Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Niecodzienna prezentacja katowiczan. Pokażą się… na dachu galerii!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Piłkarki w 5. kolejce zmierzą się na wyjeździe z Mistrzem Polski Pogonią Szczecin. Mecz zostanie rozegrany w sobotę 14 września o godzinie 11:15. Piłkarze rozegrali spotkanie towarzyskie z Piastem Gliwice. Mecz zakończył się remisem 1:1 (0:0). Najbliższe spotkanie ligowe drużyna rozegra w piątek 13 sierpnia o 20:30 na Bukowej z Widzewem Łódź. Kacper Pietrzyk został wypożyczony do Hutnika Kraków. Mateusz Kowalczyk został młodzieżowcem sierpnia PKO BP Ekstraklasy.

Siatkarze w VI Memoriale im. Janusza Sikorskiego zajęli czwarte miejsce po przegranych 1:3 z Norwidem Częstochowa i ZAKSą Kędzierzyn-Koźle. W najbliższą niedzielę nasza drużyna rozegra pierwsze spotkanie w sezonie 2024/25 w PlusLidze. Przeciwnikiem będzie MKS Będzin, spotkanie rozpocznie się o godzinie 20:30, w hali w Szopienicach.

W minioną sobotę hokeiści rozegrali ostatni sparing przed startem THL z Podhalem Nowy Targ. Drużyna przegrała 1:3. W piątek, 13 września nasz zespół  rozegra pierwsze ligowe spotkanie nowego sezonu. Przeciwnikiem GieKSy będzie STS Sanok. Mecz rozpocznie się o godzinie 17:00, w Satelicie. Prezentacja drużyny odbędzie się dzisiaj o godzinie 18:00 na dachu Supersamu.

 

PIŁKA NOŻNA

piast-gliwice.eu – Piast – GKS Katowice 1-1. Sparing na remis

W piątkowym meczu sparingowym Piast Gliwice zremisował z GKS-em Katowice 1-1 (0-0). Bramkę dla Niebiesko-Czerwonych zdobył Filip Karbowy.

Piast Gliwice – GKS Katowice 1-1 (0-0)

0-1 – Arak, 50. min.

1-1 – Karbowy, 59. min.

Piast: Szymański – Mokwa, Pitan, Munoz, Huk (31. Liszewski) – Karbowy, Tomasiewicz – Kądzior (46. Daniel), Szczepański (31. Felix), Mucha (46. Skupień) – Rosołek.

GKS: Strączek – Marzec, Jaroszek, Klemenz (31. Rogala), Komor, Czerwiński (31. Antczak) – Galán (46. Bergier), Milewski (46. Bród), Bród (31. Baranowicz), Mak – Bergier (31. Arak).

Spotkanie rozegrano w formacie 2 x 30 minut.

ekstraklasa.org – Młodzieżowiec Sierpnia PKO Banku Polskiego – Mateusz Kowalczyk (GKS Katowice)

Mateusz Kowalczyk został wybrany Młodzieżowcem Sierpnia PKO Banku Polskiego. Piłkarz GKS Katowice zdobył zaszczytną nagrodę kilka tygodni po swoim debiucie w najwyższej polskiej lidze.

W pierwszej sierpniowej kolejce Mateusz Kowalczyk z GKS Katowice zadebiutował w wyjściowym składzie w PKO Bank Polski Ekstraklasie. Od tej pory nie oddał miejsca w podstawowej „jedenastce” Gieksy. Trener Rafał Górak desygnował go do gry w każdym z pięciu meczów tego miesiąca. Pomocnik z rocznika 2004 w tym czasie zdobył jedną bramkę (z mistrzem Polski – Jagiellonią Białystok na 2:1) oraz zanotował jedną asystę (z Piastem Gliwice – na 1:0). Zwyżkując formę tego zawodnika dostrzegł także selekcjoner reprezentacji Polski. Michał Probierz powołał wszak zawodnika katowickiego klubu do drużyny narodowej na wrześniowe spotkania Ligi Narodów UEFA.

W chwili otrzymania nagrody Mateusz Kowalczyk ma na koncie zaledwie sześć spotkań w elicie. Jest on pierwszym przedstawicielem GKS z tym laurem na koncie (18. klub w historii z Młodzieżowcem Miesiąca), ale też dopiero piątym piłkarzem jakiegokolwiek beniaminka, który otrzymał podobny tytuł. Przed nim dokonali tego: Rafał Strączek (Stal Mielec 2020/2021), Filip Majchrowicz (Radomiak Radom 2021/2022), Olaf Kobacki (Miedź Legnica 2022/2023) oraz Oliwier Zych (Puszcza Niepołomice 2023/2024). W tym gronie więc drugi raz pojawił się zawodnik z pola.

Mateusz Kowalczyk w rywalizacji o miano Młodzieżowca Sierpnia PKO Banku Polskiego pokonał Filipa Rózgę (Cracovia) i Kacpra Trelowskiego (Raków Częstochowa). Każdy z nich pierwszy raz w karierze znalazł się w finałowej „trójce” – podobnie jak przedstawiciele najlepszego lipcowego tercetu (Jan Ziółkowski, Antoni Kozubal i Patryk Paryzek). Nowy sezon zaczął się zatem od sześciu młodzieżowców z debiutem w tym zestawieniu.

W tym sezonie status młodzieżowca przysługuje zawodnikom urodzonym w 2003 roku lub młodszym i posiadającym polskie obywatelstwo. Piłkarze spełniający oba te kryteria mogą się ubiegać o nagrodę Młodzieżowca Miesiąca PKO Banku Polskiego. Nominowani oraz zwycięzca są wybierani na podstawie statystyk, zachowania w meczach oraz postawy poza boiskiem. W minionym miesiącu pod uwagę zostały wzięte dokonania z okresu od 3. do 7. kolejki.

dziennikzachodni.pl – Już za chwilę pojawi się murawa

Budowa nowego kompleksu sportowego GKS Katowice powoli zmierza do końca. Na stadionie trwają już przygotowania do położenia nowej murawy.

Prace budowlane na nowym kompleksie sportowym dedykowanym dla GKS Katowice powinny się zakończyć jeszcze w 2024. Obiekt nabrał już kształtów i trwają działania wykończeniowe. Na trybunach zamontowano krzesełka, przygotowywane jest podłoże pod murawę, na której wiosną 2025 swoje mecze mają rozgrywać piłkarze.

Inwestycja trwa na Załęskiej Hałdzie, przy ulicach Bocheńskiego, Upadowej i Dobrego Urobku, tuż obok autostrady A4. Stadion pomieści 14.896 osób, a hala 2.792. Głównym arenom towarzyszą dwa trawiaste boiska treningowe, parkingi oraz mała infrastruktura. Ulica ma zostać przemianowana na Nową Bukową.

Koszt inwestycji to 285,9 milionów złotych brutto (pierwotnie zakładano 248,8 mln, ale podwyżka została zaakceptowana przez radnych).

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Memoriał Sikorskiego: Norwid Częstochowa i Verona Volley górą pierwszego dnia

Pierwszy dzień Memoriału Janusza Sikorskiego dobiegł końca. Na kibiców czekały dwa ciekawe spotkania. Najpierw Norwid Częstochowa ograł w czterech setach GKS Katowice, a następnie ZAKSA Kędzierzyn-Koźle zmierzyła się z Verona Volley. Spotkanie z włoskim klubem obfitowało w zwroty akcji, a o losach pojedynku na korzyść Włochów zadecydował tie-break.

Tegoroczny VI Memoriał Janusza Sikorskiego zainaugurowało spotkanie Norwida Częstochowa z GKS-em Katowice. Dwaj plusligowi rywale mają za sobą wymagający okres przygotowawczy, lecz górą okazała się drużyna spod Jasnej Góry niesiona dopingiem lokalnych kibiców. Początek spotkania wcale nie należał do gospodarzy turnieju. Bardzo szybko na prowadzenie wysunęła się ekipa z Katowic, która przez większość czasu trzymała 3-4 punktową przewagę. Po autowym ataku Ebadipoura zespół gości wygrywał już 22:17, zmierzając w kierunku zwycięstwa. Ostatecznie set zakończył się wynikiem – 25:23.

Prawdziwym show okazał się drugi set, w którym drużyna trenera Grzegorza Słabego nie mogła sobie pozwolić już na swobodną grę. Częstochowianie wreszcie doprowadzili do remisu po 18. Gra zaczęła się od nowa, a żadna ze stron nie była w stanie zakończyć seta. Bohaterem drugiej części spotkania został Daniel Popiela, lecz wynik 37:35 dla Norwida robi wrażenie.

Norwid Częstochowa w dwóch kolejnych setach poszedł za ciosem. Trzecia odsłona spotkania okazała się maratonem niewykorzystanych szans katowiczan. Choć przez większość gry nie było wiadomo, kto sięgnie po wygraną, to poważny kryzys GieKSy na koniec pokrzyżował przyjezdnym plany (18:18, 21:18). Pomimo wprowadzonych zmian zwycięstwo ponownie padł łupem gospodarzy – 25:21. Czwarta odsłona spotkania to ponownie dobra gra siatkarzy spod Jasnej Góry. W kluczowym momencie potrafili oni przejąć inicjatywę, a wynik spotkania zamknęła autowa zagrywka Bartosza Gomułki.

Steam Hemarpol Norwid Częstochowa – GKS Katowice 3:1 (20:25, 37:35, 25:21, 25:22)

Memoriał Sikorskiego: Verona Volley zwycięzcą zawodów. ZAKSA lepsza od GKS-u

Memoriał Janusza Sikorskiego dobiegł końca. W drugim dniu zmagań ZAKSA Kędzierzyn Koźle pokonała GKS Katowice 3:1. Zwłaszcza dwie ostatnie partie nie wyszły katowiczanom, którzy zajęli ostatnie miejsce w zawodach.

[…] Początek spotkania należał do wyrównanych, a wynik oscylował wokół remisu. Później do głosu doszła ZAKSA, której kilka skończonych piłek z rzędu dało prowadzenie 12:9. As serwisowy Aymena Bouguerry pozwolił katowiczanom na wyrównanie (14:14), przywracając nadzieje na odwrócenie losów seta. Kędzierzynianie nie dawali za wygraną, niemniej na prowadzenie wysunęła się GieKSa. Dwupunktowa przewaga wystarczyła, aby wygrać set. Po zaciętej końcówce rezultat domknął Bartosz Gomułka, który zablokował Bartosza Kurka (25:23).

Kolejna część meczu to ponownie dobry początek zespołu z Katowic. Przedłużająca się przewaga GKS- u w końcu rozdrażniła trenera Gianiego, który przy stanie 9:11 przerwał grę. Dobre przyjęcie i wysoka skuteczność ataku była sposobem katowiczan na przeciwników. Czas niewiele pomógł, a znakomity fragment gry zanotował Jewhenij Kisiluk (16:11). Chwilę potem na podobny krok zdecydował się Grzegorz Słaby, reagując na grę Kurka. Później ZAKSE do walki poderwał Daniel Chitigoi, co przełożyło się na kolejną zaciętą końcówkę i wygraną dwukrotnych triumfatorów Ligi Mistrzów – 26:24.

Trzeci i czwarty set to koncertowa gra kędzierzynian. Dobry początek trzeciej osłony meczu w wykonaniu GKS-u to nie wszystko. Chwilę później siatkarze z Katowic całkowicie stracili kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Mimo reakcji szkoleniowca gra zespołu nie ulegała poprawie, a set ostatecznie zakończył się wysoką wygraną ZAKSY do 15. Czarę goryczy przelała czwarta część spotkania, która od początku nie należała do katowiczan (4:11). Na boisku pojawił się Alexander Berger. Ustabilizowało to grę zespołu, lecz kędzierzynianie poszli za ciosem. Po udanym bloku Szymańskiego prowadzili już 19:13, ostatecznie wygrywając 25:18.

GKS Katowice – ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 1:3 (25:23, 24:26, 15:25, 18:25)

[…] Klasyfikacja końcowa

1. Verona Volley

2. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle

3. Steam Hemarpol Norwid Częstochowa

4. GKS Katowice

 

HOKEJ

hokej.net – Zwycięstwo „Szarotek”. W tle odejście trenera

Pomimo zamieszania w sztabie szkoleniowym i odejściu trenera głównego Dave Allisona tuż przed rozpoczęciem meczu hokeiści Podhala Nowy Targ stanęli na wyżynach. Nowotarżanie w ostatnim meczu przed sezonem ograli GKS Katowice 3:1.

Trener Dave Allison pożegnał się z zespołem dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania, tłumacząc swoją decyzję brakiem profesjonalizmu w klubie i specyficznym podejściem zarządu do szkoleniowca z Kanady.

Zamieszanie przed meczem nie wpłynęło zbytnio na grę nowotarżan, którzy zmobilizowali się i pokazali niezły hokej na tle silnego przeciwnika. W pierwszej tercji nie padła żadna bramka, co było głównie zasługą Pawła Bizuba, który bronił jak w transie.

W drugiej odsłonie padła jedna bramka, gdy dokładnie podanie Filipa Wielkiewicza wykorzystał Andriej Denyskin. W ostatniej odsłonie padły jeszcze trzy bramki. Najpierw prowadzenie podwyższył obrońca Robert Mrugała, który zdecydował się na ofensywny wypad. Katowiczanie zmniejszyli dystans do rywala tuż przed końcem spotkania, gdy okres gry w przewadze gola zamienił Dante Salituro. W boksie stał już wtedy John Murray, gdyż trener Jacek Płachta zdecydował się na manewr ze ściągnięciem golkipera. Wygraną „Szarotek” strzałem do pustej bramki przypieczętował Alexander Szczechura.

–Od początku do końca graliśmy jak zespół. Wszyscy wiedzieli, ile ten mecz znaczy dla fanów i wspaniale było wygrać z jedną z najlepszych drużyn w lidze. Staramy skupić się na grze obronnej, i wykorzystać nasze szanse w ofensywnej tercji. I oczywiście walczyć do końca– podsumował mecz Christian Mroczkowski, napastnik Podhala.

Niecodzienna prezentacja katowiczan. Pokażą się… na dachu galerii!

Już 13 września rozpocznie się sezon 2024/2025 TAURON Hokej Ligi. Przed nim polskie zespoły prezentują swoje drużyny kibicom. Nie inaczej będzie w Katowicach, gdzie wicemistrzowie Polski pokażą się swoim kibicom w nietypowej scenerii.

Całe wydarzenie odbędzie się we wtorek, 10 września, o godzinie 18:00 na dachu Supersamu, czyli katowickiej galerii zlokalizowanej przy ul. Księdza Piotra Skargi 6a.

Pomieścić się może tam 350 osób, a prezentacja GieKSy nie będzie pierwszym tego typu wydarzeniem tam, gdyż wcześniej odbywały się tam koncerty czy pokazy filmowe. Oprócz hokejowej sekcji, zaprezentowana zostanie również sekcja siatkarska.

–Na miejscu funkcjonować będzie także punkt sprzedażowy, w którym będzie można nabyć karnety na mecze siatkarzy i hokeistów. Zapraszamy także do skorzystania z oferty stoiska gastronomicznego przygotowanego przez partnera GKS-u firmę Trześniewscy Group. Wstęp na prezentację jest wolny– informuje katowicki klub.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga