mocno spuścił z tonu zdobywając tylko 5 punktów przy zaledwie 38% skuteczności, starał się mu pomagać Ivović, który również dołożył tyle samo punktów. Wreszcie mieliśmy lepsze przyjęcie od przeciwnika, co w meczach GieKSy nie zdarza się często. 56% do 46% musiało zrobić różnicę i ułatwić naszemu kapitanowi, Falaschiemu rozegranie w tym secie.
Czwarty set GieKSa rozpoczęła gorzej i to gospodarze odskoczyli na kilka oczek przewagi (15:10), co nie rokowało dobrze na dalszą jego część. Na szczęście nasza drużyna nie poddała się i szybko zniwelowała tę stratę, doprowadzając znów do gry na styku (16:16), wychodząc nawet na chwilowe prowadzenie (18:19). Końcówka seta bardzo wyrównana (do stanu po 21), ale tym razem to gospodarze lepiej rozegrali tę końcówkę, doprowadzając do wyrównania stanu meczu. Ponownie błędy własne na podobnym poziomie (8:7). Niestety w ataku straciliśmy swoją wysoką skuteczność z poprzedniej partii, zresztą Resovia też była słabsza w tym elemencie, 35% do 30% na ich korzyść. Zaciął się Butryn, który na 10 ataków zakończył tylko 3 (co daje marne 30% skuteczności), próbował ratować sytuację Kalembka zdobywając cztery oczka. Wydaje się, że to właśnie różnica w ataku pozwoliła cieszyć się gospodarzom z wygranej w tym secie.
Pierwszy tie-break w tym sezonie z udziałem GKS-u zaczyna się od razu od kilku punktów naszej przewagi (2:5), jednak gospodarze szybko doprowadzają do remisu po 7 i po 9, w międzyczasie wychodząc nawet na prowadzenie (8:7). Decydujące fragmenty meczu pod kontrolą GieKSy, 3 skuteczne akcje z ataku, dwa ze środka, zaledwie jeden błąd serwisowy i przy piłce meczowej blok punktowy Krulickiego, na taką grę Resovia nic nie mogła poradzić. Zdobycie aż 10 punktów po własnych akcjach (przy 7 rzeszowian) okazało się kluczowe w piątym secie. Odnalazł się Butryn w ataku zdobywając cztery oczka (44% skuteczności), w Resovii walczył tylko Rossard, 3 ataki na 6 (50% skuteczności). Przyjęcie ponownie lepsze u naszych przeciwników (54% do 38%), ale tak jak pisałem wyżej, nasi kibice już się do tego chyba przyzwyczaili.
Ogólnie Resovia miała aż 27 błędów w zagrywce, czyli GKS dostał jednego, całego seta za darmo! Co prawda GieKSa w tym elemencie też nie świeciła przykładem mając tych błędów 20, ale te siedem zrobiło jednak różnicę. Gospodarze w ogóle nie potrafili wykorzystać lepszego przyjęcia na poziomie 51% do 41% naszego, na skuteczniejszą grę w ataku, ponieważ obie drużyny miały taką samą skuteczność – 45%. W ataku lepiej radzili sobie katowiczanie, którzy mimo słabszego przyjęcia, to Falaschi potrafił na tyle dobrze przetransportować piłkę do siatki, aby jego koledzy mogli nie tylko siłowymi, ale też i sprytnymi zagraniami skutecznie kończyć i punktować. Skuteczność bloku minimalnie lepszą mieli gospodarze (11:8 w blokach) oraz remis w asach serwisowych po 8.
Osobny akapit trzeba poświęcić MVP tego meczu. Karol Butryn rozegrał chyba jeden z najlepszych, jak nie, najlepszy mecz w barwach GieKSy. Liczby mówią same za siebie. Nasz atakujący zdobył 26 punktów w tym 24 atakiem, 1 blokiem oraz 1 asem serwisowym. Wszystkich ataków miał 45 przy skuteczności na poziomie 53%, 6 razy pomylił się w ataku, a 4 razy został zablokowany. I tylko do skuteczności zagrywki można mieć lekkie pretensje, bo na 17 serwisów, zepsuł aż 7. Wielkie słowa uznania za grę w trzecim secie gdy na 8 ataków skończył wszystkie! Butryn był bez wątpienia głównym architektem tej, raczej niespodziewanej wygranej GieKSy. TYLKO TAK DALEJ KAROL!
Porażka z beniaminkiem ligi dla wicemistrza Polski chwały nie przynosi. Już na trybunach było można wyczuć nerwową atmosferę, zakończoną wygwizdaniem miejscowej drużyny. A kilka godzin po zakończeniu spotkania, trener Resovii Andrzej Kowal oddał się do dyspozycji zarządu klubu. To pokazuje jakieś przesilenie w ekipie rzeszowskiej, ale na szczęście to już nie nasz problem. Chwała naszym siatkarzom, że potrafili się podnieść po porażce z mistrzem Polski i potrafili wykorzystać sytuację boiskową jaka wytworzyła się w Rzeszowie, tym samym przełamując passę trzech porażek z rzędu. TAK TRZYMAĆ PANOWIE!
ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 8 meczach (28 setów)
Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u z trwały 731 minut, z czego I set 206 min. – II set 224 min. – III set 206 min. – IV set 77 min. – V set 18 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 179: zagrywka 109, atak 43, siatka + inne 27.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 194: zagrywka 116, atak 61, siatka 6, inne 11.
Ilość zdobytych punktów – GKS 434: Kapelus 94, Butryn 70, Van Walle 66, Kalembka 59, Sobański 45, Krulicki 39, Błoński 35, Falaschi 15, Pietraszko 10, Stelmach 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 144: Butryn 26, Kapelus 23, Kalembka 21, Van Walle 20, Błoński 15, Sobański 15, Krulicki 13, Falaschi 7, Pietraszko 3, Stelmach 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 290: Kapelus71, Van Walle 46, Butryn 44, Kalembka 38, Sobański 30,Krulicki 26, Błoński 20, Falaschi 8, Pietraszko 7.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 150: Kapelus 44, Van Walle 40, Butryn 28, Kalembka 26, Krulicki 15, Falaschi 5, Błoński 5, Pietraszko 2, Stelmach 1, Sobański -2, Fijałek -3, Stańczak -3, Mariański -8.
Ilość zagrywek – GKS 614: Kapelus 99, Kalembka 95, Falaschi 80, Krulicki 80, Van Walle 72, Sobański 60, Błoński 53, Butryn 50, Pietraszko 21, Fijałek 4.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 116: Kalembka 21, Sobański 17, Butryn 17, Krulicki 15, Błoński 12, Falaschi 9, Kapelus 8, Van Walle 7, Pietraszko 7, Fijałek 3.
Ilość asów serwisowych – GKS 37: Sobański 8, Kalembka 7, Błoński 6, Butryn 5, Van Walle 4, Krulicki 3, Kapelus 2, Falaschi 1, Pietraszko 1.
Ilość przyjęć – GKS 532: Kapelus 193, Sobański 128, Mariański 104, Błoński 76, Stańczak 24, Falaschi 2, Kalembka 2, Krulicki 2, Pietraszko 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 39: Sobański 13, Kapelus 9, Mariański 8, Błoński 4, Stańczak 3, Krulicki 1, Falaschi 1.
Przyjęcie negatywne i perfekcyjne – GKS 218: Kapelus 72, Sobański 58, Mariański 49, Błoński 24, Stańczak 13, Falaschi 1, Kalembka 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 16%: Stańczak 38%, Mariański 25%, Kapelus 14%, Sobański 13%, Błoński 11%.
Ilość ataków – GKS 767: Kapelus 206, Van Walle 128, Butryn 123, Sobański 96, Błoński 67, Kalembka 69, Krulicki 45, Falaschi 17, Pietraszko 14, Stelmach 2.
Ilość błędów w ataku – GKS 61: Butryn 14, Kapelus 12, Van Walle 9, Błoński 8, Kalembka 7, Krulicki 5, Sobański 5, Pietraszko 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 68: Kapelus 21, Sobański 12, Butryn 11, Van Walle 10, Błoński 6, Kalembka 5, Krulicki 3.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 336: Kapelus 86, Butryn 59, Van Walle 57, Kalembka 38, Sobański 32, Błoński 27, Krulicki 23, Falaschi 7, Pietraszko 6, Stelmach 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 44%: Kalembka 55%, Krulicki 51%, Stelmach 50%, Butryn 48%, Van Walle 45%, Pietraszko 43%, Kapelus 42%, Falaschi 41%, Błoński 40%, Sobański 33%.
Ilość bloków punktowych – GKS 61: Kalembka 14, Krulicki 13, Falaschi 7, Kapelus 6, Butryn 6, Van Walle 5, Sobański 5, Pietraszko 3, Błoński 2.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 6: Błoński 3, Sobański 2, Falaschi 1.
MVP – GKS 4: Błoński 1, Kapelus 1, Sobański 1, Butryn 1.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze