Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: Liga Mistrzów. Szkoła życia
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Ekstraliga ze względu na zgrupowanie kadry pauzuje. Kolejna runda spotkań zostanie rozegrana 15-16 października. Nasza drużyna zmierzy się w Katowicach ze Sportową Czwórką Radom. Piłkarze wygrali w ramach trzynastej kolejki spotkań z Chrobrym Głogów 1:0. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Męska drużyna kolejne spotkanie rozegra na wyjeździe w Niepołomicach z Puszczą. Mecz zostanie rozegrany w najbliższą sobotę, o godzinie 15:00.
Drużyna siatkarzy rozpoczęła rozgrywki ligowe w sezonie 2022/23. W ubiegłym tygodniu drużyna rozegrała dwa spotkania, pierwsze z nich wygrała 3:0 z Projektem Warszawa. Drugie tym razem na wyjeździe w Olsztynie z AZS-em, przegrała 0:3. Następne spotkanie ligowe siatkarze zagrają z ukraińską drużyną VC Barkom Każany Lwów. Początek meczu w niedzielę (16.10) o 17:30 w hali w Szopienicach.
W minionym tygodniu hokeiści rozegrali dwa spotkania – niestety oba przegrane. We wtorek w CHL z Fehérvár AV19 (2:4), w niedzielę na wyjeździe z Unią Oświęcim (2:6). W bieżącym tygodniu drużyna zagra rewanż z Fehérvár AV19 (12.10 o godz. 18), następnie spotkania domowe z JKH GKS Jastrzębiem (w piątek, 14.10, o godz. 18:30) i w niedzielę (16.10 o godz. 17) z GKS-em Tychy.
PIŁKA NOŻNA
sportdziennik.com – Rogala po setce
Lewy obrońca ma za sobą okrągłe sto występów w barwach drużyny z Bukowej. Większą liczbą spośród obecnej kadry mogą pochwalić się jedynie dwaj zawodnicy.
To zawsze godny odnotowania jubileusz. Przy okazji sobotniego meczu ze Skrą Częstochowa w Bełchatowie, Grzegorz Rogala zaliczył swój setny oficjalny występ w GieKSie.
– Jestem z tego powodu bardzo zadowolony i dumny. Nie każdy piłkarz ma możliwość rozegrania stu meczów w barwach takiego klubu. Pozostaje mi tylko dalej pracować, by regularnie wychodzić na boisko. Zaczynam drugą setkę – mówi Rogala. Jubileusz okazał się udany, bo katowiczanie wygrali ze Skrą do zera, dlatego on jako nominalny obrońca mógł cieszyć się z wywiązania ze swoich obowiązków.
Lewy defensor, który w przyszłym tygodniu skończy 27 lat, gra w GKS-ie już czwarty sezon. Trafił tu latem 2019, gdy po spadku przy Bukowej budowano zespół na drugą ligę. Nie od razu został jednak zakontraktowany. Sięgnięto po niego, gdy podczas ostatniego wieczoru na zgrupowaniu w Kamieniu „zasiedzieli” się czterej zawodnicy, Mateusz Kamiński, Adrian Frańczak, Mateusz Mączyński i Bartłomiej Poczobut. Klub rozwiązał z nimi umowy, w kadrze zrobiło się kilka luk. Wtedy właśnie sięgnięto m.in. po Rogalę, będącego po trzech sezonach rozegranych na poziomie drugiej ligi w barwach Błękitnych Stargard, czyli klubu z rodzinnej miejscowości, którego jest wychowankiem. W Katowicach szybko wypracował sobie mocną pozycję.
– Trafiłem do GieKSy z klubu z nieco niższej półki. Każdy wie, jakie jest miejsce GKS-u w polskiej piłce. Jestem bardzo zadowolony z postępu, jaki poczyniłem w Katowicach. Ważniejsze były jednak dla mnie wyniki zespołu. Awans do pierwszej ligi, a teraz walka w górnej części tabeli pokazuje, że zmierzamy w dobrą stronę – przekonuje lewy defensor, który wcześniej grał nie tylko w Błękitnych, ale też rezerwach Lecha Poznań czy II-ligowym wówczas Rakowie Częstochowa.
Dłużej od niego grają w GieKSie jedynie trzej zawodnicy: Arkadiusz Jędrych, Adrian Błąd i Patryk Szwedzik. Równie długo – Grzegorz Janiszewski, Zbigniew Wojciechowski i Marcin Urynowicz, przy czym akurat żaden z tej trójki nie dobił jeszcze do granicy 100 rozegranych meczów (Janiszewski ma 66, Wojciechowski – 87, Urynowicz – 94). W przypadku Rogali składa się na to 95 meczów ligowych, 1 barażowy i 4 w Pucharze Polski. Zaliczył 9 asyst, ujrzał 8 żółtych kartek, strzelił 3 gole. Tego ostatniego – jeszcze w II lidze, w marcu 2021, podczas wygranego spotkania w Siedlcach. Trafieniem mógł uczcić swój sobotni jubileusz, po akcji Adriana Błąda i interwencji bramkarza Skry Jakuba Bursztyna trafił w boczną siatkę.
– Próbowałem uderzyć po krótkim słupku, jednak bramkarz Skry dobrze zamknął mi miejsce. Przed nami kolejne mecze i wierzę, że ta bramka w pierwszej lidze w końcu nadejdzie, bo cały czas na nią czekam – przyznaje Rogala.
W tym sezonie gra od deski do deski – w lidze nie opuścił jeszcze ani minuty, został jedynie zdjęty z boiska na 6 ostatnich minut w spotkaniu Pucharu Polski z III-ligowymi rezerwami Pogoni Szczecin. Tak naprawdę 26-latek nie ma dziś pełnowartościowego zmiennika na lewym wahadle. Mogą grać tam Dominik Brzozowski czy Marcin Wasielewski, ale obaj są prawonożni. Trener Rafał Górak próbował takiego wariantu w niedawnym sparingu z Sandecją Nowy Sącz (1:1), Rogalę ustawiając z kolei w trójce środkowych obrońców. Potrzebny jest jednak na boku. O ile w poprzednim sezonie zagrał tylko w 20 z 34 kolejek, o tyle zarówno wcześniej w II lidze, jak i teraz, jego pozycja jest niepodważalna, dlatego w jutrzejszym meczu z Chrobrym Głogów powinien rozpocząć drugą setkę.
– W poprzednim sezonie rywalizacja z Chrobrym różnie się dla nas układała, ale cel zawsze jest taki sam, czyli zdobycie 3 punktów na własnym boisku – deklaruje Rogala. Kontrakt z GieKSą, podpisany w styczniu 2021, obowiązuje go do końca czerwca i zawiera opcję prolongaty o 12 miesięcy.
100 MECZÓW w barwach GKS-u rozegrał Grzegorz Rogala (173 ma Adrian Błąd, 133 – Arkadiusz Jędrych).
SIATKÓWKA
siatka.org – GKS Katowice z kompletem punktów w meczu z Projektem Warszawa
Drużyny GKS Katowice i Projektu Warszawa rozegrały między sobą mecz w ramach drugiej kolejki. W pierwszej serii zmagań obie ekipy solidarnie przegrały swoje spotkania w stosunku 0:3. W tym starciu lepsi okazali się siatkarze ze stolicy Górnego Śląska, którzy wygrali całe spotkanie 3:1. Było to ich pierwsze zwycięstwo w obecnych rozgrywkach, ekipa ze stolicy doznała drugiej porażki.
Po skutecznej kontrze w wykonaniu Jakuba Szymańskiego oraz dobrym bloku Georgi Seganowa katowiczanie prowadzili 4:1. Dobrze rozpoczął zwłaszcza Szymański, który na lewej flance był nie do zatrzymania. Jedynym ich mankamentem była spora liczba zepsutych zagrywek, dzięki czemu nie dawali sobie szansy na zwiększenie przewagi. Na dodatek przestrzelił Jakub Jarosz i dystans zmalał do punktu (11:12). Błędami własnymi roztrwonili całą swoją przewagę i musieli rozpocząć budowanie jej od nowa. To już nie było takie łatwe, gdyż warszawianie po słabym początku zaczęli punktować po swoich akcjach. Dopiero Szymański swoim zagraniem sprawił, że gracze Gieksy mieli dwa ,,oczka” więcej, dzięki czemu wszystko miało rozstrzygać się w samej końcówce. Goście cały czas świetnie bronili się blokiem, gdyż w przeciwnym przypadku przegrywaliby znacznie wyżej. Po autowym ataku Igora Grobelnego zrobiło się 20:23. Jak się później okazało do końca premierowej odsłony spotkania nic się już nie zmieniło i po zagraniu Jarosza miejscowi wygrali do 22.
Katowiczanie poszli za ciosem i po ustawieniu skutecznego bloku przez Jakuba Jarosza prowadzili 4:2. Szybko jednak je roztrwonili, gdyż asa serwisowego posłał Kamil Baranek, a Jarosz swój atak przestrzelił (4:5). Przyjezdni prowadzili nawet dwoma ,,oczkami”, ale po raz kolejny Jakub Szymański skończył posłaną do niego piłkę, czym doprowadził do wyrównania. Gracze Projektu uciekli przy zagrywce Linusa Webera. Zawodnik ten najpierw posłał dwa asy serwisowe, a następnie po jego zagrywce piłka przeszła na drugą stronę siatki, co wykorzystał Igor Grobelny (15:11). Katowiczanie mieli ogromne problemy w przyjęciu, a Niemiec na zagrywce nie zwalniał ręki i posłał kolejną punktową zagrywkę. Po wykorzystaniu przechodzącej piłki przez Gonzalo Quirogę miejscowi zmniejszyli straty do trzech ,,oczek”, a po autowym uderzeniu Baranka nawiązali kontakt punktowy. Jednak w tym momencie Piotr Nowakowski dwukrotnie powstrzymał ich blokiem i sytuacja powróciła do tej sprzed chwili. Drugą część spotkania zakończył Baranek, dzięki czemu podopieczni Roberto Santilliego doprowadzili do wyrównania.
Trzy pierwsze punkty trzeciej części meczu padły łupem siatkarzy GKS-u. Duża w tym zasługa Jakuba Jarosza, który posyłał zagrywki nie do przyjęcia. Dodatkowo Kamil Baranek zaatakował po antence, a przyjęcie na drugą stronę siatki wykorzystał Jakub Szymański i trener Santilli poprosił o czas (7:2). Gra jego podopiecznych całkowicie się załamała i nie funkcjonowali w żadnym siatkarskim elemencie. Po kiwce Igora Grobelnego w aut było już 3:9. Wysokie prowadzenie miejscowych utrzymywało się przez dłuższy czas i dopiero po bloku Jana Firleja oraz zagraniu Mateusza Janikowskiego gracze ze stolicy zmniejszyli nieco różnicę (10:15). Niemniej stan taki nie utrzymał się długo, gdyż w dalszym ciągu warszawianie mieli problemy w ofensywie. W tym secie bardzo widoczny był Jakub Jarosz, który udowadniał, że jest prawdziwym liderem swojego zespołu. Całego seta zakończył Gonzalo Quiroga punktową zagrywką. Licznik przyjezdnych zatrzymał się na 16 ,,oczkach”.
Katowiczanie, mimo iż przegrywali 0:2, szybko nie tylko doprowadzili do wyrównania, ale wyszli na prowadzenie. Stało się tak, gdyż ich rywale nie kończyli swoich ataków, a gospodarze nadarzające się kontrataki potrafili wykorzystać. Po krótkiej zagranej z Piotrem Hainem na tablicy wyników było już 7:4. Miejscowi zwiększyli dystans, gdy Jarosz wykorzystał kolejną nadarzającą się kontrę. Po stronie przyjezdnych najlepszym zawodnikiem był Linus Weber i to jego zagranie dawało jeszcze nadzieję jego ekipie na skuteczną pogoń. Udało im się to po zagraniu Igora Grobelnego, kiedy zrobiło się po 10. Wynik remisowy nie utrzymywał się długo, gdyż Jarosz posłał asa serwisowego, a dodatkowo powstrzymany został Weber (12:16). Każda próba zbliżenia się graczy Projektu była natychmiast niwelowana, dlatego czteropunktowa przewaga utrzymywała się przez dłuższy czas. Błędy własne gości także im nie pomagały. Po zagraniu blok-aut Jarosza gracze GKS-u mieli aż pięć meczboli. Wykorzystali już pierwszego, gdy Weber zaatakował w aut. Tym samym podopieczni Grzegorza Słabego odnieśli pierwsze zwycięstwo w lidze, a ich przeciwnicy zanotowali drugą porażkę.
MVP: Jakub Jarosz
GKS Katowice – Projekt Warszawa 3:1 (25:22, 20:25, 25:16, 25:19)
sportdzienniki.com – GieKSa wróciła z Olsztyna na tarczy
Katowiczanie w pierwszym secie roztrwonili wysoką przewagę i w efekcie do zera przegrali z Indykpolem AZS Olsztyn. Gospodarzy do sukcesu poprowadził Karol Butryn.
Katowiczanie w starciu z Indykpolem AZS nie stali na straconej pozycji. W poprzednich spotkaniach z Jastrzębskim Węglem (0:3) i Projektem Warszawa (3:1) pokazali, że są dobrze przygotowani do sezonu i powinni się liczyć w walce o play-ff. Gracze ze stolicy Warmii i Mazur natomiast dwa pierwsze mecze przegrali, ale grali z mistrzem i wicemistrzem kraju, czyli Grupą Azoty ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle oraz Jastrzębskim Węglem.
Przyjezdni zaczęli z dużym rozmachem. Od początku prowadzili. W końcówce mieli nawet sześć punktów więcej od rywali (22:16). Wydawało się, że nic im nie jest w stanie zabrać wygranej. I wtedy zaczął się dramat. Katowiczanie nagle stanęli. Ich katem okazał się były gracz GieKSy Karol Butryn. Atakujący najpierw popisał się potężnym atakiem, a następnie serią zagrywek. Nie wszystkie były punktowe, ale były na tyle trudne, że ani Gonzalo Guiroga, ani Jakub Szymański nie byli w stanie dokładnie dograć piłki do rozgrywającego. Serię punktową gospodarzy przerwał dopiero Szymański. Olsztynianie poszli jednak za ciosem. Po dramatycznej końcówce zdołali złamać opór rywali. Decydujący punkt wywalczyli po błędzie Szymańskiego, który nie utrzymał piłki po zagrywce drugiego z bohaterów Indykpolu AZS Moritza Karlitzka.
W każdym kolejnym secie przewaga miejscowych była większa. W drugim kluczowe okazały się zagrywki i ataki Butryna. To głównie dzięki niemu ze stanu 12:12, olsztynianie wygrywali 19:15. Z kolei w trzeciej odsłonie serią asów serwisowych popisał się Karlitzek. Indykpol AZS wygrywał 6:0, od razu stawiając gości w bardzo trudnej sytuacji. Stać ich było jedynie na zmniejszenie strat (12:15).
Indykpol AZS Olsztyn – GKS Katowice 3:0 (28:26, 25:19, 25:21)
HOKEJ
sportdziennik.com – Liga Mistrzów. Szkoła życia
Mistrzowie Polski dzielnie walczyli, ale nie zdołali zdobyć punktów z Fehervarem. Gra w hokejowej LM to dla naszych drużyn prawdziwa szkoła życia i… przeżycia. Hokeiści GKS-u Katowice w 5. występie podejmowali węgierski Fehervar AV 19, który na co dzień gra w Ice HL. I od razu było widać różnice dotyczące poziomów, na których rywalizują. Katowicka ekipa takie mecze w takim tempie rozgrywa od święta, zaś goście mają w każdej kolejce ligowej. Iskry leciały, ale ostatecznie goście cieszyli się z kompletu punktów. Gospodarzom nie można odmówić ambicji, ale ciut, ciut zabrakło do pełni szczęścia.
Polak – Madziar dwa bratanki, ale przyjaźń będzie tylko na trybunach, bo na tafli będzie twarda walka – tak mówił przed meczem trener gospodarzy, Jacek Płachta. – Z GKS-em mam pewne rachunki do wyrównania, bo gdy prowadziłem zespół z Oświęcimia, przegrałem w ćwierćfinale play offu. Tak więc teraz nie mogę się doczekać, by zrewanżować się rywalom – stwierdził trener przyjezdnych, [Kevin Constantin].
Pod nieobecność dwóch czołowych napastników: Grzegorza Pasiuta i Patryka Krężołka trenerzy dokonali roszad w formacjach. Węgierski zespół rozpoczął z impetem i John Murray od pierwszych chwil miał sporo pracy. W 5 min uchronił zespół przed stratą gola, bo Istav Bartelis z bliskiej odległości nie zdołał go pokonać. W rewanżu wyśmienitą sytuację zmarnował Joona Monto, który zwiódł Oliviera Roya i dwa razy nie trafił niemal do pustej bramki. Gola nie strzelisz to gola dostaniesz – takie powiedzenie funkcjonuje w środowisku i znalazło potwierdzenie w tej potyczce. W 8 min goście bezkarnie wjechali do tercji GKS-u i Janos Hari pokonał Murraya. Goście byli w ciągłym natarciu i szukali kolejnych szans na podwyższenie rezultatu. W 16 min Natan Vertes miał dogodną sytuację, ale krążek został zatrzymany przez Murraya. Przyjezdni mieli przewagę i uwidoczniło się to w strzałach celnych 5-13. W tej sytuacji hokeiści GKS-u powinni się cieszyć, że stracili tylko jednego gola.
A w kolejnej odsłonie wiele się działo i zobaczyliśmy aż 4 gole. Goście przyśpieszyli tempo akcji i zaczęły się mnożyć błędy gospodarzy. Najpierw Brett Findlay wykorzystał pierwszą z podwójnej kary Mateusza Bepierszcza, a potem Akos Mihaly podwyższył na 3:0, wykorzystując błąd w ustawieniu. W szeregach gospodarzy zrobiło się nerwowo i atmosfera udzieliła się przede wszystkim Murrayowi. Reprezentacji golkiper 2 razy otrzymał karę mniejszą i było gorąco.
Gdy Pulkkinen zmniejszył straty była nadzieja na następne trafienia. Jednak na kolejne musieliśmy czekać do 40 min, kiedy to Bartosz Fraszko w osłabieniu po brawurowej akcji umieścił krążek w siatce. Kibice mieli nadzieję na korzystny rezultat. Na lód wyjechała rolba, by udoskonalić taflę, ale zepsuła się. Po kilku minutach ruszyła i uniknęliśmy kompromitacji.
Goście już na początku 3. tercji chcieli rozstrzygnąć losy tej potyczki. Ruszyli z impetem na bramkę GKS-u. Jednak napór trwał krótko i, co najważniejsze, nie było bramek. Gospodarze nie mieli nic do stracenia i ambitnie ruszyli do przodu, szukając swojej szansy. Gdy 45 min do boksu kar powędrował po raz drugi Daniel Szabo, była okazja doprowadzić do remisu. Kilka akcji w tej przewadze było dobrze rozegranych, ale krążek nie wpadł do siatki. A potem rozgorzał twardy bój i na tafli mocno iskrzyło. Jedni i drudzy wyciskali ostatnie soki spod wątroby, by uzyskać korzystny rezultat. W 51 min Murray interweniował w nadzwyczajnych okolicznościach i uratował GKS przed stratą gola. Ambitna gra gospodarzy nie została nagrodzona golem. Na 45 sek. przed końcem trener Płachta poprosił o czas i rozrysował akcję z wycofaniem bramkarza. I tak też się stało, ale na 4 sek. przed końcem Hari z dystansu trafił do pustej bramki.
Nieoczekiwany zwrot
Obrońcy tytułu mistrzowskiego do pewnego czasu mieli wszystko pod kontrolą, ale potem wszystko się rozsypało jak z domek z kart.
Drugie spotkanie pomiędzy Re-Plastem Unią i GKS-em Katowice w Oświęcimiu i tym razem wynik był odwrotny. W pierwszym obrońcy tytułu mistrzowskiego prezentowali dojrzałą grę i wygrali 4:1. W rewanżu było już znacznie gorzej, bowiem po 2. tercji gra gości się „rozsypała” i rezulatacie wyraźnie przegrali. Teraz trzeba będzie czekać na kolejną potyczkę już w „Satelicie”.
Hokeiści GKS-u przystąpili do meczu w Oświęcimiu już w pełnym składzie, bowiem Grzegorz Pasiut uporał się z chorobą, zaś Patryk Krężołek z kontuzją barku. Trener Jacek Płachta dokonał drobnych zmian w poszczególnych formacjach, ale to zrozumiałe skoro wróciły 2. ważne postacie tej drużyny. Natomiast gospodarze występują bez kontuzjowanego szwedzkiego golkipera Linusa Lundina. Jednak gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że zastępujący go Robert Kowalówka spisuje się więcej niż poprawnie.
Obie drużyny od początku nie zamierzały się oszczędzać i szukały swojej szansy w przemyślanych atakach. Było kilka spięć podbramkowych i Teddy Da Costa miał okazję zmienić rezultat. Z drugiej strony Mateusz Bepierszcz i Joona Monto mieli okazję otworzyć wynik tej potyczki. Jednak najmłodszy z braci Kowalówków zachował czyste konto. Jednak w 14 min Bartosz Fraszko, znajdujący się od początku sezonu w znakomitej formie, otrzymał krążek z własnej tercji do środkowej strefy i pomknął w stronę bramki.
„Fracho”, mimo asysty 2. obrońców, odjechał od nich i wyszedł sam na sam z bramkarzem. I nie dał mu najsmniejszcyh szans, posyłając go do siatki. Słowa uznania dla strzelca, ale również brawa dla autora podania – Brandona Magee. Gościę grali rozważnie i stworzyli więcej sytucji podbramkowych, ale wszystko skończyło się na jednym trafieniu.
Gdy Patryk Wajda precyzyjnym uderzeniem w „okienko” zdobył 2. gola dla GKS-u wydawało się, że goście opanowali sytuację. Nic z tego! Od tego momentu zaczęły się problemy gości. Mimo kilku dobrych sytuacji nie zdołali pokonać bramkarza Unii, ale stracili 2. bramki w krótkim odstępie czasowym. Najpierw Aleksandrs Jerofiejews zaskoczył Johna Murraya uderzeniem z niebieskiej linii, a potem Aleks Szczechura umieścił krążek w siatce. To nie było koniec nieszczęść goście. Na 24 sek. przed końcem 2. odsłony Krystina Dziubiński znalazł się w sytuacji sam na sam i takie sytuacje zwyczajowo wykorzystuje. Tak też się stało!
I karta odwróciła się na korzyść gospodarzy, którzy osiągnęli przewagę i uwidocznili ją zdobytymi golami. 2 zdobyli liczebnej przewadze, zaś Peter Bezuszka zaskoczył Murraya uderzeniem z daleka. Końcowe fragmenty były mało ciekawe, bo gospodarze wędrowali do boksu kar, ale przyjezdni nie potrafili tego wykorzystać. Tym razem gospodarze byli góra i rywalizacja między tymi drużynami zapowiada się ciekawie.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Piłka nożna
Post scriptum do Rakowa i Lecha
Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.
1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.
2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.
3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.
4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.
5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.
6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.
7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.
8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.
9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.
10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.
11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.
12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.
13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.
14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.
15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.
16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.
17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.
18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.
19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.
20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.
21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.
22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.
23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.
24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.
25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.
26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.
27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.
28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.
29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.
—–
30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.
31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.
32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.
33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.
34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.
35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.
36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.
37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.
38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.
39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.
40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.
41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.
42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.
43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.
44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.
45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.
46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.
47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.
48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.
49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.
50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.
51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.
52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.
53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.
54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.
55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.
56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.
57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.
58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.
59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.
60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.
61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.



































































Najnowsze komentarze