Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Bardzo dobre widowisko przy Bukowej!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dziesięciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Mistrzynie Polski rozpoczęły sezon ligowy 2023/24 od domowego zwycięstwa nad Czarnymi Sosnowiec 4:1 (2:1). Następne spotkanie zespół rozegra na wyjeździe z beniaminkiem Orlen Ekstraligi drużyną Stomilanek Olsztyn. Mecz zostanie rozegrany w niedzielę, 27 sierpnia o godzinie 14:15 i będzie transmitowany na antenie TVP Sport. W poniedziałek piłkarze rozegrali kolejne ligowe spotkanie, ze Zniczem Pruszków 1:1. Nasz zespół prowadził do przerwy 1:0. Prasówkę po tym spotkaniu znajdziecie TUTAJ. Kolejny mecz nasza drużyna rozegra w sobotę, 26 sierpnia na Bukowej o godzinie 15:00 z Resovią. Trener Rafał Górak w meczu z Wisła Płock prowadził GieKSę po raz 226, co jest klubowym rekordem pod tym względem.

Siatkarze w miniony weekend wzięli udział w turnieju PreZero Grand Prix PLS. Zespół odpadł w ćwierćfinale po przegranej z Indykpolem AZS-em Olsztyn 0:2. W rozgrywkach grupowych siatkarze kolejno: przegrali z Immergas Warszawa 0:2, następnie pokonali Barkom Każany Lwów 2:1 i Aluron CMC Warta Zawiercie 2:0. Cały turniej wygrała drużyna Immergas Warszawa, zwycięzca z naszego meczu ćwierćfinałowego AZS Olsztyn zajął trzecie miejsce. Mistrzowie Polski w hokeju na lodzie, w minionym tygodniu rozegrali dwa sparingi – oba wygrane. W pierwszym z nich pokonali czeski AZ Havirov 7:0, w drugim Sokół Kijów 6:0.

W bieżącym tygodniu zespół rozegra dwa test-mecze z niemieckim Lausitzer Füchse z Weißwasser/Oberlausitz. Spotkania zostały zaplanowane na najbliższy piątek i sobotę. Rozgrywki Tauron Hokej Ligi wystartują ósmego września.

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Bardzo dobre widowisko przy Bukowej!

Nowy sezon Orlen Ekstraligi rozpoczyna się z wielkim przytupem, bowiem już w pierwszej kolejce jesteśmy świadkami hitowego pojedynku pomiędzy GKS-em Katowice a KKS-em Czarnymi Antrans Sosnowiec!

Zespół prowadzony przez Karolinę Koch staje przed nie lada wyzwaniem, obrona tytułu mistrzyń Polski nie będzie należeć do zadań najłatwiejszych, ale z pewnością nie niemożliwych. Pozytywnie “nakręcić” się na rozpoczynający się sezon katowiczanki mogły już dzisiaj, w hitowym pojedynku z Czarnymi, prowadzonymi przez Annę Szymańską. Spotkanie przy Bukowej prowadziła jako sędzia główna Angelika Gębka.

Pierwszy strzał na bramkę oddały piłkarki z Katowic w piątej minucie spotkania, jeszcze tym razem był to jednak strzał niecelny. Druga próba, po upływie kolejnych pięciu minut również zakończyła się niepowodzeniem, inicjatywa w tym fragmencie gry należała do GieKSy. Po raz pierwszy do interwencji zmuszona była Oliwia Szperkowska w 13. minucie rywalizacji. Kolejne minuty to okres twardej walki z obu stron, gra często przerywana była faulami. W 20. minucie rywalizacji katowiczanki wyszły na zasłużone prowadzenie za sprawą trafienia Karoliny Bednarz. Stracona bramka zmobilizowała Czarne do bardziej dynamicznych, odważniejszych ataków, w wyniku czego oddały w okolicach 28. minuty dwa strzały na bramkę, z czego jeden był celny.

Starania sosnowiczanek przyniosły efekt w 38. minucie meczu, kiedy bramkę wyrównującą zdobyła Anna Rędzia. Spotkanie toczyło się w bardzo dobrym tempie, przyjemnie oglądało się grę obu zespołów, wyrównująca bramka mogła tylko jeszcze bardziej przebieg boiskowych wydarzeń zdynamizować. Tak też się stało, bowiem jeszcze przed przerwą na prowadzenie swój zespół wyprowadziła Dżesika Jaszek! Na przerwę GKS zszedł przy jednobramkowym prowadzeniu.

Druga część spotkania rozpoczęta została przez oba zespoły w składach wyjściowych. Pierwsze celny strzał na bramkę po zmianie stron oddały katowiczanki, w 49. minucie meczu. Sosnowiczanki odpowiedziały niecelnym uderzeniem dwie minuty później. W kolejnych fragmentach spotkania gra toczyła się w bardzo dobrym tempie, brakowało jednak klarownych sytuacji do zdobycia bramki przez jedną lub drugą drużynę. Aż do sześćdziesiątej minuty gry, kiedy po raz drugi dzisiejszego popołudnia do siatki trafiła Dżesika Jaszek. GieKSa bardzo dobrze wyprowadziła akcję długim podaniem z własnej połowy do Julii Włodarczyk, która fantastycznie opanowała piłkę i wyłożyła ją jak na tacy Jaszek. Byłej zawodniczce Czarnych nie pozostało nic innego, jak wpakować futbolówkę do siatki.

Sosnowiczanki chciały szybko odpowiedzieć, jednak dwa kolejne strzały z 62. minuty zostały skutecznie zablokowane. Kolejne minuty to trzy zmiany w zespole KKS-u, Anna Szymańska starała się pomóc swojemu zespołowi, dać jakiś pozytywny impuls, jednak dzisiejszego dnia na katowiczanki nie było sposobu. Czarne próbowały, oddawały strzały na bramkę, z których kilka trafiło w światło bramki, futbolówka nie chciała wpaść jednak do siatki. GKS kontrolował przebieg boiskowych wydarzeń, rewelacyjnie w tym meczu spisywała się Dżesika Jaszek. Zwycięstwo aktualnych mistrzyń Polski przypieczętowała bramka Nikoli Brzęczek zdobyta w 85. minucie spotkania, kiedy świetnie zakończyła akcję ofensywną swojej drużyny, skutecznie wykorzystała prostopadłe podanie i bez kłopotu w pojedynku “jeden na jeden” pokonała Oliwię Szperkowską. Nic nie mogło odebrać zwycięstwa katowiczankom w tym spotkaniu. Angelika Gębka zakończyła spotkanie po siedmiu doliczonych minutach, GieKSa wkracza na zwycięską ścieżkę.

Pierwszy w tym sezonie mecz transmitowany przez TVP Sport stał na bardzo dobrym poziomie, oba zespoły pokazały naprawdę kawał bardzo ciekawego futbolu. Kibice zgromadzeni przy Bukowej i przed telewizorami z pewnością mogli być usatysfakcjonowani. Pojedynek jedynych kobiet na stanowisku trenerek w Orlen Ekstralidze zakończył się zwycięsko dla Karoliny Koch.

dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice i Czarnych Sosnowiec zobaczyli gorący mecz

Mistrzynie Polski, piłkarki GKS Katowice, nowy sezon rozpoczęły od efektownego zwycięstwa nad Czarnymi Sosnowiec. Spotkanie rozgrywano w upale, ale na trybunach kibice i tak tworzyli gorącą atmosferę.

Prowadzone przez Karolnę Koch piłkarki GKS Katowice efektownie rozpoczęły nowy sezon Orlen Ekstraligi. Mistrzynie Polski rozbiły 4:1 Czarne Sosnowiec po grze, która z pewnością podobała się kibicom, którzy licznie stawili się na Bukowej w upalne sobotnie późne południe.

Mecz rozpoczął się od mocnego uderzenia sosnowiczanek, które między innymi trafiły w słupek, ale w 20 minucie było już 1:0. Nowy nabytek GieKsy, czyli Karolina Bednarz, lobem pokonała bramkarkę gości. Czarne zdołały jednak odpowiedzieć. Anna Rędzia kilkakrotnie szukała szczęścia, aż posłała piłkę do siatki sprzed pola karnego.

Gospodynie wyszły na prowadzenie jeszcze przed przerwą. Asystę na swoje konto zapisała Kamili Tkaczyk, a gola w sytuacji sam na sam strzeliła Dżesika Jaszek.

Dobry mecz i głośny doping ze wsparciem instrumentów w drugiej połowie jeszcze mocniej nabrał tempa. Po godzinie gry było 3:1- po drugiej bramce Jaszek, która miała szansę na hattricka, ale przy kolejnej okazji była na spalonym, a później kopnęła piłkę w poprzeczkę. W 85 minucie czwarty cios posłał Czarne na deski, a zadała go Nikola Brzęczek wygrywając pojedynek z bramkarką.

sportdziennik.com – Przebił największych

Rafał Górak od poprzedniego piątku jest szkoleniowcem legitymującym się największą liczbą poprowadzonych meczów w dziejach GieKSy.

W piątkowy wieczór przeszedł do historii. Mecz z Wisłą Płock był 226 o stawkę, w którym GKS Katowice poprowadził [Rafał Górak]. Szkoleniowiec pochodzący z Bytomia niespełna dwa tygodnie temu wyrównał osiągnięcie Piotra Piekarczyka, mogącego pochwalić się 225 oficjalnymi spotkaniami na trenerskiej ławie GieKSy, a w ubiegłym tygodniu minął go już w tej dającej do myślenia klasyfikacji, przechodząc na zawsze do historii klubu z Bukowej, który w przyszłym roku obchodzić będzie 60-lecie istnienia.

– Trudno cokolwiek powiedzieć – przyznał poruszony trener Górak. – To taki dzień, który na zawsze zabiorę wiadomo gdzie, bo każdy ma jakiś koniec. Piękny moment dla mnie, ogromnie wzruszający. Jestem z tego powodu niesłychanie szczęśliwy. Wiadomo jacy trenerzy pracowali tu wcześniej, jakie GKS osiągał sukcesy na arenie polskiej i międzynarodowej. A ja, szary chłopak, mam teraz przyjemność wyjść na prowadzenie.

Dla Rafała Góraka to druga kadencja w GKS-ie. Pierwszy raz trafił tu w 2011 roku, z II-ligowego GKS-u Tychy. Zastąpił Wojciecha Stawowego, trafiając na trudny okres klubu i łącząc końcówkę burzliwych rządów Ireneusza Króla z przejęciem spółki przez miasto. Pierwszy sezon ukończył na 13 miejscu na zapleczu ekstraklasy, drugi – na 10. Został zwolniony, gdy zaczynało dziać się lepiej: po sześciu meczach trzeciego roku, z których 3 wygrał. Zadecydowało 0:5 w Bełchatowie.

Prezes Wojciech Cygan postawił wtedy na Kazimierza Moskala. Dla Góraka do dziś pozostaje to jedynym zwolnieniem, mimo że jego CV jest całkiem obfite. Z Ruchu Radzionków, Tychów, BKS-u Stali Bielsko-Biała odchodził na własnych warunkach, z Elany Toruń zaś w 2019 roku wykupiła go… GieKSa, odbudowująca się po spadku do II ligi i szukającego trenera po rozstaniu z Dariuszem Dudkiem. Cel w postawi powrotu na zaplecze elity został zrealizowany dwa lata później. Teraz zaczął piąty z rzędu, a trzeci w I lidze sezon w Katowicach. I z trzecim kolejnym asystentem, bo Dawid Szwarga i Tomasz Włodarek są dziś w Rakowie Częstochowa, a prawą ręką Góraka od tego lata jest Dariusz Mrózek. Niezmiennie w jego sztabie jest też Dariusz Okoń.

Warto zauważyć, że okres od zwolnienia z GKS-u do zatrudnienia w III-ligowym wtedy BKS-ie – 3 miesiące – to było ostatnie wolne szkoleniowca. Od tamtej pory pracuje nieprzerwanie. Biorąc pod uwagę zatrudnienie w jednym i tym samym klubie na szczeblu centralnym, to dłuższym stażem niż Górak w GieKSie może pochwalić się tylko Tomasz Tułacz w Puszczy Niepołomice.

– Wszystkim, którzy byli tu ze mną przez te lata, bardzo dziękuję. Trudno kogokolwiek wymienić z imienia i nazwiska, ale dzięki, że tyle ze mną żeście wytrzymali i wytrzymujecie. Mam nadzieję, że wspólnie razem będziemy pisać kolejną historię, która przed nami i będę miał w jakiś sposób szansę zbliżyć się do osiągnięć tych wszystkich wspaniałych osób, które pracowały tu przede mną – stwierdził Rafał Górak.

Jego pierwsza kadencja w Katowicach trwała niespełna 800 dni i 76 meczów. Teraz – już ponad 1500 dni i okrągłych 150 meczów. Jego kontrakt obowiązuje do 30 czerwca 2024. Nie będzie chyba kontrowersji w stwierdzeniu, że gdyby nie ważna umowa, latem pożegnałby się już z Bukową. Tego w trakcie bardzo słabej rundy wiosennej – i po dwóch z rzędu sezonach zakończonych jedynie utrzymaniem w I lidze – domagali się kibice. Nowy wiceprezes Krzysztof Nowak, obejmujący schedę po Marku Szczerbowskim, zdecydował, że zmiany nie będzie.

Na razie wychodzi na tym dobrze, bo GKS zaczął sezon obiecująco. W piątek rozbił Wisłę Płock 4:1, ma już na koncie 7 punktów.

– Dobrze, że rozmawiamy już w trochę uzdrowionej atmosferze – mówił Górak do przedstawicieli kibicowskich redakcji po zwycięstwie z „Nafciarzami”. – Musimy mieć głowę na karku. Czeka nas naprawdę dużo ciężkich spotkań. Tak jak teraz graliśmy ze spadkowiczem z ekstraklasy, tak teraz pojedziemy do beniaminka ligi, który radzi sobie bardzo dobrze. Nie będzie to wcale łatwiejszy mecz.

Rafał Górak nie został latem na stanowisku trenera zmieniony, ale za to zmienił się… on sam, bo w porównaniu do rundy wiosennej, teraz przy linii bocznej GieKSą dyryguje osoba, która gołym okiem straciła ze 20 kilogramów.

– Z pewnością nie dzieje się nic złego z moim zdrowiem. W pewnym momencie postanowiłem bardzo mocno wziąć się do roboty, również ze swoim „ja”. Być może pomogło mi to w spojrzeniu z innej perspektywy na pewne kwestie. Ostatni czas w moim życiu był czasem ogromnej refleksji, niektóre rzeczy trzeba było przemyśleć. Dziękuję wszystkim za miłe słowa i za to, że jest to zauważalne. To moja sprawa, dobrze mi z tym – uśmiechnął się szkoleniowiec.

Najczęściej prowadzili GieKSę

226 meczów – Rafał Górak (2011-13, 2019 – nadal)

225 meczów – Piotr Piekarczyk (1993-95, 1996-98, 2006-08, 2015)

143 mecze – Alojzy Łysko (1985-87, 1991-92)

126 meczów – Jerzy Nikiel (1964-67)

115 meczów – Władysław Żmuda (1980-81, 1987-89)

polsatsport.pl – Drugiego takiego w Fortuna 1 Lidze nie ma. „10 lat temu spadłbym z krzesła”

Rafał Górak jest najdłużej pracującym trenerem w klubie Fortuna 1 Ligi. Właśnie zaczął piąty sezon. Nieźle zaczął, bo drużyna GKS-u Katowice jest w czubie tabeli. – W tym roku mamy walczyć o baraże – powiedział szkoleniowiec. – Stać nas na to. Zresztą ja potrzebuję takiego sezonu, w którym zagramy o coś więcej – dodał w rozmowie z Polsatsport.pl.

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport: Drugiego takiego trenera jak pan w pierwszej lidze nie ma.

Rafał Górak, trener GKS-u Katowice: Nie ma. Nie powiedzielibyśmy tego, gdyby w pierwszej lidze była nadal Puszcza Niepołomice. Tomasz Tułacz pracuje tam nieprzerwanie od połowy 2015 rok. Niedawno zaskoczył wszystkich i awansował do Ekstraklasy, choć rok wcześniej bronił się przed spadkiem.

Zaczyna pan piąty?

Tak. Piąty z rzędu, ale w sumie to siódmy, boi już pracowałem wcześniej w GKS-ie. Dla mnie to jest taki moment refleksji. Wyliczono, że w roli trenera GKS-u wystąpił już 226 razy na szczeblu centralnym. Ta liczba znaczy tyle, że wyprzedziłem Piotra Piekarczyka, który jako trener ma 225 meczów. To wielki honor dla mnie, bo wiadomo, jaką postacią jest w GKS-ie Piekarczyk.

Wiadomo.

Dlatego uważam, że ta moja historia w tym klubie jest niesamowita. Wiadomo, kim był Piekarczyk, ale wiadomo też, jacy trenerzy tu pracowali i jakie sukcesy odnosili. Także na arenie międzynarodowej. Ja przy nich jest szarym facetem z Bytomia, dla którego każdy dzień na Bukowej jest wyjątkowy. Piękna historia. Nikt mi tego nie zabierze. Zabiorę to ze sobą do grobu. Oczywiście, nie teraz, bo jeszcze chciałbym dalej pisać historię tego klubu.

A poza tym?

Poza tym to cieszę się, że tyle to trwa, bo trener pracujący tyle lat w jednym klubie, to ewenement. Jeśli do tego dodamy, że krzesło w Katowicach zawsze jest gorące, to jest się z czego cieszyć. Nie zawsze było w ciągu tych kilku sezonów różowo, ale jestem, pracuję i mam apetyt na więcej.

Mówi pan, że nie zawsze było różowo.

Dlatego każdemu życzę, żeby tak długo pracował w jednym miejscu. Wiadomo, że piłka, w każdym miejscu i w każdym klubie, niesie za sobą duży ładunek emocji. A z tymi emocjami idą przeróżne decyzje. Trener zawsze jest najbardziej narażony. On z porażką zostaje sam. Nie jest jednak sztuką prowadzić zespół, gdy jest łatwo i przyjemnie. To jest proste. Gorzej w momentach trudnych. Trochę ich przeżyłem, ale zawsze na końcu górę brała chęć mojej pracy z drużyną i uczciwe podejście do mnie drugiej strony.

A był taki moment, gdy czuł pan, że to może być koniec?

Trener zawsze czuje, gdy coś jest nie tak. Widać, gdy atmosfera staje się napięta, gdy ludzie z zewnątrz naciskają, żeby coś zrobić. Do tego dochodzi niezadowolenie kibiców i to jest prosta droga do utraty pracy.

Pan jej nie stracił.

Chciałem jednak powiedzieć, że wielu niepotrzebnie traciło. Nie w GKS-ie. W ogóle. Nie, żebym się porównywał do Fergusona, ale on kilka lat czekał na pierwsze trofeum. Bodaj siedem. A wspomniany przeze mnie Tomek Tułacz. Tyle lat w jednym klubie i zrobił awans na stulecie, choć rok temu był blisko spadku. Tak czasem w sporcie bywa. Przez ten rok nic się w Puszczy i Tułaczu nie zmieniło, a cierpliwość działaczy została nagrodzona.

Pan dotąd wszystkie cele w GKS-ie zrealizował?

Cztery cele zostały wykonane. Wiem, że może opinia publiczna czasem chciałaby czegoś więcej, najpewniej walki o Ekstraklasę, ale my idziemy swoim tempem.

A teraz jest ten moment?

Nie wiem. Natomiast prezes i wiceprezes mówią, że mamy walczyć o baraże. Ja to przyjąłem, chcę się tego podjąć. Mieliśmy długą i szczerą rozmowę po sezonie, wiele aspektów poruszyliśmy i mogę powiedzieć, że ja chcę ten kolejny krok zrobić.

To realny cel?

Mam przekonanie, że to się da zrobić. Ja nigdy nie mówię inaczej, niż jest, zawsze gram w otwarte karty i może dlatego jesteśmy w GKS-ie tak długo razem. Zresztą ja potrzebuję takiego sezonu, w którym zagramy o coś więcej. Była długa rozmowa z drużyną na ten temat, a teraz trzeba działać, zawalczyć o marzenia.

Z początku sezonu jest pan zadowolony?

Jest całkiem przyzwoity. Jeśli dalej będziemy grali na tym poziomie organizacyjnym, to kolejne mecze też będą udane. Organizacja gry to nasza siła. Do tego zawodnicy muszą zadbać o to, żeby dalej tak dobrze sprzedawać swoje umiejętności. Przegraliśmy mecz w Legnicy, ale tam graliśmy w dziesiątkę. W pozostałych wypadliśmy dobrze. Żeby jednak w pełni ocenić, na co będzie nas stać, to potrzeba siedmiu spotkań.

Żeby lepiej ocenić innych też trzeba czasu.

Już teraz widać jednak, że ta liga będzie pełna niespodzianek. Jak się zobaczy czub tabeli, to tam jest Odra i Motor. Kto się tego spodziewał. A GKS Tychy wygrywający cztery mecze, to też zaskoczenie.

Eksperci mówią, że tak mocnej ligi jeszcze nie było.

Ja widzę duży progres, jak chodzi o poziom piłki w Polsce w ogóle. Każdy oczywiście może narzekać, bo zdarzają się gnioty, ale ja oglądam mecze Ekstraklasy i pierwszej ligi. Są u nas fajne stadiony, ciekawi piłkarze i dobrze to wygląda.

Miernikiem wzrostu poziomu jest chyba wynik Rakowa w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów.

W słabej lidze taki zespół by się nie urodził. Wyeliminowanie Arisu to jest coś. Raków grał tam przy wilgotności sięgającej 80 procent. W Arisie grało ośmiu czarnoskórych zawodników, którzy lepiej znoszą grę w takich warunkach, są do tego przyzwyczajeni. Widać było po naszych, że cierpieli, ale jednak sforsowali kolejną przeszkodę.

Wróćmy do pierwszej ligi.

Pierwsza liga wykonała olbrzymi skok jakościowy. A w tym sezonie ten poziom jest wyższy, niż wcześniej. Podnieśli go beniaminkowie, jak Motor i Znicz, ale spadkowicze, jak Wisła Płock i Lechia Gdańsk też robią swoje. Dalej jest Wisła Kraków. To jest mocny zestaw.

A w tym zestawie jest GKS.

Już 18 sezonów poza Ekstraklasą, ale nie ma co grzebać. Wiemy, jak jest. Ruch awansował, Górnik z Piastem sobie radzą, więc i u naszych sympatyków pojawia się tęsknota, żeby wrócić.

Tyle że wy na razie w pierwszej lidze, a kobieca drużyna GKS-u została mistrzem Polski.

To jest jednak żadna konkurencja dla nas. My nasz żeński zespół wspieramy, dopingujemy. Ja się bardzo cieszę, że kobieca Gieksa się rozwija. Kiedyś grały na Podlesiance, teraz są na Bukowej i to jest ich miejsce. Za chwilę one grają w Lidze Mistrzów. Musimy to tak poukładać, żeby nic nikomu nie kolidowało.

Pan by chciał kiedyś poprowadzić kobiecy zespół?

Nad tym się nigdy nie zastanawiałem, choć dużo piłki kobiecej oglądam. Dziesięć lat temu jakby pan mnie spytał, to bym z krzesła spadł. I nie podjąłbym się, bo bym się bał. Teraz już nie. Marek Chojnacki dobrze radzi sobie w kobiecej piłce, więc takie wolty nie są złe.

Żeńską drużynę GKS-u prowadzi kobieta.

Karolina Koch. To pierwsza kobieta, która zdobyła z drużyną tytuł mistrza w żeńskiej lidze. W tamtym sezonie wygrała w lidze zdominowanej przez mężczyzn na trenerskich stołkach. Za chwilę gra z zespołem w Lidze Mistrzów. Najpierw z Anderlechtem Bruksela, a potem ze zwycięzcą w parze bułgarsko-norweskiej. Trzymam kciuki.

SIATKÓWKA

siatka.org – Grupa d zaczęła od tie-breaka, komplet oczek warszawian

W pierwszym meczu grupy D PreZero Grand Prix PLS Aluron CMC Warta Zawiercie pokonał Barkom Każany Lwów, ale nie przyszło mu to łatwo, bo potrzebował do tego trzech setów. W ostatnim z czwartkowych spotkań Immergas Warszawa bez większych problemów w dwóch setach pokonał GKS Katowice.

[…] Początek spotkania należał do warszawian, którzy po błędzie rywali prowadzili 4:1. Jednak dwa nieudane ataki Artura Szalpuka zmieniły obraz gry i po asie serwisowym Piotra Fenoszyna było 5:5. Przy serwisach Jędrzeja Gruszczyńskiego stołeczni odbudowali zaliczkę (10:5), potem z pola zagrywki zapunktował również Szalpuk (12:6). Jego zespół spokojnie kontrolował wydarzenia na boisku, kończyli swoją pierwszą akcję (20:16) i po zagraniu ze skrzydła mieli piłkę setową (24:19). Ostatni punkt w premierowej odsłonie zdobył Maciej Stępień, atakując z drugiej piłki.

Błędy katowiczan sprawiły, że początek kolejnej partii toczył się pod dyktando warszawian, którzy po asie Igora Grobelnego prowadzili 6:1. Gra GKS-u zaczęła wyglądać lepiej (3:6), jednak inicjatywa nieprzerwanie była po stronie stołecznych (13:9). Popełniali oni mniej błędów, dobrze grali w ofensywie (15:8). Podopieczni Piotra Grabana pewnie zmierzali w kierunku zwycięstwa, ze środka mocno zaatakował Gruszczyński (18:10). Co prawda Wiktor Mielczarek sprawił rywalom trochę problemów swoim serwisem, ale w ofensywie cały czas dobrze radził sobie Szalpuk (22:16). Długą akcję skończył jeszcze kiwką Mielczarek, ale warszawianie szybko doprowadzili do piłki meczowej i  po dobrej zagrywce Grobelnego triumfowali w całym spotkaniu.

Immergas Warszawa – GKS Katowice 2:0 (25:20, 25:19)

W grupie D wygrane GKS-u i Immergasu

W grupie D PreZero Grand Prix Polskiej Ligi Siatkówki drugiego dnia zmierzyły się ze sobą zespoły Barkom Każany Lwów i GKS Katowice oraz Aluron CMC Warta Zawiercie i Immergas Warszawa. W pierwszym spotkaniu lepsi byli katowiczanie, chociaż potrzebowali do zwycięstwa trzech setów. W drugim spotkaniu triumfowali warszawianie, którzy w trzech setach pokonali Wartę.

Świetnie rozpoczęli spotkanie z Barkomem siatkarze GKS Katowice. Po bloku Walińskiego prowadzili już 5:0 i o czas poprosili rywale. Przez moment oglądaliśmy serię zepsutych zagrywek po obu stronach, co nieco zmniejszyło dynamikę gry. Zbicie Gueye zmniejszyło straty Barkomu do trzech „oczek” (7:10). Francuz świetnie zagrał również w bloku, lwowianie dołożyli też punktową zagrywkę i zrobiło po 11. Tym razem o przerwę poprosił szkoleniowiec katowiczan. Mocne zbicie Mielczarka dało GKS-owi ponownie punkt przewagi (15:14). Na pierwsze prowadzenie w tym secie siatkarze Barkomu wyszli po asie serwisowym Gueye (19:18). Zapowiadała się interesująca końcówka. Skuteczniej w tej części seta grali siatkarze Barkomu. Piłkę setową dał im blok Gueye, a partię zakończył asem Holoven.

W drugiego seta nieco lepiej weszli lwowianie (2:0), ale GKS szybko wyrównał wynik (3:3). Z czasem na dwupunktowe prowadzenie osiągnęli zawodnicy z Katowic (10:8). Po mocnym ataku Walińskiego GKS miał już trzypunktową przewagę (14:11). Gdy siatki dotknął Gueye, zrobiło się 16:11 dla katowiczan. GKS-owi pomagali również rywale, popełniając błędy m.in. w ataku. W drugim secie katowiczanie wygrali 25:18 i wynik meczu musiał rozstrzygnąć tie-break.

Początek trzeciego seta należał do katowiczan. Atak Walińskiego dał GKS-owi prowadzenie 5:2 i o czas poprosili rywale. Kiwkę w aut wykonał Dardzāns i GKS miał już przewagę 8:3. Lekki plas dołożył Waliński, czym przybliżył swój zespół do zwycięstwa (13:6). Ostatecznie GKS triumfował 15:9 i w całym meczu 2:1.

Barkom Każany Lwów – GKS Katowice 1:2 (25:20, 18:25, 9:15)

Warszawianie i katowiczanie nie do zatrzymania

Siatkarze Immergas Warszawa znakomicie radzą sobie na boiskach PreZero Grand Prix PLS. W sobotnie przedpołudnie zdecydowanie pokonali oni Barkom Każany Lwów i z kompletem zwycięstw wygrali swoją grupę.  W kolejnym meczu turnieju GKS Katowice pokonał siatkarzy Aluron CMC Warty Zawiercie. Tym samym zawiercianie zakończyli swój udział w turnieju.

[…] Przy zagrywkach Patryka Łaby zawiercianie szybko przejęli kontrolę nad partią premierową (5:1). Po drugiej stronie dobrze spisywał się m.in. Mielczarek i GKS złapał kontakt punktowy z rywalami (4:5). Po kolejnych wymianach to katowiczanie byli na czele, a po błędzie na siatce Łaby prowadzili oni już 9:7. Na boisku było coraz ciekawie, obie drużyny wymieniały się atakami i żadna nie była w stanie przejąć wyraźnie inicjatywy.  Im bliżej końca, tym gra była coraz bardziej wyrównana (17:17). Celna zagrywka Ogórka pozwoliła mu ponownie prowadzić dwoma punktami. Ten po przerwie ponownie punktował serwisem, a GKS mocno zbliżył się do wygranej w secie (22:19) i nie oddał już przewagi do końca.

Katowicki zespół również w kolejnej odsłonie radził sobie bardzo dobrze i szybko odskoczył na 4:0. Po stronie zawiercian skuteczny i aktywny był Łaba, ale jego ekipi zdarzały się błędy i to GKS utrzymywał przewagę (7:3). Zespół z Katowic zdecydowanie lepiej radził sobie w polu i w kontrze, po uderzeniu Mielczarka prowadząc 11:6. On też punktował z pola zagrywki, co tylko pomagało GKS-owi utrzymać przewagę. Nie na długo, bowiem w kolejnych akcjach stracili skuteczność, wykorzystali to zawiercianie, którzy po udanej kontrze zbliżyli się na 12:13. Katowiczanie wytrzymali presję i wrócili do swojej dobrej gry. Szybko wrócili do wysokiego prowadzenia, po udanej kontrze i bloku (19:14). GKS trochę na własne życzenie zmniejszał dystans – błędami, ale utrzymał nadwyżkę i zakończył całe spotkanie  w drugim secie.

Aluron CMC Warta Zawiercie – GKS Katowice 0:2 (20:25, 20:25)

PreZero Grand Prix PLS: AZS ostatnim półfinalistą

O ostatnie miejsce w półfinale turnieju walczyły ze sobą drużyny z Katowic i z Olsztyna.

Na początku meczu obie drużyny miały sporo problemów w polu zagrywki. Nicolas Szerszeń bardzo dobrze czuł się w roli lidera swojego zespołu (7:6). Olsztynianie dysponowali nieco większą siłą ataku i z dobrej strony prezentował się Mateusz Janikowski. Dopiero czujność na siatce Jakubiszaka pomogła siatkarzom AZS-u zbudować lekką przewagę. Autowa kiwka Ogórka sprawiła, że przy zmianie stron to drużyna z Olsztyna prowadziła (16:13) i coraz pewniej kontrolowała wydarzenia na boisku. Katowiczan uratowało jeszcze dotknięcie siatki przez rywali. Nicolas Szerszeń kiwnął przez blok (25:19)

Plas Mateusza Janikowskiego otworzył drugą partię. Jego zespół bronił wręcz spektakularnie, ale Olsztynianie zapraszali rywali z Katowic do gry błędami własnymi. Po odbiciu Janikowskiego w siatkę to GKS prowadził (7:6). Katowiczanie znacznie lepiej pracowali również w polu zagrywki, ale to nie przekładało się na wykorzystane okazje w ataku. Wiktorowi Mielczarkowi brakowało wsparcia kolegów w ofensywie (14:11). Wtedy bezcenna okazała się obecność na boisku Damiana Domagały. Katowiczanie wywalczyli sobie zaciętą końcówkę seta głównie znakomitą pracą w obronie. Po dłuższej chwili „przeciągania liny” na boisku okazało się, że warto stawiać na grę blokiem. Skuteczna akcja na siatce Szymona Jakubiszaka zakończyła seta i mecz na korzyść akademików (29:27).

Indykpol AZS Olsztyn – GKS Katowice 2:0 (25:19, 29:27)

HOKEJ

hokej.net – Monto: Przed nami kolejny sezon, w którym będziemy się dobrze czuć razem

O miłości do golfa, potencjalnym pojedynku z Mariuszem Czerkawskim, życiu w Katowicach i pierwszych celach na nowy sezon porozmawialiśmy z Jooną Monto. – Czuję, że Katowice stały się dla mnie w pewnym sensie drugim domem – wyjaśnił fiński napastnik.

HOKEJ.NET: – Ostatnio można było waszą drużynę spotkać na polu golfowym. Wiem o tym, że jesteś zapalonym golfistą, zatem okiem wytrawnego gracza patrząc, który z zawodników ma największy potencjał w tym kierunku? Widziałem, że całkiem nieźle radził sobie Shigeki.

Joona Monto: – Ooo tak, Shigeki był naprawdę niezły. Część z chłopaków po raz pierwszy pojawiła się na polu, ale niektórzy mają całkiem sporą praktykę i pokazali swoje umiejętności. Nie ulega jednak wątpliwości, że to ja jestem najlepszym golfistą w drużynie (śmiech).

Skoro tak, to muszę cię zapytać, czy pamiętasz występującego przed laty na taflach NHL Mariusza Czerkawskiego?

– Oczywiście, że tak.

Obecnie Mariusz jest również aktywnym golfistą. Rozumiem, że w przypadku, gdyby zaproponował wspólną grę, jesteś gotów obronić swój tytuł najlepszego golfisty wśród hokeistów?

– Zdecydowanie. Jestem gotowy w każdym momencie.

Wracając do tematów hokejowych. Chciałbym zapytać o atmosferę w drużynie po powrocie. Mam wrażenie, że „teamspirit”w ostatnich sezonach zdecydowanie był atutem drużyny GKS-u. Wyglądaliście po prostu jak ekipa dobrych kumpli. Dwa lata temu wasza skandynawska grupa działała jako „Baildona boys”, rok temu ujawniliście się jako „Sokolska boys”. Czy w tym roku fiński pluton GKS-u ma swój kryptonim?

– Tak, kolejny raz będziemy „Sokolska boys”, a w nadchodzącym sezonie będzie nas nieco więcej. Do naszej fińskiej dwójki dołączyło dwóch Szwedów oraz Kanadyjczyków, więc w tym roku nasza szóstka żyjąca na Sokolskiej jest nieco bardziej międzynarodowa. Co prawda jesteśmy dopiero w pierwszych tygodniach przygotowań, jednak zaczyna to wyglądać dobrze na lodzie. A co najważniejsze to jestem przekonany, że przed nami kolejny sezon, w którym będziemy się dobrze czuć razem, jako drużyna.

To jeden z powodów dla których zdecydowałeś się spędzić kolejny sezon w Polsce?

– Podczas całego okresu mojego pobytu w Polsce, nie wydarzyło się absolutnie nic, abym miał powód mówić o Katowicach w zły sposób. Uważam, że to naprawdę świetne miejsce i wracając tutaj na kolejny sezon, czuję, że Katowice stały się dla mnie w pewnym sensie drugim domem.

Niejednokrotnie słyszałem ze strony fińskich zawodników, że Polska była dla nich bardzo dobrym miejscem do życia, a z Polakami było im wyjątkowo łatwo znaleźć wspólny język i to nie tylko ze względu na obopólną miłość do piwa.

– Tak, czujemy się tutaj naprawdę swobodnie i również uważam, że można znaleźć tutaj wiele podobieństw, do tego życie jest tutaj zwyczajnie tańsze niż w Finlandii.

Nie obyło się bez ruchów kadrowych w waszych szeregach, jednak trzeba przyznać, że tego lata żadna z drużyn nie próżnuje i próbuję zbudować silne, konkurencyjne zespoły. Nie masz wrażenia, że przed wami wyjątkowo trudny, ale również ciekawy sezon?

– Czeka nas naprawdę długi sezon, z wieloma wyzwaniami. Uważam, że w tym roku układ sił jaki znamy może się nieco przetasować. Przed startem sezonu naprawdę ciężko ocenić która z drużyn może być najlepsza, a która najsłabsza. Wystarczy popatrzeć chociażby na transfery Podhala, które może być naprawdę silną drużyną w nadchodzących rozgrywkach czy Zagłębia, któremu również udało się ściągnąć ciekawych graczy.

To świadczy o tym, że polska liga wciąż się rozwija i staje się bardziej atrakcyjna?

– Moim zdaniem nie brakuje tutaj dobrych zespołów i polska liga jest naprawdę silna. Wiem, że nie wszyscy się z tym zgodzą, ale wystarczy tylko popatrzeć na poziom reprezentantów Polski, którzy na co dzień występują w Polsce. Zagrali naprawdę świetny turniej Mistrzostw Świata i bardzo się cieszę, że będę mógł znowu z nimi się spotkać na jednej tafli. Przede wszystkim Polska wywalczyła w bardzo dobrym stylu awans do Elity i mam nadzieję, że teraz polski hokej będzie traktowany z należytym szacunkiem.

Pierwsze cele na nadchodzący sezon? Żaden z spośród zagranicznych graczy, nie jest w drużynie GKS-u tak długo tak jak Ty, więc z całą pewnością wpływa to również na Twoją rolę w drużynie.

– W najbliższym czasie czeka nas przede wszystkim dużo pracy nad tym, aby funkcjonować jak najlepiej jako drużyna i na tym skupiamy się podchodząc do gier kontrolnych. Będąc kolejny rok w drużynie naturalnym jest, że stajesz się coraz istotniejszym ogniwem i spełniasz ważniejszą rolę zarówno na lodzie jak i w szatni.

GieKSa rozbiła czeskiego drugoligowca

Już w pierwszej tercji hokeiści Mistrza Polski z Katowic odskoczyli na cztery bramki czeskiemu AZ Hawierzów. W kolejnych dwóch odsłonach dołożyli trzy gole i pewnie pokonali czeskiego drugoligowca 7:0. Podopieczni Jacka Płachta obronili wszystkie osiem osłabień swojego zespołu.

W pierwszych fragmentach spotkania więcej determinacji wydawali się przejawiać gospodarze. Niewiele później Czesi stworzyli sobie pierwszą dogodną sytuację do pokonania Johnego Murraya. Czekający w tercji gospodarzy na zagrany po bandzie krążek Bartosz Fraszko został uprzedzony przez Marcela Kunca, który zdecydował się na indywidualne rozwiązanie akcji i wprowadzając gumę do tercji katowiczan stanął oko w oko z bramkarzem GKS-u jednak ostatecznie musiał uznać jego wyższość. Wydawało się w utrzymaniu przewagi gospodarzom pomoże kara nałożona na Santeri Koponena, jednak wydarzenia na boisku pokazały, że wykluczenie zadziałało pobudzająco na podopiecznych Jacka Płachty. Po podaniu Hampusa Olssona okazję do otwarcia wyniku miał Sam Marklund jednak z najbliższej odległości nie zdołał sposobu aby zaskoczyć dobrze ustawionego Davida Sachra. Większych problemów z wykończeniem akcji nie miał jednak w 4 minucie Ryan Cook, który dobrze został wypatrzony przez Grzegorza Pasiuta. W 5 minucie na ławkę kar został wysłany Ondrej Sevcik. Grający w przewadze GKS Katowice sprawnie przeszedł do szybkiej pracy krążkiem w tercji gospodarzy i w 6 minucie rasowym strzałem spod niebieskiej linii prowadzenie Mistrzów Polski podwyższył Maciej Kruczek, po kolejnej asyście Pasiuta. W 10 minucie spotkania Bartosz Fraszko zdecydował się wprowadzić krążek za bramę skąd wypatrzył dobrą pozycje strzelecką dla Macieja Kruczka, a ten wyprowadził GieKSe na trzybramkowe prowadzenie. Koljne minuty spotkania upływały pod znakiem prowadzenia gry przez drużynę GKS-u. W 14 minucie dobrą pozycję strzelecką w okolicach koła bulikowego zdołał sobie wypracować Mateusz Michalski, a następnie nie myśląc długo, szybkim uderzeniem w okienko bramki zdobył czwartą bramkę dla Mistrzów Polski.

Wraz z początkiem drugiej odsłony spotkania w bramce gospodarzy pojawił się Martin Sindelka. W 22 minucie w dogodnej sytuacji na prawym skrzydle znalazł się Olli IIsakka i piąta bramka dla GKS-u Katowice stała się faktem. W tej sytuacji do na fińskim napastniku do końca pracował Simon Kratochvil, który dynamicznym atakiem nie oszczędził zawodnika GKS-u, jednak po chwili spędzonej na lodzie o własnych siłach zjechał do boksu. Najlepszą okazję do zdobycia pierwszej bramki dla gospodarzy miał Tomas Franek, jednak w trakcie gry w przewadze po jego strzale, guma odbiła się jedynie od słupka bramki Johna Murraya. Pomimo niekorzystnego wyniku Drużynie z Hawierzowa nie sposób było odmówić ambicji, która objawiała się fizyczną grą a momentami owocowała twardymi pojedynkami. W 32 minucie spotkania Mateusz Michalski wypatrzył pod bramką gospodarzy Mateusza Bepierszcza, a ten ostatecznie dograł krążek na kij Sama Marklunda, który dopełnił formalności wykończenia akcji.

Trzecia tercja to wyraźne wyhamowanie zapędów ofensywach GKSu Katowice. Obie strony pomimo towarzyskiego charakteru spotkania nie odpuszczały twardych pojedynków czego efektem były kolejne wykluczenia oraz zaogniająca się atmosfera na tafli Gascontrol Areny. Momentem kulminacyjnym był atak przy bandzie Jakuba Mrvy na Mateuszu Bepierszczu, który momentalnie postanowił pomścić Bartosz Fraszko. Arbitrom spotkania udało się jednak stosunkowo szybko zaprowadzić porządek nakładając obopólne wykluczenia. W trzeciej tercji z dobrej strony pokazali się młodzieżowi zawodnicy. Jonasz Hofman aktywnie pracował pokazując się na wolnych pozycjach, a w sytuacjach, kiedy sam posiadał krążek nie bał się go wyprowadzać. W 58 minucie w protokole sędziego asystą zapisał się Błażej Chodor, który przytomnie zagrał wzdłuż bramki do Grzegorza Pasiuta, a ten ustalił wynik końcowy spotkania na 7:0.

Mistrz Polski wypunktował mistrza Ukrainy. Sześć bramek GieKSy

Czwarty sparing i czwarte zwycięstwo! Hokeiści GKS-u Katowice pokonali w Tychach Sokił Kijów 6:0. Aż cztery bramki zdobyli w drugiej odsłonie.

Początek spotkania przebiegał bez wyraźnej dominacji żadnej ze stron. Drużyny skupiały się przede wszystkim na odpowiedzialnej pracy defensywnej, więc ofensywnych fajerwerków i okazji bramkowych było niewiele.

W 4. minucie na ławkę kar przez sędziów spotkania został odesłany Aleksi Varttinen. Pierwsza gra w osłabieniu okazała się bardzo pracowita dla defensywy katowiczan. Największym zagrożeniem był Roman Błahy, który dwukrotnie sprawdził gotowość Michała Kielera, raz próbując strzału przy krótkim słupku, drugi raz dobrze korzystając z podani Wsewołoda Tołstuszki. Po wyrównaniu liczby graczy zawodnicy Sokiła zdołali przez chwilę zamknąć GKS Katowice we własnej tercji, jednak bez efektu w postaci zagrożenia bramkowego.

Ze strony mistrzów Polski sporą aktywność wykazywał Mateusz Michalski, któremu udawało się dochodzić do sytuacji strzeleckich, jednak w żadnej nie był w stanie pokusić się o pokonanie Bogdana Diaczenki. W drużynie Sokiła indywidualnych ataków próbował Igor Slusar, który swoją dynamiką wdawał się we znaki defensywie GieKSy. W 13. minucie to właśnie na aktywnego napastnika drużyny z Kijowa została nałożona kara dwóch minut. Pierwsza grze w przewadze katowiczan upłynęła pod znakiem prób wypracowania pozycji strzeleckich dla Macieja Kruczka, jednak ten uderzając z dystansu nie zdołał zaskoczyć defensywy rywala.

Początek drugiej tercji przebiegał w świetle odpowiedzialności za defensywę. Gracze Sokoła ewidentnie mieli problem z przebiciem się przez szyki katowiczan, zaś mistrzowie Polski – próbując wychodzić na dobre pozycje – po długich podaniach musieli liczyć się z asystą czujnych kijowskich defensorów.

W miarę upływu czasu katowiczanie zaczęli przyspieszać rozegranie krążka, szczególnie o podkręcenie obrotów zadbała formacja z uprzedzającym rywali w walce o gumę Hampusem Olssonem. W 25. minucie cierpliwe rozegranie podopiecznych Jacka Płachty zaowocowało otwarciem wyniku meczu, za sprawą trafienia Olliego Issaka. Zdobycie bramki w żaden sposób nie ostudziło zapałów ofensywnych katowiczan. W 27. minucie spotkania Mateusz Michalski po podaniu Grzegorza Pasiuta podwyższył wynik spotkania, a minutę później Aleksi Varttinen zdobył trzecią bramkę. W 38. minucie krążek po wygranym buliku w tercji Sokiła trafił na kij Kacpra Maciasia , który podjął decyzję o wrzuceniu gumy na bramkę Bogdana Diaczenki, czym kompletnie zaskoczył mającego mocno ograniczoną widoczność golkipera, zdobywając czwartą bramkę.

W trzeciej tercji między słupkami bramki Sokoła zobaczyliśmy Conrada Möldera, a o to by nie pozostawał bezrobotny zawodnicy napastnicy GKS-u zadbali bardzo szybko. W 46. minucie spotkania przy piątej bramce na listę strzelców wpisał się Sam Marklund, a kilkanaście sekund później za sprawą trafienia Grzegorza Pasiuta, katowiczanie celebrowali zdobycie szóstej bramki.

Szansą na odpowiedź ze strony Sokiła Kijów mógł być okres gry w przewadze po karze nałożonej na Santeriego Koponena. Najbliżej zdobycia bramki był Wołodymyr Czedrak, którego obecność przy prawym słupku uciekła uwadze obrony GKS-u.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.

Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.

Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.

Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.

Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.

Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.

W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.

W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.

W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.

Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.

A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.

Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.

Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.

W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga