Felietony Piłka nożna
Tydzień, który powie, czy mamy poważną drużynę
Po wyjazdowych wygranych z Chojniczanką i Chrobrym wierzyliśmy, że to jest ten sezon. Że to jest ten moment, w którym wszelkie zło piłkarskie wszystkich ostatnich lat zostanie przełamane. GieKSa wytworzyła sobie dwupunktową przewagę nad trzecim miejscem i do końca sezonu miała mieć potyczki tylko z zespołami z dolnej połowy tabeli. Niestety już dwa pierwsze mecze z teoretycznie słabszymi rywalami zatarły w dużej mierze to, co udało się zrobić w rundzie wiosennej. Nie zatarły jednak jeszcze naszych marzeń, ale mocno zachwiały optymizmem.
Przed meczem z Puszczą byłem spokojny. Może nie tyle o zwycięstwo, co o dobrą grę i dużą szansę na pozytywny rezultat. Spotkanie w Niepołomicach okazało się jednak tak słabe, że odwrotnie – przed pojedynkiem z Bytovią miałem bardzo dużo niepokoju. Niepokoju o to, czy po raz drugi z rzędu nie będziemy przeżywać zaprzepaszczania w sposób spektakularny awansu, który jest na wyciągnięcie ręki.
Niestety niedzielny mecz okazał się drugim z rzędu meczem z gatunku żenujących. Nie słabszych, nie gorszych, tylko żenujących. Takich, do których przyzwyczailiśmy się w poprzednich sezonach, meczów, które odbierały nam nadzieję, wiarę, powodowały tylko frustrację. Złe wspomnienia powróciły (nie będziemy tu używać idiotycznych określeń typu „demony przeszłości”, bo mówimy wtedy językiem piłkarzy), obraz zwłaszcza poprzedniego sezonu pojawił się przed naszymi oczami. Gra w dwóch ostatnich meczach postawiła duży znak zapytania, czy jednak drużyna, którą już prawie przemianowaliśmy na „poważną”, w rzeczywistości taka jest. A czy trener, którego już ochrzciliśmy „twardo stąpającym po ziemi”, jednak nie buja w obłokach, poprzez swoje dziwne decyzje kadrowe w ostatnich spotkaniach.
Wielu kibiców uważa, że gorzej niż w zeszłym sezonie być nie może, w sensie dramatycznie przegranego awansu. Niestety obecne rozgrywki pokazują, że jak najbardziej może. Wówczas bowiem rundę wiosenną przegraliśmy z zespołami z czołówki, teraz możemy się wypieprzyć na outsiderach. Przypominam, że cztery z sześciu meczów gramy z najgorszymi drużynami tej ligi. Tak – najgorszymi, bo najprawdopodobniej trzy z nich pożegnają się z pierwszą ligą. Więc niewygrywając tych spotkań – naprawdę będzie gorzej niż rok temu.
Dwanaście miesięcy temu liczyliśmy, że ta drużyna się obudzi, że po jakichś dwóch wygranych, w ważnym meczu również zapunktuje. Za każdym razem lądowaliśmy głową na beton. Za każdym… Teraz mamy na razie dwukrotną powtórkę z rozrywki – raz atak (sic!) na lidera i próba odskoczenia od peletonu, za drugim razem kolejna szansa na powiększenie przewagi nad trzecim miejscem i resztą. Obie te okazje zostały zaprzepaszczone przez fatalną grę i chyba jednak brak należytego zaangażowania (mamy tu na myśli nie tylko walkę, ale koncentrację i przykładanie się do pojedynczych zagrań). GieKSa znów nie udokumentowała tego, co udokumentować powinna.
To nie jest moment, w którym skreślamy szanse. GKS jest na miejscu premiowanym awansem i wszystko nadal zależy od zawodników Jacka Paszulewicza. Naszą ostrożność opieramy jednak nie na na wyobrażeniach, ale na doświadczeniu – dodatkowo w sporej części powiązanym z tymi samymi zawodnikami, którzy rok temu byli głównymi „architektami” upadku teamu firmowanego przez Jerzego Brzęczka. Przecież forma na przykład Łukasza Zejdlera to jest wypisz wymaluj to, co było rok temu i na jesień. Takiemu Andreji Prokićowi rok temu się upiekło, bo kilka bramek strzelił, ale tak naprawdę w kluczowych meczach grał bardzo słabo. A teraz gra jeszcze gorzej. Gonzo jak nie strzelał, tak nie strzela, choć oddajmy, że z Bytovią jego wejście podciągnęło drużynę. I jedynie można powiedzieć, że Mateusz Kamiński poprawił się znacznie i mamy nadzieję, że do końca sezonu utrzyma dyspozycję.
GieKSa potknęła się dwa razy w dwóch ostatnich meczach. Teraz – po tygodniu przerwy – to jest właśnie ten moment, żeby coś zmienić, żeby jednak włączyć tę piłkarską ambicję, której części zawodników brakuje. Biegać szybciej, podawać celniej, a przede wszystkim CHCIEĆ to robić. Wszyscy rywale, z którymi katowiczanie się zmierzą są do ogrania. Jak nie z ataku pozycyjnego, to z kontry, jak nie z kontry, to ze stałego fragmentu gry. Drużyna Paszulewicza pokazała tej wiosny, że potrafi to robić. A jeśli umiała z mocniejszymi, to musi potrafić ze słabszymi. Naprawdę nie mówmy farmazonów, że przeciw zespołom z dołu tabeli z natury gra się trudniej, bo to jest robienie kurtyzany z matematyki i logiki. Jeśli ktoś ma więcej porażek niż remisów i zwycięstw, to oznacza, że po prostu jest słabszy i należy takiego rywala pokonać. Trzeba tylko chcieć i odpowiednio się przygotować do meczu.
Przed GieKSą tydzień prawdy, który powie, czy ten zespół stać na osiągnięcie sukcesu czy znów narobił nam apetytu kolejnymi wygranymi po to, żeby na koniec niczym Robin Hood – oddać biednym i potrzebującym. Gramy ze słabym jak barszcz Stomilem, niezłym Podbeskidziem i rozbitym Ruchem. Nie wyobrażam sobie, żeby GieKSa nie wygrała pierwszego i trzeciego z tych meczów. Jeśli jednak będzie grać tak, jak ostatnio, to może i nawet przegrać.
Trener Paszulewicz też zamiast asekurować się stwierdzeniem, że „startowaliśmy z ósmego miejsca, a proszę, gdzie jesteśmy teraz”, powinien się pazurami uczepić tej szansy, która się wytworzyła. To jest przecież wielka szansa także dla niego, by mieć w CV awans do ekstraklasy i zespół w tej ekstraklasie prowadzić. Naprawdę w tym sezonie – jak i w poprzednim – nie trzeba sobie wypruwać flaków, żeby zająć drugie miejsce. Wystarczy tylko odpowiedni poziom motywacji, sensowny pomysł i spokojne realizowanie planu. Żadna drużyna – oprócz Miedzi – nie potrafiła zrobić nawet tego. GieKSa była blisko, ale nie podołała temu prostemu wydawałoby się zadaniu.
Ekipy z czołówki dalej będą tracić punkty, to więcej niż pewne. Ważne jednak, żeby umieć to wykorzystać i w tej trzeciej próbie – gdy będzie okazja – odskoczyć od rywali, bo na razie to dogoniła nas Chojniczanka. Walczcie o te wygrane i dajcie w końcu powód, żeby uznać was za prawdziwych sportowców, a nie przypadkowych wyrobników głoszących zasadę „czy się stoi czy się leży”…
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


wierny
4 maja 2018 at 01:48
Awansu nie bedzie kuli stadion ni bedzie. Wezdzie to w koncu skumejcie. Jezu ludziska przeca sie nastawiac od lat ile mozna. Redakcyjo wezcie stonujcie abo wogole zero przemyslen nie piszcie.
AVE Gieksa.
Mecza
4 maja 2018 at 10:39
@wierny, co ma stadion do awansu? Tak samo idiotyczna uwaga jak to że Krupa zakazał. Jestem spokojny przed Stomilem. Po tygodniu resetu fizycznego będzie pewne zwycięstwo. Wyniki z Puszczą i Drutexem przewidziałem.
Irishman
4 maja 2018 at 11:14
Ten obecny sezon może być gorszy nie tylko dlatego, że przegramy awans z najsłabszymi drużynami I ligi ale także z Tychami, a co gorsza z chorzowskimi. Po Głogowie gadałem z kumplem, że możliwy jest scenariusz, w którym w Chorzowie zapewnimy sobie awans jednocześnie odbierając gospodarzom wszelkie szanse na utrzymanie. Zapomniałem niestety, że pycha kroczy przed upadkiem i dziś, to zaczynam mieć małe obawy, aby przypadkiem nie było odwrotnie…
Poza tym ten tydzień nie tylko powie nam dużo o drużynie ale także o trenerze. Oczywiście, tak czy inaczej nie będzie tak, że go pożegnamy po sezonie. Ale jednak dla mnie będzie to jakaś tam odpowiedź czego możemy spodziewać się z nim u sterów drużyny w przyszłości.
Cierpliwy
4 maja 2018 at 17:21
Ile tu znawców futbolu. Płaczą zanim mleko się wyleje. Powiem tak: przegrają 5 razy(z ruchem i tyskimi najwyżej) no i remis z Łęczna bo ta będzie potrzebować punktu do baraży.
wiesiek
4 maja 2018 at 17:39
Tydzien który powie czy mamy poważną drużyne juz byl. To mecze z Puszczą i Bytovią.
KaTe
4 maja 2018 at 18:01
Sami znawcy. Tacy jesteśmy. A najśmieszniejsze jest to, że większość wyżej stawia zwycięstwo nad Ruchem – niż awans.
Kuriozum
|Irishman
4 maja 2018 at 19:39
Ja tam się za jakiegoś „znawcę” bynajmniej nie uważam. No ale lubię sobie podyskutować z GieKSiarzami. Jakieś tam doświadczenie mam po tylu latach z GieKSa więc może zwrócę na coś uwagę, za to jeszcze więcej się nauczę od innych.
A co do chorzowskich, to oczywiście, że ogromna wszyscy chcielibyśmy, aby ich pokonać. No ale to zwycięstwo przybliży nas do awansu, a nie oddali! Natomiast nikt z nas NIE WYBACZY(!!!) tego gdybyśmy nie awansowali przez to, że oddamy im punkty pozwalając się utrzymać.
Bartolo
4 maja 2018 at 21:12
Osoby,które wierzą w awans są chyba upośledzone!Ludzie,ile razy można w kółko nabierać się na te same chwyty,no ile??Nie będzie ani awansu ani stadionu!Dziwię się,że w ogóle ktokolwiek na ten cyrk jeszcze chodzi.To urąga ludzkiej inteligencji i godności..Czy może być jeszcze ordynarniej niż w zeszłym sezonie z Kluczborkiem? Wszystko na to wskazuje że chyba tak..Szykują się po raz enty niezłe jajca,obawiam się,że ten maj przebije absolutnie wszystko!!GieKSa ma zakaz awansu,zrozumcie to wreszcie…i zareagujcie odpowiednio….
Mecza
4 maja 2018 at 23:02
@Bartolo brawo za wpis…po co się stresujesz GieKSą zwaną przez Ciebie „cyrkiem” 1 liga Ci nie odpowiada? Przestaw się na inny klub, najlepiej taki co awansuje. Najlepiej tak co roku bo to może pomoże Ci w życiu.