Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: GieKSa pozostaje na zwycięskim szlaku!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Mistrzynie Polski mają przerwę w rozgrywkach ze względu na mecze reprezentacji Polski. Najbliższe spotkanie drużyna rozegra w Katowicach z APLG Gdańsk, czwartego listopada o godzinie 12:45. Bezpośrednią transmisję z tego meczu będzie można zobaczyć na kanale TVP Sport. Piłkarze przegrali kolejne spotkanie ligowe, tym razem z Polonią Warszawa 0:2. Prasówkę po tym spotkaniu możecie przeczytać TUTAJ. W najbliższą niedzielę (piątego listopada) o godzinie 15:00 zespół rozpocznie kolejne spotkanie ligowe, na wyjeździe ze Stalą Rzeszów.

Siatkarze po dwóch ligowych przegranych 0:3 (z Treflem i w ubiegłym tygodniu z Projektem) dzisiaj podejmą w hali w Szopienicach Ślepsk Malow Suwałki. Spotkanie rozpocznie się o 17:30, transmisję przeprowadzi kanał Polsat Sport. W rozpoczętym tygodniu drużyna zmierzy się jeszcze z Wartą Zawiercie (w niedzielę, piątego listopada od godziny 17:30).

W ubiegłym tygodniu zespół hokeistów rozegrał dwa spotkania, z Ciarko Sanok oraz z Energą Toruń. W obu spotkaniach wygrała GieKSa, odpowiednio 5:2 i 3:2. W tym tygodniu drużyna rozegra jedno spotkanie, w piątek (trzeciego listopada) z Zagłębiem w Sosnowcu. Nasz zespół przewodzi w ligowej tabeli, do tej pory nie zaznał goryczy porażki.

 

PIŁKA NOŻNA

sportdziennik.com – Sytuacja GieKSy nie jest katastrofalna!

Prezes GKS-u Katowice Krzysztof Nowak przekonuje, że drużyna poradzi sobie z kryzysem.

Po zremisowanym meczu z Górnikiem Łęczna trener Rafał Górak pojawił się na konferencji prasowej w nieco lepszym humorze niż po poprzednich spotkaniach, w których GKS nie wygrywał. Remis został wywalczony przez katowiczan, którzy odrobili straty, co z pewnością ucieszyło sztab szkoleniowy. Opiekun GieKSy stwierdził, że chciałby widzieć tak grający zespół w każdym kolejnym spotkaniu, bo to przyniesie w końcu upragnioną wygraną. Tak duży powiew optymizmu oczywiście był nieco przytłumiony przez wynik, jednak widać było w trenerze Góraku ulgę. Zapytaliśmy prezesa klubu Krzysztofa Nowaka, czy on również podziela odczucia trenera po niedzielnym meczu, który koniec końców był szóstym spotkaniem bez zwycięstwa w lidze dla GKS-u.

– Czuję ten powiew optymizmu. Przegraliśmy cztery mecze (w tym pucharowy z Górnikiem Zabrze – red.) z różnych przyczyn. Mało kto analizuje to w taki sposób, że mieliśmy sporo żółtych, czerwonych kartek. Chodziło o podstawowych zawodników. Mieliśmy też kontuzje, więc w zasadzie rozsypała nam się cała linia obrony – powiedział sternik katowickiego klubu.

– Nie zwraca się na to uwagi, że Górnik nie przegrał żadnego meczu, że to my byliśmy drużyną przeważającą i zdobyliśmy bramkę wyrównującą. Do końca chcieliśmy ten mecz wygrać, bo trener Górak stawiał na zawodników ofensywnych. Nasza klubowa ocena rozmija się trochę z oceną kibiców, którzy chcieliby, żeby GKS wygrywał każdy mecz. Przypomnę tylko, że przed sezonem postawiłem cel, aby drużyna znalazła się w strefie barażowej, a w barażach można dokonać wszystkiego. Na teraz mamy 4 punkty straty do tego miejsca.

Z jednej strony 4 punkty straty to niewiele, z drugiej natomiast GKS rozbudził nadzieje kibiców na awans po bardzo udanym początku rozgrywek. Nagły spadek formy spowodował, że fani zespołu z Bukowej zaczęli myśleć o tym, czy nie powinno dojść do zmiany trenera. Rafał Górak na swoim stanowisku jest od 2019 roku i kibice w mediach społecznościowych zaczęli głośno zastanawiać się nad tym, czy nie przyszedł już moment na zmiany.

– Ja biorę pod uwagę wszystkie opinie. Jednak to ja zostałem powołany na funkcję prezesa przez Radę Nadzorczą z polecenia pana prezydenta Marcina Krupy. To ja odpowiadam przede wszystkim za sytuację finansową spółki. Żeby zmieniać trenera, żeby zmieniać sztab szkoleniowy, trzeba mieć plan „B”, plan „C” i tak dalej. Na tę chwilę nie uważam, że trzeba dokonywać jakichkolwiek drastycznych zmian. Jeżeli jakiekolwiek tego typu zmiany mają być podjęte, to musi się to stać tylko i wyłącznie po bardzo dogłębnej analizie i w momencie, gdy będziemy w katastrofalnej sytuacji, w której nie jesteśmy – zaznaczył Krzysztof Nowak.

– Oczywiście rozumiem kibiców, rozumiem ich oczekiwania, bo 20at czekają na ekstraklasę l. Jednak powiem jedno – nie przychodziłem z AZS-u AWF-u Katowice (tam Krzysztof Nowak był dyrektorem przez 12 lat – red.), z klubu, z którym odnieśliśmy międzynarodowe sukcesy, włącznie z medalami olimpijskimi, do GKS-u po to, żeby trwać. Problem jest jednak bardziej złożony, wielowarstwowy. Problem nie leży w potencjalnej zmianie trenera – zakończył prezes GKS-u Katowice, który oficjalnie od sierpnia znajduje się na tym stanowisku. Wcześniej, od lutego 2023 roku, pełnił funkcję wiceprezesa.

To oznacza, że na wielkie zmiany przy Bukowej na razie się nie zapowiada. Polityka powściągliwości często przynosi bardzo korzystne skutki. Niejednokrotnie zauważamy, że polskim klubom, niezależnie od poziomu rozgrywkowego, na jakim grają, brakuje cierpliwości wobec trenerów. Po spotkaniu w Łęcznej znów widać, że GieKSa zmierza w dobrym kierunku. Z pewnością potrzebuje zwycięstwa, żeby odblokować się i zakończyć rok 2023 w dobrych nastrojach. Czy uda się to osiągnąć w najbliższy piątek? Na Bukową przyjedzie beniaminek z Warszawy. Polonia nie radzi sobie najgorzej. Jednak z pewnością jest zespołem, z którym katowiczanie muszą wygrać, jeśli marzą o awansie do ekstraklasy.

– Drużyna jest mocno zmotywowana, jest wkurzona na siebie za to, że w Łęcznej się nie udało. Wchodzimy powoli w kolejną fazę rozgrywek, jestem optymistą i myślę, że ta drużyna wyjdzie z kryzysu – zapewnił Krzysztof Nowak.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Pewna wygrana Projektu z GKS-em Katowice

Siatkarze Projektu Warszawa zapisali na swoim koncie drugie zwycięstwo w sezonie. W meczu 2. kolejki PlusLigi podejmowali przed własną publicznością GKS Katowice. Stołeczni nie dali przyjezdnym większych szans. Podopieczni Piotra Grabana dość pewnie wygrali spotkanie w trzech setach. Najwięcej emocji dostarczyła ostatnia partia spotkania, która rozstrzygnęła się dopiero po grze na przewagi.

Spotkanie zaczęło się od wyrównanej gry punkt za punkt. Przełamanie nastąpiło dopiero po błędzie przełożenia ręki po stronie GKS-u (7:9). Przewaga gospodarzy zaraz się powiększyła, gdyż wśród nich asem serwisowym popisał się Bartłomiej Bołądź. Nie na długo, gdyż katowiczanie dobrze pograli blokiem (10:11). W ataku musiał więc popracować Artur Szalpuk, aby Projekt znów miał cenne trzy oczka z przodu. Jego rywale nie odpuszczali i zbliżyli się po raz kolejny, gdy udaną akcję zanotował na swoim koncie Damian Domagała (13:14). Cały czas to jednak gospodarze utrzymywali się na prowadzeniu i w okolicach końcówki byli bliżej wygranej po nieudanej próbie przebicia piłki na drugą stronę przyjezdnych (14:18). Szczególnie, że kolejnego asa w tej partii dołożył Bołądź. Obyło się zatem bez niespodzianek w końcówce i to Projekt Warszawa triumfował po pewnym ataku Bołądzia (25:18).

Blokiem otworzyli warszawianie partię numer dwa. Po ataku Bołądzia to więc oni znaleźli się jako pierwsi na dwupunktowym prowadzeniu (6:4). Dobrze popracował jednak Lukas Vasina, co w połączeniu z punktową zagrywką Domagały sprawiło, że tym razem to GKS miał dwa oczka z przodu. Nie cieszył się nimi długo, gdyż błąd popełnił Marcin Waliński (12:12). Przez pewien czas trwała wyrównana walka, ale w okolicach końcówki gospodarze popracowali blokiem, dzięki czemu znaleźli się bliżej kolejnej wygranej (19:17). Kontynuowali dobrą grę w tym elemencie, co powiększyło ich przewagę o dodatkowe oczko. Poszli więc za ciosem i znów cieszyli się ze zwycięstwa, o którym zdecydował atak Szalpuka z drugiej linii (25:22).

Od dwupunktowego prowadzenia Projektu zaczęła się kolejna odsłona. Duży udział miał w tym as w wykonaniu Jurija Semeniuka. Do tego doszły skuteczne ataki gospodarzy, po których ich przewaga wzrosła w szybkim tempie do czterech oczek (5:1). Szczególnie, że katowiczanie nie pomagali sobie, popełniając błędy własne. Dzięki Vasinie zdołali się na chwilę zbliżyć do rywali, ale po ataku Szalpuka Projekt znów miał bezpieczną sytuację (12:7). W kontrataku musiał więc popracować Domagała, aby jego zespół zdołał zmniejszyć dystans. Po asie Walińskiego wynosił on zaledwie jeden punkt (13:14). Było to jednak zbyt mało, aby ekipa z Katowic przejęła prowadzenie. W jednej z kolejnych akcji wdarło się bowiem do jej gry nieporozumienie, a do tego Projekt „poczęstował” ją blokiem (18:14). Nie był to jednak koniec emocji, gdyż w aut posłał piłkę Bołądź, przez co drużyny dzieliło tylko oczko. W decydującym momencie asa dołożył Domagała, wobec czego konieczna okazała się gra na przewagi. Mimo tego katowiczanie nie odwrócili losów spotkania i musieli pogodzić się ze swoją porażką po autowym ataku Domagały (24:26).

Projekt Warszawa – GKS Katowice 3:0 (25:18, 25:22, 26:24)

 

sportdziennik.com – Siła wodospadu

Fragmenty dobrej gry to stanowczo za mało, by zdobyć seta z tak renomowanym rywalem.

Siatkarze Projektu Warszawa po wygranej w Rzeszowie na własnym parkiecie pokazali wszystkie swoje walory i dość pewnie wygrali z GKS-em Katowice 3:0. Wszystkie walory były po stronie gospodarzy, którzy atakowali z całą mocą i nie mieli, zwłaszcza w pierwszych dwóch odsłonach, problemów z wypracowanie przewagi. Siatkarzom GKS-u Katowice trudno było odmówić ambicji i wieloma fragmentami nawiązywali wyrównaną grę. W ostatniej odsłonie nawet doprowadzili do gry na przewagi, ale to było stanowczo za mało, by myśleć o urwaniu seta.

Siatkarze GKS-u Katowice doskonale zdawali sobie sprawę ze skali trudności jakie ich czeka w stolicy. Zespół Projektu rozpoczął sezon z wysokiego „C” i wygrał w Rzeszowie. Teraz też uchodził za faworyta, a tymczasem „GieKSiarze” wcale nie zamierzali oddawać pola. Od początku pierwszego seta do stanu 14:13 trwała zacięta walka i gra toczyła się punkt za punkt. W końcu jednak siła ofensywna gospodarzy wzięła górę. Bartłomiej Bołądź i Artur Szalpuk byli niezwykle skuteczni, a na dodatek ten pierwszy był niezwykle groźny w polu serwisowym. Gospodarze w tym elemencie popełnili trzy błędy, ale zaliczyli trzy asy serwisowe. Natomiast goście mieli cztery pomyłki i ani jednego punktu. Gospodarze objęli prowadzenie 18:14 najpierw trzymali tę przewagę, a potem ją tylko powiększyli.

A w kolejnej odsłonie scenariusz się powtórzył znów trwała twarda walka. Dwa skuteczne blok i jeden skuteczny atak sprawił, że gospodarze objęli prowadzenie 21:18 i już go nie oddali do samego końca. Zespół z Katowic wzmocnił nieco siłę zagrywki (jeden as przy pięciu błędach), ale to było stanowczo za mało na tak dobrze dysponowanych gospodarzy.

Po dwóch wygranych odsłon siatkarze Projektu nabrali pewności siebie i z jeszcze większą mocą rozpoczęli. Prowadzili już 7:2 i 13:8, ale goście nie dawali za wygraną i zbliżyli się na punkt (14:13). Wystarczyło chwila słabości i gospodarze prowadzili 18:14. Jednak wszystko się skończyło grą na przewagi, bo Damian Domagała dwoma udanymi atakami doprowadził do remisu 24:24. Jednak ostatnie słowo należało do gospodarzy. Niemniej goście zaprezentowali się znacznie lepiej niż w inauguracyjnym meczu na własnym parkiecie z Treflem Gdańsk.

 

HOKEJ

hokej.net – Trwa zła passa STS-u. 15. z rzędu zwycięstwo GieKSy!

Dziewiątej porażki z rzędu doznali hokeiści Marmy Ciarko STS Sanok. W piątkowy wieczór ulegli mistrzom Polski z Katowic 2:5, a nie najlepiej w bramce gospodarzy zaprezentował się Kristian Tamminen. Dla GieKSy, która jest niepokonana w tym sezonie to 15. zwycięstwo z rzędu.

Po urazach i chorobach do składu drużyny gospodarzy wrócił Lauri Huhdanpää, Mark Viitanen i Sami Tamminen. W ekipie gości zabrakło Grzegorza Pasiuta, Bartosza Fraszko oraz Maciej Kruczka.

Pierwsza akcja w meczu mogła się zakończyć golem dla gospodarzy, lecz Krzysztof Bukowski nie zdołał dobić krążka, który stanął przed Michałem Kielerem. Katowicki bramkarz zdołał położyć się na krążek zanim sanoczanin go trącił w kierunku bramki. W 4. minucie katowiczanie objęli prowadzenie. Strzał Ryana Cooka odbił Kristian Tamminen, lecz dobitka Joony Monto była już skuteczna.

W 15. minucie sanoczanie powinni wyrównać gdy Christian Lindberg wyłożył gumę Konradowi Filipkowi, lecz ten w doskonałej sytuacji nie zdołał pokonać Kielera. Dobitka Alexa Binnera, również padła łupem katowickiego bramkarza.

Na trzy sekundy przed syreną kończącą pierwszą tercję aktualni mistrzowie Polski podwyższyli wynik. Kontrę 3 na 2 wykończył strzałem nad parkanem Sam Marklund.

Na początku drugiej odsłony sanoczanie ponownie powinni zdobyć gola, ale fatalna skuteczność Samiego Tamminena, ponownie dała o sobie znać. W osłabieniu gumę w kontrze 2 na 1 wyłożył mu Mark Viitanen, ale kapitan sanoczan nie może się przełamać kolejny mecz.

Trzeci gol padł w 33 minucie gdy Joona Monto idealnym podanie podczas gry w przewadze obsłużył Santeriego Koponona. Fiński defensor był niepilnowany i mimo wyciągnięcia się jak długi Kristiana Tamminena, bez problemu skierował gumę do bramki.

Dopiero w 35. minucie gola zdobyli gospodarze podczas okresu gry w podwójnej przewadze. Strzał Christiana Lindberga z pierwszego krążka z okolicy bulika wylądował w bramce Michała Kielera.

Czwarty gol dla katowiczan padł na początku trzeciej tercji. Ben Sokay najpierw próbował z jednej strony słupka, następnie z drugiej zdołał zdobyć gola od zakrystii. Kristian Tamminen nie zdołał przypilnować swojego słupka i zostawił lukę co wykorzystał kanadyjski napastnik. 31 sekund później dystans do dwóch goli zmniejszył Lauri Huhdanpää, który trafił w okienko po tym jak gumę mu wyłożył Saku Kivinen po zabraniu jej Cookowi pod bandą.

Wynik ustalił Joona Monto, który w 55 minucie idealnie przymierzył i mocnym strzałem po krótkim rogu z bulika pokonał sanockiego bramkarza.

 

GKS pozostaje na zwycięskim szlaku. 16. zwycięstwo mistrzów Polski!

GKS Katowice pokonał przed własną publicznością KH Energe Toruń 3:2. Dla gospodarzy było to 16. z rzędu ligowe zwycięstwo w obecnym sezonie. Bohaterem GieKSy został Hampus Olsson, który zdobył dwie bramki w niedzielnym spotkaniu.

W niedzielnym spotkaniu do głosu pierwsi doszli mistrzowie Polski. Drużyna Jacka Płachty dawała popis szybkiego rozegrania krążka, czując się bardzo swobodnie w tercji gości. Nadążenie za forsowanym przez GieKSe tempem było sporym wyzwaniem dla defensywy torunian, czego efektem były wykluczenia nałożone w 6. minucie na Jakuba Gimińskiego oraz w 7. minucie na Eryka Schafera. Pomimo ponad trzyminutowej gry w osłabieniu, drużyna Juhy Nurminena zdołała obronić dostęp do własnej bramki. Walnie przyczynił się do tego swoją dobrą postawą w bramce Mateusz Studziński. Przewaga GKS-u Katowice narastała z każdą sekundą, a większość wydarzeń skupiała się w tercji gości. Wbrew wydarzeniom na lodzie, w 11. minucie trzeci atak „Stalowych Pierników” wyprowadził trójkową akcję. Walkę o krążek na bandzie wygrał Kamil Kalinowski, który do spółki z Patrykiem Kogutem i Michałem Kalinowskim zdołał rozpracować obronę gospodarzy. Inicjator kontry otrzymał świetne podanie i nie miał większych problemów, aby pokonać Johna Murraya. Po zdobytej bramce torunianie nabrali dużo większej pewności siebie, szukając swoich szans w ofensywie. W 18. minucie świetnie w kontrze pograli ze sobą Issakka, Monto oraz Varttinen, jednak przy wykończeniu akcji fińskie trio pokusiło się o jedno podanie za dużo. W 19. minucie krążek po bandzie za bramkę zagrał Jakub Wanacki. Do gumy dopadł Ben Sokay, który indywidualnie wyprowadził grę, a następnie precyzyjnym podaniem obsłużył Hampusa Olssona, który wyrównał stan rywalizacji.

Od obrony osłabienia zmuszeni byli rozpocząć drugą tercję torunianie, bowiem 11 sekund przed końcem pierwszej odsłony spotkania, karą mniejszą został ukarany Szymon Maćkowski. Goście zdołali jednak kolejny raz postawić się sile ofensywnej mistrzów Polski i wybronić kolejną grę w osłabieniu. Swoją dobrą dyspozycję podkreślał Ben Sokay, który pozostawał niezwykle aktywny, szukając kolejnych sposobów na przełamanie toruńskiej defensywy. W 29. minucie katowiczanie w odstępie 30 sekund złapali dwa wykluczenia, za sprawą przewinień Mateusza Bepierszcza oraz Olli Iisakki. Drużyna Juhy Nurminena nie miała większych trudności w zamknięciu broniącej katowickiej trójki. „Stalowe Pierniki” oddały serię strzałów w kierunku katowickiej bramki, jednak albo były to uderzenia niecelne, albo takie z którymi nie miał większych problemów John Murray. W 32. minucie Kacper Maciaś wrzucił krążek spod niebieskiej linii na toruńską bramkę. Tor lotu strzału przeciął zasłaniający golkipera gości Hampus Olsson. Mający ograniczoną widoczność Mateusz Studziński próbował interweniować, jednak ostatecznie po kontakcie z bramkarzem gości krążek wpadł do bramki.

W 43. przewinienie Kamila Kalinowskiego zostało przez arbitrów spotkania wycenione na dwuminutową karę. Kolejny okres gry w przewadze w dzisiejszym spotkaniu nie przyniósł i tym razem bramek. Odpowiednio w 48. i 49. minucie GKS Katowice, kolejny raz wyciągnął rękę do próbujących odrobić straty torunian, łapiąc wykluczenia skutkujące ponad półminutową grą w podwójnym osłabieniu. „Stalowe Pierniki” podtrzymały jednak serię niewykorzystanych przewag i przed wyrównaniem formacji na lodzie nie zdołały wyrównać wyniku spotkania. W 55. minucie Jakub Wanacki wyprowadzał kolejny atak mistrzów Polski. Gdy wydawało się, że akcja straciła na swoim tempie i inicjatywa zostanie przejęta przez defensywę gości, to do krążka doszedł Igor Smal, który podwyższył prowadzenie GieKSy. Trzecie trafienie gospodarzy nie oznaczało jednak końca emocji. W 58. minucie drużynie Juhy Nurminena udało się zamknąć gospodarzy we własnej tercji. Goście próbowali strzałów i pracy na bramkarzu, doszło do zamieszania w którym najlepiej odnalazł się Michał Kalinowski, zdobywając kontaktową bramkę. Niespełna pół minuty po zdobyciu bramki na ławkę kar zawędrował Noah Delmas. Trener Nurminen próbował podwoić przewagę, poprzez wycofanie z bramki Mateusza Studzińskiego, jednak jego podopieczni nie zdołali już odwrócić losów spotkania i musieli uznać wyższość mistrzów Polski, którzy mogli celebrować szesnaste ligowe zwycięstwo w obecnym sezonie!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga