Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Ulala. Jeśli Chojniczanka i GKS mają tak grać, to widzimy się w Ekstraklasie! Media o meczu Chojniczanka – GKS

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Piłkarze GieKSy w po bardzo ciekawym widowisku zremisowali wczoraj z Chojniczanką 2:2. Mecz został rozegrany w Chojnicach. Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mass mediów, które wybraliśmy dla Was.

 
sportowefakty.wp.pl – Chojniczanka – GKS: hart ducha lidera. Remis w starciu na szczycie Nice I ligi

[…] Runda wiosenna nie mogła rozpocząć się lepiej dla zespołu Jerzego Brzęczka. Po 25 minutach prowadził na stadionie lidera 2:0 i mógł dyrygować wydarzeniami na boisku na własnych zasadach. Nie forsował tempa, a starał się starannie rozgrywać zgodnie z zasadą: im dłużej mamy piłkę, tym krócej ma ją przeciwnik.
[…] Jeszcze przed przerwą Chojniczanka zdobyła ważnego gola kontaktowego.
[…] Chojniczanka była bardziej mobilna w drugiej połowie spotkania, walczyła agresywnie o każdą piłkę, a GKS Katowice, który w pierwszej połowie kontrolował wydarzenia, wdał się w wymianę ciosów. Jej efektem było wyrównanie
[…] Z drugiej ławki rezerwowych wszedł Mikołaj Lebedyński i był najbliżej zdobycia gola w końcówce. Wychowanek Arkonii Szczecin przepchnął się blisko bramki Łukasza Budziłka i trafił w słupek. Centymetry zdecydowały o tym, że GKS Katowice wciąż ogląda plecy Chojniczanki w tabeli. Przede wszystkim powinien jednak żałować straty dwubramkowego prowadzenia.

 
katowickisport.pl – Wielkie widowisko i remis na szczycie. GieKSa wciąż wiceliderem

[…] Goście zaczęli doskonale, wykorzystując wszystkie swoje atuty. Z autu daleko w pole karne gospodarzy wrzucał Dawid Abramowicz (co owocowało zamieszaniem w „szesnastce”), wysoki pressing pozwalał zaś na wyprowadzanie szybkich kontr. Po jednej z nich Andreja Prokić bardzo łatwo „nawinął” Przemysława Pietruszkę i w sytuacji „jeden na jeden” z Łukaszem Budziłkiem posłał piłkę do jego siatki.
Gospodarze jeszcze się z szoku nie otrząsnęli, a już było 0:2! Marcin Biernat niefortunnie przecinał centrę do Prokicia, a Pietruszka piłkę skierowaną do siatki przez kolegę wybijał już zza linii bramowej. Lider zanotował drugi nokdaun!
Do nokautu było jednak – jak się okazało – daleko. Od 34 minuty Chojniczanka dostała wiatr w plecy. W 40 min – po serii podań miejscowych z pierwszej piłki – po strzale Jakuba Biskupa piłkę odbitą od słupka i… własnych nóg Mateusz Abramowicz zdołał wygarnąć, nim przekroczyła linię bramkową (choć chojniczanie mieli inne zdanie). 120 sekund później już wątpliwości nie było: Biernat zrehabilitował się za „samobója”, a golkiper GieKSy tym razem był z interwencją o ułamek sekundy spóźniony.
Gol kontaktowy – i to praktycznie „do szatni” – dodał liderowi animuszu. Przez 30 minut II połowy „gotowało się” pod katowicką bramką. Gościom wiele kłopotów sprawiały zwłaszcza stałe fragmenty gry w wykonaniu rywali – i w takich okolicznościach padło wyrównanie. Niepilnowany Wojciech Lisowski głową dograł piłkę „do młyna”, a tam najsprytniejszy okazał się Andrzej Rybski.
Ostatni kwadrans to wymiana ciosów na naprawdę wysokim poziomie… adrenaliny. W słupek z zerowego niemal kąta trafił Mikołaj Lebedyński, w odpowiedzi o centymetry pomylił się głową Piotr Kieruzel. Końcowy gwizdek z większą goryczą przyjęli chyba miejscowi. To oni przecież „dogonili” wynik i mieli więcej szans na zadanie decydującego ciosu. Remis jednak nie krzywdzi żadnej ze stron.

 
sportslaski.pl – Niesamowity mecz! GieKSa wypuściła wygraną z rąk…

Spotkanie lidera z wiceliderem nie zawiodło! Emocji było tyle, że można byłoby nimi obdzielić kilka meczów. Mimo że GKS Katowice prowadził już dwoma bramkami, to wraca na Górny Śląsk z tylko jednym punktem.
[…] Chojniczanka nie podłamała się dwubramkową stratą i dalej próbowała zaskoczyć katowiczan. Po raz kolejny Abramowicz musiał interweniować po uderzeniu Mikołajczaka. Po chwili gospodarze ponownie ruszyli i tym razem – ich zdaniem – zdobyli gola, jednak zdaniem sędziego piłka nie minęła linii całym obwodem po tym, jak najpierw odbiła się od słupka, a następnie od Abramowicza, który w tej sytuacji wykazał się sporym refleksem.
W następnej akcji… ponownie przydałoby się goal-line technology. Po rzucie wolnym piłka odbiła się od Biernata i chyba faktycznie całym obwodem minęła linię bramkową. Gol kontaktowy podziałał mobilizująco na podopiecznych trenera Piotra Gruszki, którzy w drugiej połowie mocno przycisnęli.
Sporo roboty miał Abramowicz, który raz za razem musiał ratować swój zespół – próbowali Paweł Zawistowski, Jacek Podgórski i Piotr Kieruzel. Gospodarze atakowali coraz mocniej i w końcu dopięli swego – po dośrodkowaniu z rzutu wolnego głową przed pole karne zgrał Wojciech Lisowski, a z pięciu metrów uderzył Andrzej Rybski. Gola zawaliła defensywa, której strzelec wyrównującej bramki całkowicie zniknął z radarów.
Remis nie zadowalał żadnej z drużyn – obie ekipy grały jak o życie i dążyły dostrzelenia trzeciej bramki. Budziłek zatrzymał strzał Abramowicza, a Mikołaj Lebedyński z niewielkiej odległości uderzył w słupek. Sytuacji – dla obu ekip – było naprawdę dużo, jednak więcej bramek już nie padło. Jedno jest pewne – mecz ten z całą pewnością będzie kandydował do miana najlepszego spotkania tego sezonu.
W dzisiejszym spotkaniu w drużynie GKS-u zadebiutowało dwóch zawodników. O ile Kamila Jóźwiaka można ocenić pozytywnie, ponieważ to on zagrał do Foszmańczyka przy golu na 1:0, tak Tomasz Wisio o swoim występie będzie chciał jak najszybciej zapomnieć. Popełnił kilka błędów, które mogły zakończyć się bramkami dla gospodarzy.

 
gol24.pl – Świetny mecz na szczycie w Chojnicach! GieKSa zaprzepaściła dwubramkową przewagę

[…] W meczu lidera z wiceliderem Nice 1 Ligi Chojniczanka Chojnice przegrywała na własnym boisku z GKS-em Katowice 0:2. Piłkarze Piotra Gruszki zdołali jednak doprowadzić do remisu. Spotkanie obfitowało w sytuacje podbramkowe. Kibice na stadionie w Chojnicach na brak emocji nie mogli narzekać. Przez większość pierwszej połowy przewaga na boisku utrzymywała się po stronie gości.
[…] W ich szeregach na szczególną pochwałę zasłużył Kamil Jóźwiak, który w pierwszej połowie doskonale sobie poczynał na lewym skrzydle. To właśnie po rajdzie tego zawodnika przyjezdni znaleźli się w idealnej sytuacji do wyjścia na prowadzenie – trzech zawodników GKS-u znalazło się przed bramkarzem Chojniczanki, którego asekurował zaledwie jeden obrońca. Katowiczanie nie zmarnowali tej stuprocentowej okazji i piłkę w siatce umieścił Andreja Prokić. Mimo straconej przez gospodarzy bramki, nadal dominującą stroną w tym spotkaniu był katowicki GKS.
[…] W pierwszej części drugiej połowy stroną dominującą byli gospodarze, jednak początkowo nie udawało im się przełożyć tego na zdobycz bramkową. Udało się to jednak później, kiedy gra się wyrównała. W 69. minucie po wrzutce spod końcowej linii akcję głową zamknął Andrzej Rybski, wywołując euforię wśród licznie zgromadzonych na Stadionie Miejskim w Chojnicach kibiców. Do końca meczu obie drużyny toczyły bardzo zaciętą walkę na boisku, lecz żadnej z nich nie udało się stworzyć na tyle dogodnej sytuacji, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Po jednym z najgroźniejszych ataków końcowej części spotkania w słupek trafił Mikołaj Lebedyński. Mecz lidera z wiceliderem zaplecza Lotto Ekstraklasy zakończył się podziałem punktów. Pojedynek ten potwierdził jednak, że obydwa te zespoły nadal aspirują do awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej.

 
weszlo.com – Ulala. Jeśli Chojniczanka i GKS mają tak grać, to widzimy się w Ekstraklasie!

[…] Napisalibyśmy, że ten mecz był reklamą goal line, ale byłoby to duże niedopowiedzenie. Bo przede wszystkim fantastyczna reklama pierwszej ligi. Ile tu się działo… Całą pierwszą połowę generalnie dominował GKS i już powoli zaczynaliśmy pisać o tym, że w Chojniczach – mimo szumnych zapowiedzi – spalili się, gdy trzeba było zaliczyć pierwszy wiosenny krok do awansu. Prokić szybko otworzył wynik po szybkiej kontrze (Chojniczanka wracała jakby chciała, a nie mogła) i katowiczanie mogli włożyć jeszcze ze dwie bramki po autach czy rogach. Gospodarze przez większość pierwszej części stanowiła marnej jakości tło.
Ale potem przyszła druga połowa, a w niej… zupełna wymiana ról. Impuls do takiego stanu rzeczy dała bez wątpienia bramka strzelona do szatni. Chojniczanka cisnęła w zasadzie przez cały czas, aż w końcu wycisnęła wyrównanie. Trochę pomógł jej w tym GKS – to w sumie spore frajerstwo, gdy piłkarz gra przez pół boiska z wolnego na długi słupek, a tam nikt nie pilnuje jego kolegi. Tak było w tym przypadku – Lisowski zgrał na głowę do Rybskiego, było 2:2. Chojniczanka czuła krew i cisnęła do końca, ale jak nie Abramowicz wyciągnał się jak struna i wyjął strzał Podgórskiego, to Biernat z pięciu metrów strzelił na porównywalną wysokość czy Kieruzel z czystej pozycji główkowej strzelił nad poprzeczką. Działo się do samego końca, przebudził się na moment nawet GKS, gdy Lebedyński mógł jakimś cudem wcisnąć piłkę stojąc w tłoku (trafił w słupek).
Pod kątem ekstraklasowej jakości i jedni, i drudzy zdali dziś egzamin. Pod kątem ekstraklasowych emocji – było aż za dobrze. Jeśli macie zamiar grać tak zawsze – zapraszamy państwa do elity.

3 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

3 komentarze

  1. Avatar photo

    siVVy

    5 marca 2017 at 09:59

    Panowie jak już mowiłem po co takiego Wisio do skladu Motała z Brzeczkiem ściągali jak on lata świetnośći ma już dawno za soba ! nie ma utalentowanych piłkarzy ? żadnych ! ? nooo porażka za tą decyzje może jeszcze dadzą rade coś wypożyczyć licze na to ! Jakiegoś obrońce zwinnego szybkiego i nieodpuszczającego !!!

  2. Avatar photo

    PAKEr

    5 marca 2017 at 10:32

    Przecież Jóźwiak to świetny transfer! Miał duży udział przy pierwszej bramce Prokicia!

  3. Avatar photo

    KruchA GruchA

    5 marca 2017 at 11:17

    trzeba pokonac 100mil i widzimy sie na Ludowym !

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga