Piłka nożna
Szok zaklęty w ułamku sekundy
Od strasznego w skutkach i okolicznościach meczu z Bytovią minęło już ponad dwa tygodnie. Emocje już opadły, myślimy o kolejnym sezonie. Choć w sumie staramy się myśleć, bo ciężko to robić w momencie, kiedy właśnie od dwóch tygodni można odnieść wrażenie, że nasz klub nie istnieje. Dwa tygodnie w zawieszeniu, bez trenera, z prezesem, który oddał się do dyspozycji rady nadzorczej, bez dyrektora sportowego i nikogo, kto mógłby choćby logistycznie zrobić coś w kontekście przyszłych rozgrywek. I posprzątać ten bałagan.
Czas daje możliwość spojrzenia już z mniejszymi, nie tak żywymi emocjami na to, co właściwie się stało w 97. minucie meczu GKS Katowice – Bytovia Bytów. A stało się coś, co dla kibica najgorsze. Dla kibica już świętującego osiągnięcie celu, gdy w ostatniej akcji w dramatycznych okolicznościach jego drużyna przegrywa i kończy piłkarski sezon klęską. I to w sytuacji, która zdarza się raz na tysiąc meczów.
Kilka tygodni temu zastanawiałem się, co muszą czuć kibice Ajaxu. Doliczony czas gry meczu z Tottenhamem, fiesta na stadionie, awans do finału Ligi Mistrzów. Czas przedłużony już dawno się skończył, kolejna piłka wybita, londyńczycy grają już tylko na kompletną aferę. Zaraz końcowy gwizdek i wielka euforia. Jest ta laga do przodu, przypadkowe odbicie piłki, rywal jednak strzela gola i na stadionie zalega cisza. Z nieba zrobiło się piekło. z euforii zrobiła się rozpacz. Z wesela zrobił się pogrzeb.
W najśmielszych snach nie spodziewałem się, że my kibice GieKSy możemy doświadczyć czegoś podobnego. Naprawdę niewiele osób zakładało, że katowiczanie są w stanie przegrać z drużyną, która nie potrafi wygrać meczu. W najgorszym razie braliśmy pod uwagę remis. Gdy Filip Burkhardt strzelił gola, widmo spadku jednak zaczęło nam zaglądać w oczy. Po tym jednak, jak Callum Rzonca wyrównał, wydawało się, że do powtórki – czyli wyjścia gości na prowadzenie – już nie dojdzie.
Problem z tym, że GKS grał słabo, a od początku drugiej połowy bardzo słabo. Dużo błędów, mnóstwo prostych strat i niepewności, a w końcówce – cofnięcie się. Dramatyczne cofnięcie się, które w przypadku lepszego rywala skończyłoby się utrata bramki pewnie po 2-3 minutach. Tutaj trwało to dłużej, ale umówmy się – tą bramką śmierdziało już gdzieś od 70-75. minuty.
W naszych rozmowach przewijało się oczywiście – znając historię GieKSy z ostatnich kilku lat – że może zdarzyć się coś trudnego do wyobrażenia w doliczonym czasie. Historia dała nam dwa awanse, które wydawały się pewne, a zostały przegrane, historia dała nam 90. minutę meczu z Kluczborkiem i gola rywali z połowy boiska. Dlaczego teraz nie miało być powtórki?
Lubię, gdy bramkarze idą w pole karne. To zawsze jest coś spektakularnego, gdy golkiper strzeli gola. Problem w tym, że od kiedy pamiętam, chyba nie widziałem meczu na żywo w telewizji, w którym taka sytuacja miałaby miejsce. Interesując się piłką od dwudziestu kilku lat. Widziałem za to, jak bramkarz Olimpii strzelił gola GieKSie. Widziałem jak bramkarz Kolumbii strzelił gola Polsce (choć w innych okolicznościach niż doliczony czas gry). Teraz w nasze pole karne postanowił się wybrać Andrzej Witan.
Pierwsze jego podejście do tej sprawy nie odbyło się. Na linii środkowej spojrzał na ławkę rezerwowych Bytovii i prawdopodobnie dostał sygnał, żeby nie iść. Działo się to około 91. minuty. Rzut wolny w 97. minucie był oczywistą ostatnią akcją meczu, więc tu już nie było kalkulacji – poszedł do naszej szesnastki.
Sytuacja oczywiście została już wielokrotnie opisana: niepokrycie Witana, jego nabieg na długi słupek i bardzo mocny strzał. Ja jednak chciałbym się podzielić swoimi osobistymi wrażeniami, bo pamiętam klatka po klatce, co się ze mną działo oraz jak odbierałem rzeczywistość w te kilka sekund, a potem już po fakcie…
Nie wierzyłem, że z tego może paść gol, a już tym bardziej strzelony przez bramkarza. Byłem więc umiarkowanie spokojny, z tym jednym aspektem, który nie dawał spokoju całkowitego – wspomniane wszelkie dziwne historie naszego klubu. Ogólnie wiadomo było, że za kilka sekund… wszystko będzie wiadomo.
Burkhardt dośrodkował.
Gdy zorientowałem się, że piłka podąża w kierunku długiego słupka, a Witan jest niepokryty, niepokój momentalnie wzrósł o kilkaset procent. Stosunkowo rzadko, ale zdarzają się takie dośrodkowania, które człowiek oglądający piłkę od wielu lat potrafi momentalnie w głowie przeanalizować w kontekście zawodnika, który na daną piłkę ma nabiec. Z pewnością sami macie podobne doświadczenia, że już w momencie dośrodkowania wiedzieliście, że to będzie gol.
Nasz mózg działa automatycznie, także w kontekście szybkiej analizy kilku zmiennych. W tym wypadku są to zmienne przestrzenne, czyli ustawienie i przemieszczanie się zawodników, ich prędkość, a także tor lotu i prędkość piłki. Ułamek sekundy i już wszystko wiadomo.
W tym ułamku sekundy, w momencie dolatywania piłki w okolice długiego słupka i nabiegu Witana, czułem, że to się skończy tragicznie. Wszystko było perfekcyjne w tym stałym fragmencie gry gości.
Oczy otwierałem coraz szerzej, jednocześnie ze strachu, przesądzonego losu i szoku. I potwierdzenia kuriozalnych sytuacji, które właśnie po raz kolejny miało się ziścić.
Witan trafił do bramki.
Jakiś mechanizm zaprzeczania w pierwszej chwili dał mi znak zapytania, czy rzeczywiście ta bramka padła, czy piłka wpadła do siatki. Zaraz jednak widoczna reakcja zawodników powiedziała wszystko.
Odgłos, który rozległ się na stadionie, to jest coś, czego nigdy nie wyreżyserowałby największy mistrz kina. To nie jest „jest!” po bramce, to nie jest słynne „no… no… kurwa!” po niewykorzystanej sytuacji. To nie jest zwykła cisza po zwykłej straconej bramce.
To był ogromny balon napięcia, które właśnie zeszło, bo wszystko już było wiadome. To był odgłos szoku, niedowierzania, całkowitego zawodu i jednocześnie złości. Obejrzyjcie sobie filmik z tej bramki, żeby usłyszeć ten odgłos. Coś niesamowitego, jak w tej trwającej kolejny ułamek sekundy reakcji było zaklęte całe spektrum emocji setek ludzi na stadionie.
Ja osobiście czułem szok i niedowierzanie, że po raz kolejny potwierdziły się kuriozalne okoliczności i że właśnie bramkarz spuścił nas do drugiej ligi. Ten moment, w którym to się stało to było coś nierealnego, nie z tego świata. Jak to możliwe, że to się właśnie stało? – zastanawiałem się.
Na stadionie nie rozległa się cisza tylko jakiś wielki szum. Ludzie stali jak wryci i patrzeli się na boisko. Jak w jakimś transie. Podobnie jak ja, chyba nikt nie potrafił uwierzyć, w to co się wydarzyło. Ale nie tak, jak to jest w sloganach tego typu. Tutaj naprawdę szok był tak wielki, że ludzie przez chwilę musieli po prostu dojść do pełni, że tak powiem, władzy umysłowej. Musieli mentalnie wrócić do siebie i uznać, że tak – to właśnie się wydarzyło. To jest prawda.
Trwało to około pół minuty.
Dopiero po upływie tego czasu pojawiła się potężna złość, której efektem były okrzyki „wypierdalać” skierowane w stronę piłkarzy. Zaraz po golu to nie było możliwe. „Ściągać koszulki” było już mniej słyszalne. Część ludzi pozostawała w szoku.
Sędzia zakończył spotkanie z momencie, kiedy na boisku znajdowali się już nie tylko piłkarze. GKS nie miał już szans na odrobienie straty, ale to było wiadomo.
Bycie w tym momencie na stadionie, obserwowanie, widzenie i słyszenie wszystkich tych ludzi dookoła było kolejnym dowodem na to, czym jest piłka i czym jest GKS Katowice. Teraz już mogłem wiedzieć, co poczuli kibice Ajaxu. Poczułem to sam, chłonąłem to, co czują kibice będący na tej samej trybunie.
To straszne i smutne. Ale jednocześnie mam wielki szacunek do tej sytuacji i do tego, że w niej się znalazłem. To te momenty będziemy kiedyś przypominać, momenty bólu i kibicowskiego cierpienia. Będziemy je przypominać w momencie wielkiego sukcesu.
Warto o tej chwili pamiętać. Nie ma co jej zamiatać pod dywan. To jest życie kibica, a życie kibica GieKSy jest naznaczone cierpieniem.
Po to, żeby triumf smakował kiedyś wielokrotnie lepiej.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Galeria Piłka nożna
Wesoły nam mecz dziś nastał
W Wielką Sobotę wygraliśmy na własnym boisku 1:0 z Wisła Płock, a decydującego gola, w doliczonym czasie gry, zdobył Lukas Klemenz. Do kolejnej galerii zaprasza Was Kazik.


Jurek
3 czerwca 2019 at 14:33
Gorak trenerem.
Scifo
3 czerwca 2019 at 18:33
Dobrze napisane.
KaTe
3 czerwca 2019 at 19:59
Tiaaa, richtig bolało…
BB 1907 TS
4 czerwca 2019 at 09:23
Super artykuł. Nie dziwi mnie szok ludzi na stadionie, bo jako kibic Podbeskidzia, dla którego losy Gieksy są obojętne, sam byłem w szoku jak się o tych okolicznościach dowiedziałem. Ba, do dziś jestem w szoku. Pamiętam jak spadliśmy z Ex, pomimo że w sezonie zasadniczym zajęliśmy 8 miejsce. Też wtedy nie wierzyłem że to się stało, ale to co wydarzyło się u Was, to historia nie z tej planety. Ale głowa do góry, trzeba żyć dalej. Bardzo fajne ostatnie zdania artykułu. Jeszcze nadejdą piękne czasy. Bierzcie się do roboty.
Kato
4 czerwca 2019 at 09:43
Fajny artykuł.
Życie kibica GIEKSY…
INO GIEKSA!
Irishman
5 czerwca 2019 at 07:11
Fajnie napisane! Ale z jednym się nie zgadzam. Ja w końcówce meczu nie świętowałem utrzymania. Było to raczej takie poczucie ulgi, że ten syf okraszony zaledwie jednym zwycięstwem na Bukowej nareszcie się kończy. Jednocześnie też z obawami myślałem co będzie dalej, co tam Dudek z dyrektorem Bartnikiem, z akceptacją prezesa Janickiego wymyśla? Co będzie jak zostaną w klubie Wawrzyniak, Piesio, Śpiączka?
I jeśli można znaleźć w tym bagnie jakieś plusy (a mnie tak życie już dało w dupę, że zawsze próbuję) to jednym z nich jest to, że tych ludzi już prawie w komplecie nie ma na Bukowej.
Poza tym, tak pół żartem ale jednak pół serio – jeśli przez te wszystkie lata prześladował nas jakiś pech to w 97 minucie tego meczu wyczerpał już cała swoją wredną dla nas moc, albo jeśli musieliśmy odpokutować za jakieś grzechy z przeszłości to już chyba w tym momencie odpokutowaliśmy. Więc teraz może być już tylko lepiej!!! 🙂
oldskul
6 czerwca 2019 at 00:51
Zgadzam się co do artykułu, żeby jeszcze tylko udało się dożyć do tego triumfu…