Siatkówka
Siatkarska krótka przesunięta: Zimny prysznic na ochłodę
STATYSTYKI MECZOWE GKS-u
Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z AZS-em trwał 72 minuty, z czego I set 23 min. – II set 27 min. – III set 22 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 10
Ilość zdobytych punktów – GKS 41: Kapelus 14, Sobański 6, Butryn 5, Kalembka 4, Van Walle 4, Błoński 3, Pietraszko 3, Falaschi 2.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 7: Kapelus 3, Butryn 1, Falaschi 1, Pietraszko 1, Sobański 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 9: Kapelus 13, Van Walle 2, Butryn 1, Falaschi 1, Pietraszko 1, Błoński -1, Fijałek -1, Mariański -2, Sobański -2, Krulicki -3.
Ilość zagrywek – GKS 53: Falaschi 9, Kapelus 9, Krulicki 8, Kalembka 7, Butryn 5, Błoński 4, Van Walle 4, Sobański 4, Pietraszko 2, Fijałek 1.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 15: Kalembka 3, Sobański 3, Butryn 2, Błoński 2, Krulicki 1, Falaschi 1, Pietraszko 1, Fijałek 1, Van Walle 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 2: Falaschi 1, Kapelus 1.
Ilość przyjęć – GKS 66: Kapelus 24, Mariański 16, Sobański 14, Błoński 10, Falaschi 1, Kalembka 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 4: Mariański 2, Sobański 2.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 55%: Mariański 63%, Kapelus 58%, Błoński 50%, Sobański 50%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 21%: Kapelus 29%, Sobański 29%, Mariański 19%.
Ilość ataków – GKS 91: Kapelus 23, Sobański 14, Butryn 13, Van Walle 12, Błoński 9, Kalembka 7, Krulicki 6, Pietraszko 5, Falaschi 2.
Ilość błędów w ataku – GKS 7: Krulicki 1, Butryn 1, Błoński 1, Kapelus 1, Kalembka 1, Pietraszko 1, Sobański 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 6: Sobański 2, Krulicki 1, Butryn 1, Błoński 1, Van Walle 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 35: Kapelus 12, Sobański 5, Butryn 4, Kalembka 4, Van Walle 4, Błoński 3, Pietraszko 2, Falaschi 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 38%: Kalembka 57%, Kapelus 52%, Falaschi 50%, Pietraszko 40%, Sobański 36%, Błoński 33%, Van Walle 33%, Butryn 31%, Krulicki 0%.
Ilość bloków punktowych – GKS 4: Butryn 1, Kapelus 1, Pietraszko 1, Sobański 1.
Ci z kibiców, którzy po dobrym, a momentami bardzo dobrym występie w meczu z Łuczniczką, mieli nadzieję, że GieKSa jest wstanie rozdawać karty w PlusLidze, szybko zostali sprowadzeni na ziemię.
Pierwsze spotkanie wyjazdowe w sezonie pokazało jak ważne jest doświadczenie (prócz umiejętności oczywiście) graczy zebrane w tych rozgrywkach. Olsztynianie mimo swojej przewagi, to w pierwszych dwóch setach grali troszkę nerwowo, ale jednak to ogranie pozwoliło im na pewne wygrane w tych partiach. Ponadto AZS potrafił wykorzystać słabe punkty zespołu GKS-u w tym spotkaniu. Gdzie one były? Pierwsza rzecz co się rzuca w oczy to brak skutecznej gry na siatce środkowych bloku, tym razem mieliśmy tylko 4 asy, gospodarze mieli o dwa więcej. Słabo katowiczanie wypadli również w obronie, podbijając mało piłek, prawie każdy atak siatkarzy z Olsztyna lądował w naszym boisku. I mimo w sumie dobrej zagrywki, która nie przynosiła tylu asów co w ostatnim meczu, sprawiającej kłopoty przyjmującym AZS-u, rozgrywający Woicki i tak mógł spokojnie grać na skrzydła czy środkiem, będąc pewnym skuteczności swoich partnerów z drużyny. Potwierdza to statystyka przyjęcia, którą o dziwo lepszą miała GieKSa, bo na poziomie 55% dokładnego oraz 21% perfekcyjnego, a gospodarze odpowiednio 47% i 16%.
I właśnie skuteczność w kończeniu ataków to kolejna różnica między tymi drużynami. GKS miał w całym spotkaniu wyprowadzonych aż 91 ataków, ale tylko 35 okazało się skutecznych, czyli 38%. AZS Olsztyn miał za to ataków 75, a skończonych 39, co dało łącznie 52% skuteczności, co jest bardzo dobrym wynikiem. Łącznie olsztynianie zdobyli tylko o 8 punktów więcej po własnych skutecznych akcjach, ale za to różnica w prezentach dla przeciwników była już znacząca. GieKSa dała gospodarzom całego seta po własnych błędach, bo aż 26 oczek, w tym zatrważająca liczba 15 zepsutych zagrywek! Natomiast nasz drużyna dostała od AZS-u tylko 10 darmowych oczek. To pokazuje dobitnie o jakości gry obydwu ekip. Olsztynianie byli lepsi od GKS-u praktycznie w każdym elemencie gry, gdyby GieKSa zagrała (przynajmniej) poprawnie w tym spotkaniu, to na pewno zwycięstwo gospodarzom nie przypadłoby tak łatwo.
Gra na siatce była naszą bolączką jeszcze na pierwszoligowych parkietach i w tym spotkaniu znów wróciła z całą mocą. Znamienne jest to, że para środkowych AZS zdobyła łącznie aż 20 punktów (sporo więcej niż atakujący, co nie zdarza tak często), a nasi tak dobrze radzący sobie na inaugurację, tym razem zdobyli tylko 4 oczka + 3 rezerwowego Pietraszki. Myślę, że tutaj GKS powinien pomyśleć jeszcze o wzmocnieniu na tej pozycji, bo brakuje tego czwartego siatkarza do zmian ustawień w meczu. Nasi najlepsi siatkarze ze spotkania u siebie zagrali zdecydowanie słabiej, Błoński zdobył zaledwie 3 punkty przy 33% skuteczności, a Butryn 5 oczek przy 31% skuteczności. Krulicki na 6 ataków nie skończył żadnego. Ogólnie GieKSa nie zdołała zaprezentować się tak korzystnie jak w pierwszym meczu, a postawa w trzecim secie nie przystoi drużynie PlusLigowej.
Były jakieś plusy w grze katowiczan? Jedynym siatkarzem, którego można wyróżnić to Serhij Kapelus, który jako jedyny w całej drużynie był wstanie skutecznie przeciwstawić się olsztynianom. Ukraiński siatkarz zdobył 14 punktów, skończył 12 ataków na 23 wykonane (skuteczność 52%), do tego dołożył asa z serwisu oraz punktowy blok. Nie zepsuł ani jednej zagrywki i miał tylko jeden nieudany atak, a do tego był naszym najczęściej przyjmującym piłkę siatkarzem, bo aż 24 razy przy 29% przyjęcia perfekcyjnego. Tak właśnie prezentuje się doświadczenie i solidność. No i jeszcze mały plusik, można postawić przy grze w drugim secie, gdzie GKS przez chwilę prowadził nawet trzema punktami. Teraz trzeba jak najszybciej powrócić do dobrej i skutecznej gry, aby kolejne domowe spotkanie rozstrzygnąć na swoją korzyść, a przeciwnik jest jak najbardziej w naszym zasięgu.
ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 2 spotkaniach
Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u trwały 167 minut, z czego I set 47 min. – II set 49 min. – III set 46 min. – IV set 25 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 34: zagrywka 24, atak 5, siatka + inne 5.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 47: zagrywka 26, atak 17, siatka 2, inne 2.
Ilość zdobytych punktów – GKS 106: Kapelus 27, Butryn 23, Błoński 18, Kalembka 12, Krulicki 9, Sobański 7, Van Walle 4, Pietraszko 3, Falaschi 3.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 37: Butryn 11, Kapelus 9, Błoński 7, Kalembka 4, Krulicki 2, Falaschi 2, Pietraszko 1, Sobański 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 69: Kapelus 18, Butryn 12, Błoński 11, Kalembka 8, Krulicki 7, Sobański 6, Van Walle 4, Pietraszko 2, Falaschi 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 36: Kapelus 22, Butryn 8, Krulicki 5, Błoński 3, Kalembka 2, Van Walle 2, Falaschi 1, Pietraszko 0, Fijałek -1, Sobański -2, Mariański -4.
Ilość zagrywek – GKS 141: Błoński 30, Krulicki 22, Falaschi 20, Kapelus 19, Butryn 19, Kalembka 18, Sobański 5, Van Walle 4, Pietraszko 3, Fijałek 1.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 26: Błoński 6, Kalembka 5, Butryn 4, Sobański 3, Krulicki 2, Falaschi 2, Pietraszko 2, Fijałek 1, Van Walle 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 12: Butryn 4, Błoński 4, Krulicki 2, Falaschi 1, Kapelus 1.
Ilość przyjęć – GKS 131: Kapelus 48, Mariański 36, Błoński 27, Sobański 18, Falaschi 1, Kalembka 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 10: Mariański 4, Błoński 3, Sobański 3.
Przyjęcie negatywne i perfekcyjne – GKS 48: Kapelus 19, Mariański 14, Błoński 7, Sobański 6, Falaschi 1, Kalembka 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 18%: Kapelus 23%, Mariański 22%, Sobański 22%.
Ilość ataków – GKS 188: Kapelus 46, Butryn 44, Błoński 28, Sobański 18, Kalembka 17, Krulicki 13, Van Walle 12, Pietraszko 5, Falaschi 4, Stelmach 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 17: Butryn 7, Błoński 3, Kapelus 2, Kalembka 2, Krulicki 1, Pietraszko 1, Sobański 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 17: Butryn 4, Kapelus 3, Kalembka 3, Błoński 3, Sobański 2, Van Walle 1, Krulicki 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 83: Kapelus 23, Butryn 17, Błoński 13, Kalembka 9, Krulicki 7, Sobański 6, Van Walle 4, Pietraszko 2, Falaschi 2.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 44%: Krulicki 54%, Kalembka 53%, Kapelus 50%, Falaschi 50 %, Błoński 46%, Pietraszko 40%, Butryn 39%, Sobański 33%, Van Walle 33%.
Ilość bloków punktowych – GKS 11: Kalembka 3, Kapelus 3, Butryn 2, Błoński 1, Pietraszko 1, Sobański 1.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 2: Błoński 2.
MVP – GKS 1: Błoński 1.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Kibice GieKSy mieli okazję spotkać się z hokeistami na Arenie Katowice. Nasza drużyna w przeciągu pięciu lat zdobyła dwa złote i trzy srebrne medale. Zapraszamy do fotorelacji.


Najnowsze komentarze