Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Niemiła niespodzianka
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Piłkarki przebywają na urlopach, do treningów wrócą dziewiątego stycznia. Piłkarze mają przerwę świąteczno – noworoczną, do treningów wrócą czwartego stycznia, trzy dni później rozegrają sparing z Odrą Opole. W ubiegłym tygodniu drużyna siatkarzy rozegrała spotkanie z Projektem Warszawa. Nasz zespół przegrał 0:3. Kolejny mecz siatkarze rozegrają w poniedziałek, dziewiątego stycznia z VC Barkom Każany Lwów. Podobnie jak siatkarze hokeiści ligowe rozgrywki w 2022 roku zakończyli porażkami: pierwsza z nich, wyjazdowe z GKS-em Tychy, po rzutach karnych. Kolejna porażka miała miejsce w Satecie z Cracovią 2:6. Najbliższe spotkanie zespół rozegra w ramach rozgrywek Pucharu Polski z GKS-em Tychy, jutro od godziny 20:30. Mecz zostanie rozegrany na lodowisku w Oświęcimiu.
PIŁKA NOŻNA
sportdziennik.com – Niemiła niespodzianka
GieKSa może stracić Daniela Dudzińskiego. Zagłębie Lubin póki co skróciło umowę wypożyczenia 20-letniego środkowego pomocnika, korzystając z klauzuli, jaką zapisano przy zawieraniu latem tego transferu czasowego.
– Niestety, to niemiła niespodzianka. Zagłębie „wróciło” Daniela do siebie i musimy czekać na dalsze decyzje, Jesteśmy umówieni, że będziemy jeszcze na łączach, ale na dziś patrząc na młodzieżowców mamy problem – przyznał Rafał Górak, trener pierwszoligowca z Katowic.
Dudziński jeszcze 10 dni temu wziął udział w wyjazdowym sparingu z Koroną Kielce, wygranym przez GKS 1:0, należąc do wyróżniających się postaci na boisku. Jesienią był młodzieżowcem nr 1 w zespole z Bukowej. Rozegrał 17 meczów, 10 z nich rozpoczynał w wyjściowym składzie. Nie ma za sobą szczególnie udanej rundy – patrząc na liczby, zanotował tylko 1 asystę, po rzucie rożnym przy bramce Arkadiusza Jędrycha na wagę zwycięstwa w Opolu – ale mimo wszystko mowa o zawodniku z doświadczeniem, który nawet jesienią był powoływany do reprezentacji Polski U-21 i U-20.
W tym sezonie młodzieżowcy nie odgrywają w GieKSie takiej roli, co w poprzednim, gdy status ten przysługiwał jeszcze Patrykowi Szwedzikowi, a z Lecha Poznań wypożyczony był Filip Szymczak. Wtedy obaj należeli do wyróżniających się postaci w drużynie, ciągnęli ofensywę, strzelali gole, asystowali, byli widoczni, do tego pomogli też zgarnąć premię w Pro Junior System. Teraz młodzieżowiec raczej w GKS-ie grał, bo taki jest wymóg, a nie z racji jakości. Jeśli nie uda się dojść z Zagłębiem do porozumienia, kogoś o takim statusie trzeba będzie pozyskać.
Nie licząc Dudzińskiego, mającego już nawet na koncie 8 występów w ekstraklasie, w kadrze GieKSy jesienią znajdowali się młodzieżowcy, którzy wcześniej w pierwszej lidze nie występowali. Objawieniem był Alan Bród, wychowanek akademii GKS-u, który zaczął sezon w wyjściowym składzie i to on rywalizował z Dudzińskim o miano młodzieżowca nr 1. Rokuje on świetnie, ale mimo to momentów, podczas których w jednej chwili katowiczanie mieli na boisku więcej niż jednego młodzieżowca, było jesienią jak na lekarstwo. To minuta z Zagłębiem Sosnowiec, gdy cały mecz rozegrał Dudziński, a w końcówce Bród zmienił Szwedzika, oraz 75 minut z ŁKS-em, gdy bronił Patryk Kukulski (kontuzje leczyli wtedy dwaj pozostali bramkarze), w przerwie zszedł Bród, a w 60 minucie wpuszczony został Dudziński. W razie jego odejścia, wzrosłyby automatycznie notowania nie tylko Bróda, ale też bramkarza Patryka Szczuki, będącego zmiennikiem Dawida Kudły. Jesienią 5 występów zanotował jeszcze kolejny z młodzieżowców – po Dudzińskim, Bródzie, Kukulskim i Szczuce – czyli Dawid Brzozowski. 19-latek ściągnięty z Chełmianki ma o tyle trudne zadanie, że na prawym wahadle mocną pozycję ma Marcin Wasielewski, jedna z wyróżniających się postaci zespołu minionego półrocza. Jeśli Dudziński nie wróci na Bukową, klub niespodziewanie będzie musiał ruszyć na łowy.
SIATKÓWKA
siatka.org – Komplet punktów Projektu w meczu z GKS-em
Komplet punktów w 17. kolejce PlusLigi zainkasowali siatkarze Projektu Warszawa, którzy pokonali we własnej hali GKS Katowice 3:0. Najlepszym zawodnikiem spotkania został wybrany Artur Szalpuk.
Dzięki dobrej grze blokiem warszawianie szybko uzyskali trzypunktowe prowadzenie. Jednak za sprawą Jakuba Jarosza oraz Gonzalo Quirogi ich rywale doprowadzili zaraz do remisu. Nie utrzymywał się on długo, gdyż katowiczanie utknęli w jednym ustawieniu. Przy zagrywce Jana Firleja stracili cztery punkty z rzędu, więc trener Grzegorz Słaby musiał prosić o czas. Na niewiele on się zdał, gdyż po powrocie na boisko przestrzelił Marcin Kania (8:12). To właśnie za sprawą błędów gości rosła przewaga ich przeciwników. Mogłaby być jeszcze większa, ale i oni zaczęli się mylić. Dobrze prezentowali się zwłaszcza ich lewoskrzydłowi, którzy byli skuteczni zarówno w ofensywie, jak i bloku. Po drugiej stronie siatki szybko boisko opuścił Tomas Rousseuaux kiedy dwukrotnie został ustrzelony zagrywką. Na tablicy wyników zrobiło się 19:14. Widoczna była zwłaszcza spora różnica w elemencie bloku, a miejscowi w pełni kontrolowali przebieg tego seta. Po trafieniu z krótkiej Piotra Nowakowskiego dystans wynosił już sześć ,,oczek”. W końcówce jeszcze się zwiększył i ostatecznie po asie serwisowym Kevina Tillie zawodnicy Projektu zwyciężyli do 17.
Ogromna różnica w bloku oraz ataku zadecydowała o zwycięstwie graczy stołecznego klubu. W drugim secie gra się wyrównała, a gospodarze już tak wyraźnie nie dominowali. Po skończonej kontrze przez Jakuba Jarosza to gracze Gieksy mieli dwa punkty więcej, ale sytuacja ta trwała tylko chwilę, gdyż zaraz zrobiło się po 10. Zepsute zagrywki psuły nieco jakość tego spotkania. Po naprzemiennym zdobywaniu punktów Andrzej Wrona powstrzymał Gonzalo Quirogę i było 14:12. Argentyńczyk w kolejnej akcji także przestrzelił i warszawianie rozpoczynali swoją ucieczkę. Katowiczanie mieli problem z punktowaniem przy własnej zagrywce, dlatego ciężko im przychodziło niwelować straty. Po uderzeniu Nielsa Klapwijka przewaga wynosiła już cztery ,,oczka”, ale dobre zadaniowe wejście zanotował Damian Domagała i goście zniwelowali ją do dwóch. Mieli szansę na więcej, niemniej z lewego skrzydła mylił się Quiroga i wszystko zostało zaprzepaszczone. Gospodarze nie byli aż tacy gościnni i wykorzystywali nadarzające się okazje. Po zagraniu z szóstej strefy Artur Szalpuk zakończył tą odsłonę spotkania.
Bardzo niska skuteczność lewoskrzydłowych GKS-u była ich sporym problemem. Na boisku pojawił się Wiktor Mielczarek i od razu w pierwszej akcji skończył swój atak (5:3). Przy kolejnych kontaktach z piłką było już gorzej. Także jego koledzy popełniali błędy. Po uderzeniu Piotra Nowakowskiego było 9:6. Katowiczanie bronili się jeszcze blokiem (9:9), ale chwilę później mieli problemy z zagrywką Linusa Webera (11:14). Cały czas starali się walczyć i zbliżyć do swoich przeciwników. Mieli nawet szansę na remis, ale atak z pajpa przestrzelił Mielczarek. Sytuacja ta szybko się na nich zemściła, gdyż zamiast po 17 zrobiło się 20:16. Była ona decydującą dla losów tej partii, a co za tym idzie rywalizacji. Goście utknęli bowiem w jednym ustawieniu i nie potrafili z niego ruszyć. Serwisem pogrążał ich Kevin Tillie, a dodatkowo sami przestawali wierzyć, że są w stanie jeszcze ugrać cokolwiek w tym spotkaniu. Po zagraniu Nowakowskiego mieli aż sześć meczboli. Kropkę nad ,,i” postawił najlepszy zawodnik tego spotkania, czyli Artur Szalpuk. Trzy punkty pozwoliły gospodarzom tymczasowo wskoczyć na ósme miejsce w tabeli. Przyjezdni natomiast przegrali kolejne spotkanie i z niecierpliwością czekają na powrót do gry Jakuba Szymańskiego.
Projekt Warszawa – GKS Katowice 3:0 (25:17, 25:21:, 25:19)
HOKEJ
sportdziennik.com – Tak nakazuje tradycja
Jean Dupuy jako jedyny wykorzystał karnego i tyszanie znów wygrali derby GKS-ów!
Czwarty mecz i znów decyduje jedno trafienie, bo tak nakazuje tradycja – tak mówili gospodarze, którzy już po raz trzeci wygrali w tym sezonie. Tym razem o wygranej tyszan rozstrzygnął karny. To była generalna przymiarka do półfinałowego meczu w Pucharze Polski w Oświęcimiu, gdzie należy spodziewać się podobnego scenariusza, chyba że obaj trenerzy zaskoczą jakimiś niecodziennymi rozwiązaniami na lodzie.
Juraj Szimek, 35-letni słowacki doświadczony napastnik również ze szwajcarskim obywatelstwem, niebawem pojawi się w składzie GKS-u Katowice. Ma bogatą przeszłość, bo próbował swoich sił za oceanem w zespołach AHL, a potem przez długie lata występował w Servette Genewa, Rapperswill-Jona Lakers i Kloten. Sezon rozpoczął w rodzinnym Preszowie. W 19 spotkaniach zaliczył 8 asyst, ale być może w katowickim zespole będzie skuteczniejszy. Ruch transferowy był do przewidzenia, bo wcześniej 21-letni Jakub Prokurat przeniósł się do Torunia.
Gospodarze wyjechali na rozgrzewkę w okolicznościowych, świątecznych strojach, ale potem ich wyjazd z szatni na inauguracyjną tercję się opóźniał. Ta zagadkowa sytuacja szybko się wyjaśniła, bowiem musieli zmienić bluzy na tradycyjne, bo sędziowie uznali, że ich okolicznościowe koszulki są zbliżone do strojów gości. Z tą decyzją można byłoby polemizować, ale, jak wiadomo, z sędziami się nie dyskutuje. 1. tercja była ostrożna w wykonaniu obu zespołów, jednak inicjatywa należała do gospodarzy i oni mieli kilka okazji, lecz nie potrafili skierować krążka do siatki. Jean Dupuy (10 min), Radosław Galant (12) i Christian Mroczkowski (16) mieli okazje sprawdzić umiejętności Johna Murraya. Gdy do boksu kar w 16 min powędrował Emil Bagin, gospodarze przeżywali trudne chwile. Goście niemal przez 2 min nie wychodzili w ich tercji, zaś Tomas Fuczik musiał się sporo natrudzić, by zachować „czyste” konto.
Pod koniec 1. tercji na ławę kar został odesłany Hampus Olsson i gospodarze wykorzystali szansę. Roman Szturc uderzył spod niebieskiej, a lot krążka zmienił Bartłomiej Jeziorski. Sędziowie zarządzili analizę wideo czy przypadkiem „Jezior” nie przekierował krążka z pola bramkowego. Wszystko jednak odbyło się zgodnie z zasadami. Po golu na taflę powędrowały pluszaki w ramach akcji Teddy Bear Toss dla dzieci ze śląskich domów dziecka i szpitali. A potem znów rozpoczęła się twarda walka o każdy skrawek lodu. Jedni i drudzy się nie oszczędzali, choć klarowanych sytuacji było niewiele. Shigeki Hitosato przymierzył, ale Fuczik nie dał się zaskoczyć. Z kolei Galant po raz drugi miał okazję, ale krążek po jego uderzeniach nie chce wpaść do siatki.
W końcu gościom udało się wykorzystać przewagę i Hampus Olsson doprowadził do remisu. I od tego momentu jedni i drudzy zaczęli się żwawiej poruszać po lodzie i było kilka świetnych sytuacji, by zmienić wynik. Tuż przed końcem meczu Jeziorski nie skierował krążka do pustej bramki i o wszystkim miała zadecydować dogrywka lub karne. W 62 min Alexandre Boivin miał wprost wymarzoną okazję będąc sam na sam i nie potrafił wpakować krążka do siatki. W rewanżu Grzegorz Pasiut miał szansę pokonać Fuczika. Dodatkowy czas nie rozstrzygnął i gdy na lodzie pracowała rolba, zawodnicy przygotowywali się mentalnie do ostatniego aktu. A w nim tylko Dupuy trafił do bramki i tyszanie skasowali 2 punkty!
hokej.net – Cracovia zdobyła „Satelitę” i objęła prowadzenie w tabeli!
Comarch Cracovia wygrała na wyjeździe z GKS-em Katowice. Dla aktualnych mistrzów Polski była to czwarta porażka z rzędu, natomiast krakowianie wskoczyli na pierwsze miejsce w tabeli po porażce Unii Oświęcim.
Spotkanie w katowickiej „Satelicie” od początku było wyrównane, a tempo rozgrywania akcji było wysokie, jednak przez dłuższy czas żadna z ekip nie mogła znaleźć recepty na golkipera przeciwników. W 7. minucie okazję do wyjścia na prowadzenie mieli katowiczanie, ale nie udało im się wykorzystać dwóch minut przewagi. W 13. minucie gracze Comarch Cracovii wyprowadzili znakomitą kontrę. Z pierwszym uderzeniem zawodnika „Pasów” poradził sobie John Murray, ale krążek trafił na kij Sebastiana Brynkusa, który objechał bramkę i umieścił krążek w siatce. Trafienie dodało animuszu przyjezdnym, który powoli zaczęli przejmować inicjatywę w tym spotkaniu. Drugi cios, na 18 sekund przed końcem, zadał Martin Kasperlik i krakowianie mogli zjeżdżać na pierwszą przerwę z dwubramkową zaliczką.
W drugiej odsłonie również nie mogliśmy narzekać na brak tempa, ale na pewno powody do niezadowolenia mieli mistrzowie Polski, którzy w drugiej tercji również nie potrafili pokonać Roka Stojanovič, za tow 32. minucie krakowianie trzeci raz znaleźli sposób na golkipera gospodarzy. Tym razem na listę strzelców wpisał się Roman Rác, który był we właściwym miejscu o właściwym czasie i po pierwszej udanej interwencji Murray’a wpakował gumę do siatki. Pod koniec drugiej części Radosław Sawicki wyjechał sam na sam z bramkarzem GieKSy, ale był faulowany i po chwili wykonywał rzut karny, którego nie udało mu się zamienić na trafienie.
W trzecią tercję ponownie lepiej weszli krakowianie i za sprawą Jakuba Šaura trafili do siatki gospodarzy czwarty raz. Do 49. minuty na swoje pierwsze trafienie musieli czekać katowiczanie. Matias Lehtonen okazał się najprzytomniejszy pod krakowską bramką i zdołał umieścić krążek w siatce. W 57. minucie Hampus Olsson na raty pokonał Stojanoviča i znowu zrobiło się ciekawie, aż do 58. minuty, w której to Vojtěch Tomi trafił do pustej bramki, a całą zabawę zakończył Mateusz Michalski.
Turniej Finałowy Pucharu Polski. Oto sędziowie półfinałów
Poznaliśmy arbitrów, którzy poprowadzą półfinałowe starcia Turnieju Finałowego Pucharu Polski. Odbędą się one 28 i 29 grudnia i zostaną pokazane w TVP Sport.
Obsada śląskiegopółfinału nie budzi większych emocji. Poprowadzą go Michał Baca i Paweł Kosidło, którzy w tym sezonie ustrzegli się większych wpadek.
Starcie TAURON Re-Plast Unii Oświęcim z Comarch Cracovią poprowadzą Bartosz Kaczmarek i Tomasz Radzik, którzy nie mają u oświęcimskich kibiców zbyt wysokich notowań.
Półfinał (28.12.2022)
GKS Katowice – GKS Tychy
Sędziują: Michał Baca, Paweł Kosidło (główni) – Michał Gerne, Sławomir Szachniewicz.
Obserwator: Grzegorz Porzycki
Półfinał (29.12.2022)
TAURON Re-Plast Unia Oświęcim – Comarch Cracovia
Sędziują: Tomasz Radzik, Bartosz Kaczmarek (główni) – Andrzej Nenko, Mateusz Kucharewicz (liniowi).
Obserwator: Jacek Rokicki
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.
-
Hokej 1 tydzień temuTygodniowy przegląd mediów: W młodości siła!
-
Sponsorzy 6 dni temuPeszko o mundialu: “Trzeba tylko wstać rano!”. Miliony do zgarnięcia u naszego sponsora!
-
Piłka nożna 2 tygodnie temuSzymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
-
Sponsorzy 2 tygodnie temuMówią, że nie da się obejrzeć wszystkiego na tym turnieju?


Najnowsze komentarze