Piłka nożna
Wszystko w waszych nogach, głowach i sercach
Sądny dzień, sądny tydzień. Jak kilka w ostatnich latach. Choć do końca rozgrywek drugiej ligi pozostają cztery kolejki, to właśnie mecz z Widzewem może okazać się decydujący. To wielkie szczęście, że z łodzianami możemy jeszcze mierzyć się bezpośrednio i nie liczyć na to, że my wygramy swój mecz z kimś tam, a oni się potkną. Tutaj wszystko rozstrzygnie się na jednym boisku, a nie na dwóch. I po spotkaniu będziemy mogli wychodzić z wielkimi nadziejami i optymizmem, ale jest też opcja, że w zasadzie wszystko będzie pozamiatane.
Choć w kibiców znów wstąpiła nadzieja i częściowo jest ta myśl o niedzieli, jako o ważnym wydarzeniu w historii tego sezonu. Trzeba jednak sobie powiedzieć, że w wielu przypadkach nie ma tego przebierania nogami z niecierpliwości i tego „elektryzowania się” meczem na szczycie. Poprzednie sezony niestety zrobiły swoje, a kibice GieKSy nie są głupi, żeby nie przypominać sobie doświadczeń z 2017, 2018 i 2019 roku. Więc znów nadzieją, ale i pewną rezerwą, podchodzimy do sprawy. Tak, żeby ewentualny gong był mniej bolesny.
Tak naprawdę trudno jakoś się mocniej zaczepić na sensowych argumentach, bo obie ekipy – GieKSa i Widzew – nie dają ich na tyle mocnych, żeby którąkolwiek uważać za zdecydowanego faworyta. To co jest nadzieją dla naszego zespołu to słabość łodzian. Znów – podobnie jak rok temu wiosną – tracą punkty na potęgę i z lekko zdecydowanego lidera jeszcze dwa tygodnie temu, obecnie są w sytuacji możliwego wypadnięcia poza dwójkę. Kibice w Łodzi się frustrują i również obawiają się powtórki z rozrywki.
Niestety słabość łodzian nie wystarczy. Bo i my nie jesteśmy mocarzami, jeśli chodzi o postawę po restarcie. I nasza postawa rówineż nie daje żadnej gwarancji na zdobycze punktowe.
Tutaj będzie trzeba się wzbić chociażby o jeden poziom wyżej. Bo to, co wystarczało na Garbarnię czy Elanę, może nie wystarczyć na Widzew. To nie jest słaba ekipa, ale jakaś taka… nieposkładana. Być może z trenerem, który wpasowałby się w tę drużynę, byłoby dużo lepiej. A jednak Widzewowi nie idzie. Nie można natomiast dać się uśpić.
Patrząc na trójmecz Lech – Polkowice – Elana, mieliśmy momenty zarówno niezłe, jak i tragiczne. Niezła była druga połowa we Wronkach i taką GieKSę chcielibyśmy oglądać. Mecz z Elaną był całkiem poprawny, z niezłymi momentami. Ale było też fatalne spotkanie z Polkowicami. I tej odsłony na pewno nie chcielibyśmy w starciu z wiceliderem oglądać.
Choć piłkarze i zwłaszcza trenerzy lubią mówić, że „żaden mecz nie jest szczególny” albo „wszystkie są tak samo ważne”, to jednak wolałbym, żeby Rafał Górak z ekipą piłkarzy jednak potraktowali ten mecz priorytetowo. A dlaczego tak? Już mówię:
Bo w poprzednich latach wszystkie ważne mecze – o awans czy derbowe – z największymi leszczami za przeciwników, z rozbitymi mentalnie ekipami, z juniorami z Chorzowa PRIORYTETOWO potraktowane nie zostały i GieKSa je przegrała. Przewaliła. Przerżnęła. Drwiono z nas na stadionach największych wrogów, drwiła z nas cała Polska!
Chcielibyśmy, żeby z tym był już koniec. Chcemy w końcu sukcesu. Dodam, że wspomniane wyżej mecze GieKSa nie tylko przegrywała. Przegrywała jest w haniebnym stylu, beza walki, bez zaangażowania, a jedynie prowokując lawinę domysłów i podejrzeń. Te mecze były tak żenujące, tak oddane bez walki, że trudno było myśleć inaczej.
Kilku zawodników jeszcze pamięta poprzedni sezon, a nawet dwa sezony. Tak jak w przypadku kapitana zespołu Adriana Błąda. Pal już licho te poprzednie sezony, nie chcę do nich więcej wracać. Ale to właśnie Adrian, jak kluczowy zawodnik tego zespołu – ma coś do udowodnienia i naprawienia. Z kluczowych zawodników tyczy się to również Arkadiusza Jędrycha. O Arkadiuszu Woźniaku nie chcę się rozwodzić, bo z Widzewa wykluczył się sam…
Ale to właśnie Jędrych i Błąd są tymi zawodnikami, którzy powinni tak nastawić tę drużynę, żeby wyszła z pierdolnięciem na Widzew. Nie mówię o huraganowych atakach, ale o nastawieniu na walkę. Wślizg, sprint i nie dawanie sobie w kaszę dmuchać. Liczę w tym temacie oczywiście też na trenera, który po poprzednim przegranym w końcówce sezonu awansie w Elanie, chyba ma podwójną ambicję, żeby jednak tym razem się udało.
Chcemy walki. Nie chcemy tłumaczenia po meczu, że Widzew, to Widzew. Skoro w ostatnim czasie wygrywali z nim tacy mocarze jak Skra, Legionovia czy Pogoń Siedlce, to znaczy, że Widzew na ten moment jest tylko z nazwy, a nie z formy. I że GKS również może z tym zespołem wygrać. Ale tak jak wspomniałem – jedynie z należytym podejściem, z ambicją, bez koszmarów w obronie i z zachowanie niezłej skuteczności.
Powiedziałbym też – czas w końcu na jakiś naprawdę przekonujący mecz. Bo takiego w tej rundzie wiosennej nie rozegraliśmy. Ciągle wszystko było na styku i to takim z wielką niewiadomą. Tutaj, nawet jeśli z Widzewem miałoby się wszystko na styku rozgrywać to dobrze by było, żeby po naprawdę dobrej naszej grze.
Panowie, wszystko jest w waszych nogach, głowach i sercach. Zagrajcie w końcu jakiś naprawdę ważny mecz GieKSy z takim sercem, na jaki zasługuje ranga tego spotkania. I dajcie nam w końcu jakąś większą radość, bo nie ma chyba w Europie bardziej dotkniętych klęskami kibiców niż kibice GieKSy.
Czekamy w niedzielę na sukces!
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.


Mleczak
11 lipca 2020 at 08:16
Oj Shelu nie jojcz już 😉 Zacznij sobie lepiej układać felietony pod baraże. Przecież tutaj scenariusz jest już doskonale znany, jak nawet widzew będzie dalej słaby (na co liczysz) to sami sobie bramkę strzelimy, plus kolejny głupi karny, żeby robak staty sobie poprawił…piłka jest przewrotna, ale nie u nas…tutaj można wszystko przewidzieć 😉
KaTe
11 lipca 2020 at 13:16
W zasadzie zgadzam się z Shellem. Z wyjątkiem jednego: jeśli przegramy to NIC NIE BĘDZIE JESZCZE POZAMIATANE!!! Awans poprzez baraże jest wart tyle samo co bezpośredni! Ale na razie priorytetem jest niedzielny mecz i nie wyobrażam sobie żeby nie było w nim walki i nadzwyczajnego zaangażowania. Nie można odpuścić ani minuty. Tym bardziej, że drugie połowy w wykonaniu Widzewa nie są zbyt dobre.
A swoją drogę, jeśli Łęczna przegra z Siedlcami (bo czemu miałaby nie przegrać?) to wszystko może się jeszcze bardziej zapętlić.
KaTe
11 lipca 2020 at 19:00
Wywróżyłem Łęcznej wynik?
Ta liga jest nieźle zakręcona!
KATO
12 lipca 2020 at 10:24
Chcemy widzieć walke i sportową determinacje na zwycięstwo. Chcemy oglądać widowisko od początku do końca meczu, bo jesteśmy GIEKSĄ z Katowic!