Piłka nożna Prasówka
Media o wczorajszym meczu: GKS Katowice nie żartuje
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Bruk-Bet Termalica Nieciecza 5:1 (3:1).
weszlo.com – GKS Katowice nie żartuje. Europejskie puchary coraz bliżej
To nie są żarty. GKS Katowice jest coraz bliżej europejskich pucharów. Po rozgromieniu Termaliki i przypieczętowaniu jej spadku do I ligi podopieczni Rafała Góraka przynajmniej na chwilę wskoczyli na trzecie miejsce.
Mateusz Kowalczyk zaraz po końcowym gwizdku trzeźwo zauważył przed kamerami Canal+ Sport, że wynikowo jest super, ale nie był to najlepszy mecz w wykonaniu jego i kolegów. Mieliśmy bowiem do czynienia z klasycznym Bruk-Betem, do której w tej postaci już się przyzwyczailiśmy.
Goście przeważali, grali naprawdę ciekawie z przodu, dochodzili do niezłych sytuacji, zanotowali blisko dwa razy więcej kontaktów z piłką w polu karnym przeciwnika niż GieKSa. Tylko co z tego, skoro kolejny raz nie przełożyło się to na efekty, a gdy już rywale ruszali z atakami, to przy fatalnej defensywie nie było czego zbierać.
Nie ma mowy o przypadku czy wyjątkowym pechu. W ten sposób można do kogoś podejść ze zrozumieniem raz, dwa czy trzy, ale nie czternasty czy piętnasty. Termalica spada, bo w bronieniu pozostała drużyną pierwszoligową, co nie mogło przynieść powodzenia w Ekstraklasie, zwłaszcza przy tak wyjątkowo wyrównanej stawce.
Trudno stwierdzić, kto w ekipie gości najbardziej kopał się po czole w bronieniu. Arkadiusz Kasperkiewicz strzelił absurdalnego samobója na 0:1, gdy wydawało się, że jego drużyna opanowała sytuację na boisku.
Gabriel Isik miotał się i wiecznie był spóźniony. Nie pokrył Szkurina po rzucie rożnym Nowaka (Białorusin trafił do siatki na raty) i został wręcz ośmieszony przez Markovicia, który po wyrzucie z autu jakby nigdy nic zszedł sobie ze skrzydła do środka pola karnego, minął bramkarza i trafił na 5:1.
Lucas Masouero ruszał się jak wóz z węglem. Z kimś takim w tyłach nie sposób poczuć się pewnie. W przerwie zmienił go Artem Putiwcem, który przynajmniej dołożył trochę więcej zdecydowania, ale generalnie jest już po drugiej stronie rzeki.
Wahadłowi niezbyt dawali radę w tyłach, słabszy dzień miał Maciej Amrosiewicz i w efekcie GKS bezlitośnie wyprowadzał kolejne ciosy. Marković znów strzelił dwa gole, do tego jeszcze zaliczył asystę przy bramce wracającego do gry Kowalczyka. Najpiękniejsza była kontra na 3:0, gdy dwa podania od własnego pola karnego wystarczyły, żeby Marković sfinalizował akcję.
Aż trudno uwierzyć, że przy takim wyniku żadnego konkretu nie uzyskał Bartosz Nowak. Co nie znaczy, że tylko się przyglądał. Po jego dośrodkowaniu z rzutu wolnego poprzeczkę obił Arkadiusz Jędrych, po jego centrze z rożnego na raty na 2:0 strzelał Szkurin i to on napędził wspomnianą przed chwilą kontrę.
GKS odniósł piąte z rzędu zwycięstwo na własnym stadionie i naprawdę za chwilę może znaleźć się w pucharowych eliminacjach. Rozkład jazdy na trzy ostatnie kolejki teoretycznie nie rozpieszcza (Piast wyjazd, Jagiellonia dom, Pogoń wyjazd), ale wszyscy już dobrze wiemy, że pojęcie dobrego lub złego terminarza w Ekstraklasie praktycznie nie istnieje.
Termalica od początku swoją obecność w elicie traktowała jako zaszczyt i wielkie wydarzenie, więc żegna się z nią bez atmosfery dramatu i wielkiej porażki. Najwyraźniej z takiej kadry więcej nie dało się wycisnąć.
dziennikzachodni.pl – Gieklasacja na Nowej Bukowej! GKS Katowice w doskonałym stylu wskakuje na podium
W rozegranym 3 maja spotkaniu 31. kolejki PKO Ekstraklasy GKS Katowice rywalizował z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza. Katowiczanie nie zwalniają tempa na Nowej Bukowej, a ich fani mieli w majówkę powody do świętowania, natomiast zespół z Niecieczy przypieczętował swój spadek.
Piłkarze GKS Katowice nie zwalniają tempa i walczą o miejsce na podium w PKO Ekstraklasie. Podopieczni Rafała Góraka w niedzielne południe pokonali u siebie Bruk-Bet Termalicę Nieciecza przypieczętowując spadek do Betclic 1. Ligi „Słoni”, które straciły już nawet matematyczne szanse na utrzymanie.
Dla Katowiczan była to piąta z rzędu ligowa wygrana na Nowej Bukowej, która stała się dla GieKSy prawdziwą twierdzą. W tym roku gospodarze jeszcze u siebie nie przegrali, w czym spory udział mieli kibice świetnie dopingujący piłkarzy trenera Góraka i stwarzający na trybunach nowego stadionu fantastyczną atmosferę. Fani w majówkę mieli na Arenie Katowice powody do świętowania.
Piłkarze Bruk-Betu odważnie zaczęli to spotkanie i w pierwszym kwadransie byli zespołem lepszym. Mogli nawet objąć prowadzenie, ale po odbiciu piłki przez Lukasa Klemenza po dośrodkowaniu z rogu ta trafiła w poprzeczkę. GieKSa szybko jednak opanowała sytuację. Co prawda po centrze Bartosza Nowaka Arkadiusz Jędrych główkował w poprzeczkę, ale później w niespełna kwadrans padły trzy gole dla gospodarzy.
Pierwszy padł w kuriozalnych okolicznościach, bo po dalekim wrzucie z autu Mateusza Kowalczyka piłkę do własnej bramki skierował nieatakowany przez przez nikogo Arkadiusz Kasperkiewicz. Potem Ilja Szkurin dobił z bliska swój własny strzał trafiając w stojącego na linii bramkowej Kamila Zapolnika. Wreszcie Katowiczanie przeprowadzili błyskawiczną kontrę – Szkurin wyłożył piłkę do Emana Markovicia, a Norweg z zimną krwią zaliczył swoje siódme trafienie w tym sezonie w PKO Ekstraklasie.
Jeszcze przed przerwą honorową bramkę dla Termaliki strzelił Zapolnik, który mimo asysty dwóch obrońców zdołał odwrócić się z piłką i pokonać Dawida Kudłę. Na więcej gości już nie było w Katowicach stać, natomiast GieKSa po zmianie stron strzeliła jeszcze dwa gole. Najpierw po podaniu Markovicia sytuację sam na sam z bramkarzem wykorzystał Kowalczyk, a później Norweg zabawił się z bramkarzem oraz obrońcą z Niecieczy i strzelił swojego drugą bramkę w tym spotkaniu przypieczętowując triumf swojej drużyny.
Pięć wniosków po meczu GKS Katowice z Niecieczą. Na Nowej Bukowej pachnie europejskimi pucharami
[…] Oto pięć wniosków po spotkaniu GieKSy z beniaminkiem z Niecieczy.
1. GKS Katowice coraz bliżej europejskich pucharów. Katowiczanie walczą o miejsce na podium PKO Ekstraklasy. Po tej wygranej awansowali na trzecie miejsce w tabeli, ale rywale do medalu mają jeszcze do rozegrania zaległy mecz. Podopieczni Rafała Góraka są jednak coraz bliżej zapewnienia sobie gry w europejskich pucharach, w których po raz ostatni grali w 2003 roku.
2. Twierdza na Nowej Bukowej. Wysoka lokata GieKSy w lidze to przede wszystkim efekt świetnej gry na swoim stadionie. Nowa Bukowa stała się przez ten rok jej funkcjonowania prawdziwą twierdzą zespołu trenera Góraka, który u siebie wygrał pięć ligowych spotkań z rzędu, a w sumie zdobył tu 32 z 47 wywalczonych dotąd punktów.
3. Świetna seria Emana Markovicia. Norweg trafiając do siatki zespołu z Niecieczy zdobył swojego siódmego i ósmego gola w tym sezonie ligowym. Była to jednocześnie jego szósta i siódma bramka w czwartym kolejnym spotkaniu. W trzech ostatni pojedynkach po dwa razy trafiał do siatki rywali. Jeszcze chwila i napastnik GieKSy dorówna swojemu dobremu koledze z młodzieżowych reprezentacji Norwegii Erlingowi Haalandowi.
4. Katowiczanie mistrzami wrzutów z autu. W naszej lidze za specjalistę od dalekich wrzutów z autu uważano Puszczę Niepołomice. Po spadku tej drużyny palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie można jednak przyznać drużynie GKS. Potrafią to robić zarówno Marcin Wasielewski jak i Mateusza Kowalczyk, a ten ostatni zaliczył w ten sposób asystę przy samobóju Arkadiusza Kasperkiewicza.
5. Pierwsze trafienie Mateusza Kowalczyka. Pomocnik młodzieżowej reprezentacji Polski do asysty dołożył też bramkę. To było pierwsze trafienie 22-letniego zawodnika w tym sezonie. Co prawda na początku sezonu trafił już do siatki w spotkaniu z Widzewem, ale był to gol samobójczy, a ten strzelony Bruk-Betowi sprawił mu dużo radości.
gol24.pl – Serpentyny na meczu PKO Ekstraklasy GKS Katowice – Bruk-Bet Termalica. Aż się stary czasy przypominają na Nowej Bukowej
Pamiętacie jeszcze erę serpentyn w polskim futbolu? Kibice GKS-u Katowice przypomnieli o tym legendarnym kibicowskim atrybucie przed pierwszym gwizdkiem meczu, rzucając je na murawę. Nie stanowiły one jednak problemu, a pierwsze niedzielne spotkanie 31. kolejki PKO Ekstraklasy z Bruk-Betem Termalicą rozpoczęło się o czasie od godziny 12:15.
Zapachniało starymi czasami i przede wszystkim klimatem w pierwszym niedzielnym meczu PKO Ekstraklasy. Kibice GieKSy wnieśli serpentyny, które rzucili na boisko w momencie rozbrzmiewania pierwszego gwizdka sędziego Pawła Malca. Służby porządkowe jednak w porę zareagowały i nie doprowadziły do opóźnień.
Na boisku również było dla nich wesoło od pierwszej minuty. Pierw pechowo do własnej bramki trafił Arkadiusz Kasperkiewicz, a następnie dobił do pustej bramki Ilja Szkurin. Cios prosto w serce przyjezdnym walczącym o życie w PKO Ekstraklasie zadał rewelacyjny Norweg i kolega Erlinga Haalanda Eman Marković, który trafił po raz ósmy w dobiegającym końca sezonie.
katowickisport.pl – GKS Katowice zdemolował i zdegradował rywala
Choć mecze rozgrywane w niedzielę w południe nie należą do ulubionych terminów piłkarzy i kibiców, zawodnicy i fani GKS-u Katowice tym razem nie mieli prawa narzekać. Pogoda sprzyjała, a zespół Rafała Góraka pokazał swoje najlepsze oblicze.
GKS Katowice nie miał dla rozpaczliwie walczącego o utrzymanie rywala litości. Już w 18. minucie meczu piłkę do własnej bramki niefortunnie skierował Arkadiusz Kasperkiewicz, który pierwszy dopadł we własnym polu karnym do piłki… wrzuconej przez GIEKSĘ z autu. Cztery minuty później gospodarzy nikt już nie musiał wyręczać, bo do bramki Adriana Chovana trafił Ilia Szkurin. Po półgodzinie gry Katowiczanie prowadzili już 3:0, a na listę strzelców wpisał się Eman Marković. Przed przerwą dystans minimalnie skrócił Kamil Zapolnik, ale na niewiele się to zdało.
Ekipa Rafała Góraka po zmianie stron kontynuowała piłkarski koncert. Zdobyła jeszcze dwa gole po pięknych, składnych akcjach i rasowym ich wykończeniu najpierw w 58. minucie przez Mateusza Kowalczyka, a niedługo później w 65. minucie ponownie przez Markovicia.
W samej końcówce blisko drugiego gola dla gości był Andrzej Trubeha, ale po analizie VAR jego trafienie zostało unieważnione. Ekipa z Niecieczy ostatecznie nie tylko wysoko przegrała, ale też spadła z PKO BP Ekstraklasy, bo choć zanosiło się na to od dawna, dopiero po niedzielnej porażce Bruk-Bet Termalica stracił matematyczne szanse na utrzymanie. Tymczasem GKS awansował na trzecie miejsce w tabeli i pozostaje w walce o przepustkę do europejskich pucharów. Ten sam GKS, którego trenera jesienią niektórzy chcieli już w Katowicach żegnać…
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Najnowsze komentarze