Dołącz do nas

Siatkówka

Spodkowa wpadka GKS-u

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Obie drużyny przystąpiły bez zmian w wyjściowych szóstkach w porównaniu do poprzednich spotkań ligowych. To był szósty mecz GieKSy w Spodku i najsłabsza frekwencja z dotychczasowych. Niestety, ale późna godzina meczu (znów telewizja w akcji), środek tygodnia oraz mało atrakcyjny przeciwnik, to wszystko zrobiło swoje.

 

Mecze świetnie zaczął się dla GieKSy, od mocnego ataku Butryna po rękach rywali z prawego skrzydła, potrójnego bloku GKS-u na Batagimie (skutecznie Pietraszko) i udanej kontry Butryna po dłuższej wymianie (3:0). Co prawda potem był błąd Kapelusa, który przy siatce nie przebił piłki, a atakujący bydgoszczan Gryc uderzył na kontrze pod końcową linię (3:2), ale katowiczanie kontynuowali skuteczną grę. Pietraszko skutecznie ze środka, Butryn mocno po prostej i dwa bloki Pietraszki na Batagimie i Grycu, kończą bardzo dobry okres gry GKS-u (7:3). Po przerwie na żądanie Bednaruka, dwie akcje skutecznie zakończył Gryc mocnym zbiciem po prostej oraz po rękach naszych zawodników (7:5). Wreszcie Pietraszko przełamuje dłonie rywali i zdobywa punkt ze środka. Po bloku Jurkiewicza na Butrynie oraz autowym ataku po prostej Quirogi na tablicy pojawił się remis po 8. Po autowym ataku Gryca, Kohut zatrzymuje atak Batagima i znów mamy dwa oczka więcej (10:8). Następny okres gry to akcje punkt za punkt, gdzie udane dwa ataki Butryna oraz jeden Kapelusa przeplatane są zepsutymi zagrywkami (13:12). Na blok Komendy, odpowiada dwoma atakami Gryc, następnie Butryn uderzył mocno ze skrzydła, a Szalacha skończył piłkę na środku (15:15) i raczej niespodziewanie Piotr Gruszka wziął czas, aby bardziej pobudzić katowiczan do lepszej gry. Po time oucie GKS zdobywa punkty tylko po zepsutych zagrywkach gości, a po bloku Jurkiewicza na Kohucie, Łuczniczka pierwszy raz wychodzi na prowadzenie 17:18. Kolejny blok bydgoszczan, tym razem Szalachy na Butrynie (18:20) i gra GieKSy wyglądała coraz gorzej. Niemoc w ataku katowiczan przełamuje atakiem ze środka Pietraszko, a Gryc skutecznie po rękach naszych siatkarzy i mamy wynik 19:21. Goas serwuje w siatkę, a Szalacha zablokował atak Quirogi na kontrze (20:22). Efektowny atak Kapelusa z drugiej linii, po nim kluczowy moment tego seta, gdy nie wykorzystujemy aż trzech kontr, bo w końcu Szalacha zatrzymał na siatce atak Kohuta (21:23), bierzemy challenge, ale nic to nie zmieniło. Kapitan naszej drużyny Witczak zaatakował mocno, ale piłka trafiła w antenkę (21:24) i pierwszą piłkę setową wybronił nam… Szalacha serwując w siatkę. Drugą skończył Gryc przepchnięciem piłki na siatce (22:25) i przegrywamy pierwszego seta w Spodku.

Drugą partię lepiej zaczęli bydgoszczanie, gdy Batagim przedziera się przez nasz blok, a Gryc uderza mocno na kontrze (0:2). Szybko wyrównujemy za sprawą ataku Quirogi po rękach i Kohuta ze środka. Obie drużyny w tym fragmencie świetnie radziły sobie w ataku – po naszej stronie Quiroga, dwa razy Kapelus, Pietraszko i Butryn, a po stronie gości Gryc, Szalacha i Batagim (7:7). Po bloku Komendy na Batagimie i udanej kontrze Quirogi po bloku, wreszcie wychodzimy na prowadzenie w tej partii (9:7). Batagim mocno po dłoniach katowiczan, Quiroga kończy z przechodzącej piłki, następnie nie do zatrzymania ataki Gryca oraz Butryna (11:10) i wynik wciąż na styku. Słabszy okres gry GKS-u i mieliśmy kolejny atak Gryca, dwa mocne zbicia Ananiewa na kontrze i po prostej oraz as serwisowy Szalachy, co dało wynik 12:14 i czas dla GieKSy. Po nim trafia Pietraszko ze środka, a Kapelus obija blok rywali po dłuższej wymianie i mamy remis po 14. Po ataku ze środka Jurkiewicza, znów ratuje sprawę Ukrainiec atakiem na potrójnym bloku oraz kończy kontrę akcją z drugiej linii (16:15) i tym razem to Bednaruk bierze przerwę na żądanie. Po niej była długa wymiana i w końcu Gryc kończy zabawę, następnie Kapelus udanie kiwnął tuż za siatkę, potem znów Gryc mocno po rękach i piłka ląduje na antence (17:17). Wreszcie Butryn uderzył mocno po prostej, a Quiroga skutecznie na kontrze, ale goście wywołują challenge, który wykazał dotknięcie siatki po naszej stronie, co oznaczało zmianę decyzji sędziów (18:18). W następnej akcji kontrę gości kończy, a jakże Paweł Gryc, potem Butryn posyła piłkę w aut (18:20) i znów trzeba gonić wynik. Quiroga po bloku rywali, znów Gryc po skosie w linię, potem był błąd podwójnego odbicia u bydgoszczan i kolejny raz Gryc w akcji, gdy Witczak jeszcze próbował ratować piłkę (20:22). Specjalista od kończenia trudnych piłek, czyli Kapelus punktuje, niestety w następnej akcji dotykamy siatki (21:23) i wynik ani drgnie. Gryc w końcu się myli, ale tylko na zagrywce posyłając piłkę w aut, potem Ananiew uderzył po skosie (22:24) co dało piłkę setową dla Łuczniczki. Pierwszą broni Quiroga, po dłuższej wymianie plasuje piłkę w puste pole gry, a w drugiej Jurkiewicz zablokował atak Witczaka na kontrze, jakżeż szkoda… jeszcze bierzemy challenge, ale bez zmiany decyzji arbitrów (23:25) i goście już mają punkt meczowy w kieszeni.

 

Po dziesięciominutowej przerwie trener Gruszka zdecydował się na zmiany w wyjściowej szóstce i na rozegraniu zaczął Fijałek, a na środku zagrał Krulicki. Początek tego seta bardzo wyrównany z udanymi atakami z obu stron – Butryn i Quiroga po dwa razy oraz Krulicki, u rywali Gryc dwa razy oraz Rohnka, Szalacha i Ananiew (5:6). Przy akcji Bułgara sędziowie pokazali piłkę w aucie, czego nie potwierdził challenge, następnie znów „pomyłka” arbitrów po akcji Butryna w aut, bo challenge pokazał piłkę w boisku. Kolejna dłuższa wymiana kończy się atakiem Kapelusa, a Pietraszko zablokował atak Ananiewa (8:6) i wychodzimy na prowadzenie. Na ataki Pietraszki ze środka, Butryna ze skrzydła oraz Kapelusa po następnej dłuższej wymianie (12:9) bydgoszczanie nie mają odpowiedzi i Bednaruk bierze time out. Po skutecznych akcjach w ataku przeplatanych zepsutymi zagrywkami z obu stron, utrzymuje się nasze prowadzenie 16:15. Z przechodzącej piłki skończył Rohnka i to goście obejmują prowadzenie 16:17, potem Butryn i znów Rohnka ze skrzydeł i mamy 17:18. Następnie Quiroga bezbłędnie ze skrzydła, potem posłał asa i znów GKS na prowadzeniu (19:18). Wyrównuje Gryc atakiem z lewego skrzydła, potem Butryn z prawego po skosie i znów Paweł Gryc pod końcowe centymetry boiska (20:20). Jeszcze raz Kapelus załatwia sprawę z trudnej piłki, potem Butryn nie wykorzystał kontry posyłając piłkę w aut, za to Karol rehabilituje się w kolejnej akcji uderzając mocno po rękach gości (22:21). Wreszcie udało się zablokować zbicie Gryca przez Quirogę i goście proszą o czas. Po przerwie Butryn na kontrze trafił w siatkę, a Gryc nie przebił piłki na naszą stronę (24:22) i mieliśmy pierwszą piłkę setową. Tę podarował Pietraszko serwując w aut i Piotr Gruszka wziął czas przed następną, jakże ważną akcją. Seta zakończył niezawodny Quiroga spokojnym zbiciem na stronę rywali (25:23) i wracamy do gry w tym meczu.

Czwarty set otwiera udany atak Rohnki ze skrzydła, wyrównał kiwką Fijałek, po czym zaserwował w aut (1:2). Potem były dwa ataki, Quirogi po bloku oraz przepchnięcie piłki przez Kapelusa po dłoniach rywali oraz serial zepsutych zagrywek z obu stron siatki, łącznie siedem w tym fragmencie spotkania, co dało wynik 6:7. Wreszcie wracamy do gry w siatkówkę i mieliśmy na zmianę, Kapelus skutecznie z drugiej linii, Gryc mocno ze skrzydła, to samo Butryn po skosie, Szalacha ze środka, rewanż w wykonaniu Krulickiego, kiwka Szalachy i kontra Ananiewa po bloku (9:11). Po bloku Gryca na Kapelusie był czas dla GieKSy, a po nim Quiroga skończył z drugiej linii (10:12). Po bardzo mocnym ataku Gryca, podbija piłkę w górę nasz libero Stańczak i… piłka przechodząc nad siatką wpadła w pole gry gości! Niestety potem znów nie kończymy kontry, bo Ananiew zablokował Butryna, a potem gracz rywali trafił piłką w antenkę (12:13). Następnie Quiroga ze skrzydła po bloku i kolejna zmarnowana kontra przez GKS i Goas wrzuca nam piłkę w boisko, potem ponownie Argentyńczyk uderzył po skosie, ale przypomniał o sobie Gryc uderzając mocno po dłoniach w aut (14:16). I jeszcze raz atakujący Łuczniczki po skosie z lewego skrzydła, błąd Butryna podwójnego odbicia i wściekły Karol atomowe uderzenie ze skrzydła (16:18). Po ataku Szalachy ze środka oraz udanej kontrze Ananiewa (16:20) już mało kto na widowni wierzył w wygranie tej partii. Następnie Sobański po bloku gości, Ananiew wpada w siatkę po swoim ataku i wreszcie bardzo długa wymiana, kiedy Komenda wybronił piłkę będącą po stronie bydgoszczan już przy ławce rezerwowych, którą zakończył Butryn (20:21) dała nadzieję na odwrócenie losów tego meczu. I znów była zmiana nastroju, bo po ataku Kalembki ze środka, Rohnka wrzuca nam piłkę tuż za blok, a my nie wykorzystujemy aż dwóch kontr w jednej akcji gdy Butryn dostawał zbyt krótkie piłki na skrzydło (21:24). Czas dla Piotra Gruszki, a po nim pierwszą piłkę meczową broni skutecznym atakiem z drugiej linii Sobański, drugą Butryn po długiej wymianie skończył atak po rękach rywali i tym razem przerwa na żądanie dla Bednaruka (23:24), a w Spodku kipi od emocji! Trzecią piłkę meczową wybronił Butryn blokiem na najlepszym graczu rywali, czyli Pawle Grycu i mamy remis!. Szalacha ze środka po rękach GieKSiarzy i znów na prowadzeniu Łuczniczka (24:25). Czwartą piłkę meczową obronił Quiroga mocnym zbiciem po dłoniach, a potem Sobański zablokował atak Rohnki i wychodzimy na prowadzenie 26:25, a kibice stoją i obserwują w napięciu co się dalej stanie! Przed tie-breakiem bydgoszczan ratuje… a jakże Gryc bardzo mocnym atakiem po rękach, niestety potem Rohnka posłał asa serwisowego (26:27) i znów musimy bronić piłek meczowych. Piątą piłkę meczową (nie) broni Butryn posyłając piłkę daleko w aut, a taniec radości gości przerywa… challenge, który wskazał piłkę po bloku i wciąż byliśmy w grze! Uff, co za emocje (27:27). W następnej akcji Ananiew zablokował atak Sobańskiego, a w szóstej piłce meczowej znów Rafała zatrzymał na siatce Jurkiewicz. Bydgoszczanie się cieszą, a tu znów challenge i… tym razem bez happy endu (27:29) i raczej niespodziewanie to Łuczniczka zgarnia w tym meczu trzy punkty do tabeli. Zgadnijcie kto został MVP tego spotkania? niejaki Paweł G…

 

4 października (środa) – hala Spodek – Widzów 1850

GKS Katowice – Łuczniczka Bydgoszcz 1:3 (22:25, 23:25, 25:23, 27:29)

GKS: Komenda (2), Butryn (23), Pietraszko (10), Kohut (1), Kapelus (14), Quiroga (18), Stańczak (libero) oraz Fijałek (1), Witczak, Krulicki (2), Kalembka (1), Stelmach, Sobański (3). Trener: Piotr Gruszka.
Łuczniczka: Goas (2), Gryc (29), Jurkiewicz (7), Szalacha (11), Ananiew (11), Batagim (3), A. Kowalski (libero) oraz Filipiak, Rohnka (7), W. Kowalski (libero). Trener: Jakub Bednaruk. MVP: Paweł Gryc.

 

Przebieg meczu:
I: 5:3, 10:8, 15:14, 18:20, 22:25.
II: 4:5, 10:8, 14:15, 18:20, 23;25.
III: 4:5, 10:8, 15:13, 20:19, 25:23.
IV: 4:5, 9:10, 13:15, 16:20, 24:25, 27:29.

 

 

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga