Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

[WYWIAD] Burkhardt: Wierzę, że po zimie dam więcej drużynie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W czasie sezonu zarówno my jak i zawodnicy pierwszej drużyny nie zawsze mamy czas by przeprowadzić dla was dłuższy wywiad. Przerwa między rundami to dla nas doskonały czas, by takie zaległości nadrobić. Dziś mamy dla Was wywiad z Filipem Burkhardtem – zapraszamy do czytania.

GieKSa.pl: Filip jakbyś ocenił pierwsze pół roku, które spędziłeś w GieKSie od strony piłkarskiej i od strony prywatnej? Katowice to pierwsze miasto na Śląsku, w którym zamieszkałeś na dłużej.

Filip Burkhardt: Na pewno zdecydowanie więcej po sobie oczekiwałem, tak samo jak i po wynikach drużyny. Patrząc jednak na moją osobę to sam siebie zawiodłem, mimo, że niektóre mecze były dobre, bo strzeliłem 3 bramki. Jednak jeśli brać pod uwagę samą grę i wkład do drużyny to oczekuję od siebie więcej. Mam nadzieję, że na wiosnę moja rola w drużynie ulegnie zmianie i dam więcej zespołowi, bo wiem, że mnie na to stać. Jeśli zdrowie pozwoli i solidnie przepracujemy okres przygotowawczy to jestem pewien, że dam więcej niż dotychczas. Prywatnie to rzeczywiście mieszkaliśmy w wielu miejscach w Polsce, ale tutaj szybko się zaaklimatyzowaliśmy się z żoną i córką. Podoba nam się tutaj, mamy już swoich znajomych. Wiadomo, że zawsze jest jakiś okres aklimatyzacji, ale myślę, że mamy to już za sobą.

W Łęcznej na pewno miałeś apetyt na więcej, sam w tamtym czasie w wywiadach podkreślałeś, że chcesz strzelić parę bramek i dołożyć asysty. Niestety nie udało Ci się. Kiedy zacząłeś myśleć o zmianie klubu?

Z samej gry w Łęcznej byłem zadowolony, choć oczywiście brakowało mi bramek. Być może nie miałem w tym aspekcie szczęścia. Do mojej gry większych pretensji trener nie miał, a argumentem trenera za tym by mnie odsuwać powoli na ławkę był fakt, że nie strzelałem tych bramek.
Musiałem to zaakceptować. Taki był fakt, że przez rok nie strzeliłem bramki. Dostawałem sygnały od trenera, że będzie szukał na moją pozycję zawodnika, który będzie strzelać bramki. Moja gra niestety częściej opiera się na asystach, nie strzelam dużo bramek w sezonie. Jestem doświadczonym graczem i po zachowaniach trenera widziałem, że nie będzie na mnie stawiać. Chciałem grać, bo mam dopiero 28 lat i doświadczenie, które zdobyłem mogę wykorzystać na swoją korzyść. Pojawiła się propozycja z GKS-u, dostałem telefon, że klub jest zainteresowany, że chcą budować zespół na ekstraklasę, sytuacja finansowa jest stabilna. Wiedziałem, że to klub z dużymi tradycjami i kibicami, grałem kilka razy na Bukowej i zawsze była fajna atmosfera. Przez te pół roku również tego doświadczyłem, mimo, iż na trybuny nie przychodzi po 10.000-20.000 Tysięcy. Miałem dwie inne oferty, ale oferta z Katowic była najkonkretniejsza, klub miał swoje cele i to mi najbardziej pasuje gdyż jestem zawodnikiem, który chce grać „o coś” a nie tylko o utrzymanie czy też środek tabeli. Drużyna którą mamy na początku się budowała, teraz myślę, że jesteśmy już drużyną która się zna, w której każdy wie, czego się spodziewać po drugiej osobie.

Wyjaśnijmy sprawę z Twoim kontraktem, bo sporo zamieszania informacyjnego z tym było.

W Łęcznej miałem jeszcze roczny kontrakt, ale nie chciałem tam zostać. Byłem dogadany w klubie, że jak znajdę klub i zrezygnuje z zaległości to będę mógł odejść. Szybko dogadałem się z GieKSą, ale niestety w Łęcznej nie do końca działacze byli fair. Zostałem więc wypożyczony na rok, ale w między czasie rozwiązałem kontrakt z winy klubu i dziś jestem pełnoprawnym zawodnikiem GKS-u z kontraktem do czerwca 2017.

Ten sezon dla całej drużyny jak i dla Ciebie można podzielić na dwie części. W pierwszej za kadencji trenera Piekarczyka początek sezonu dla Ciebie i drużyny był wymarzony, jednak koniec był już fatalny. Nie ma, co ukrywać, że z trenerem Piekarczykiem Ci się nie układało.

Wydaje mi się, że trener miał większe zaufanie do zawodników, którzy byli w klubie od dawna. Odczuwałem to ja, odczuwali to również inni nowi zawodnicy. Nie było zaufania na boisku ze strony trenera. Początek rzeczywiście był dobry, bo dawałem coś drużynie, dawałem radę na boisku, strzelałem bramki. Później gdzieś tego zaufania ze strony trenera zabrakło a wiadomo, że każdy zawodnik potrzebuje podkreślenia tego, że się liczy na niego.. Wtedy dochodzi do gry pewność siebie, która w pewnym momencie mi uciekła. Były mecze, w których grałem a potem siadałem na ławce, więc ciężko było mi dojść do odpowiedniej formy. Wierze w to, że po zimie zapracuje na zaufanie trenera i wrócę do optymalnej dyspozycji.

Patrząc wtedy na Twoją grę miało się wrażenie, że początki w meczu są w Twoim wykonaniu dobre – jak z Siedlcami czy Sandecją – natomiast w miarę upływu czasu i gorszej gry drużyny słabiej wyglądałeś również Ty.

Jak idzie drużynie to wyróżnia się większość zawodników. Gdy przegrywamy to odbija się to na każdym. W takich momentach to niekiedy potrzebny jest jedynie Messi czy Ronaldo, którzy przejdą pół boiska i strzelą bramkę. W I lidze takich zawodników nie ma. Zdaję sobie jednak sprawę, że oczekiwania wobec mojej osoby były większe, że to ja będę tym zawodnikiem, który będzie ciągnąć tą drużynę.

Kulminacją tej frustracji czy też niezadowolenia był ten słynny „Tweet” gdzie wyraźnie dałeś do zrozumienia co sądzisz o decyzji trenera co do składu?

Gdzieś to też zostało źle odebrane przez wszystkich. Oczywiście w profesjonalnej piłce nie powinno się to zdarzać, byłem sfrustrowany bo liczyłem, że w takim meczu zagram i pomogę drużynie tym bardziej, że w pierwszym meczu z Rozwojem dobrze zagrałem i strzeliłem bramkę. Najgorsze w tym wszystkim było to, jakie wytłumaczenie tej decyzji przekazał mi trener. W rozmowie z nim usłyszałem, że nie gram dziś bo przegrywam warunkami fizycznymi. Wszyscy przecież wiedzieli jakie są moje warunki i gdzieś ta frustracja mnie przerosła, tym bardziej, że w pierwszym meczu z Rozwojem zagrałem i strzeliłem bramkę. Oczywiście żałuje tej sytuacji, przeprosiłem za to wszystko trenera i drużynę. Chciałem również przeprosić kibiców za tą sytuację, ale po prostu nie wytrzymałem.

Druga połowa sezonu to słaby start w meczu ze Stomilem, w którym wylądowałeś na ławce już w przerwie i całkiem niezły koniec gdzie niewiele brakowało by strzelić gola z Sosnowcem.

Mam do siebie duży żal o mecz ze Stomilem. Trener dał mi wtedy szanse a ja nie pamiętam kiedy zagrałem tak słaby mecz. To był chyba najsłabszy mecz w karierze. Piłka mi odskakiwała, nie wykorzystałem wszystkich swoich walorów. Nie dziwie się, że później czekałem tak długo na swoją szansę. W meczu z Sosnowcem dostałem od trenera szansę na boku pomocy i myślę, że to też nie było złe rozwiązanie. Mam predyspozycję by grać na boku, zejść do środka. Przed Sosnowcem trenowaliśmy takie ustawienie 2-3 dni i widać było, że to za krótko by opanować to dobrze. Myślę, że na dłuższą metę to może być dobre rozwiązanie bo przy moim zejściu do środka otwierają się boki pomocy czy to dla Czerwińskiego, Pietrzaka czy też Frańczaka, można mieć również przewagę w środku pola. Grałem tak w przeszłości w Amice w Ekstraklasie, tak strzeliłem swoją pierwszą bramkę w barwach Amiki na Bukowej. To jest dobre rozwiązanie tylko musimy nad tym potrenować. Cieszę się, że trener to zauważył i mam nadzieję, że będziemy z tego korzystać.

Trener Piekarczyk chciał Cię jedynie na 10-tce jako rozgrywającego, ale widzimy że jednak na grę z boku pomocy Ty zapatrujesz się również pozytywnie.

Myślę że tak, bo połowę swej kariery spędziłem na boku, przyzwyczajenia mam i myślę, że sobie poradzę. Chce grać i dać tej drużynie jak najwięcej, więc jeśli trener uzna, że na boku przydam się bardziej niż w środku to mogę tam zagrać. Dobrze się też czuje na pozycji 8, jestem częściej pod grą i mogę ją rozgrywać. Schematy są różne i jest to tak naprawdę kwestia trenera.

Po Stomilu nie wracałeś długo do gry, ale nie ty jeden zostałeś zmieniony już w przerwie. Rafał Pietrzak w meczu z Płockiem też został zmieniony po 45 minutach. Konsekwencja trenera to chyba dobra rzecz dla drużyny i piłkarzy, którzy muszą zrozumieć, że słabszy występ sprawi im problemy z wyjściem w składzie.

Trzeba robić wszystko z korzyścią dla drużyny, jeśli ktoś jest w słabszej formie to nie będzie grać. Gorszej rundy nie będę mieć i głęboko wierzę, że po zimie będę w dobrej formie.

Po tej połowie rundy z trener Brzęczkiem patrzysz z optymizmem w przyszłość jeśli chodzi o siebie i drużynę?

Na pewno tak. Trener zarządza twardą ręką i to tej drużynie było bardzo potrzebne, żeby każdy czuł respekt przed trenerem i by wiedział, co ma robić na boisku. Wcześniej momentami wyglądało to tak, że każdy robił sobie co chciał na boisku i pojawiały się błędy. Teraz doszła konsekwencja na boisku i w szatni bo trzeba zawsze być zdyscyplinowanym. Widać, że zmiany przełożyły się również na grę na boisku i wyniki. Nasza dyscyplina przyniosła nam mecze bez straconej bramki. Jestem po rozmowach z trenerem i wiem, że na początku swej pracy chciał pracować nad obroną. Teraz wraz ze zbiegiem czasu będzie chciał poprawić grę w ofensywie i wierzę, że znajdzie tam dla mnie miejsce. Trener wierzy we mnie i liczy na mnie – takie słowa usłyszałem od niego.

Trener wspominał o nowym ustawieniu, które chciałby wprowadzić jeśli chodzi o linię pomocy. Myślisz, że to właśnie dotyczyło Twojej osoby?

Wszyscy byli zaskoczeni tym, że grałem na skrzydle. Miałem jedną sytuację do strzelenia bramki, była ona idealna i czysto trafiłem w piłkę. Myślę, że gdybym odrobinę popsuł to uderzenie to paradoksalnie byłby gol. Na treningach takie akcje kończą się bramką, niestety w meczu nie wpadło. Patrzmy jednak w przyszłość, bo mam nadzieję, że wszystko się ułoży dla mnie, dla drużyny dobrze i odniesiemy jakiś sukces.

Po meczu w Sosnowcu pojawiły się słowa, że po tej porażce GieKSa wróci silniejsza. Powiedz ze strony zawodnika czy taka porażka rzeczywiście sprawia, że drużyna jest silniejsza w kolejnych spotkaniach?

Ta porażka była dla nas bardzo bolesna, w szatni było jak na stypie, w ostatnim okresie tworzyliśmy drużynę, zgraliśmy się i było widać, że jeden za drugim poszedłby w ogień. Nie mogliśmy uwierzyć w to co się stało, głowy były spuszczone a niektórzy nawet płakali. Dla nas ta porażka to było jak przegranie finału ligi mistrzów. Trener starał się nas podbudować, że to nie koniec. W tamtym momencie nie wierzyliśmy w to, bo zostawiliśmy mnóstwo zdrowia i serca na boisku, mieliśmy swoje okazje w tym meczu. Nie zasłużyliśmy na tą porażkę i dlatego ona tak bardzo bolała.

28 lat i 11 klubów w Twoim CV. Nie masz wrażenia, że brakuje gdzieś stabilizacji w Twojej karierze?

Myślę, że tak, płacę za błędy w młodości. Będąc w Lechu byłem wypożyczany do Widzewa, Warty Poznań, Tura Turek czy też Jagielonii. To były wypożyczenia, które mi nic nie dawały od strony piłkarskiej. One jedynie nabijały licznik klubów, w niektórych spędziłem tylko pół roku. Dopiero od Arki miałem trochę stabilności i zacząłem zmieniać kluby mniej więcej po okresie dwóch lat. Z Arki odszedłem po spadku do I ligi, w Sandecji spędziłem ponad dwa lata, Płock tak samo. W Łęcznej również miałem być dwa lata, ale nie udało się.

W jednym z wywiadów wspomniałeś, że do szatni w ekstraklasie wprowadzał Cię Grzegorz Szamotulski. W Katowicach to Ty jesteś jednym z najstarszych, mimo 28 lat. Poczułeś trochę, że zmieniła się Twoja rola?

Podpisując kontrakt nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopiero gdy wszedłem do szatni to sprawdziłem roczniki urodzenia kolegów. W Łęcznej gdzie jest wielu starszych zawodników zdarzało się, że to ja nosiłem piłki i bramki na treningi. Tutaj musiałem się przestawić, że 15 zawodników jest młodszych ode mnie. Dla mnie była to nowa sytuacja i chyba na początku nie potrafiłem się w tym odnaleźć. Teraz jest nieco inaczej i staram się pomagać wszystkim. Chociaż z drugiej strony wiem sam po sobie jak to jest ze wskazówkami od starszych graczy. W Amice porady mogłem brać od Kryszałowicza, Dębińskiego czy też Murawskiego. Wtedy mówiłem sobie „a co mi tam będzie stary gadał”. Dopiero teraz widzę, że oni mieli rację. Patrząc wiec na tą sytuację czasem sam się śmieje, że biorę młodych udzielam im rad a byłem kiedyś taki sam jak oni. Mam nadzieję, że oni będą mądrzejsi ode mnie i skorzystają z tych porad bo na pewno to im piłkarsko i życiowo może pomóc.

Na początku sezonu była jeszcze jedna sytuacja, którą chcieliśmy z Tobą wyjaśnić. W jednej z wypowiedzi sugerowałeś, że nie możecie grać w 10tkę mając na myśli słabszą grę młodzieżowców.

Każdy z nas zdawał sobie sprawę, że zagraliśmy słabo z Sosnowcem (pierwszy mecz), żeby taki mecz wygrać trzeba dawać z siebie maksimum. W tym meczu tak jednak nie było. W mojej wypowiedzi chodziło bardziej o podejście niektórych zawodników do gry. Jest przepis młodzieżowca i niektórzy to po prostu wykorzystują. Mi chodziło oto by zaznaczyć to by tego nie wykorzystywali tylko z pokorą i zaangażowaniem wykonywali to co do nich należy. Niektórzy naprawdę obrośli w piórka i chcieliśmy to ze starszymi zawodnikami utemperować, chcieliśmy by zrozumieli, że nie grają dlatego, że są w dobrej dyspozycji tylko dlatego, że jest przepis. Gdy ja wchodziłem do drużyny czy też inni starsi zawodnicy to musieliśmy się wyróżniać i coś sobą reprezentować by móc zagrać w meczu ligowym. Teraz niektórzy z nich dostali szansę za darmo i muszą się wziąć za siebie, pokazać, że grają nie ze względu na przepis ale dlatego, że zasługują. U nas na początku za trenera Piekarczyka było widoczne podejście „I tak będę grać bo muszę grać” i niektórych z nas to denerwowało. Trener Brzęczek wprowadził zmiany i widać tego efekt, każdy z młodych graczy zapieprza na boisku i treningach bo wiedzą, że nikt za darmo nie będzie grać.

Myślisz, że trener Brzęczek będzie potrafił to na dłuższą metę utrzymać?

Oczywiście, że idzie to wszystko zmienić. Trener powiedział wprost „Będziecie robić to czego wymagam to będziecie w klubie, jeśli ktoś nie będzie tego robić to go tutaj po prostu nie będzie”. Myślę, że zarówno do młodych jak i starszych te słowa trenera dotarły. Musimy wszyscy pchać wózek w jedną stronę, bo nikt za darmo nie będzie grał. Wszyscy musimy realizować koncepcję trenera i jeśli tak się stanie to osiągniemy sukcesy. Trener jasno dał nam do zrozumienia, że jeżeli ktoś będzie ciągnął wózek w inną stronę to dla takich osób nie będzie miejsca w klubie. Moim zdaniem to dobre podejście, bo najważniejszy jest sukces drużyny.

Sukcesy na razie odnosi inny trener, z którym miałeś okazję pracować -Marcin Kaczmarek z Płocka. Powiedz coś o tym trenerze, jak to się dzieje, że Płock kolejny raz walczy o awans.

Uważam, że to jest bardzo dobry trener i psycholog. Ma bardzo dobre podejście do zawodników. Opowiem na swoim przykładzie. Przyszedłem do Płocka do II ligi, trener do mnie zadzwonił, nakreślił plan i przekazał że chce bym był ważnym zawodnikiem i będzie na mnie stawiał. Te wszystkie słowa miały odzwierciedlenie w tym co robił. Nawet gdy zagrałem słabszy mecz to trener na mnie stawiał, moja pewność siebie rosła. Myślę, że większość graczy w Płocku też czuła wsparcie trenera.
To wsparcie i rosnąca pewność siebie u każdego z nas sprawiła, że zaliczyliśmy bodajże 23 mecze bez porażki na poziomie II i I ligi. Po awansie nie było zmian w drużynie, szkielet był ten sam. Trener powiedział, że ufa zawodnikom których ma. Rosła wtedy nasza siła i wiedzieliśmy, że nie możemy zawieść trenera. Po zeszłym sezonie trochę zmieniła się jego drużyna, ale nowi gracze zostali bardzo dobrze dobrani i na razie mają sukcesy. Cieszę się, że mu się udało bo jest to dobry fachowiec i zasługuje by osiągnąć dobre wyniki.

Prezesi często mówią o GieKSie, że jest stabilna i piłkarze chcą grać w naszym klubie. Z Twojej perspektywy jak wygląda organizacja?

Od strony organizacyjnej nie ma się do czego przyczepić. Klub jest bardzo dobrze zorganizowany, wszystko mamy zapewnione. Finanse są płacone na czas, więc nie mamy na co narzekać. Za awans mamy premie i to co zarobimy zależy od nas bo to my musimy podnieść pieniądze z murawy. Od strony sportowej wszystko idzie w dobrym kierunku, mamy indywidualne treningi, jest dodatkowy trener Leszek Dyja, do którego gracze jeżdżą nadrabiać zaległości fizyczne. Wszystko zależy od nas czy będziemy umieli z tego skorzystać.

Trochę prywatnie jeszcze podpytamy bo wspominałeś w wywiadach, że brakowało w Twojej karierze ojca. Obserwując waszą rodzinę w mediach społecznościowych mamy wrażenie, że mocno się angażujesz w swoją rolę. Czy to właśnie efekt tego, że gdzieś Twojego taty zabrakło?

Dla mnie rodzina jest najważniejsza. Córka i żona jest ponad wszystko i to dla nich robię wszystko. Mamy teraz wolne i każdą chwilę staram się spędzić z nimi. Chodzimy do kina, mamy wspólne wyjścia na które nie było czasu. Mój tata pracował za granicą, wysyłał nam pieniądze, mama nas wychowywała, ale brakowało silnej męskiej ręki by naprowadzić nas czasami na dobrą drogą. Na pewno przez to popełniłem błędy gdy byłem młodszy, ale teraz mam to doświadczenie i mam nadzieję, że przeniesie się ono zarówno na boisko jak i życie prywatne.

Chciałbyś coś przekazać kibicom?

Chciałbym życzyć kibicom Wesołych Świąt i wszystkiego dobrego w nowym roku. Przede wszystkim chciałbym życzyć im wspólnych sukcesów. My potrzebujemy ich na trybunach. Oni są naszym dwunastym zawodnikiem i niosą nas w meczach głośnym dopingiem. Mam nadzieję, że na mecz z Arka zapełnią trybuny do ostatniego miejsca i pomogą nam w wygranej. Niestety ja nie będę grać w tym meczu, może pójdę na Blaszok i wspólnie będę z kibicami dopingować. Żałuje tego meczu, bo Arka zawsze zajmuje specjalne miejsce w moim sercu, ale cóż – akcja w Sosnowcu była taka, że musiałem przerywać i faulować rywala nawet mając świadomość, że dostanę kartkę.

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    mms

    19 grudnia 2015 at 11:26

    Dlaczego nie ma informacji na temat siatkówki? Dużo się dzieje w najbliższych dniach a tu cisza.

  2. Avatar photo

    blazej

    19 grudnia 2015 at 13:38

    MMS dlatego, że osób w redakcji jest za mało by pisać o siatkówce cały czas. Nie pracujemy w redakcji tylko robimy do społecznie więc nie zawsze jest też czas. Możesz dołączyć do nas i pisać newsy o siatkówce.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga