Wywiady
Prezes Wojciech Cygan o… wszystkim – wywiad-rzeka
W środę spotkaliśmy się z prezesem GKS Katowice – Wojciechem Cyganem. W trwającym dwie i pół godziny wywiadzie poruszyliśmy praktycznie wszystkie nurtujące nas i kibiców kwestie. Rozmawialiśmy o zakończonym sezonie, decyzjach dotyczących trenerów Moskala, Skowronka i Piekarczyka, przyczynach rozstań z zawodnikami oraz perspektywami na nadchodzący sezon. Mówiliśmy też o zawiłych kwestiach transferowych, poruszyliśmy tematy organizacyjne, a także pytaliśmy prezesa o krytykę pod jego adresem ze strony kibiców. Początkowo planowaliśmy podzielenie tego wywiadu na trzy części, ale stwierdziliśmy, że poruszane sprawy – w tym wywiadzie-rzece – są na tyle kluczowe, że będziecie je czytać z zainteresowaniem, ciekawością i dotrwacie dzielnie do końca. Zapraszamy serdecznie to lektury tej ciekawej rozmowy!
Spotykamy się niespełna dwa tygodnie po zakończeniu rozgrywek pierwszej ligi. Na początek – wzorem swobodnych wypowiedzi trenerów na konferencjach prasowych – prosimy cię o podsumowanie minionego sezonu.
Zakończony sezon był o tyle specyficzny, że nikt pewnie nie spodziewał się, że tak się zakończy. W momencie gdy podpisywaliśmy umowę z trenerem Moskalem, byłem przekonany, że za rok dalej będziemy rozmawiać właśnie o trenerze Moskalu. W międzyczasie jednak nastąpiły zmiany na stanowisku szkoleniowca. Patrząc od strony stricte sportowej sezon był słaby lub nawet bardzo słaby, natomiast nie był to okres całkowicie stracony, bo udało się wiele innych rzeczy popchnąć do przodu. Zdaję sobie sprawę, że kibice patrzą na funkcjonowanie klubu poprzez pryzmat wyniku sportowego i ja to rozumiem, bo to jest klub sportowy, a nie spółka zajmująca się marketingiem i reklamą. Udało się nam jednak zejść z zadłużenia, przekonać miasto do „przyspieszenia” spłaty zadłużenia – co jest bardzo ważne, bo odbija się na wszystkich działkach funkcjonowania klubu. Głęboko wierzę, że ta sportowa część pozwoli wyciągnąć prawidłowe wnioski. Piłka nożna – jak obserwuję tę dyscyplinę od pięciu lat z wnętrza klubu – nie jest prosta i łatwa jak w Football Managerze, gdzie trzeba tego zatrudnić, tego zwolnić, wziąć takiego czy innego trenera i wydaje się to takie banalne. My wewnątrz klubu wiemy, dlaczego podjęliśmy taką czy inną decyzję, ale nie zawsze możemy to wprost powiedzieć.
Cofnijmy się do poprzedniego sezonu. Na konferencji prasowej w Gdyni po meczu z Arką do dymisji podał się trener Moskal. Szkoleniowiec wówczas powiedział wprost, że zawodnicy nie spełniają założeń i potrzebny jest wstrząs. Co się stało, że jednak pozostał na stanowisku?
To była bardzo specyficzna sytuacja, bo po tym oświadczeniu trenera Moskala akurat złożyło się tak, że wracaliśmy wszyscy razem autokarem, bo nasz samochód się zepsuł. W tym czasie wiele słyszałem, zawodnicy komentowali tę decyzje trenera. Następnego dnia było rozbieganie, a my z Marcinem Janickim mieliśmy „gorące telefony”. Długo rozmawialiśmy na temat tego, jaką decyzję podjąć w związku z oświadczeniem trenera Moskala. Zgodnie ustaliliśmy, że dalej wierzymy w trenera i w to, że jest w stanie zbudować zespół na następny sezon, bo poprzedni można już było uznać za stracony, a rewolucja w przerwie międzysezonowej dotknie zawodników. I tak też się stało, bo odeszli zawodnicy nazwani przez kibiców „hamulcowymi”, ale także ci, którzy dłużej byli w klubie, jak Adrian Napierała, z którym byłem mocno związany, bo znaliśmy się chyba najdłużej. Uznaliśmy, że takie wietrzenie szatni ma sens i z perspektywy czasu uważam, że nie był to błąd, ale błędem były kolejne nazwiska, które tę szatnię miały zapełnić. W większości zawodnicy, których ściągnęliśmy nie podołali zadaniu i to była podstawowa kwestia, bo pewnie gdyby ci nowi spełnili swoje zadania, to dzisiaj rozmawialibyśmy w zupełnie innej atmosferze. Nie rozmawialibyśmy też o tych zawodnikach w czasie przeszłym – jak na przykład o Bodzionym, Ceglarzu, Nawrocie czy Kujawie. Wydawało się, że jak na tamten czas pozyskujemy zawodników, którzy na dłużej zagrają w GKS i będą stanowić o sile tego zespołu. Faktycznie tamto okno transferowe w sferze in minus – czyli odejścia – broni się, natomiast w sferze przyjść – nie broni się.
Zawodnicy, którzy do nas przyszli to nie byli jacyś emeryci z ekstraklasy, tylko doświadczeni pierwszoligowcy, znający specyfikę tej ligi. Czy to byli rzeczywiście piłkarze, których na pierwszym miejscu chciał trener Moskal czy może jednak zadowoliliśmy się resztkami z rynku transferowego?
Myślę, że trener potwierdziłby, że w dużym stopniu spełniliśmy jego listę i to przy obowiązującym nas zakazie transferowym. Rozmawialiśmy jeszcze o Emilu Drozdowiczu, który na liście napastników był przed Rafałem Kujawą. Niestety nie było wtedy możliwości ściągnięcia Emila. Pozostali zawodnicy jednak, jak Łukasz Pielorz czy Piotrek Ceglarz to były osoby, które trener Moskal chciał mieć w zespole. Doszliśmy do wniosku, że mogą to być istotne wzmocnienia. Jak to się skończyło każdy widzi i może ocenić.
Nadzieje przed sezonem były rozbudzone, do tego pierwszy mecz udało się spektakularnie wygrać z Widzewem, bo po karnym w ostatniej minucie. Potem jednak przyszły trzy porażki – z Miedzią, Chrobrym w Pucharze Polski oraz Niecieczą, co spowodowało wizytę kibiców pod szatnią. Co wtedy sobie myślałeś, czy miałeś na przykład odczucie, że cierpliwość kibiców wyczerpała się zbyt wcześnie?
Pięć lat w GKS nauczyły mnie, że trzeba się spodziewać wszystkiego. To nie było też tak, że nie byliśmy przygotowani, bo pamiętam, że pod drugiej bramce dla Niecieczy słychać było, że prowadzący doping nawołuje kibiców do tego, żeby podeszli pod szatnię, w związku z czym mieliśmy te kilkanaście czy kilkadziesiąt minut, żeby się przygotować. Natomiast pamiętam moje wejście do szatni, gdy kibice już pod nią byli, i to przerażenie niektórych – pytania, co robimy? No nic, co mamy robić, ubierajcie się i idziemy – przecież lepiej wyjść i w sposób cywilizowany porozmawiać niż gdzieś tam się chować. W Katowicach niestety nie ma czegoś takiego jak cierpliwość i tej cierpliwości się nigdy nie zazna. To jest cecha, która – powtórzę jeszcze raz niestety – jest cechą obcą lub zapomnianą na Bukowej, choć rozumiem, że ktoś x lat oczekuje tego wyniku, bo my tak samo go oczekujemy. Najbardziej bolące mnie i świadczące o braku zrozumienia co się dzieje w GKS, są opinie mówiące o tym, że ktoś nam kazał nie awansować, że zarząd lub Miasto nie chcą awansu. Nie dopuszczam możliwości, żeby ktoś przyszedł do mnie na przykład z Miasta i powiedział – panie prezesie, niech pan nie awansuje w tym sezonie. Wspominałem o Football Managerze, który ma to do siebie, że można się wylogować i iść na piwo. Z piłki nożnej, czy w tym przypadku z GKS nie można się wylogować i jeśli się jest w zarządzie, jest się za coś odpowiedzialnym, to nie można mieć nastawienia „dobra to teraz przez dwa tygodnie mnie nie ma, niech się tam pali i wali”. Naprawdę kilka osób takich jak np. Marcin Janicki poświęciło dużo zdrowia po to, żeby ten klub funkcjonował. Chciałbym zobaczyć twarze tych osób, które mówią „tego zwolnić, tego wyrzucić”, a trzeba sobie przypomnieć, jak GieKSa miała przeszło 10 milionów długu i te wartości rosły, była kwestia odpowiedzialności finansowej członków zarządu i udało mi się przekonać Marcina, żeby tę współodpowiedzialność ze mną wziął. To nie są wcale łatwe decyzje, bieżące kwestie to coś innego niż gra komputerowa. Ja mam bardzo rzadko wolne od GKS, a to tak naprawdę i tak nie jest wolne, bo telefon cały czas dzwoni, decyzje trzeba podejmować i ogrom pracy włożyć, żeby to wszystko funkcjonowało.
Kibice mają spore wątpliwości co do tego, czy piłkarze chcieli w tych sezonach awansować.
To jest popularne stwierdzenie, że piłkarze nie chcą awansować – i nie chodzi nawet o GKS, tylko ogólnie. Ile razy się mówiło, że np. Nieciecza nie chce awansować. Generalnie ocena jest taka, że piłkarze to jest grupa społeczna, która nie chce awansować. Co roku jednak kilka tych drużyn awansuje, więc w niektórych klubach piłkarze są w stanie się „poświęcić” i wywalczyć promocję. A mówiąc na poważnie, to piłkarze też wiedzą, o co grają. Od kiedy sytuacja GKS jest stabilniejsza, zawodnicy doskonale wiedzą, co mogą zyskać. Nie mówię tutaj nawet o pewności kontraktów, czyli pozostaniu zawodników w przypadku awansu (a nie, że awansujemy i wyrzucamy wszystkich), ale mówimy też o premiach, całkiem niemałych. Jeśli ktoś odrzuca możliwość wzięcia takich pieniędzy to klasyfikowałbym go niezbyt wysoko pod względem intelektualnym. Po części taka osoba byłaby samobójcą, bo przecież mają żony, dzieci – mówię o tych starszych zawodnikach. Młodzi mają trochę inną motywację – chcą się pokazać, zaistnieć w piłce. Wracając do tych starszych, to oni też przecież zdają sobie sprawę, że z każdym rokiem ich szansa na zaistnienie jest coraz mniejsza. Nie ukrywam, że jest czasem moment zwątpienia, gdy sięgamy po jakiegoś zawodnika, ale różne czynniki sprawiają, że nie ma z niego wielkiego pożytku – czy to za mało dostaje szans, czy jest po prostu słaby. Z tyłu głowy pozostaje coś takiego, że gdybym ja z takim poziomem zaangażowania wykonywał swoją pracę, ale nie w GKS, tylko na przykład byłbym sprzedawcą mandarynek, to bym nikogo nie wykarmił w domu i sam bym też nie jadł, no chyba że te mandarynki. Wierzę, że piłkarze to nie jest tylko ta zmanierowana grupa społeczna, którą można różnie nazywać, a padają różne określenia typu „galerianki” czy „piłkarzyki”. Trochę tę grupę znam i oprócz jakichś tam ekstremalnych przypadków istnieje też masa fajnych i ambitnych ludzi, którzy chcą coś udowodnić.
Po słabym początku sezonu GieKSa grała w kratkę. Co zadecydowało o tym, że ostatecznie z trenerem Moskalem pożegnaliśmy się?
To nie było tak, że decyzja zapadła w przerwie meczu z Ząbkami, choć był to duży szok – przegrywając tak szybko 0:3. Prawda jest taka, że od pewnego momentu zaczęliśmy rozmawiać z trenerem Moskalem o przyczynach gorszej postawy. Wyniki nie były olśniewające, nawet mimo wygranej w ostatnich minutach ze Stomilem Olsztyn. Mnie i Marcinowi Janickiemu brakowało takiej jasnej odpowiedzi od trenera na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Do tego dołożył się wspomniany mecz z Dolcanem. Po zwolnieniu trenera Skowronka sobie żartowałem, że w Katowicach jest prosty przelicznik – jeśli jest pięć bramek przewagi to zwalniany są trenerzy, jak po 1:6 Fornalaka z Podbeskidziem czy 0:5 Góraka z Bełchatowem, choć przy Moskalu było trochę inaczej, bo bramki strzelały obie drużyny, ale też w sumie było ich pięć.
Mówisz o braku cierpliwości wśród kibiców i presji, ale czy nie masz wrażenia, że częste zmiany trenerów powodują, że zespół nie może zaznać stabilizacji?
Nie lubię słowa „presja” i w ogóle nieraz chciałem wyłączyć to słowo ze swojego słownika. Ale wiadomo, o co chodzi. Podejrzewam, że to napięcie wśród kibiców może też być pokłosiem decyzji odnośnie trenerów. Z perspektywy czasu bowiem decyzje te mogą być oceniane jako błędne. Pamiętam, jak trener Moskal objął Wisłę, zespół zaczął dobrze grać i były opinie, że trzeba było tego Moskala zostawić. Fajnie się ocenia po kilku miesiącach czy pół roku, ale tutaj decyzje trzeba podejmować tu i teraz. Pamiętam naszą decyzję o rozstaniu z trenerem i jeżeli ktoś uważa, że zwalniam trenerów na „polecenie” piłkarzy, to w przypadku Moskala jest to argument na błąd w tej tezie, bo wśród piłkarzy po tej decyzji panował szok. Wiadomo, że w przypadku zwolnień różnych trenerów różnie to bywa – jedni się uśmiechną, inni poczują ulgę – natomiast w przypadku trenera Moskala, gdy ten w poniedziałek zszedł do szatni i zaczął się żegnać z zawodnikami, to ci zawodnicy mieli spore pretensje o tę decyzję. Co do tej cierpliwości, to może rzeczywiście jej brak czasem udziela się także zarządowi. Jeżeli chodzi o trenera Moskala to decyzja o rozstaniu się ze szkoleniowcem była może nie tyle najtrudniejsza, co najdłużej się nad nią zastanawiałem i nawet po fakcie rozważałem, czy była ona słuszna. Przyznam, że jeszcze do niedawna nachodziły mnie myśli, czy przypadkiem nie był to błąd.
Przyszedł trener Skowronek – młody i ambitny. Mieliście też pomysły na innych szkoleniowców?
Wynotowaliśmy wtedy 5-6 nazwisk trenerów, z którymi chcieliśmy się spotkać. Lista ta nam się jednak szybko wykruszyła. Niektórzy trenerzy czekali na ekstraklasę albo… mówili, że czekają. Przykład trenera Brzęczka, do którego dzwoniliśmy. Dwa tygodnie później został zwolniony z Rakowa, a potem trafił do Lechii, mimo że w rozmowach z nami mówił, że w Częstochowie ma swoje miejsce na Ziemi. Były też pomysły zupełnie innego sortu, jak na przykład trener Bogusław Kaczmarek. Ten szkoleniowiec znowu mówił, że ma etat chyba na AWF w Gdańsku i w ogóle nie chce już na ławkę trenerską wracać. Tak jak powiedziałem, teoretycznie chcemy się spotkać z kilkoma kandydatami, ale w ostateczności zawsze decydują proste kwestie, jak na przykład finansowa – choć ostatnio akurat nie miała ona aż takiego znaczenia. Wiele osób też nie traktuje GKS jako atrakcyjnego miejsca do pracy, bo patrzą na to, że skoro wypadli z ekstraklasy, to zejście do pierwszej ligi spowoduje, że powrót na ekstraklasową karuzele będzie trudniejszy. Mówią więc, że poczekają 2-3 miesiące, bo na pewno kogoś w ekstraklasie będą zwalniać. Dzwoniliśmy też do trenera Michniewicza, który stwierdził, że zimę spędza nad morzem i… został nad morzem. Więc jak widać nie jest to takie proste. Muszę jednak przy tym powiedzieć, że w ostatnim czasie opinia w środowisku – mówię o piłkarzach – opinia o GKS Katowice bardzo się poprawia, w takim znaczeniu, że jest stabilnie i gdy ktoś z nami rozmawia, to nie ma rozmów typu „wy od 6 miesięcy nie płacicie, a ja mam żonę, dziecko, a może prezes mi z góry zapłaci”, a takie rozmowy miały miejsce wcześniej.
Wspomniałeś o braku jasnej odpowiedzi trenera Moskala dotyczącej przyczyn kiepskiej gry. Jednak i za trenera Skowronka mogliśmy się bardzo zastanawiać, co jest grane, gdy po świetnym meczu z Tychami przyszedł średni z Arką, a potem żenująco słaby z Widzewem.
Nie chcę się wymądrzać na temat piłki nożnej, ale to nie jest prosta dyscyplina sportu. Możesz mieć pieniądze, bardzo dobrego trenera, stabilizację, a zupełnie niespodziewanie może się pojawić problem w szatni. Można też mieć mega piłkarzy, dobrego trenera, ale kiepskiego trenera od przygotowania fizycznego. Gdzieś te elementy muszą się zgrać. Kiedyś Maciek Blaut napisał, że problem GKS polega na tym, że nie mogą się zebrać w jednym czasie w miarę normalni działacze, dobrzy piłkarze i finanse. Zawsze coś jest, a czegoś brakuje. Jeśli chodzi o piłkarzy to mam nadzieję, że idziemy w dobrą stronę i tak samo wierzę, że z finansami będzie podobnie.
A miałeś kiedyś wrażenie, że to ty nie pasujesz do tej układanki?
Może nie tyle wrażenie, co przemyślenia, ale tak – miałem. Gdybym miał takie wrażenie czy przekonanie, że problem leży we mnie, że wszystko wokół jest w porządku i wystarczy tylko mnie wymienić, to następnego dnia pewnie byłbym w Mieście czy na Radzie Nadzorczej i rozmawiałbym o tym, czy po prostu tego nie zakończyć. Natomiast nie chcę siebie oceniać, ale widzę, co się udało zrobić na płaszczyznach pozasportowych. Pamiętam też poprzednią zimę, kiedy walczyliśmy o wysokie cele, 50-lecie – to był fajny okres, ale pamiętam też cały fatalny rok 2014. Wierzę jednak w to, że kolejna rewolucja przyniesie efekty, a jeżeli nie da takowych, to na pewno nie będę kurczowo trzymał się stanowiska i wbrew opiniom być prezesem tylko po to, żeby coś odbębniać.
W przerwie zimowej pojawił się temat Dawida Plizgi. Istniały rozbieżności w wypowiedziach trenera Skowronka i samego Dawida na temat tego, dlaczego do GieKSy ostatecznie nie trafił. Dawid powiedział nam w wywiadzie po meczu w Niecieczy, że GKS zrezygnował z niego w ostatniej chwili, szkoleniowiec natomiast, iż wszyscy go w Katowicach chcieli, ale decyzja leżała też po stronie samego piłkarza.
Prawda leży gdzieś po środku. Ja wykonałem do Dawida jeden telefon, jeszcze w grudniu. Dawid mówił, że czeka i na razie nie wie, co się będzie działo, ale od tamtego czasu nie było z jego strony – i jego menadżera – żadnego zainteresowania grą w GKS. Gdzieś w okolicach zgrupowania w Wałbrzychu rozmawiałem z trenerem Skowronkiem o powrocie do tematu. Trener wtedy zadzwonił do Dawida, ja spotkałem się z menadżerem, z którym rozmawiałem o kwestiach finansowych. Później dostaliśmy informację z Górnika Zabrze, że wypożyczenie wchodzi w grę tylko na pół roku. A mieli nadzieję, że Dawid postrzela przez pół roku w Niecieczy, a potem wróci do Zabrza. Ten argument plus niemałe wymagania finansowe spowodowały, że faktycznie wycofaliśmy się z tego pomysłu.
Początek wiosny był umiarkowany – porażka w Niecieczy, ale kilka stuprocentowych sytuacji, potem niezła gra i wygrana z Flotą, remis na trudnym terenie w Chojnicach. Kiedy po raz pierwszy pojawiły się wątpliwości co do pracy trenera Skowronka?
Co do pracy – tak ogólnie – to muszę powiedzieć, że jest on osobą bardzo pracowitą i tu nie mogę mieć uwag. Na pewno był to trener sumienny, co było nawet widoczne po czasie, jaki spędzał w klubie. Ciężko mi umiejscowić w czasie pierwsze wątpliwości, ale swoje znaczenie miał ten „strzał” w postaci meczu z Zagłębiem Lubin, kiedy to druga połowa była katastrofalna. Natomiast nawiązując do felietonu na GieKSa.pl po tym meczu, gdzie pojawiło się sformułowanie „szatnia zwolniła trenera” to mogę powiedzieć tak, że może nie tyle szatnia trenera zwolniła, co nie było widać chęci współpracy między zawodnikami, a trenerem. Ten rozdźwięk się pogłębiał, a mecz z Zagłębiem był jaskrawym sygnałem, że coś jest nie tak, że źle się dzieje. Wiadomo, że z perspektywy ostatnich siedmiu spotkań tego sezonu można powiedzieć, że mogliśmy wszystkie przegrać, a i tak byśmy się utrzymali, ale wtedy nie można było tak na to patrzeć. Podjęliśmy decyzję o zmianie – wtedy nie zawodników, choć teraz tak się właśnie dzieje, ale wówczas nie mieliśmy pewności co do utrzymania, a ewentualna porażka w meczu w Głogowie mogłaby nas wplątać w bardzo nieprzyjemną atmosferę walki o utrzymanie. W jakiś sposób trzeba było zareagować i uznaliśmy, że skoro tak wyglądała sytuacja, to trzeba podziękować sztabowi szkoleniowemu i zwrócić się do Piotra Piekarczyka w celu uspokojenia sytuacji. Po efektach widać, że tę atmosferę uspokoił.
Wcześniej był bardzo slaby mecz w Suwałkach, przegrany 0:2, po których były kary finansowe dla piłkarzy.
Muszę w tym momencie nawiązać do wywiadu na waszej stronie z trenerem Skowronkiem, który stwierdził, że zespół był bombardowany karami, a nie było wsparcia. Bo tak naprawdę to była jedyna kara, którą nałożył na zespół zarząd, a pozostałe kary nakładał sam trener Skowronek, więc jeśli mówi on o tym, że było tych kar za dużo, to chyba mówi o sobie, bo na pewno nie o zarządzie. Ja byłem na meczu w Suwałkach i widziałem, jak to wygląda i wówczas decyzja o ukaraniu zawodników doskonale wpisywała się w politykę trenera, pokazanie mu, że idziemy razem, zawodnicy nie dają z siebie wszystkiego, trzeba ich zmotywować i oni muszą widzieć, że też mają nad sobą jakiś bat. Potem okazało się, że kara finansowa nie przyniosła oczekiwanego skutku. Owszem był bowiem wygrany mecz w Siedlcach, ale potem spotkanie z Zagłębiem…
No a bezpośrednio po Wigrach mieliśmy słaby mecz z Bytovią…
Cięcie tępą żyletką byłoby przyjemniejsze niż oglądanie tego meczu.
Trener Skowronek powiedział, że po meczu z Zagłębiem czuł się jako „kozioł ofiarny” i zarzucił zarządowi brak konsekwencji polegający na tym, że najpierw karze się piłkarzy, a potem po kolejnym fatalnym meczu – zwalnia się trenera, a piłkarzy pozostawia bez szwanku.
Myślę, że ocenę tego można pozostawić Czytelnikom. Kara finansowa miała zmotywować zawodników, ale nie przyniosła jakichś wybitnych efektów. Natomiast po zderzeniu ze ścianą w postaci meczu z Zagłębiem, kolejne kary finansowe i to w kontekście wspomnianego rozdźwięku pomiędzy szatnią, a szkoleniowcem mogłyby prowadzić do opłakanych skutków, którym nie byłby co prawda spadek – bo wiemy w tej chwili, że on by nie nastąpił – ale beznadziejna walka z Sandecją o miejsce nad Tychami. Decyzja o zwolnieniu trenera była więc szybka i zdecydowana, ale co widać po późniejszych wynikach, ta decyzja się obroniła.
Szkoleniowiec podczas wywiadu dla naszej strony zarzucił także brak profesjonalizmu klubu w pewnych aspektach.
Z wypowiedzi trenera można było wywnioskować, że klub był nieprofesjonalny, a gdy przyszedł to nagle stał się profesjonalny. To fakt – trener Skowronek powiedział, że chce mieć stanowisko do pracy, chce mieć biurko zamiast foteli i następnego dnia miał biurko zamiast foteli. Jeżeli to miało świadczyć o profesjonalizmie, to szybko się staliśmy profesjonalni, bo zajęło nam to niecałą jedną dobę. Poprzedni trenerzy nie narzekali na warunki pracy, być może mają inne pojęcie o profesjonalizmie. Nie atakuję trenera Skowronka, on rzeczywiście przywiązywał uwagę do szczegółów i dla niego ten temat biurek był istotny, bo dużo pracował przy komputerze. Ja zawsze głosiłem, że jeżeli trenerzy mają jakąś potrzebę, którą jestem w stanie zrealizować, to moim zadaniem jest zrobić to. Jeżeli trenerzy Moskal i Bahr mieli swoje wyobrażenia odnośnie sprzętu, to kupowaliśmy jakieś tyczki, pachołki i inne rzeczy, a trener Skowronek co chciał – też dostał. I jeśli trener Piekarczyk będzie czegoś potrzebował – będzie podobnie. Ten klub od jakiegoś czasu budujemy, a praktycznie zaczynaliśmy od stanu agonii i wiadomo, że nie wszystko da się zrobić od razu. Ale moim zadaniem jest stworzenie jak najbardziej optymalnych warunków w miarę możliwości finansowych klubu.
Osobą ze sztabu, która cały czas ostaje się w nim jest Janusz Jojko. Czy zarząd tak bardzo w niego wierzy? Odchodzi z klubu bowiem Antonin Bucek, którego Jojko opiniował. Teraz Czech odchodzi, a Jojko zostaje i opiniuje kolejne transfery.
Odsłaniając trochę kulisów, to nie było takiej sytuacji, w której dany trener miał swój pomysł na trenera bramkarzy, a my mówiliśmy, że nie ma mowy, bo w klubie mamy Jojkę. Janusza nie powinniśmy oceniać przez pryzmat Antka Bucka, bo i inni trenerzy mylili się na jego temat. Bardzo dobrą rekomendację wystawił mu choćby Jarosław Tkocz, który widział go wiele razy w akcji. Możemy natomiast trenera Jojkę oceniać na przykład przez pryzmat tego, co udało mu się czysto sportowo zrobić z Budziłkiem. Łukasz przyszedł do nas, zagrał sparing z Zagłębiem Sosnowiec i zawalił jakąś bramkę. Trzeba było dość długo przekonywać trenera Góraka, żeby jeszcze dać Łukaszowi szansę. Przekonywałem Budziłka, żeby przez grudzień nic nie szukał, że dostanie w styczniu kolejną szansę i już po dwóch tygodniach w styczniu była decyzja, że bierzemy go. Z perspektywy czasu była to dobra decyzja – Łukasz się wybronił i nam też wiele wybronił. Trzeba powiedzieć, że udział w tym miał Janusz Jojko. Jego osoba, doświadczenie i znajomość klubu to są plusy. To że przy jednym czy drugim bramkarzu można się pomylić to nie jest nic szczególnego o tyle, że tak samo można się pomylić przy obrońcach, pomocnikach czy napastnikach.
Jak pokazuje przykład choćby Piotra Petasza.
Genialny przykład. Chłopak, który przyszedł do nas, był zewsząd chwalony – mega wzmocnienie, świetny strzał z dystansu, ekstraklasa i doświadczenie. Natomiast nie sprawdził się. Dostał mało szans lub tych szans nie wykorzystał, a może to Rafał Pietrzak na lewej obronie był lepszy, bo miał znakomity okres. No i Piotrka nie ma już z nami.
Mecz z Zagłębiem w wykonaniu Petasza był skandaliczny. Dawno nie widzieliśmy kogoś tak jawnie odpuszczającego spotkanie. Czy wtedy tego zawodnika mogły spotkać jakieś konsekwencje?
O ile kojarzę, to praktycznie potem już nie zagrał. W międzyczasie miał jeszcze kontuzję. Ja wychodzę z założenia, że gdy przychodzi nowy trener, to on decyduje. Po meczu z Lubinem powiedziałem Piotrkowi co sądzę na temat jego zaangażowania, a efektem tego były ostatnie rozmowy na temat zakończenia współpracy i ta współpraca została zakończona.
Od kogo wyszła propozycja, aby stery przejął trener Piekarczyk?
Po sobotnim meczu z Lubinem próbowałem się połączyć z trenerem, ale nie udało mi się dodzwonić. Miałem jednak sygnał, że będzie następnego dnia na meczu juniorów na Kolejarzu. Gdy do niego podszedłem, już wiedział, o co chodzi, więc uśmiechnął się i zapytał „znowu?”. Najważniejszy na ten moment był mecz z Głogowem i nie wiem, jak dalej potoczyłaby się historia, gdybyśmy ten mecz przegrali. Natomiast po meczu z Głogowem rozmawialiśmy jeszcze na miejscu i przedłużyliśmy ten okres jego pracy do końca sezonu. W międzyczasie rozmawialiśmy z innymi trenerami. Stopniowo widziałem jednak, że w trenerze Piekarczyku pewne granice się przesuwają, łamią – bo początkowo był bardzo sceptyczny. Jednak cieszył się pewnie z tego, że drużyna dobrze zareagowała – widać było większą radość u zawodników, bo wcześniej miałem wrażenie, że czują się trochę jak niewolnicy.
Niektórzy kibice GKS krytykują postawę zespołu w meczach prowadzonych przez trenera Piekarczyka. Wyniki jednak go bronią.
Nie mam specjalnie dużych doświadczeń, żeby pamiętać GieKSę za trenera Piekarczyka z lat 90., ale z opowieści wiem, że była to żelazna defensywa. My ostatnio mieliśmy dość duże problemy z tą formacją, ale za trenera Piekarczyka już było widać poprawę. Styl gry GKS to ciągle myślenie „Zagraj GieKSa jak za dawnych lat”, czyli nie musi być 5:0, ale wystarczy 1:0, do tego walka, wślizgi i żeby wszyscy pokazali serce do gry. Ja też bym chciał taką GieKSę oglądać. W ostatnich meczach braku walki i zaangażowania – poza meczem w Ząbkach – zarzucić drużynie nie można było. Pojawiła się też skuteczność, bo wygrywaliśmy wysoko z Sandecją i Tychami. Odrzucam mecz z Arką, bo to już były wakacje i plaża. W związku z tym analizując pierwszy skład, to pozbyliśmy się tylko Przemka Pitrego. Naszym zadaniem jest więc teraz ściągnąć zawodników, którzy wywalczą sobie miejsce w podstawowym składzie, choć wiadomo, że nie wszyscy od razu. A ci, którzy byli słabsi w tej jedenastce będą mogli stanowić uzupełnienie składu.
Rozmawialiście też innymi trenerami, np. z trenerem Ojrzyńskim.
Trener Ojrzyński miał bardzo fajną wizję zespołu, opierającą się na grze młodymi zawodnikami. Od razu sygnalizował, że może poświęcić się i czekać parę miesięcy, a nawet rok i wrócić na tę karuzelę ekstraklasową. Dodatkowo oczekiwania finansowe szkoleniowca były większe niż to, co miał zagwarantowane w Podbeskidziu. Nie tylko jeśli chodzi o pensję, ale także budowę zespołu i wszelkie inne wydatki. Myślę, że to były stawki z górnej połówki ekstraklasy.
Mówimy o wzmocnieniach. Do klubu trafił Bębenek i w pierwszym wywiadzie mówi, że nie rozmawiał jeszcze z trenerem. To nie wygląda zbyt profesjonalnie.
Ktoś mi zwrócił uwagę na tę wypowiedź, zresztą to nie była pierwsza wypowiedź zawodnika na naszej stronie, która wzbudziła we mnie zdumienie. Nawet nie chodzi o kwestię prawda/fałsz, tylko bardziej o przekaz. Ja nie jestem jednak autorem newsów, natomiast jeśli chodzi o Bębenka, to pod tym transferem podpisałem się ja i dyrektor Grzegorz Proksa. W ogóle docierają do mnie głosy, że Grzegorz nie ma samodzielności, nie ma wiele do powiedzenia czy jest tłamszony, więc wystarczy zapytać samego dyrektora, co o tym sądzi. Prosty przykład Wojciecha Jurka ściągniętego z Nadwiślana, co jest autorskim pomysłem Grzegorza Proksy.
Informacje o rozstaniu się z niektórymi zawodnikami pojawiały się systematycznie. Jak duże było ryzyko, że zostanie w GieKSie Przemysław Pitry?
Przed ostatnim lub przedostatnim meczem rozmawiałem z Przemkiem odnośnie tego, jakie ma plany na przyszłość. Decyzja odnośnie tego zawodnika narastała – to nie była decyzja, która zapadła miesiąc wcześniej i wszyscy byliśmy do niej głęboko przekonani. Nie ukrywam, że sam miałem wątpliwości. Spotkaliśmy się jeszcze z Grześkiem i Marcinem i wtedy zapadła decyzja, że chcemy rewolucji faktycznej. Na razie generalnie pozbywamy się zawodników mniej znaczących, ale jeśli chcieliśmy rzeczywiście zmienić oblicze GKS, to trzeba było podjąć bardziej drastyczne decyzje i stąd decyzja odnośnie Przemka. Nie była to kwestia finansowa. I tak to zostało zakomunikowane zawodnikowi.
W mediach pojawił się temat dwuletniego planu budowy zespołu. Można mieć wątpliwości, bo za rok kończą się kontrakty Goncerzowi i Pietrzakowi. Pytanie, czy jeśli drużyna zaskoczy, ale nie na tyle, żeby awansować, czy nie będziemy wtedy znowu szukać… dwuletniego planu?
Jeżeli musielibyśmy za rok znowu szukać planu dwuletniego na skutek jakiejś katastrofy sportowej to już na pewno nie ja będę go tworzył. Wszystko wskazuje na to, że Grzegorz zostanie w GKS na nadchodzący sezon, ale przecież nie musi być tak, że nie jesteśmy w stanie przedstawić propozycji, aby został dłużej niż na rok. Podobnie z Rafałem, który nie chce się stąd nigdzie ruszać i propozycje np. od Wisły Płock go nie interesują. On chciałby wpisać się w plan dłuższy i grę GKS w ekstraklasie. Natomiast nie ma ludzi niezastąpionych.
Dość często słyszymy o długofalowych, np. dwuletnich planach – takowe bywały w przeszłości. Gdzie widzisz zespół w przyszłym roku tak patrząc realnie?
Chciałbym, żeby GieKSa nie była w beznadziejnej sytuacji ostatnich kolejek, kiedy te mecze przelatują bez większych emocji. Mam przekonanie, że jeśli utrzymamy skład, jeśli wypalą nam transfery to w zimę mamy kolejną możliwość na szukanie jeszcze większej jakości. Natomiast na pewno ten dwuletni plan nie oznacza tego, że teraz dajemy sobie rok, że będzie jako-tako, za rok może się trochę wzmocnimy, a za dwa lata będą pierwsze efekty. Jeśli uda nam się skompletować taką kadrę, o jakiej myślimy, to na pewno ten cel będzie jasno określony i satysfakcjonujący kibiców.
Doprecyzujmy sprawę z Kamilem Cholerzyńskim. Czy skończył mu się kontrakt i nie został on przedłużony?
Tak. Sytuacja z Kamilem była o tyle złożona, że jest to ostatni chłopak, który pamięta mnie jako kuratora. Tak czysto ludzko decyzja odnośnie Kamila była dla mnie ciężka, bo znamy się przeszło 5 lat, znamy te ciemne czasy w klubie i te lepsze. Szybko jednak zrozumiał, o co mi chodzi i sam przyznał, że dla niego najlepszym pomysłem na chwilę obecną jest zmiana środowiska. Wierzę w to, że szybko się w tym nowym środowisku odnajdzie, na tyle, że być może jeszcze kiedyś wróci do GKS.
Patrząc czysto sportowo, to jednak Kamil był przez ostatnie lata symbolem zatrzymania się w piłkarskim rozwoju, a wręcz czasem cofania się.
Rozumiem, że Kamil stał się twarzą tego okresu, tych ostatnich lat. Czy zasłużenie czy nie to już teraz sprawa drugorzędna. Ja Kamila będę wspominał jako zawodnika zawsze chętnego do pomocy, zawodnika, który nie odwrócił się w trudniejszych momentach. Zawsze potrafił zachować się w porządku. Mogę tu nawiązać do tego, co jest mi zarzucane, czyli bliskich relacji, na poły koleżeńskich. Swego czasu jednak to była bardzo ważna kwestia, żeby ten klub w ogóle funkcjonował. Może pewne historie ujrzą kiedyś światło dzienne, ale wtedy – za czasów właśnie Kamila czy Adriana Napierały – takie relacje były bardzo ważne, także w kontekście zwykłej ludzkiej pomocy.
W pierwszej lidze aby awansować nie trzeba być hegemonem. Oczywiście zdarzają się drużyny skazane na awans, jak Zagłębie Lubin, ale jak pokazują poprzednie sezony, wcale nie trzeba bić wszystkich jak leci. Można sobie pozwolić na kilka porażek, a i tak w cuglach wywalczyć awans.
Nie ma złotej recepty. Patrzymy na Płock, który niby ma stabilizację, trener Kaczmarek pracuje tam już 3,5 roku. Z drugiej strony mamy Niecieczę, w której trenerzy zmieniają się dość często i dopiero trener Mandrysz dał awans, pod koniec sezonu chyba siłą swojego autorytetu. My natomiast po kilku kolejkach będziemy mogli powiedzieć, czy zmiany, które teraz robimy mają sens. Tu też nie chodzi o to, żeby co pół roku czy rok robić rewolucję kompletną. Będę wracał do tego – w tym okienku transferowym, które w sumie się jeszcze nawet nie rozpoczęło, z podstawowego składu ubył tylko Pitry. To nie jest tak, że usuwamy 6 zawodników z podstawowego składu i nie wiemy, co się będzie działo. Są pozycje wymagające wzmocnienia i mam nadzieję, że ci, którzy przyjdą – wywalczą sobie miejsce lub spowodują, że ci, co są obecnie będą prezentowali wyższą jakość.
Nie uważasz, że cała sytuacja z Arkiem Kowalczykiem to było wyrządzenie krzywdy zawodnikowi?
Każdy trener ma takie zbójeckie prawo ściągnąć zawodnika, który jest na kontrakcie i przebywa na wypożyczeniu w innym klubie. Trener Moskal ściągnął go na fragment zgrupowania, ale potem była decyzja, że Arek może szukać sobie innego klubu. To że tak się potoczyła historia Arka jest smutna, bo ja już go dopingowałem w Skrze Częstochowa. Jednak to też nie jest tak, że GieKSa mu nie podała ręki. Rozwiązaliśmy kontrakt przed tym nieudanym przejściem do Puszczy. Wzięliśmy go z powrotem, mimo że nie musieliśmy tego robić. Z uwagi jednak na to, że jest wychowankiem i z szacunku dla niego nie mogliśmy pozwolić na to, żeby go wyłączyć z piłki całkowicie i musiał biegać po lasach i trenować samemu. Szkoda, bo gdy Arek strzelał bramkę w Gdyni w wygranym meczu to też myślałem, że jego historia potoczy się inaczej.
Myślisz, że Arek ma szansę wrócić jeszcze do pierwszego zespołu?
W chwili obecnej będzie miał bardzo ciężko. Nie zapominajmy, że miał kontuzję i ten okres w rezerwach w dużej mierze przesiedział na trybunach. Pewnie gdyby w tych rezerwach grał i był wyróżniającą się postacią to jego sytuacja byłaby inna.
Wydawało się, że trener Piekarczyk trochę odstawił na boczny tor Kamila Bętkowskiego, ale teraz podpisaliśmy z nim nowy kontrakt. Czy myślisz, że może to być reżyser gry w GKS?
Nie wiem, czy odstawił do dobre słowo. Mogło się wydawać, że w Ząbkach w obliczu nieobecności Przemka, Kamil dostanie szansę, ale wtedy był po kontuzji i ostatecznie z Dolcanem nie wystąpił. Dużo natomiast z Kamilem rozmawiałem i mówiliśmy o tym, że ma niepowtarzalną szansę w momencie, kiedy z klubu odchodzi Przemek. Ma szansę na zaistnienie i to, żeby o nazwisku Bętkowski głośno było nie tylko przez 3-4 mecze, ale znacznie dłużej. Ma ku temu umiejętności.
Jaka jest obecnie funkcja Janusza Bodziocha przy klubie?
Odpowiem najprościej, jak się da. Jest moim kolegą. Znamy się i współpracowaliśmy. Obecnie nie jest zatrudniony w żadnej formie w klubie, ani w Akademii, nie pobiera żadnych środków finansowych.
Udziela się w jakiś sposób nieformalnie?
Jeżeli zwracam się do Janusza, czy ma numer telefonu do kogoś, to można sobie zadać pytanie, czy to już jest pomoc dla klubu. Na tę chwilę nic nie załatwia dla GKS, a co robi dla siebie – w to nie wnikam. Ktoś się przyczepił, że na jednym z meczów miałem zdjęcie, że rozmawiam z Januszem. Owszem przywitaliśmy się i pogadaliśmy, ale na przykład wejściówki na ten mecz mu nie załatwialiśmy. Podkreślam to jeszcze raz – Janusz Bodzioch nie jest pracownikiem klubu, nie jest współpracownikiem klubu i nie składa żadnych oświadczeń oraz nie załatwia żadnych spraw w imieniu klubu.
Ostatnio często na trybunach widywany jest nasz były zawodnik Janusz Dziedzic, który też prowadzi działalność – nazwijmy to menadżerską. Czy jest jakaś współpraca z Dziedzicem czy on przyjeżdża sam od siebie?
Też zauważyłem tę częstą obecność, ale to może wiązać się z tym, że grał w GieKSie, zna tutaj ludzi, zresztą mnie też. Na chwilę obecną przy jego doradztwie czy pomocy nie przeprowadziliśmy żadnego transferu.
Patrząc na transfery z ostatnich lat można zauważyć, że jeden menadżer ma swojej stajni po kilku zawodników, którzy są w GKS. Czy macie podpisane stałe umowy z firmami lub konkretnymi menadżerami?
Nie ma takich umów. Natomiast duża część zawodników podpisuje umowę z danym menadżerem, po części na przykład będąc przekonywanym przez kolegów z zespołu. Natomiast generalnie każdy, kto mnie zapyta, co sądzę o menadżerach jako grupie, to zapewne usłyszy słowa nieparlamentarne. Jako grupa społeczna na pewno nie byliby naszymi kolegami. Natomiast te grupy zawodników u jednego menadżera biorą się w dużej mierze z polecania się nawzajem właśnie przez samych zawodników.
Czy są zapytania odnośnie Goncerza czy Pietrzaka?
Co do Pietrzaka, to zapytaniem była moja prywatna rozmowa z prezesem Wisły Płock. Otrzymał on taką odpowiedź, że… nie będzie już więcej pytał. Co do Goncerza to żadne oficjalne zapytanie się nie pojawiło. Przynajmniej na moim biurku jej nie widziałem. Jestem głęboko przekonany, że obaj zawodnicy zostaną.
Sporo się w prasie pisze o przejściu Wojciecha Trochima do GKS.
Jest to jedna z osób będących w kręgu zainteresowań GKS. Jest to też jeden z pomysłów dyrektora Proksy, który z nim rozmawiał i oglądał go. Temat Trochima pojawił się za trenera Moskala w momencie, kiedy zawodnik szedł na wypożyczenie do Tychów. Trener Moskal był skłonny zgodzić się na ten transfer, ale Wojciech wybrał Tychy i tam chciał robić swoje, co nie okazało się dobrym pomysłem. Wówczas nie blokowałem tego transferu, wręcz przeciwnie – byłem jego głębokim orędownikiem. To co się podziało później na pewno z tyłu głowy pozostaje – niezależnie od tego, kto będzie jego pracodawcą. Natomiast jego ewentualnego przyjścia nie nazwałbym daniem drugiej szansy, tylko co najwyżej pierwszej. Wierzę w ludzi i jestem w stanie uwierzyć, że człowiek chce coś udowodnić i pokazać, że nazwisko Trochim to nie jest nazwisko boksera czy organizatora imprez z sąsiadami, tylko dobrego piłkarza. Wiadomo że na dzisiaj grono zwolenników będzie porównywalne z gronem przeciwników, ale za jakiś czas te proporcje będą się zmieniać, oczywiście w zależności od postawy zawodnika. Przed kontraktowaniem Trochima na pewno będę jednak musiał z nim odbyć jeszcze rozmowę w cztery oczy.
Trochim to jeden z dwóch-trzech zawodników z doświadczeniem z ekstraklasy, o których się mówi?
Nie zauważam u niego takiego doświadczenia. Natomiast zawodnicy, o których mowa to nie są może piłkarze mający na koncie 200 gier w ekstraklasie, ale na pewno też nie tacy, którzy w ostatnich rozgrywkach zagrali w dwóch meczach po trzy minuty. Są to zawodnicy rozpoznawalni, którzy grali i osiągali nawet niezłe wyniki.
Szukamy wśród tych zawodników piłkarzy na określone pozycje czy chodzi raczej o doświadczenie?
W ostatnim czasie za dużo było u nas zawodników z doświadczeniem. Trochę tego upuściliśmy i okazało się, że … tego doświadczenia jest za mało. Grzegorz Proksa wspominał o „chamach i bucach” – może nie jest to najszczęśliwsze określenie, ale wiem co Grzegorz miał na myśli. Potrzebujemy zawodników mających coś do powiedzenia, których inni zawodnicy będą słuchać. Bardzo bym chciał, żeby te cechy przywódcze w większym stopniu wykazywał Grzesiek Goncerz, żeby to był lider zespołu. Natomiast to też nie jest takie proste, że gdybyśmy faktycznie wrzucili do zespołu dwóch zawodników z 200-meczowym doświadczeniem w ekstraklasie, to od razu byłaby atmosfera i wyniki. Szukamy zawodników na pozycje, ale musimy dodatkowo szukać zawodników z doświadczeniem.
Niedawno analizowaliśmy trzy ostatnie okienka transferowe i tylko trzech zawodników, którzy przyszli do GKS grają w ekstraklasie – Budziłek, Sadzawicki i Skrzypczak. Dalej w Sandecji gra Bartosz Sobotka, a zdecydowana większość gra w niższych ligach. Mówimy oczywiście o tych, którzy przyszli do klubu, po czym z niego odeszli. Pojawia się pytanie o zasadność tych transferów, bo to nie są pojedyncze przypadki, kiedy ściągamy zawodników, którzy szybko trafiają w piłkarską otchłań lub wręcz kończą karierę.
Myślę, że ten obraz jest trochę zafałszowany przez to okienko sprzed roku, w którym nastąpiło odejście tzw. „hamulcowych”, bo faktycznie wszyscy oni zeszli w dół. To statystycznie nam pogarsza sytuację. Natomiast patrząc obecnie na GKS udało się ściągnąć choćby Pietrzaka, Jurkowskiego, Frańczaka czy z zawodników, którzy odeszli – wspomnianych Sadzawickiego i Budziłka. Statystyka związana z jakością transferów więc nie jest aż taka zła, choć na pewno powinna być lepsza. Faktem jest, że łatwość tej oceny jest taka, a nie inna także z powodu ilości tych zmian w składzie. Pewnie inaczej by było, gdyby te zmiany był rzędu 2-3 nazwiska na jedno okienko.
Co pół roku czy rok jednak tę kadrę musimy zmieniać i żadna nie gwarantuje nam walki o czołowe miejsca w lidze.
Może nie jest to argument, który wszystkich przekona, ale patrząc na moją pięcioletnią obecność w GKS to trzeba powiedzieć, że pierwsze dwa lata, to był lata stracone. Nie ma nawet co oceniać tamtych okienek. Potem te okienka nie były może super udane, ale pojawiali się zawodnicy, którzy się przebijali – Budziłek, Sadzawicki, Duda, który grał wtedy dużo lepiej i wierzę, że do tego poziomu wróci. Rok 2013 ogólnie był taki, że – jak zaznaczyliście – gdybyśmy grali w Rosji (system wiosna-jesień), to byśmy awansowali. Potem nastąpiło okienko zimowe w roku 2014, w którym de facto utrzymaliśmy skład, przyszedł Skrzypczak, który miał być jako król strzelców drugiej ligi wzmocnieniem ataku. Okazało się, że w Katowicach się nie sprawdził. Krytyka okienek dotyczy więc praktycznie dwóch ostatnich. Najpierw tego, w którym pozbyliśmy się znacznej części zawodników, no i zimowego z tego roku. W tych dwóch oknach być może był błąd polegający na tym, że za bardzo zaufaliśmy trenerom. W dużej mierze w przypadku trenera Moskala byli to zawodnicy z jego notesu, a w przypadku trenera Skowronka to była praktycznie wizyta w restauracji i wybranie dań – poproszę Leimonasa, Frańczaka, Petasza i Rudnickiego. I jeszcze na deser miał być Plizga. I teraz jesteśmy w tymi miejscu, że oceniamy okienko, w którym trener ściągnął praktycznie wszystkich zawodników, których chciał.
Czy trener Piekarczyk przedstawił swoją listę?
Spotykamy się codziennie, rozmawiamy, oceniamy i analizujemy. Mamy ten zespół transferowy, który nie jest zwoływany specjalnie na posiedzenie, tylko pracuje na bieżąco niemal każdego dnia. To też nie jest tak, że trener przygotował gotową listę. Rozmawiamy o pozycjach, o zawodnikach i gdy padają konkrety w pierwszej kolejności konsultujemy to z trenerem Piekarczykiem.
Jak ci się współpracuje z Grzegorzem Proksą? Rozmawiacie o tych czasem kontrowersyjnych wypowiedziach dyrektora?
Rozmawialiśmy o wywiadzie na GieKSa.pl. Ja nie jestem jakiś specjalnie delikatny i gdy usłyszę wulgaryzm, nie powoduje to, że tracę rezon, natomiast Grzegorz jest dyrektorem sportowym w spółce miejskiej i czasem trzeba powściągnąć emocje i poszukać bardziej dopasowanych sformułowań. Natomiast współpraca z Grzegorzem – na razie krótka – początkowo była trochę ciężka, ale to z tego powodu, że i mnie ciężko było oddawać komuś część swoich zadań. To zawsze tak jest, że jeżeli ma się kilka obowiązków, to czasami gdy te obowiązki odchodzą, ciężko się do tego przyzwyczaić. Z każdym tygodniem uważam, że współpraca jest coraz lepsza. Pewne elementy docieramy. Wiadomo, że Grzegorz uprawiał sport indywidualny, a tutaj mamy do czynienia z zespołowym i potrzebna jest umiejętność przełożenia tego i wczucia się w grupę. Ja też mam spostrzeżenia z rozmów z Grześkiem, które odbywają się praktycznie codziennie. Ma on swobodę działania, ale generalnie konsultujemy wiele spraw i decyzji.
Czy w dalszym planie myślisz, że taki dyrektor sportowy powinien mieć pełną autonomię?
Tak, ale taka autonomia powinna wiązać się też z kwestiami finansowymi, wydzielonymi budżetami na różne działki. Dążymy i idziemy w tę stronę, ale to nie jest takie proste. Chciałbym, żeby w przyszłym roku dyrektorzy poszczególnych działów mieli przeznaczone budżety na działalność.
Jak wiemy drużyna rezerw w czwartej lidze zajęła dwunaste miejsce, często grając większością zawodników z pierwszego zespołu. To lekki wstyd dla zawodników, którzy niby aspirują do ekstraklasy, a nie potrafią sobie poradzić z amatorami.
Nie chciałbym wchodzić w ich odczucie wstydu, bo to jest kwestia indywidualna. Ja jednak będąc obserwatorem większości spotkań sam się musiałem wstydzić. Ale oprócz samego wstydu to jest to także kłopot, bo też bym chciał po zakończeniu sezonu pierwszoligowego mieć spokój, a nie martwić się, czy rezerwy się utrzymają czy nie. Czwarta liga to nie jest miejsce, z którego chcielibyśmy spaść. Dużą pracą była obarczona kwestia awansu do tej czwartej ligi. Ze zdumieniem patrzyłem na przykład na zawodników, kiedy niektórzy z nich 15 minut po meczu mówili mi, że mają aspiracje gry w pierwszym zespole, że jest to niesprawiedliwe, bo trener powinien im dawać szansę gry w pierwszej lidze o najwyższe cele, a tych celów w czwartej lidze nie potrafili realizować. Te mecze były w większości ciężkimi przeżyciami i także dlatego z tymi zawodnikami się żegnamy.
Jak wygląda system oglądania i opiniowania zawodników, kto jeździ na mecze w celu obserwacji?
Jeżeli mówimy o zawodnikach ekstraklasowych, to wiadomo, że ogląda się ich w meczach ligowych, czy to na żywo, czy w telewizji. Co do piłkarzy wypożyczonych z GKS i grających w niższych ligach, to częstym gościem na takich meczach był Heniu Górnik. Zawodnicy typu Wojtek Jurek to zawodnik Grzegorza, który go obserwował, czasem jeżdżą wspólnie z Janem Furtokiem. Grzegorz zgłosił pomysł skautingu, z tego co wiem jest już wybrany koordynator, który tym skautingiem będzie zawiadywał. Korzystamy też z programu do analizy meczów, który pozwala na ocenienie statystyczne zawodnika, ale także fragmentów meczu czy całego meczu z jego udziałem. Ocena zawodnika opiera się na obserwacji i analizie kilku spotkań, to nie jest tak, że ktoś zamieści na youtubie kompilacje 6 minut z 7 meczów, kiedy ma 4 akcję, udało mu się dobrze odegrać i raz fajnie kopnął. Jeżeli mówimy o zawodnikach, którzy mają przyjść, to jest to kwestia gruntownej oceny, często także podczas meczu sparingowego.
Czy po współpracy z firmą braci Bortników planujecie nawiązanie takowej z inną firmą tego typu?
Absolutnie tak, ale szczegóły takiej współpracy muszą już być ustalone pomiędzy trenerem Piekarczykiem, a daną firmą.
Do pierwszej ligi awansował Rozwój Katowice. Czy odczuwasz to jako jakieś zagrożenie, choćby w kwestii finansowania przez Miasto?
Ciężko mi wypowiadać się za właściciela. Miasto musi podjąć odpowiednie decyzje i zapewne od awansu Rozwoju o tym myśli. Natomiast myślę, że wszyscy w Mieście widzą, co się dzieje, choćby na przykładzie hokeja i tego, że czasami dzielenie środków nie pomaga dobremu ich wydawaniu.
Myślisz, że któryś z zawodników GKS może trafić do Rozwoju?
Jeśli chodzi o np. Kamila Cholerzyńskiego, to nie wydaje mi się, bo raczej w jego grę wchodzi zmiana środowiska na poza-katowickie. Natomiast nie wiem, jaka będzie strategia Rozwoju, bo z jednej strony słyszę, że testowani będą zawodnicy z niższych lig, a z drugiej, że przyglądają się piłkarzom spoza granic Polski.
A czy planowana jest współpraca z Rozwojem?
Pewnie są płaszczyzny, na których ta współpraca będzie musiała być, jak choćby w kwestii stadionu. Nie ukrywam, że z poprzednimi władzami Rozwoju nie było żadnej współpracy. Ze Zbyszkiem Waśkiewiczem się znamy i myślę, że ważnym ogniwem i początkiem nawiązania relacji miedzy klubami może być to, żebyśmy nie wchodzili sobie w drogę i nie robili podchodów. Nie chciałbym sytuacji, w której w poniedziałek zamiast skupiać się na sobie, zastanawialibyśmy się nad wynikiem Rozwoju, czy my zagraliśmy lepiej czy gorzej. My musimy patrzeć na siebie.
Czy klub ma swoje uwagi w temacie stadionu w rozmowach z Miastem?
Z uwagi na to, że zmiana pojemności stadionu wiąże się z koniecznością stworzenia nowego projektu, to my też chcemy w tej realizacji brać udział i swoje uwagi przekazać. Czy to zostanie uwzględnione, to już nie do nas należy decyzja. Natomiast dla nas temat stadionu jest ważny, bo to klub będzie głównym użytkownikiem i nie może stać z boku i przyglądać się bezczynnie.
Na spotkania odnośnie stadionu chodzą jednak kibice.
O tym kogo Miasto zaprasza na spotkanie decyduje Miasto. Taka była decyzja władz Miasta i nie chcę tego podważać. Natomiast czymś innym jest rozmowa z kibicami ogólna odnośnie pojemności, a czym innym nasze spostrzeżenia pewnie niedługo przybiorą formę dokumentu.
Czy istnieje obawa, że Marcin Janicki odejdzie z klubu w pewnym momencie?
Wydaje mi się, że Marcinowi się w GieKSie podoba, widzi sens działania i może nie zawsze wszystko posuwa się w takim tempie, jak byśmy sobie wymarzyli, ale zmierzamy w dobrym kierunku.
Zarzuty, które wiele osób ma do ciebie dotyczą nadmiernej zażyłości z piłkarzami i kumplowania się. Nie sądzisz, że to może osłabiać twój autorytet u piłkarzy?
Spotkały mnie w życiu większe obelgi niż „kolega piłkarzy”. Z częścią piłkarzy znam się kilka lat, czasami te relacje są oceniane jako bardzo zażyłe, ale to nie jest tak, że odwiedzamy się po domach czy jemy wspólne kolacje. Nie przesadzajmy. Natomiast kiedyś ta więź była potrzebna, choćby po to, żeby kilka sytuacji uspokoić, choćby wtedy, kiedy piłkarze nie chcieli wyjść na treningi. Nie ma już w klubie za dużo zawodników, którzy tamte czasy pamiętają. Ja przyjmuję to, że nie każdemu to się podoba. Natomiast pewną konsekwencją tego wszystkiego jest funkcja Grzegorza Proksy, który ma być buforem, on ma się zajmować piłkarzami, a ja prawidłowym funkcjonowaniem spółki. Pamiętam aferę na forum, kiedy to na jakimś spotkaniu przywitałem się z Dominikiem Sadzawickim, który już nie był zawodnikiem GKS i przybiliśmy sobie piątkę. Kogoś to może bulwersować, mnie to nie bulwersuje. Po meczach z piłkarzami też przybijamy piątki. To też nie jest tak, że ja odrzucam wszelką krytykę i że pozjadałem wszystkie rozumy. Z drugiej strony, kiedy była kwestia zabrania piłkarzom pieniędzy, to ja byłem twarzą tej decyzji i to ja im to komunikowałem. To do mnie potem ci piłkarze przychodzili, żeby zmniejszyć tę karę i to ja im odmawiałem. Czyli to nie jest tak, że piłkarze wodzą mnie za nos i czego nie chcą, to ja im wszystko daję.
Coś cię jeszcze zaskakuje po kilku latach w piłce?
Nie jest tak, że jestem już uodporniony na wszystko, ale te niemal pięć lat wiele mnie nauczyło – wiem, że łaska kibica jest bardzo krótka i nie można często ulec przeświadczeniu, że w danym momencie jest wspaniale – jak choćby w czasie 50-lecia, kiedy to kibice pisali do mnie „prezesie, jest wspaniale, za pół roku będziemy pili szampana”, a podejrzewam, ze pół roku później ci ludzie myśleli o pustej butelce i rzuceniu tą butelką we mnie. To na pewno jest ważna lekcja, ale mam przeświadczenie, ze to co udało się zbudować w GKS, przy bardzo dużym udziale Miasta, przy merytorycznym wsparciu Marcina Janickiego, to bardzo pomaga. To jest wartość, której nikt mi nie zabierze, nawet jeśli bym dziś składał rezygnację. Udało się z tego bagna GieKSę wyciągnąć. Natomiast tym wszystkim, którzy potrafią wypisywać, że ktoś tam „won” itd. polecam szklaneczkę czegoś mocniejszego i chwilę zastanowienia, czy oni w pewnym momencie funkcjonowania klubu zdecydowaliby się na pomoc.
Sądzisz, że GieKSa w przypadku awansu do ekstraklasy jest przygotowana na to organizacyjnie?
Tak. Jakiś czas temu miałem wątpliwości co do tego, ale na chwilę obecną jestem przekonany, że jeśli nastąpi awans sportowy do ekstraklasy, to klub organizacyjnie bez problemu sobie z tym poradzi.
Jesteś odporny na krytykę? Na przykład po naszym felietonie, w którym po raz pierwszy tak naprawdę podważyliśmy twoją obecność na stanowisku prezesa.
Czym innym jest dla mnie krytyka w formie takiego felietonu, z którego tezami mogę się nie zgodzić i to jest normalne. Natomiast często gdzieś w internecie pojawiają się wpisy na zasadzie „Cygan won” albo „Zarząd do zwolnienia”. Zdarza mi się czasem zagadać do takiej osoby – choć nie do tych, co już jadą ostatecznie po bandzie – i zapytać dlaczego ma taką, a nie inną ocenę. I często po takich rozmowach sytuacja jest załagodzona, nawet jeśli kogoś do końca swoimi argumentami nie przekonam.
Frustracja kibiców może się brać z tego, że chodzimy na ten stadion od wielu lat i rok w rok dostajemy 2-3 fajne mecze na sezon. Wiadomo, że atak na ciebie w tym momencie jest pewną drogą na skróty, ale wynika w dużej mierze z postawy zespołu.
Czym innym jest sytuacja, jeśli ktoś chce rozmawiać na argumenty, ja nie mam problemów z taką rozmową. Natomiast jeśli mówicie, że co roku dostajecie 3 fajne mecze, a reszta jest do zapomnienia, to zapewniam was, że przeżywam je równie mocno, jeśli nie mocniej. Gdy stoję na balkonie i oglądam mecz, w którym GieKSa gra bardzo słabo to ta wściekłość i we mnie jest spotęgowana, bo już stojąc tam słyszę, co się dzieje, słyszę złość kibiców. I wiem, że zamiast pełnego spokoju od początku kolejnego tygodnia będzie tłumaczenie się i odpowiadanie ciągle na te same pytania. Nie jest to ani nic przyjemnego, ani łatwego. Wiele osób, które mnie zna wie, że gdy wygramy jest inaczej, a po ciężkim nokaucie odreagowuję inaczej. Ta niedziela jest wtedy kiepska, podobnie jak dla kibiców. Wiadomo jednak, ze to ja jestem twarzą tego i ja za to odpowiadam, bo na chwilę obecną to ja jestem najwyższym przedstawicielem władz klubu – tych działających bezpośrednio. Natomiast jeśli ktoś chce mieć swoją krytyczną opinię, to ma do tego prawo – ja bardzo chętnie się spotkam, bardzo chętnie porozmawiam, nawet przy użyciu nieparlamentarnych słów.
Trudno się rozmawia z firmami z perspektywy pierwszoligowca odnośnie sponsoringu?
To jest kwestia strategii, bo można coś sprzedać za 50-60 tysięcy i mieć sponsora na koszulce. Rozpoczęliśmy od pakietów, Przyjaciół GieKSy, żeby mieć podwaliny. Fajnie oczywiście byłoby mieć sponsora strategicznego, ale też kładziemy nacisk na poprawę sytuacji wokół klubu choćby współpracując z Wydziałem Obsługi Inwestorów Strategicznych Urzędu Miasta. Akurat tak się zdarzyło, że pani zastępca naczelnika tego wydziału została członkiem Rady Nadzorczej. Relacje są więc zacieśniane, a my możemy powoli czymś się chwalić, bo pamiętam pierwsze spotkanie prezydenta Uszoka z Klubem Biznesu i to de facto była rozmowa jak w MOPS-ie – jest biednie, jak ktoś ma to może da, jak ktoś nie ma to lepiej nie itd. Teraz jest już z tym dużo lepiej i wyniki finansowe są lepsze – zwiększenie przychodów, zmniejszenie kosztów itd. Wizja budowy stadionu to też jest potencjał, no a trzecia kwestia – to wynik sportowy. Wiadomo, że gdy nie ma wyniku jest to utrudnienie. Wierzę jednak, że wynik sportowy obudzi pewne możliwości.
Czy kontrakty z nowymi zawodnikami będą zawierane w taki sposób, że mają więcej do podniesienia z boiska?
Zmieniła się formuła kontraktów i w tej chwili jest podstawa i oprócz tego jest kwestia premii – ale za to, że gra i zdobywamy punkty.
Co byś powiedział kibicom, żeby zachęcić kibiców do przyjścia na stadion w nowym sezonie?
Transfery plus budowa nowej GieKSy – wiem, że to jest slogan, ale jednak decyzja odnośnie zawodników, którzy odeszli, a w perspektywie ci, którzy mają do nas przyjść pokażą, że nowa jakość na Bukowej może zaistnieć. Wierzę, że w tym sezonie od początku wyniki sportowe spowodują frekwencji.
Rozmawiali
Błażej, Marcin, Shellu
Kibice Piłka nożna
Legia Warszawa kibicowsko
Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.
Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.
W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.
W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.
W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.
Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.
Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.
Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.
Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).
Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.
Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).
Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.
Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.
Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.
Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.
Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.
Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.
W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.
W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.
Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.
Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.
Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.
Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.
W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.
W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.
Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.
W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.
W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.
Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).
W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.
Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.
Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.
Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.
Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.
Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.
W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.
Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.
Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.
W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.
Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.
W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.
Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.
W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.
W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.
W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.
We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.
W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.
Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.
Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.
Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.
Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.
Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.
Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.
W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.
Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.
Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.
W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.
W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.
W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.
W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.
Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.
Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.
Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.
W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.
Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.
W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.
Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.
Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.
Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.
Felietony Piłka nożna
Liczy się to, co prawdziwe
„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.
Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.
Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.
Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.
W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.
GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.
„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.
Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.
W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.
To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.
Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.
To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.
To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.
Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.
Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.
Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.
Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!
Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.
Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.
Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.
A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.
Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.
Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.
Felietony Piłka nożna
Droga do medialności
Jeszcze musimy zapracować na tym, żeby o nas mówiono. Półtora sezonu bardzo przyzwoitej postawy w ekstraklasie to póki co za mało. Nie mówię, że o GieKSie nie mówi się w ogóle, bo czasem coś tam jej poświęci się czasu antenowego. Ale bywa nieraz, że jest omawiany jakiś mecz danej kolejki z udziałem katowiczan, a mówi się tylko o rywalu. O naszym zespole ani słowa lub jedno. Lub zaczyna się o nas w końcu mówić, ale wtrynia się drugi ekspert, że jeszcze ma coś do powiedzenia o naszym przeciwniku i dyskusja „nie o nas” się przeciąga. I już do niej nie wracają.
Tak, żeby stać się klubem medialnym – trzeba się postarać. Trzeba czymś do siebie przekonać. Jak w każdym marketingu w sporcie, najbardziej efektywną do tego drogą jest… sport. I wyniki. Organizacja klubu może być na wysokim poziomie. Media klubowe również – jak choćby w przypadku relacji z obozu w Turcji, które były kapitalne. Ale zawsze to największe wrażenie będą robić wyniki. I to one „bardziej” przyciągną czy to sponsorów czy zainteresowanie mediów, których przecież coraz więcej, a magazyny dotyczące polskiej piłki można oglądać niemal codziennie.
Dlatego na razie musimy przełykać pigułkę i godzić się, że pierdyliardową godzinę mówi się o Legii, która przegrywa mecz za meczem. Że do – za przeproszeniem porzygu – mówi się o Lechu, który też przegrywa mecz za meczem. Ale ostatnio wielka podnieta w mediach przelewa się na temat Widzewa Łódź, który notorycznie wtapia swoje spotkania, ale zrobił jeden, drugi, trzeci transfer, który na ten moment jeszcze nie wiadomo, czy jest wątpliwej jakości, bo za wcześnie, ale może tak się okazać. Ale już pojawiają się wielkie analizy na temat rozgrywania Drągowskiego od bramki, tego czy tego zawodnika w podstawowej jedenastce itd. Więcej się mówi o Widzewie niż pewnie powinno. Ale podnieta redaktorów różnych mediów ma swoje prawa.
Można by czasem rzec „nie zes…jcie się z tą Legią i Widzewem”.
Tak jak swego czasu wszyscy podniecali się Jarosławem Królewskim, gdy dopiero się ujawnił. Wtedy można było odnieść wrażenie, że dziennikarze mu się przymilają i wchodzą nie powiem gdzie. Bo młody, wybitnie inteligentny i obrotny. Gdy boom na sternika Wisły minął, już mało co go się zaprasza, a pan Jarosław ma swoje problemy i performance’y na Twitterze. Ale co ugrał (świadomie bądź nie) wtedy na popularności i medialności – to jego.
Od razu powiem, że dla mnie nie ma znaczenia, że to jest akurat Widzew, czyli klub – jako kibice – zantagonizowany z GieKSą przez wiadome zgody. Do spraw kibicowskich podchodzę na chłodno, mam swoje sympatie i antypatie. I przede wszystkim nie stosuję napinki, bo to nie moje klimaty. Więc oczywiście nie powiem, żebym za Widzewem przepadał, ale nie mogę nie przyznać na przykład, że w Sercu Łodzi atmosfera na meczach jest kapitalna i mecze tam mają swój klimat, z wypełnionym po brzegi stadionem i bardzo dobrym dopingiem. Więc nie przemawia za mną jakieś szowinistyczne nastawienie. Po prostu piszę o tym, że najwidoczniej GKS potrzebuje jeszcze czasu, żeby stać się tak medialny, jak wysoce entropicznie zarządzany w kontekście sportowym Widzew.
Wielkie kwoty na niektórych mogą robić wrażenie. Nazwiska, które grały w dobrych klubach również. Jednak to nie papier gra i nie pojedynczy zawodnicy, a drużyna. Ale drużyna przez duże D. Z trenerem, ze sztabem, który potrafi to wszystko poukładać pogodzić i znaleźć balanse. Na ten moment Igor Jovicević bardziej prezentuje się jako aktor, trochę cyrkowiec, ze swoimi mądrościami i tezami, ale nie przekłada się to wybitnie na grę zespołu. Reagan to nie jest i nie będzie. Jakkolwiek zrozumiałe jest, że drużyna nowymi zawodnikami potrzebuje zgrania, to z Jagiellonią to nie był brak zgrania, tylko jakiś totalny chaos. Pewnie za dużo i za szybko wprowadzani są piłkarze do pierwszej jedenastki. I na boisku mamy sok pomarańczowy wymieszany z zupą grzybową. Podejrzewam, że obecny trener to jest kolejny wynalazek a la Żelijko Sopić i za chwilę go w Widzewie już nie będzie i nikt nie będzie o nim pamiętał. Wspomnicie moje słowa.
Jakże inaczej wygląda w tym kontekście ustabilizowany GKS. W naszym klubie wygląda na to, że wszystko się robi totalnie z głową. Że nie ma w tym krzty chaosu. No może kilka procent czasem, bo występują akcje typu ściągnięcie Olka Buksy czy Maćka Rosołka oraz – o zgrozo – pomysł na niedoszłego chłopaka Julki Wieniawy. Ale nie tylko o same transfery tu chodzi, tylko o całościowe zarządzanie tym zespołem, pomysł na niego, cały projekt, który od wielu lat w GKS się toczy. Śmialiśmy się kiedy z tych projektów dwuletnich, które były później hm… odnawialne. Natomiast GKS to jest projekt póki co niemal siedmioletni i jest to totalny ewenement w polskiej piłce. I najlepsze jest to, że ciągle jest widoczny rozwój. Jeszcze dwa lata temu na myśl o starciu z zespołem z ekstraklasy – wygrana byłaby jakimś olbrzymim sukcesem. Dzisiaj GKS jest ligowym średniakiem i jest w stanie wygrywać z każdym. I wygrywał. To jest nasza codzienność, a nie jakiś wybitny sukces. Jeśli na stałe podnieśliśmy swój poziom o kilka szczebli wyżej – to wiedz, że jest to strategia bardzo dobra.
No ale niekoniecznie medialna.
GKS Katowice nadal więc musi swoją rzetelną postawą udowadniać, jak wiele jest wart. Jutro czeka nas starcie z tymże Widzewem i na boisku przestaną grać pieniądze, a będzie się liczyć, czysta piłkarska merytoryka. Czyli taktyka, strategia, technika i motywacja. W tym nasz zespół jest mocny – jest wspomnianym ligowym średniakiem, ale wcale nie jest powiedziane, że przy płaskiej tabeli nie może trochę się podnieść. Tak, żeby po pierwsze – oddalić się na bezpieczną odległość od strefy spadkowej.
Widzew nam w ostatnich latach zdecydowanie nie leży. Na wyjeździe przegrywaliśmy (lub raz remis), u siebie remisowaliśmy (lub raz porażka). Nie potrafimy z tym zespołem wygrać, choć bardzo blisko byliśmy w zeszłym sobie na Bukowej, wówczas dwa punkty odebrał GieKSie jej przyszły i były zawodnik – Jakub Łukowski.
Paradoksalnie wydaje się, że nie ma lepszego momentu, żeby z tym rywalem powalczyć o pełną pulę. Jeśli faktem jest, że Widzew pogrążony jest w chaosie czy nieładzie lub – mówiąc ładniej – jest w przebudowie, to kiedy jak nie teraz? Ustrzelić raz i poprawić w pucharze.
Katowiczanie wygraną w Lubinie pokazali, że dobrze przepracowali okres przygotowawczy. Że są gotowi na rundę i jej wyzwania, mają plan na mecz i potrafią go realizować. To dopiero jednak początek batalii. GieKSa musi swoje punkty zdobywać i umacniać się w tabeli. Dorobek punktowy po osiemnastu meczach jest identyczny jak rok temu. Wówczas wiosna była lepsza niż jesień i nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz było podobnie.
W meczu nie zagra Borja Gala, więc trener będzie musiał trochę pokombinować, wiemy też, że uraz miał Alan Czerwiński. To znowu przywołuje temat nowego środkowego obrońcy, na którego czekamy, czekamy i doczekać się nie możemy. Kadrowo to największy mankament naszego zespołu, bo jeśli wypadnie ktoś z powodu kontuzji lub kartek, to naprawdę musimy mocno rzeźbić.
Najważniejsze jednak są wspomniane walory piłkarskie i taktyczne. GieKSa ma wszelkie argumenty, by w pierwszym z dwóch meczów z Widzewem po prostu być lepszym od przeciwnika i wygrać. Do spotkania z Legią przejdziemy wkrótce, bo tam będą analogię do jutra, ale już teraz można powiedzieć, że te dwa spotkania to takie, w których będzie można naprawdę dużo zyskać, ale równie dobrze – dużo stracić. Patrząc bowiem na kiepską postawę Widzewa i absolutnie fatalną Legionistów – trudno wyobrazić sobie, że GKS miałby którykolwiek z tych meczów przegrać. Ale o remisach też nie myślimy…























































































































































marek
19 czerwca 2015 at 13:44
dzieki za kupe pracy przy dlugim i ciekawym wywiadzie – bardzo fajnie sie czytalo.
luk
19 czerwca 2015 at 14:18
Ciekawy i potrzebny artykuł.
Daje inne spojrzenie na wiele tematów, które ,,bolą,, od dłuższego czasu.
Mam nadzieję,że to ta rozmowa to będzie takie symboliczne ,,nowe rozdanie,, i czekają nas już tylko pozytywne sprawy.
kibic
19 czerwca 2015 at 15:18
Panie Cygan panu chyba juz nikt nie wiezy,pan tylko kreci,moze klub wychodzi z dlugow ale to dzieki miastu, a co pan zrobil,zniszczyl druzyne,na stadion przychodzi mniej niz 1000 kibicow,bo ludzie maja dosc ogladania nie udacznikow ,kto wiec odpowiada za tak glupie transfery,znowu zapowiada pan wzmocnienia zawodnikami z ekstraklasy tylko juz to slyszelismy pare razy i nikt dobry nas nie wzmocnil ,co za idiotyczny kolejny 2 letni plan budowy skladu to idiotyzm co pan mowi,sklad musi byc wzmocniony i zaczac grac od samego pocztku na awans.Jesli pan nie umie tego zrobic niech sie pan poda do dymisji z calym zarzadem,bo wszyscy w klubie ponosza odpowiedzielnosc za tak slaba druzyne.a tak pozatym to wartosc klubu pilkarskiego ocenia sie po druzynie i wynikach a nie po malejacym dlugu ale widac pana to nie interesuje,mam nadzieje ze to pana ostatnia szansa na zrobienie cos dobrego w klubie aby ludzie pana zapamietali z wynikow a nie z sytuacji kiedy zostanie pan pogoniony po kolejnej porarzce.Zycze powodzenia i dotrzymania slowa na temat tranferow
tak
19 czerwca 2015 at 16:56
Kibic : porarzka…
Wakacje sie zaczynaja. Podszkol ortografie,bo inaczej od wrzesnia znowu bedziesz mial problemy z dyktandami w gimnazjum.
kibic
19 czerwca 2015 at 19:56
powaznie,niestety jestech Slazokiem a polsko ortografia mom kajs,a to ze Cygan kreci i czaruje jak zawsze przed poczatkiem rundy to nikogo nie interesuje
Michal
19 czerwca 2015 at 22:15
Panie prezesie przekonaja mnie takie transfery jak luczak,plizga,przybecki,kowal albo batrovic z widzewa ktory pojdzie za mala kase niz grac w 3 lidze do srodka pola ubiparip ktory jest wolny albo gwaze a nie jakis trochim plock i miedz biora zawodnikow wyrozniajacych sie z I ligi a nie czerwcow wrzesni i grudni
Grześ
20 czerwca 2015 at 00:57
Panie Cygan kończ waść, wstydu oszczędź!
Jest Pan prawnikiem i na zarządzaniu klubem zna się pan jak kura na pieprzu.
Wiadomo, że GKS to fajna, ciepła posadka z miasta, z której pana nie wywalą, bo póki co realizuje pan plan miasta doskonale. Jaki to plan? Za wszelką cenę nie awansować przez co miasto dalej może rzucać nam ochłapy, a nie pieniądze.
Taka prawda kibice!!!
Anty GRZYB
20 czerwca 2015 at 10:20
Wszyscy na Cygana bo Cygan jest winny…. Ale zadajmy sobie pytanie jak bylo w klubie wczesniej a jak jest dzis. o Gieksie nie patrzac na pilkarzy a na to co sie dzieje w klubie mowi sie tylko pozytywnie ….O spadajacych dlugach o tym ze u nas wielu chce grac bo jest stabilizacja finansowa…. o zangazowaniu mlodych ludzi w wydarzenia na Gieksie…. Kasa z miasta ok ale to tez trzeba umiec wywalczyc. To tak jak Gonzo ma strzelonych wiele karnych a nie bramek z akcji ale to tez trzeba umiec zrobic. Bledy popelniaja i nie zawsze zgadzam sie z ich decyzjami ale nie popadajmy w paranoje wymian i zwolnien. Jak dobrze pokalkulujecie to jak na razie oni zrobili najwiecej dobrego nie popelniajac przy tym kilku bledow
Grześ
20 czerwca 2015 at 11:04
Anty GRZYB- Tak jak wcześniej, tak i dziś. Nie zrobiliśmy ŻADNEGO postępu, kisimy się w tej lidze i raczej sporo się jeszcze pokisimy. Twierdzisz, że każdy chce u nas grać? Mylisz się- żaden szanujący się kopacz nie chce u nas grać, bo presja kurewna i pieniądze, które za tym idą mizerne. Masz przykład z Plizgą, który wybrał Niecieczę. Najlepiej zwalić wszystko na trenerów, że transfery do dupy itp. itd. Prawda jest taka, że za cały stan rzeczy w tym klubie odpowiada PREZES. Jaka frekwencja była przez ostatni sezon na GKS? Co zarząd zrobił, żeby zachęcić ludzi do przychodzenia na stadion- NIC.
Poza wszystkim- Prezes to ma być prezes, taki jak był ś.p. Dziurowicz. A tu? Kolega kopaczy, słitfocie z Kuflami i innymi inwalidami- co to ma qrwa być, kabaret??
Błażej
20 czerwca 2015 at 11:40
@Grześ
Przeczytaj wywiad dwa razy i weź się zastanów jaki był sens tego by Plizga przyszedł do Katowic?? Żadnego sensu by w tym nie było dla klubu. A ty marudzisz, że Plizga wybrał Niecieczę. I bardzo dobrze zrobił prezes Cygan skoro nie widział korzyści to go nie brał
Łukasz
20 czerwca 2015 at 14:11
Panie prezesie u mnie 100 % poparcia dla Pana !
PS. kilka osób zapomniało chyba jaki My tutaj mieliśmy „burdel” jeszcze nie tak dawno.
Irishman
20 czerwca 2015 at 15:13
Dzięki za świetny wywiad Panowie. Ja, aż tak źle nie oceniam prezesa Cygana za całokształt. Wręcz przeciwnie – do końca 2014 udawało się wychodzić na prostą i jednocześnie stopniowo podnosić wartość sportową drużyny. Dopiero w 2014 roku nastąpiła zapaść, która czkawką odbija nam się aż do dziś. Mam jednak wrażenie, że Zarząd wyciągnął z tego wnioski i dlatego bardzo liczę na wyraźny przełom w nadchodzącym sezonie.
Dlatego Panowie, proponuję poczekać z taką totalną krytyką, aż się okaże co to nowe otwarcie przyniesie, bo wyglądana to, że może przynieść dużo dobrego.
PS.
@kibic, uważaj się za kogo tam chcesz – za Polaka, Ślązaka, Niemca, czy choćby Chińczyka. Ale z szacunku dla portalu, na którym piszesz, dla czytających czy choćby dla samego siebie wypadałoby trochę się przyłożyć – a choćby automatyczne sprawdzenie pisowni, aż tak bardzo nie boli. Z z resztą jak nie potrafisz po polsku, to pisz po angielsku, niemiecku, czy jak tam potrafisz. Bo chyba nie chcesz także i mnie obrazić twierdząc, że Ślązacy to jacyś niedouczeni debile, którzy nie potrafią paru zdań poprawnie napisać?
Irishman
20 czerwca 2015 at 15:16
Jedna poprawka – Panie prezesie Skrzypczak nie przychodził do nas jako król strzelców II ligi tylko jako napastnik, który nawet w rezerwach Górnika miał problem ze strzelaniem bramek.
koles1989
20 czerwca 2015 at 17:06
Irishman
Skrzypczak w sezonie 2012/2013 zdobył koronę króla strzelców grając w Polkowicach. Do nas przyszedł pół roku później więc posiadał status „króla”.
Gerard
20 czerwca 2015 at 21:00
Wszyscy napinacze i krzykacze, macie qwa sklerozę czy jak? DWA LATA TEMU klub był na granicy upadłości dzięki (tfu) Królowi i jego oszustwom. Mało nie brakło aby z GieKSy zrobiło się jakieś (tfu) KP Katowice. W ciągu tych 2 lat udało się wyjść na prostą i spłacić większość długów właśnie dzięki Panu Cyganowi i pomocy miasta. Do póki nie spłacimy wszystkich długów i nie znajdziemy poważnego sponsora albo nowego normalnego właściciela to nie ma sensu awansować bo jak tylko znajdziemy się w ekstraklapie to z niej spadniemy i to nie wiem czy na spadku do 1 ligi się zakończy (przykład Poloni Bytom, Widzewa). Każdy kto zostanie zauważony przez inne kluby z ekstraklasy pójdzie w ch… z GieKSy bez żadnych sentymentów i nie będzie go jak zatrzymać (kasy nie ma) a zostanie zauważony kiedy? ano wtedy jak drużyna zacznie dobrze grać albo awansuje. Musimy wyjść na prostą finansową i nie budować stadionu za 150 baniek tylko inwestować w drużynę bo będzie jak z Tychami. Mają stadion i nie mają drużyny nawet na cienką 1 ligę.
Irishman
21 czerwca 2015 at 00:46
koles1989, no fakt – to był „król strzelców II ligi” ale sprzed pół roku, który przez te pół roku udowodnił, że to był chyba jakiś fart albo coś, bo totalnie mu nie szło ani w pierwszej drużynie Górnika, ani nawet w rezerwach. Z resztą chyba pamiętasz, że ten „transfer” to był taki rozpaczliwy ruch Zarządu, po tym jak odmówił nam Rakels?
OK, było, minęło, nie ma co wracać do tej wstydliwej dla klubu przeszłości.
witosa zgred
21 czerwca 2015 at 09:12
irishman ty kurwo milicyjna
marek
21 czerwca 2015 at 09:35
Gerard, tylko zauwaz, ze prezes od dlugiego czasu wyraznie unika wszelkich jasnych deklaracji odnosnie celu, o jaki gramy. jezeli faktycznie gramy o awans, powinien powiedziec to wprost „tak, gramy o awans”, jezeli ustalone jest tak jak piszesz, ze najpierw trzeba wyprostowac finanse i awans obecnie nie ma sensu, tez powinien to wprost zadeklarowac „najpierw finanse, potem wyzsze cele”. prezes ustawia sie tymczasem w takiej nijakiej, bezpiecznej pozycji, zeby ani nie powedziec wprost, ani nie zdementowac wprost. a to sie raczej kibicom nie podoba. mowi tez o braku cierpliwosci w Katowicach, a musi pamietac, ze my w tej 1 lidze nie jestesmy rok czy 2 tylko gnijemy tu juz 7 lat. GKS jest klubem ekstraklasowym i 1 liga to nie jest miejsce dla nas. to normalne, ze tu co roku jest presja na awans i prezes kazdorazowo przed sezonem powinien zadeklarowac jasne cele.
Irishman
21 czerwca 2015 at 12:29
@marek, no ale co prezes ma powiedzieć? Że rezygnują z awansu? No przecież to po pierwsze byłaby głupota, a po drugie bzdura! Bo jak się uda, to oczywiste, że z tego trzeba spróbować skorzystać. Mam nadzieję, że już rozumie ten błąd jaki popełniliśmy półtora roku temu.
A co do awansu to przecież jasno jest powiedziane, że realizujemy go w ciągu dwuletniego planu. No mnie to też wkurza, bo znów to słyszę ale nic nie zrobimy! A prawda jest taka, że jak się chce szybko awansować to trzeba wydać ogromne pieniądze, których po prostu nie mamy.
Pyjter
21 czerwca 2015 at 13:59
Prezes Cygan ma u mnie poparcie,a co do transferów to Boże chroń nas od Plizgow czy Ubiparipow „wielkich” piłkarzy którzy liczą na kasę i bez ambicji,kolejni hamulców nie są potrzebni.Szukać młodych w niższych klasach,co maja dobrze ułożone w głowie,ambitnych i dawać więcej szans wychowankom.
Grześ
21 czerwca 2015 at 15:42
No to niech powie przed sezonem- Gramu o bezpieczne utrzymanie i temat awansu nie wchodzi w grę i po sprawie.
Gadanie o tym, czy uda się albo nie, to można w toto lotku pytać.
BGC64
21 czerwca 2015 at 21:48
fajny wywiad, ja tam dalej ufam prezesowi. Jestem jednym z tych do których faktycznie Pan Cygan się odezwał po krytyce cen biletow itp. Tłumacząc kilka spraw. Widac że my zależy
mobil
22 czerwca 2015 at 14:05
Najmocniejszym ogniwem w GKS-ie jest właśnie prezes,ale…. otoczył się niestety niedorównujący na tym samym poziomie współpracownikami.