Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka Szachy

Tygodniowy przegląd mass mediów: GieKSa z kolejnym zwycięstwem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki, hokeja i szachów GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Piłkarki pokonały na Bukowej drużynę Górnika Łęczna 2:0 (1:0). Następne spotkanie zespół rozegra w sobotę 12 października o 12:00 z Pogonią w Tczewie. Drużyna prowadzi w tabeli Orlen Ekstralidze z przewagą trzech punktów nad Śląskiem Wrocław. Piłkarze w 11. kolejce rozgrywek pokonali Puszczę Niepołomice 6:0 (2:0). Prasówkę po tym spotkaniu znajdziecie TUTAJ. Ze względu na mecze reprezentacji następny mecz ligowy zespół rozegra w niedzielę 20 października ze Śląskiem Wrocław. Märten Kuusk otrzymał powołanie do reprezentacji Estonii.

W swoim piątym występie w PlusLidze siatkarze doznali piątej porażki, tym razem z Wartą Zawiercie 1:3. Szansa na zdobycz punktową będzie dzisiaj: drużyna zmierzy się w hali w Szopienicach z przedostatnim zespołem w tabeli VC Barkom Każany Lwów. Mecz rozpocznie o 17:30. W tym tygodniu siatkarze rozegrają jeszcze jedno spotkanie 0 na wyjeździe z Resovią Rzeszów. Mecz rozpocznie się 11 października o 17:30.

W ubiegłym tygodniu hokeiści rozegrali trzy spotkania: z GKS-em Tychy (przegrany 4:5), z Podhalem (wygrany 9:1) i z Zagłębiem (wygrany po dogrywce 1:0). W rozpoczętym tygodniu drużyna rozegra dwa spotkania: jutro na wyjeździe z STS Sanok i w piątek (11 października) w Satelicie z Unią Oświęcim. Mecze rozpoczną się odpowiednio o godzinie 18:00 i 18:30. W ubiegłym tygodniu zmarło dwóch byłych hokeistów GieKSy: Maksymilian Lebek i Kordian Jajszczok.

Do sekcji szachowej dołączył arcymistrz Ruslan Ponomariov.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – GieKSa z kolejnym zwycięstwem

Piłkarki GKS-u Katowice podtrzymały zwycięską passę, zwyciężając 2:0 na swoim terenie z Górnikiem Łęczna. Do siatki trafiały Gabriela Grzybowska i Nikola Brzęczek.

Przebieg bieżących rozgrywek Orlen Ekstraligi, jak i historia ostatnich spotkań tych drużyn zdecydowanie przemawia na korzyść Katowiczanek. Podopieczne Karoliny Koch nie przegrały z Górnikiem od sierpnia 2021 roku.

W pierwszych minutach spotkania zarysowała się niewielka przewaga Górniczek. Już w 6. minucie Katja Skupień dograła z prawej strony, a Klaudia Lefeld oddała groźny strzał zza pola karnego, jednak piłka przeleciała obok słupka. Chwilę później, w odpowiedzi, Klaudia Słowińska z GKS Katowice przymierzyła z około 20 metrów, ale również nie trafiła w bramkę. W 14. minucie Górnik musiał dokonać wymuszonej zmiany – kontuzjowaną Annę Rędzię zastąpiła Agnieszka Jędrzejewicz.

W drugim kwadransie meczu GieKSa zintensyfikowała pressing, zmuszając rywalki do błędów w rozegraniu pod własnym polem karnym. W 21. minucie Anita Turkiewicz odebrała piłkę i dograła do Maciążki, która jednak nie zdołała skierować futbolówki do siatki. Coraz częściej gra toczyła się na połowie przyjezdnych. W 41. minucie Katowiczanki udokumentowały swoją przewagę bramką – po rzucie wolnym wykonywanym przez Kingę Kozak, piłka odbiła się od jednej z piłkarek Górnika, a Gabriela Grzybowska otworzyła wynik płaskim strzałem po ziemi.

Katowiczanki podwyższyły prowadzenie siedem minut po rozpoczęciu drugiej połowy. Anita Turkiewicz precyzyjnie dośrodkowała na głowę Nikoli Brzęczek, która skierowała piłkę do siatki. Po stracie drugiej bramki gospodynie starały się przejąć inicjatywę. Piłkarki GKS Katowice kontynuowały ofensywę, kreując kolejne sytuacje i dążąc do powiększenia przewagi. Zespół Patryka Błaziaka, szczególnie Klaudia Lefeld i Aleksandra Posiewka, próbował zdobyć bramkę kontaktową. W ostatniej akcji meczu Julia Włodarczyk obiła poprzeczkę, a dobitki Bińkowskiej i Hajduk nie przyniosły efektu. Ostatecznie GieKSa wygrała ósmy mecz z rzędu, utrzymując pozycję lidera.

 

dziennikwschodni.pl – Dobra seria piłkarek Górnika Łęczna skończyła się w Katowicach

Górnik Łęczna zakończył w Katowicach swoją serię 5 spotkań bez porażki. Lider rozgrywek dość łatwo ograł ekipę Patryka Błaziaka.

Pozytywny dla przyjezdnych był praktycznie tylko początek spotkania. Wówczas groźnie uderzała chociażby Klaudia Sowińska. Później jednak zaczęły się problemy.

W 14 min kontuzji doznała Anna Rędzia, która musiała opuścić plac gry. Gospodynie coraz mocniej akcentowały swoją przewagę, chociaż na pierwszego gola musiały poczekać do 42 min. Wówczas po dośrodkowaniu piłki z rzutu wolnego największym sprytem wykazała się Gabriela Grzybowska i płaskim strzałem dała ekipie z Górnego Śląska prowadzenie.

Gol na 2:0 padł tuż po zmianie stron. Tym razem w roli egzekutorki wystąpiła Nikola Brzęczek, która strzałem głową wykończyła znakomicie dośrodkowanie Anity Turewicz. W kolejnych minutach przyjezdne dążyły do zdobycia chociaż honorowego gola, ale rzadko zagrażały bramce gospodyń. Te drugie były bardziej konkretne, chociaż gola również nie zdobyły. Najbliżej była Julia Włodarczyk, która w końcówce meczu trafiła w poprzeczkę.

 

24kato.pl – Märten Kuusk z GKS Katowice znalazł się w kadrze Estonii na mecze UEFA Ligi Narodów

Piłkarz GKS Katowice Märten Kuusk otrzymał powołanie do reprezentacji Estonii na październikowe zgrupowanie UEFA Ligi Narodów.

Obrońca GKS Katowice Märten Kuusk otrzymał powołanie od selekcjonera Jürgena Henna na październikowe mecze UEFA Ligi Narodów. Kadra Estonii 11 października o 18:00 podejmie w Tallinie Azerbejdżan, natomiast 14 października o 20:45 w tym samym mieście zagra ze Szwecją.

Kuusk jest już 32-krotnym reprezentantem Estonii. Zadebiutował w niej 15 stycznia 2019 r., grając 90 minut na wyjeździe przeciwko Islandii (0:0) jeszcze jako zawodnik Flory Tallin. W ostatnich meczach swojej kadry nie grał, ostatni raz wybiegł na boisko 8 czerwca 2024 r., kiedy Estończycy pokonali u siebie w meczu towarzyskim Wyspy Owcze 4:1, a piłkarz GieKSy na boisku spędził 90 minut. Wciąż jednak czeka na swojego debiutanckiego gola.

Estonia po dwóch meczach zajmuje 4. miejsce w grupie 1 ligi C. Poległa do tej pory 0:1 ze Słowacją i 0:3 ze Szwecją. Do ligi B awansuje najlepsza drużyna z każdej grupy, drugie drużyny zagrają w play-offach, z kolei ostatnie reprezentacje spadną do ligi D (w przypadku dwóch najgorszych) bądź zagrają w barażach o utrzymanie (w przypadku dwóch najlepszych) z drugimi drużynami ligi D (tam są dwie grupy).

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Ciężka przeprawa Jurajskich Rycerzy

Aluron CMC Warty Zawiercie będą chcieli szybko wymazać z pamięci. Prawdziwy koszmar zgotowali im zawodnicy GKS-u Katowice, zaciekle walcząc o każdy punkt. Gospodarze pomimo wygranej 3:1 mogą czuć zawód, lecz na analizę błędów przyjdzie jeszcze czas. MVP powędrowało w ręce amerykańskiego przyjmującego – Aarona Russella.

Wyśmienicie w spotkanie weszli gospodarze, którzy po kontrach Patryka Łaby prowadzili 4:1. Zawiercianie solidnie pracowali w elemencie blok-obrona, punktowali kontrami (7:3). Wśród gości prym z prawego skrzydła wiódł Bartosz Gomułka. GKS nawiązał kontakt po błędzie Warty oraz dwóch autowych atakach Aarona Russella z rzędu (10:9). Po zbiciu z przechodzącej piłki Bartłomieja Krulickiego wszystko zaczęło się na nowo (11:11). Katowiczanie wywierali presję zagrywką, kontra Gomułki dała im prowadzenie 15:14. Umocnili się na nim po asie Łukasza Usowicza (18:16). Nawet kiedy wicemistrzowie Polski doganiali rywala, to Gomułka znajdował odpowiedź atakiem i asem (21:18). Przyjezdni mieli w sumie trzy piłki setowe, ale wykorzystali po autowej zagrywce Patryka Łaby ostatnią z nich (25:23).

Warta wygrywała 6:4 po dwóch punktowych blokach. Goście wyrównali za sprawą asa Joushuy Tuanigi (6:6). Po chwili gry punkt za punkt zza linii 9. metra odpowiedział Karol Butryn (10:8). Katowiczanie zaczęli się coraz częściej uciekać do gry z szóstej strefy, co przyniosło wymierne rezultaty (11:11). Przyjezdni objęli nawet prowadzenie, ale było im coraz trudniej dobić się do boiska, kontrataki kończył duet Russell-Butryn (17:15). Zawiercianie holowali przewagę, ale w porę dał o sobie znać solidny serwis GKS-u (20:20). W sumie dwukrotnie Warta prowadziła dwoma oczkami, by przyjezdni remisowali (22:22). Losy partii ważyły się w grze na przewagi. Zatrzymanie Bartosza Gomułki dało Jurajskim Rycerzom pierwszy triumf (27:25).

Początek trzeciej części należał do katowiczan, po asie i kontrze Gomułki było 5:2. Zawiercianie zaczęli lepiej zagrywać, złapali kontakt po asie Juriego Gladyra czy ataku Miłosza Zniszczoła ze środka (6:5, 8:7). Do Gomułki w ataku dołączył Jewgienij Kisiliuk, duet zaczął solidnie pracować na skrzydłach (10:8). Goście utrzymywali się na dwupunktowym prowadzeniu, grali wszechstronnie. Po asie Miguela Tavaresa tablica wyników wskazała na kolejny remis (14:14). Gra toczyła się punkt za punkt (19:19). Na siatce uaktywnił się portugalski rozgrywający, po jego atakach Warta odskoczyła (21:19). Gospodarze mieli jedną piłkę setową, ale ponownie byliśmy świadkami gry na przewagi. Obie ekipy myliły się w ważnych momentach. Po kontrze Russella wicemistrzowie Polski byli o krok od triumfu (26:24).

Czwartą odsłonę zainicjowały dwa punktowe bloki Warty oraz błąd GKS-u (7:4). Wicemistrzowie Polski zwiększyli zaliczkę do czterech oczek po asie Butryna (12:8). Podopieczni Michała Winiarskiego kontynuowali grę blokiem, zatrzymując akcję po akcji Usowicza i Kisiliuka (15:9). Reagował zmianami Grzegorz Słaby. W moment jak domek z kart posypała się gra katowiczan, punktował Russell, w dalszym ciągu stawiali szczelny blok zawiercianie (20:12). Sama końcówka należała do punktującego z lewej flanki Łaby. Zakończył on mecz asem (25:17).

Aluron CMC Warta Zawiercie – GKS Katowice 3:1(23:25, 27:25, 26:24, 25:17)

 

HOKEJ

hokej.net – Coś niesamowitego! Pięć goli tyszan w przewadze daje zwycięstwo w Katowicach

Popis skuteczności w przewadze dali hokeiści GKS-u Tychy w rozgrywanym awansem meczu TAURON Hokej Ligi z GKSem Katowice. Tyszanie zdobyli aż pięć goli grając w liczebnej przewadze. Gospodarze trzykrotnie odpowiadali na prowadzenie gości, lecz ostatecznie mecz wygrali tyszanie 5:4.

Derbowe konfrontacje mają w zwyczaju dostarczać kibicom nie lada emocji. W obecnym sezonie liczba podtekstów podgrzewających atmosferę katowicko-tyskich pojedynków rośnie jednak z meczu na mecz. Podczas wrześniowego spotkania, w centrum uwagi kibiców byli Joona Monto oraz Mathias Lehtonen, czyli duet ex katowiczan występujący po tyskiej stronie. W kolejnych derbach role się jednak odwróciły i to w barwach GieKSy debiutowali doskonale znani w Tychach Jean Dupuy oraz Christian Mroczkowski.

Dotychczas nazwisko Dupuy nie wzbudzało najlepszych wspomnień wśród katowickich kibiców. Kanadyjczykowi wystarczyło jednak tylko 39 sekund, aby wkupić się w łaski kibiców GieKSy. 30-latek w swoim pierwszym kontakcie z krążkiem postanowił zabrać się na bramkę Tomáša Fučíka i po indywidualnej akcji otworzył wynik spotkania. Szybko zdobyta bramka, okazała się być ledwie prologiem do derbowych emocji. W 3. minucie do boksu kar sędziowie odesłali Kacpra Maciasia. Podopieczni trenera Tirkkonena potrzebowali ledwie 24 sekund by wykorzystać liczebną przewagę.

Najprzytomniej w podbramkowym zamieszaniu odnalazł się Filip Komorski, dając swojej drużynie wyrównanie. Niespełna 20 sekund po wznowieniu gry, arbitrzy podjęli decyzję o wykluczeniu z gry Mateusza Michalskiego, a goście kolejny raz skrzętnie skorzystali z przewagi. 17 sekund przed powrotem Michalskiego na taflę, Bartłomiej Jeziorski wyprowadził tyszan na prowadzenie. W 10. minucie decyzje o strzale z prawego bulika podjął Pontus Englund, zasłonięty Fučík nie miał większych szans na interwencję, a sprawę zdawał się utrudnić jeszcze rykoszet.

Minęły 3 minuty od wznowienia gry… i zawodnik GieKSy melduje się w boksie kar. Tym razem przepisy przekroczył Marcus Kallionkieli. Rozgrywający przewagę goście zdołali rozklepać katowicką obronę. Sytuację próbował ratować jeszcze Murray, jednak wobec kolejnej dobitki Jeziorskiego pozostawał już bezsilny. Kolejna stracona w osłabieniu bramka nie podcięła jednak skrzydeł ambitnie walczących katowiczan i już w 27. minucie na tablicy znów widniał remis. Strzał z niebieskiej linii zbił Mateusz Bepieszcz i krążek niczym w zwolnionym tempie wpadł obok odprowadzającego go wzrokiem Fučíka.

W trzeciej tercji gra się nie zmieniła. Na prowadzenie wyszli ponownie tyszanie podczas … gry w przewadze huknął Olli Kaskinen a krążek kuriozalnie wpadł zza plecy zdezorientowanego Johna Murraya. Katowiczanie wyrównali pięć minut później. W 46. minucie Pontus Englund z bliska ulokował gumę w pustej bramce po tym jak idealnie zagrał mu na kija Marcus Kallionkieli. Wiatr w żagle złapali gospodarze i co rusz atakowali w tercji tyszan, lecz zabrakło wykończenia. Za to tyszanie po raz kolejny wyszli na prowadzenie podczas gry w przewadze. Piątego gola w tym elemencie hokejowego rzemiosła zdobył ponownie Olli Jakinen. Huknął fiński defensor spod niebieskiej a guma podbijała się od zawodników i wpadła do bramki. Do końca wynik się nie zmienił chociaż katowiczanie mieli kilka szans na wyrównanie.

 

Kanadyjczyk ma pecha! Kolejna kontuzja w ciągu pół roku

Napastnik GKS-u Katowice Ben Sokay nie dokończył ostatniego meczu z GKS-em Tychy (4:5). Kanadyjski środkowy doznał urazu, który wykluczy go z gry na kilka tygodni.

– Zawodnik doznał kontuzji dolnej części ciała i czeka go kilka tygodni przerwy – informuje oficjalny serwis internetowy wicemistrzów Polski.

Przypomnijmy, że Sokay opuścił lodowisko w 7. minucie przy pomocy kolegów z drużyny z podejrzeniem urazu kolana.

Warto wspomnieć, że Ben Sokay w pierwszym meczu finału play-off zRe-Plast Unią Oświęcim (3 kwietnia) nabawił się poważnej kontuzji. Nie zdążył w odpowiednim momencie wyhamować i uderzył łyżwami w bandę. Po tym zdarzeniu od razu został przewieziony do szpitala, w którym usłyszał diagnozę – złamana kostka. Do gry wrócił tuż przed inauguracją sezonu.

 

Niespodzianki nie było. GieKSa pokonuje Podhale

GKS Katowice pokonał przed własną publicznością Podhale Nowy Targ 9:1. Dwukrotnie na listę strzelców wpisywali się Marcus Kallionkieli, Stephen Anderson oraz Mateusz Bepierszcz. Z dobrej strony pokazali się również katowiccy młodzieżowcy, a premierową bramkę na taflach TAURON Hokej Ligi zdobył Jakub Hofman.

Trener Płachta w dzisiejszym spotkaniu po raz kolejny nie mógł zadysponować do gry pełni składu. Z urazami zmagają się w dalszym ciągu Arkadiusz Kostek, Ben Sokay oraz Dante Salituro. Do grona nieobecnych dołączył także notujący coraz lepsze występy Pontus Englund. Po dwumeczowej absencji wrócił za to kapitan GieKSy Grzegorz Pasiut. Bez czołowego napastnika radzić musieli sobie za to goście, bowiem uraz z gry eliminuje w dalszym ciągu Bartłomieja Neupauera. W meczowej kadrze zabrakło również Filipa Wielkiewicza.

Początek spotkania, zgodnie z przedmeczowymi przewidywaniami należał do gospodarzy. Na taki obraz gry wymiernie wpłynęła nałożona już w 32 sekundzie kara na Marcina Horzelskiego. GieKSa z każdą minutą na dłużej zadomowiała się w tercji rywala. Obrona gości nie wystrzegała się również błędów, po których nawet trójka zawodników w żółtych trykotach mogła bez asekuracji swobodnie zdobyć tercję Podhala. Z dobrej strony pokazywali się występujący w barwach GieKSy młodzieżowcy. Ich aktywność w mocnym forecheckingu dawała się we znaki graczom Podhala, którzy mieli coraz większe trudności aby wyprowadzić krążek z własnej tercji. Nie inaczej było w 7. minucie. Krążek na niebieskiej linii padł łupem zawodników GKS-u. Przechwycona guma została zaadresowana pod bramkę do Jakuba Hofmana, który ze stoickim spokojem wykończył akcję i po chwili mógł celebrować swoją pierwszą bramkę zdobytą na poziomie TAURON Hokej Ligi. W kolejnych minutach krążek pozostawał w posiadaniu podopiecznych Jacka Płachty, lecz do końca pierwszej odsłony nie przełożyło się to na zdobycie kolejnych bramek.

Druga tercja przyniosła zdecydowanie więcej emocji, jednak nie za sprawą wyrównania się obrazu gry, lecz rozwiązania przez graczy z Katowic worka z bramkami. W 28. minucie Aleksi Varttinen pokusił się o mocny strzał spod niebieskiej linii. Lot krążka przeciął Marcus Kallionkieli, tym samym stając się autorem drugiego trafienia. Następnie wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. W 29. minucie Piotr Bury został odesłany na ławkę kar. Do zamienienia liczebnej przewagi na bramkę katowiczanie potrzebowali ledwie 14 sekund. Tempo akcji nadał Grzegorz Pasiut, który świetnym podaniem obsłużył Stephena Andersona. Zegar odmierzył ledwie 12 sekund, a krążek znów znalazł się w bramce gości. Znów w centrum zamieszania pozostawał Anderson, gdy po jego strzale krążek do siatki skierował Jean Dupuy. Okazją dla gości aby zmienić obraz gry była kara 2+2 nałożona na Mateusza Michalskiego. Grający w osłabieniu katowiczanie zdołali jednak zadać kolejny cios. Kontrę zainicjował Marcus Kallionkieli, a za jej wzorowe wykończenie wziął się Mateusz Bepierszcz. W 36. minucie swoją przewagę wykorzystali górale. Mocnym strzałem Michała Kielera pokonał Patryk Wajda.

Trzecia tercja należała do GieKSy. Gospodarze pozostawali głodni kolejnych bramek. W 46. minucie na indywidualny rajd zdecydował się Marcus Kallionkieli. 23-latek wykańczając własną akcję posłał mocny strzał z nadgarstka, po którym krążek wręcz chciał wyrwać się z siatki. W 53. minucie kanadyjski tercet dał GieKSie kolejną bramkę. Podawali Mroczkowski i Dupuy – strzelał Anderson. Cztery minuty później swoje trafienie zanotował również Mroczkowski, wykańczając podanie „na nos” Vervedy. Ostatnim akcentem spotkania było przyjemne dla oka rozegranie kontry przez Bartosza Fraszko. Choć „Frachol” stanął już nie miał „twarzą w twarz”z Pawłem Bizubem, to zamiast szukać strzału, zdecydował się wycofać krążek do nadjeżdżającego Mateusza Bepierszcza. „Bepi” bez problemów zaaplikował krążek do siatki, notując swoje drugie trafienie i ustalając wynik spotkania na 9:1.

 

„Święta Wojna” dla GKS-u. Katowiczanie lepsi po dogrywce

Mimo tego, że tylko jedna bramka zadecydowała o wyniku hitowego starcia w Sosnowcu, to emocji z całą pewnością nie zabrakło. Hokeiści EC Będzin Zagłębia Sosnowiec ulegli w tym meczu GKS-owi Katowice 0:1 po dogrywce. Decydujące trafienie należało do Christiana Mroczkowskiego, który jeszcze do niedawna był łączony z sosnowiecką ekipą.

W pierwszej tercji obie drużyny miały problem z uspokojeniem gry i narzuceniem swojego stylu gry. Obie ekipy miały swoje okazje głównie po kontrach ale dobrze spisywali się golkiperzy, którzy zatrzymywali wszystkie próby napastników. Podczas pierwszej odsłony minimalnie więcej z gry mieli podopieczni Piotra Sarnika.

Druga tercja nie przyniosła diametralnej zmiany obrazu gry, swoje okazje znów miały obie drużyny, ale nie przyniosło to żadnych bramek. Golkiperom oprócz dobrych interwencji pomagało również szczęście, gdyż kilkukrotnie obijane były słupki i poprzeczki, ale wynik do końca drugiej tercji nie uległ zmianie,

Trzecia odsłona wyglądało już nieco inaczej, Zdecydowanie więcej z gry mieli goście, którzy w trzeciej odsłonie wyglądali nieco lepiej fizycznie od swoich adwersarzy, ale i tym razem Patrik Spěšný nie stracił czujności i trzymał miejscowych w grze.

Sosnowiczanie również mieli szanse na przełamanie katowickiej defensywy, ale w ostatnich spotkaniach skuteczność w sosnowieckiej ekipie wymaga poprawy. Na pewno nie pomógł fakt, że John Murray, podobnie jak jego przeciwnik po drugiej stronie tafli miał swój dzień i bronił, jak w transie.

W dogrywce obie ekipy były groźne pod bramką rywali, ale decydujący cios zadali katowiczanie w 64. minucie. Mroczkowski najlepiej odnalazł się w zamieszaniu podbramkowym i wepchnął gumę do siatki sosnowiczan, zapewniając podopiecznym Jacka Płachty drugi punkt.

Zawodnicy z Sosnowca znów muszą żałować niewykorzystanych sytuacji i notują drugą porażkę z rzędu, tym razem zdobywając jednak punkcik. Dla katowiczan to było bardzo istotne zwycięstwo w kontekście układu tabeli.

 

Nie żyje uczestnik historycznego meczu z ZSRR. Był legendą dwóch polskich klubów

Smutne wieści napłynęły z Katowic. Dziś w wieku 74 lat zmarł Kordian Jajszczok, były obrońca GKS-u Katowice i Zagłębia Sosnowiec, a także były reprezentant Polski.

Kordian Jajszczok urodził 4 września 1950 roku w Świętochłowicach. Występował na pozycji obrońcy i przez lata był filarem defensywy GKS-u Katowice i Zagłębia Sosnowiec. Cztery razy zdobywał tytuł mistrza Polski (1970, 1980, 1981, 1983), a trzy razy na jego szyi zawisł srebrny medal(1969, 1979, 1984). W polskiej lidze rozegrał około 500 meczów.

W reprezentacji Polski wystąpił 15 razy. Wziął udział w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Innsbrucku w 1976 oraz w Mistrzostwach Świata w 1976 w Katowicach, gdzie wystąpił w legendarnym meczu przeciwko Związkowi Radzieckiemu, który nasza reprezentacja wygrała 6:4.

Hokejową karierę rozpoczął w GKS-ie Katowice pod kierunkiem trenera Waltera Bali. Już jako piętnastolatek pojechał na pierwszy obóz z pierwszą drużyną GieKSy. Z kolei w 1970 roku zdobył z katowiczanami pierwszy tytuł mistrzowski, a rok wcześniej srebrny medal.

Od sezonu 1978 roku był zawodnikiem Zagłębia Sosnowiec, w barwach którego grał do 1985 roku z krótkimi przerwami na występy w Austrii. Pracował też jako trener w niemieckich klubach.

Cześć jego pamięci!

 

Nie żyje legenda GKS-u Katowice. Był świetnym zawodnikiem i wychowawcą młodzieży

Kolejne smutne wieści napłynęły ze środowiska GKS-u Katowice. W wieku 81 lat zmarł Maksymilian Lebek, były zawodnik i trener. Czterokrotny mistrz Polski.

Maksymilian Lebek urodził się 29 sierpnia 1943 roku. Był rodowitym katowiczaninem i jako zawodnik występował w barwach Górnika i GKS-u Katowice (1959-63, 1965-76), a także Polonii Bydgoszcz (1963-1965) .

Grał na pozycji obrońcy, a najczęściej jego klubowymi partnerami byli Hubert Sitko i Henryk Reguła.

Lebek imponował dobrymi warunkami fizycznym, grał twardo i ambitnie, a także mógł pochwalić się silnym uderzeniem z dystansu.

Był czterokrotnym mistrzem Polski (1960, 1962, 1968, 1970), trzykrotnym wicemistrzem kraju, a pięć razy na jego szyi zawisł brązowy medal. Raz w górę wzniósł Puchar Polski (1970), był też powoływany do reprezentacji Polski.

Po zakończeniu kariery był wieloletnim trenerem zespołów młodzieżowych GieKSy i wychowawcą wielu zawodników. W sezonie 2014/2015 pełnił funkcję trenera GKS-u Katowice. Pracował też z Niemczech.

Maksymilian Lebek, będący członkiem „Galerii Sław” hokejowego GKS-u, w tym roku został odznaczony medalem 60-lecia Klubu. Warto dodać, że jego wnuk David Lebek przez ostatnie trzy lata reprezentował barwy GKS-u Katowice.

Cześć jego pamięci!

 

SZACHY

wkatowicach.eu – Nowy arcymistrz w składzie Hetmana GKS Katowice. Do klubu dołącza Ruslan Ponomariov

Ruslan Ponomariov, pochodzący z Ukrainy arcymistrz szachowy dołącza do Hetmana GKS Katowice. To mistrz świata w latach 2002-2004. Wybitny szachista będzie kolejnym bardzo mocnym ogniwem w składzie katowickiego klubu.

Hetman GKS Katowice, czyli szachowa sekcja katowickiej GieKSy, informuje o ważnym transferze. Do szachowych arcymistrzów reprezentujących barwy klubu z Katowic dołącza Ruslan Ponomariov. To arcymistrz szachowy, z pochodzenia Ukrainiec, mistrz świata w latach 2002-2004.

Z ogromną radością ogłaszamy, że w naszych barwach zagra Ruslan Ponomariov, mistrz świata w szachach z lat 2002-2004! Arcymistrz z Ukrainy odwiedził Polskę w tym roku na zaproszenie Śląskiego Związku Szachowego oraz firmy Mokate, biorąc udział w Festiwalu Szachowym w Ustroniu. To wyjątkowe wydarzenie stworzyło nam fantastyczną okazję do rozmów, które zakończyły się podpisaniem kontraktu! – informuje Hetman GKS Katowice

41-letni arcymistrz sukcesy w królewskiej grze zaczął odnosić już w dzieciństwie. W 1995 został mistrzem świata juniorów do 12 lat, w następnych latach kolejno: mistrzem Europy do 18 lat i mistrzem świata do lat 18 (jako trzynastolatek). W 1997 w wieku czternastu lat został nagrodzony tytułem arcymistrza, był wówczas najmłodszym arcymistrzem w historii szachów.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.

Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.

Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.

Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.

Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.

Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.

W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.

W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.

W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.

Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.

A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.

Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.

Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.

W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga