Dołącz do nas

Piłka nożna

Szybki awans, a może spadek z hukiem, czyli jak radzili sobie spadkowicze w II lidze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Negatywne emocje po fatalnym w naszym wykonaniu sezonie, okraszonym spektakularnym spadkiem na sekundy przed ostatnim gwizdkiem Fortuna I Ligi 2018/19, w dalszym ciągu unoszą się gdzieś w powietrzu, ale najwyższa pora zastanowić się, jaka będzie nasza najbliższa przyszłość w tych drugoligowych realiach. Każdy z nas pragnie oczywiście jak najszybszego awansu już w zbliżającym się sezonie, ale jak pokazuje historia klubów zdegradowanych w ostatniej dekadzie, będzie to naprawdę bardzo trudne zadanie do zrealizowania.

Podczas naszego pobytu w I lidze, który trwał nieprzerwanie od sezonu 2007/08 byliśmy świadkami spadków 33 różnych zespołów, których losy w pierwszym sezonie po degradacji, układały się naprawdę bardzo różnie. Niestety w większości przypadków nie były to historie zakończone „happy endem”… Zacznijmy jednak od tych pozytywnych akcentów.

„Wracamy…”

W przeciągu ostatnich dwunastu lat zaledwie cztery razy miała miejsce sytuacja, kiedy to spadkowicz z I ligi od razu w pierwszym sezonie po degradacji wywalczyłby upragniony awans. Co ciekawe, aż dwukrotnie w tym okresie ta sztuka udawała się Wiśle Płock.

Pierwszy raz zanotowali oni spadek z I ligi w sezonie 2009/10, kiedy to zajęli 15 miejsce z dorobkiem 40 punktów. Ich banicja nie trwała jednak długo, bo już w następnym sezonie dzięki zajęciu drugiej lokaty we wschodniej grupie II ligi wywalczyli szybki powrót na zaplecze Ekstraklasy. Kibice „Nafciarzy” przeżywali wtedy prawdziwą sinusoidę, ponieważ zaledwie rok po awansie zanotowali kolejny spadek, tym razem w dramatycznych okolicznościach po remisie w ostatniej kolejce z Wartą Poznań (3:3). O losie klubu prowadzonego wtedy przez Libora Palę, przesądził gol Piotra Reissa z rzutu karnego w 89 minucie spotkania. Zwycięstwo w tamtym meczu dałoby klubowi z Płocka utrzymanie ze względu na późniejsze wycofanie się Ruchu Radzionków zaraz po zakończeniu sezonu 2011/12, z którego skorzystała Polonia Bytom, przeskakując Wisłę w tabeli I ligi właśnie w ostatniej kolejce rozgrywek. Mimo takiego obrotu spraw nikt w Płocku nie załamał rąk i drużyna w cuglach wywalczyła kolejną promocję na zaplecze, wygrywając wschodnią grupę II ligi z 70 punktami na koncie. Jak widać po przykładzie Wisły Płock dwa „gongi” w postaci spadków na trzeci szczebel rozgrywkowy w Polsce, wcale nie muszą oznaczać wiecznej tułaczki po niższych ligach, wręcz pokusiłbym się o stwierdzenie, że dla tego klubu okazało się to ożywcze.

Drugim klubem, któremu udało się szybko odbudować po degradacji, jest GKS Tychy. Tyszanie w sezonie 2014/15 I ligi pod wodzą Tomasza Hajty zdołali uplasować się wyżej jedynie od Widzewa Łódź i Floty Świnoujście, która wycofała się z rozgrywek po 29 kolejce, co poskutkowało spadkiem o szczebel niżej. W kolejnym sezonie dzięki zajęciu trzeciego, a zarazem ostatniego miejsca premiowanego bezpośrednim awansem odzyskali status pierwszoligowca, który utrzymują zresztą do dziś.

Ostatnim i jednocześnie najświeższym reprezentantem sprawnych regeneracji jest Olimpia Grudziądz. Ich spadek w sezonie 17/18 i nasz sprzed 3 tygodni łączy jeden wspólny czynnik, a raczej osoba. Chodzi mi oczywiście o personę Jacka Paszulewicza, który postawił spory fundament pod spadek klubu z Grudziądza i dołożył także cegiełkę, do naszej degradacji. Na szczęście dla Olimpii, zatrudniony przed sezonem 18/19 w roli nowego trenera Mariusz Pawlak zdołał szybko zbudować ekipę zdolną do wywalczenia awansu z powrotem na zaplecze ekstraklasy.
O tym, jak bardzo wyrównanych i trudnych rozgrywek możemy się spodziewać w najbliższym sezonie, niech świadczy fakt, że Olimpia wywalczyła ten awans z 11 porażkami na koncie !

Tak blisko, a jednak daleko

Niewiele brakowało, a wyżej wymienione grono klubów byłoby poszerzone także o ROW Rybnik, któremu w sezonie 2014/15 zabrakło zaledwie jednego punktu, by wrócić już po jednym sezonie do I ligi. Mało tego, przed ostatnią kolejką rybniczanie zajmowali drugą lokatę, gwarantującą bezpośrednią promocję mając w dodatku do rozegrania jedynie mecz u siebie z czerwoną latarnią rozgrywek Limanovią Limanowo. Okoliczności wydawałoby się wymarzone do przypieczętowania awansu, jednak skazywani na pożarcie goście sprawili ogromną sensację, wygrywając 2:0 i odzierając tym samym gospodarzy z marzeń o awansie. Scenariusz niczym z „Piłkarskiego Pokera” Zaorskiego, ale jak było naprawdę to już nie mi oceniać.

Agonia

Przejdźmy teraz, do delikatnie rzecz ujmując mniej przyjemnych epizodów, ekip spadających z I ligi. Wiele klubów popadało wręcz w prawdziwy marazm po degradacji, okupując dolne rejony tabeli II ligi w swoich pierwszych sezonach w nowych realiach. Dla sześciu drużyn kończyło się to tragicznie, drugim spadkiem z rzędu. Najbardziej znany i aktualny jest naturalnie przypadek Ruchu Chorzów, który w ubiegłym sezonie zaliczył klasyczny hat-trick, notując trzecią (!) degradację z rzędu. Całą sytuację można zobrazować słowami, że Ruch to taki skoczek, który po opuszczeniu pokładu lecącego samolotu z napisem „Ekstraklasa” nie został poinformowany o tym, że trzeba kiedyś otworzyć spadochron i bezpiecznie wylądować. Na razie przyjdzie im rozpocząć nowy sezon w III lidze, ale my mamy na ten moment wystarczająco dużo swoich problemów i zmartwień, by zaprzątać sobie głowy losem rywala zza miedzy.

W gorszym stylu od chorzowian swoją przygodę po spadku z zaplecza ekstraklasy zakończył jedynie ŁKS Łomża. Nękany problemami przede wszystkim natury finansowej zespół z województwa podlaskiego rok po degradacji z I ligi spadł z hukiem, kończąc sezon 2008/09 wschodniej grupy II ligi z dorobkiem zaledwie 12 punktów, tracąc przy tym 108 (!) goli. W tym wypadku powiedzieć tragedia to jak nic nie powiedzieć.

Pozostałe kluby, które zaliczyły podobny regres to Wisła Puławy (2016-2018), MKS Kluczbork (2016-2018), GKS Jastrzębie (2008-2010) oraz KSZO Ostrowiec (2010-2012). Klub z Ostrowca jest małym wyjątkiem z tego grona, ponieważ sezon po spadku był zmuszony wycofać się z rozgrywek po 23 kolejkach z powodu katastrofalnej sytuacji finansowej.

Unicestwienie

Wyżej wymieniony przypadek KSZO nie jest niestety jedynym, kiedy to spadek z I ligi oznaczał dla jakiegoś klubu desperacką walkę o przetrwanie. Bywało jeszcze gorzej. W ciągu ostatniej dekady, aż 7 klubów zaraz po degradacji nie przystąpiło do rozgrywek w II lidze z powodów finansowo-organizacyjnych. Swoją upadłość zmuszone były ogłosić tak duże firmy, jak, chociażby ŁKS Łódź (12/13) i Widzew Łódź (13/14). Cmentarzysko spadkowiczów uzupełniają Odra Opole (08/09), Kmita Zabierzów (08/09), Odra Wodzisław (10/11), GKP Gorzów (10/11), Flota Świnoujście (14/15) oraz Dolcan Ząbki (15/16). Niestety ta wyliczanka obrazuje nam tylko organizacyjną patologię w polskiej piłce ostatnich lat.

Ciekawostka, czyli fart Rakowa

Na koniec przenieśmy się do sezonu 2012/13, kiedy to ze statusem pierwszoligowca pożegnały się Warta Poznań i Polonia Bytom. Pomimo że oba kluby utrzymały się w II lidze w sezonie 2013/14 zajmując kolejno 8 i 9 miejsce to z powodów organizacyjnych nie otrzymały licencji na grę w kolejnym. Zespołem, który skorzystał na zaistniałej sytuacji, był wtedy Raków Częstochowa, który dzięki temu utrzymał się w II lidze. Kto wie, jakie byłyby dalsze losy klubu spod Jasnej Góry i czy świętowaliby awans do Ekstraklasy w ostatnim sezonie, gdyby właśnie nie ten zbieg okoliczności i dwóch szczęśliwych dla nich spadkowiczów z I ligi…

Spadkowicze sezon po sezonie 

2007/08

  • ŁKS Łomża -> 18 miejsce (II Liga: Wschodnia) SPADEK
  • Pelikan Łowicz -> 8 miejsce (II Liga: Wschodnia)

2008/09

  • GKS Jastrzębie -> 14 miejsce (II Liga: Wschodnia) SPADEK
  • Tur Turek -> 14 miejsce (II Liga Zachodnia)
  • Odra Opole -> upadłość (nie przystąpili do rozgrywek w sezonie 09/10)
  • Kmita Zabierzów -> 10 miejsce  (III liga: małopolsko-świętokrzyska)

2009/10

  • Wisła Płock -> 2 miejsce (II Liga: Wschodnia) AWANS
  • Znicz Pruszków -> 6 miejsce (II Liga: Wschodnia)
  • Stal Stalowa Wola -> 7 miejsce (II Liga: Wschodnia)
  • Motor Lublin-> 16 miejsce (II Liga: Wschodnia)

2010/11

  • MKS Kluczbork -> 10 miejsce (II Liga: Zachodnia)
  • KSZO Ostrowiec -> Wycofanie po 23 kolejce (II Liga: Wschodnia) SPADEK
  • Odra Wodzisław -> upadłość (nie przystąpili do rozgrywek w sezonie 11/12)
  • GKP Gorzów -> 5 miejsce (IV liga: lubuska)

2011/12

  • Wisła Płock -> 1 miejsce (II Liga: Wschodnia) AWANS
  • KS Polkowice -> 6 miejsce (II Liga: Zachodnia)
  • Olimpia Elbląg -> 7 miejsce (II Liga: Wschodnia)

2012/13

  • Warta Poznań -> 8 miejsce (II Liga: Zachodnia) SPADEK – brak licencji
  • Polonia Bytom -> 9 miejsce (II Liga: Zachodnia) SPADEK – brak licencji
  • ŁKS Łódź -> 1 miejsce (IV Liga: łódzka) AWANS

2013/14

  • Puszcza Niepołomice -> 15 miejsce (II Liga)
  • Energetyk ROW Rybnik -> 5 miejsce (II Liga)
  • Okocimski KS Brzesko -> 14 miejsce (II Liga)

2014/15

  • GKS Tychy -> 3 miejsce (II Liga) AWANS
  • Widzew Łódź -> 1 miejsce (IV Liga: łódzka) AWANS
  • Flota Świnoujście -> 1 miejsce (Klasa A: Szczecin I) AWANS

2015/16

  • GKS Bełchatów -> 9 miejsce (II Liga)
  • Rozwój Katowice -> 13 miejsce (II Liga)
  • Dolcan Ząbki -> 12 miejsce (IV Liga: mazowiecka północ)

2016/17

  • Wisła Puławy -> 16 miejsce (II Liga) SPADEK
  • Znicz Pruszków -> 13 miejsce (II Liga)
  • MKS Kluczbork -> 15 miejsce (II Liga) SPADEK

2017/18

  • Pogoń Siedlce -> 6 miejsce (II Liga)
  • Górnik Łęczna -> 9 miejsce (II Liga)
  • Olimpia Grudziądz -> 2 miejsce (II Liga) AWANS
  • Ruch Chorzów -> 18 miejsce (II Liga) SPADEK

Jaką drogę obierzemy więc my ? Bałagan po ostatnim sezonie do posprzątania jest nieprzeciętny i na chwilę obecną mamy więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Jak widać scenariuszy dla spadkowiczów z I ligi w ostatnich latach było wiele: lepsze, gorsze, a nawet beznadziejne, oby jednak nam zapisany był ten, ze słowem awans na ostatniej stronie…

3 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

3 komentarze

  1. Avatar photo

    HAnyseKSG

    8 czerwca 2019 at 23:32

    Nie zapomnieliście tak czasami o Zawiszy Bydgoszcz i Bełchatowie…

  2. Avatar photo

    Robert

    8 czerwca 2019 at 23:43

    Zawisza Bydgoszcz nie spadła sportowo tylko nie otrzymała licencji po zajęciu 5 miejsca w sezonie 15/16, a Bełchatów jest przecież uwzględniony.

  3. Avatar photo

    Luk

    9 czerwca 2019 at 14:51

    Jeśli chodzi o 2 spadki pod rząd, to zapomniałeś o Kluczborku (2017-2018).
    Natomiast nie uwzględniłeś Ruchu Radzionków. Cidry przez rok nie grały w rozgrywkach podobnie jak Odra W. Jeszcze bodajże Stróże całkowicie upadły, teraz pewnie kopią w A-klasie.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga