Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

[WYWIAD] „Piłkarze są od grania” – druga część wywiadu z Dariuszem Motałą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Dziś czas na drugą i ostatnią część wywiadu z menedżerem Dariuszem Motałą. W poprzedniej skupiliśmy się na minionym sezonie, a w tej poruszymy kwestię nadchodzącego. Jak wybierano nowego trenera? Ilu było kandydatów na to stanowisko? Jak wygląda kwestia transferów? Kto zostanie? Kto odejdzie? Ilu nowych graczy trafi na Bukową? Jaki jest plan na Puchar Polski? Czy Dariusz Motała odejdzie z GieKSy? Jakie jest nastawienie przed nowym sezonem? Na te i inne pytania odpowiedzi uzyskacie czytając poniższy wywiad. Z menedżerem rozmawiali Błażej i kosa.

Jak wyglądał wybór nowego trenera po odejściu Jerzego Brzęczka?
Prowadziłem rozmowy z trzema szkoleniowcami, a jednym z nich był Piotr Mandrysz. Dwaj pozostali obecnie już też mają pracę i to w bardzo dobrych klubach. Po rozmowach opiniowałem wszystkich trenerów i na tym mój udział się kończył. Kierowałem się tym, by byli to trenerzy, którzy znają pierwszą ligę oraz mają doświadczenie w awansach. Nie chciałem trenera, który będzie jedynie z nazwiskiem. Wolałem kogoś, kto swoją postawą na ławce trenerskiej doszedł do miejsca, w którym się znajduje, a nie kogoś kto tę drogę miał skróconą dzięki karierze piłkarskiej. W moim odczuciu dużej różnicy między pierwszym i trzecim kandydatem nie było. Rozważaliśmy jednak wszystkie czynniki (zdobycz punktową, z jakimi piłkarzami pracował, w jakich klubach, jakie odnosił sukcesy itd.), nie było to na zasadzie porównywania zdjęć i wyboru tego, który nam najbardziej się podoba. Ważne dla nas było też to, że chcą pracować w GKS-ie Katowice.

Każdy z nich był w naszym zasięgu finansowym?
Z żadnym z trenerów nie rozmawiałem na temat warunków finansowych. To nie jest moja rola. Ja miałem wybrać i zaopiniować najlepszych kandydatów dla klubu. Rozmawiałem z nimi na tematy sportowe i o wizji prowadzenia drużyny. O finansach rozmawiał już zarząd.

Czy wybór tej trójki został poprzedzony selekcją z szerszego grona? Byli jacyś szkoleniowcy, którzy gdy tylko usłyszeli GKS Katowice, to uciekali?
Ja miałem na oku wspomnianych wcześniej trzech trenerów. Wiem, że byli szkoleniowcy, którzy sami dzwonili do klubu i proponowali swoje usługi. Chętnych na pracę było dużo, ale przyjęliśmy strategię, że to my mamy dopasować trenera do naszej koncepcji, a nie on cały klub pod siebie.

Trener Mandrysz podpisał kontrakt na dwa lata. Czy jest jakaś klauzula, że w przypadku braku awansu zostanie on rozwiązany?
Rekomendowałem podpisanie umowy na dwa lata. Piłkarz, trener, ktokolwiek z pracowników musi czuć stabilizację, a nie zastanawiać się, co będzie na koniec sezonu. Zwiększa to komfort pracy i daje lepsze efekty. Pamiętajmy, że w przypadku awansu dużo łatwiej będzie nam utrzymać trenera u siebie, a na pewno wtedy pojawią się oferty z innych klubów.

Jaki był kontakt wcześniej z trenerem Mandryszem?
Trenera Piotra Mandrysza poznałem przy okazji negocjacji kontraktu Pawła. Rozmawialiśmy wtedy dość długo i widzieliśmy się trzykrotnie. Rozmowy były bardzo konstruktywne, ale oczywiście nie dotyczyły budowy GieKSy, tylko Pawła.

Wiadomo jak trener wyobraża sobie współpracę z synem?
Nie odbyliśmy jeszcze takiej rozmowy. Mogę powiedzieć, że na pewno zamknęła się obecnie sprawa ewentualnego transferu drugiego syna Roberta, a było to coś, o czym gdzieś tam myśleliśmy i ten temat się przewijał. Pamiętajmy jednak, że Paweł nie miał żadnego wpływu na przyjście swojego ojca do klubu.

Jakie będą relacje dyrektora sportowego i trenera? Równi sobie, czy może dyrektor jest zdecydowanie nad trenerem?
Jestem zwolennikiem zarządzania równoległego. Chcę mieć wpływ przede wszystkim na kadrę pierwszego zespołu, ale ostateczne decyzje co do składu i osiemnastki meczowej musi podejmować trener. Mam dużo pokory co do swojej osoby i wiem, że każda współpraca z nowym trenerem pozwala mi się rozwijać. Jestem osobą, która ma swoje zdanie, ale potrafię słuchać innych.

Trener Mandrysz zapoznał się już z badaniami i wszystkimi analizami, jakie miał klub za trenera Brzęczka?
Oczywiście. To są rzeczy, które należą zarówno do szkoleniowca, jak i klubu. Moja rola polega właśnie m.in. na dopilnowaniu tego, by te dokumenty zostały przekazane i były cały czas w klubie. Trener Mandrysz dostał plik badań, pomiarów i może się z nimi zapoznać.

Jak oceniana jest praca Leszka Dyji? Badania badaniami, ale często kibice odnosili wrażenie, że drużyna nie była do końca dobrze przygotowana do rundy wiosennej.
Trener Mandrysz dostał pełną możliwość oceny sztabu szkoleniowego i ma wolną rękę w przypadku, gdyby chciał dokonać zmian. Dobry czas na ewentualne korekty będzie po rundzie jesiennej. Na razie zaakceptował wszystkie osoby, które są w tym składzie. Może się jednak okazać, że nie będzie żadnych zmian.

Nie ma obaw, że z trenerem Mandryszem powtórzy się sytuacja np. z Sosnowca, gdzie został zwolniony przez piłkarzy?
W GKS Katowice żaden piłkarz nie ma prawa wypowiedzieć się negatywnie na temat trenera. Piłkarz musi rozumieć kto jest szefem i że trener jest wyżej niż on. Jest to dla mnie proste, ale często się to wymyka spod kontroli w wielu klubach. W GKS-ie Katowice na pewno jednak tak nie będzie. Od oceniania trenera jest zarząd, a ja jestem od indywidualnych rozmów ze szkoleniowcem, które mają na celu dobro drużyny.

Nie ukrywajmy jednak, że w wielu klubach piłkarze dążą do zwolnienia trenera. Czy my jesteśmy na to odporni?
Rzeczywiście słyszy się czasem o takich sprawach, jednak ja nigdy nie poznałem pełnego kontekstu. Moja funkcja w klubie jest od tego, by nie dopuścić do takiej sytuacji. Zwalnianie trenera przez piłkarzy nie bierze się z niczego i często jest poprzedzone dłuższym konfliktem oraz rozbieżnością zdań. Od tego jest menedżer drużyny, by w porę reagować i nie dopuścić do eskalacji. Zauważcie, że np. w Lechu Poznań zwolniono trenera Skorżę, bo nie było chemii między nim i szatnią. Zostało to poprzedzone zdobyciem mistrzostwa Polski i awansem do fazy grupowej Ligi Europy. To nie są łatwe decyzje dla klubu, ale czasem ktoś musi podjąć decyzję. I to nie na zasadzie, za którą stroną się opowiada, ale po prostu co jest dobre w danym momencie dla samego klubu. Jednak podkreślę raz jeszcze: piłkarze są podwładnymi trenera, a on jest szefem.

Pewnie nie wszyscy piłkarze są zadowoleni z tego wyboru, bo trener Mandrysz znany jest ze specyficznego podejścia do drużyny i relacji z szatnią.
Spotykając się z trenerem poruszyłem temat dwóch sytuacji, które miały wcześniej miejsce. To jest relacji między nim i dyrektorem sportowym w Niecieczy i relacji trener-piłkarz-prezes w Sosnowcu. Otrzymałem stosowne odpowiedzi, które mnie satysfakcjonowały. Musimy pamiętać, że najważniejszy w budowaniu drużyny jest szkoleniowiec. Trenera Mandrysza opiniowałem na podstawie rozmów z nim, w których poruszaliśmy wizję, styl gry itd. Piłkarze podpisują kontrakt i tam nie ma nic o tym, że mają wpływ na wybór trenera albo pewność tego, że będzie nim X lub Y. Tak samo nie mają gwarancji gry w pierwszym składzie. Musimy wprowadzić normalność: piłkarz jest pracownikiem klubu, ma ważny kontrakt, który ma wykonywać i za który ma płacone. Jego zwierzchnikami są trener oraz moja osoba i to nas ma słuchać. Jest to proste i logiczne.

Czy styl grania, który wprowadzać chciał w Katowicach m.in. trener Jerzy Brzęczek, czyli wymiana dużej ilości podań (tzw. Barcelona) nie jest nieodpowiednia dla pierwszej ligi? Gdyby teraz trener Piotr Mandrysz też chciał grać tak samo?
Nie ma dwóch trenerów, którzy są tacy sami. Nie ukrywam jednak, że ważne dla nas było to, by nie przyszedł do klubu szkoleniowiec, który wszystko wywróci do góry nogami. To jak grać będzie GieKSa zależy już od trenera Mandrysza, jego wizji i stylu prowadzenia zespołu.

Czy nie jest tak, że przychodzi nowy szkoleniowiec i znowu będzie sytuacja, w której padną często powtarzane słowa: „trener musi poznać zawodników, by móc ocenić ich przydatność dla zespołu”? Nie ma obawy, że potracimy przez to za dużo punktów już na samym starcie rozgrywek?
Jestem przekonany, że mamy dobry zespół. Ten zespół potrzebuje jednak wzmocnień w postaci dobrych transferów i takie na pewno będziemy robić. Droga, którą obraliśmy, była słuszna, jeśli chodzi o zawodników, których pozyskaliśmy wcześniej. Trzeba brać pod uwagę, że to jednak będą różne transfery. Są zawodnicy, którzy przyjdą do rywalizacji i od razu będą wzmocnieniem. Są jeszcze transfery młodzieżowe. Dziś np. mogę jasno powiedzieć, że w ogóle nie jestem zawiedziony transferami z II ligi. Mandrysz, Prokic oraz Abramowicz przyszli do nas i dali radę — zrobili skok do przodu. Wiadomo, że mieli swoje słabsze i lepsze momenty. Jako kibice zaczęliście od napastników, jeśli chodzi o zmiany. Ja uważam, że najwięcej trzeba zmienić w obronie. Będziemy szukać zawodników, którzy zapewnią nam więcej agresji w tej linii. Odpada nam Czerwiński na boku, środek również trzeba wzmocnić. Zejdler i Kalinkowski potrzebują kogoś do rywalizacji w środku pola. Na dodatek szukamy młodzieżowca.

Jak wygląda kwestia transferów?
Na pewno warto podkreślić, że w GieKSie nie sprowadzamy piłkarzy, by ich mieć, a potem myśleć jak ich wkomponować w zespół. Każdy, kto przychodzi na Bukową wie na jakiej pozycji będzie występował. Na chwilę obecną musimy znaleźć prawego obrońcę, stopera albo nawet dwóch, kogoś do środka…

Młodzieżowca lub nawet kilku.
Na pewno nie jestem taką osobą, która chciałby się zapchać młodzieżowcami. Są drużyny, które miały ich kilku, są takie, które grały tylko jednym. Musimy mieć jakąś bazę. Będę chciał, by został Paweł Szołtys. Bardzo chciałbym, aby był z nami Kamil Jóźwiak, ale na decyzje w tej sprawie będzie trzeba poczekać, dlatego równolegle muszę monitorować trzech innych młodych piłkarzy, by w razie, gdyby Kamil nie mógł do nas dołączyć, to oni dali jakość drużynie.

Co z innymi?
Decyzje będą ogłaszane stopniowo do 30 czerwca. Nie chce mieć takiej sytuacji, że nagle nie będzie piłkarzy do treningu. Zawodnicy mają kontrakty do końca miesiąca i muszą je wypełnić. Decyzje w sprawie Wołkowicza, Dudy i Bębenka zostały już podjęte przez moją osobę.

Niektóre decyzje to jednak duża niepewność. Kiedy to się wyjaśni?
Abramowicz do pierwszego treningu ma dać odpowiedź. Lebedyński do 30 czerwca ma czas na określenie się, czy chce zostać u nas i grać. Jeśli do tego momentu się nie porozumiemy, to nie będzie naszym piłkarzem. Jóźwiak wrócił do Lecha, z nim może być sprawa taka, że wróci do nas np. pod koniec sierpnia.

Czy jest jakakolwiek szansa, że Alan Czerwiński zostanie na przyszły sezon?
Nie. Ten zawodnik swoją postawą i profesjonalizmem zasłużył na to, by iść dalej i się rozwijać. Bardzo mu kibicuję i wiem, że to jest ten moment, w którym musi zrobić krok naprzód, by nie przespać swojej szansy. Jego droga kariery w GKS-ie została na ten moment zakończona.

Który z transferów był najlepszy?
Każdy transfer byłby super, gdybyśmy awansowali. Nie chcę tak dzielić transferów, bo każdy jest inny. Na przykład Prokić – miał słaby okres, nie strzelał bramek. Myśleliśmy nad jego wypożyczeniem, ale się powstrzymaliśmy. Trzeba być cierpliwym, widząc, jak zawodnik pracuje na treningach i ile daje od siebie. Uważam, że pozyskanie Foszmańczyka, Nowaka i Abramowicza to były dobre decyzje. Mieliśmy dobrą jakość na pozycji bramkarza — rywalizowali ze sobą w bardzo dobry sposób, bez żadnych zgrzytów. Patrząc od drugiej strony — nie jestem zadowolony z Lebedyńskiego, jeśli chodzi o liczby. Niektórzy nie weszli na poziom, na który mogli, ale jednak grali w tym zespole. Żeby była jasność nie można mówić, że jest świetnie. Należy jednak brać pod uwagę, że inaczej trzeba oceniać Sapałę, a inaczej Foszmańczyka. Sapała był z nami krócej, dodatkowo na wypożyczeniu i dołączył pod koniec okresu przygotowawczego, więc jego ocena będzie inna niż zawodnika, który jest z nami przez cały rok. Kibice będą mówić, że Wisio się nie sprawdził, ale tutaj szukaliśmy zawodnika, który mógłby pomóc temu zespołowi. Dla mnie Wisio jest 100 proc. profesjonalistą, ale nie udało mu się wejść dobrze w ten zespół, a do tego doszły kontuzje. Wisio dostał zadanie do spełnienia i to się nie udało, ale mam czyste sumienie pod tym względem. Wiem, jakim jest profesjonalistą, a podpisana umowa nie spowoduje, że przez trzy następne sezony Tomek będzie na liście płac klubu. Na 90 proc. Wisio nie będzie grać u nas w przyszłym sezonie.

Kogo nie udało się nam pozyskać w zimie?
Z Bytowią o jednego piłkarza przegraliśmy rywalizację, ale to nie był nasz pierwszy wybór. Bardziej uzupełnienie.

Ilu piłkarzy chcemy sprowadzić do pierwszego składu? Chodzi nam o takich jak Łukasz Zejdler, a nie uzupełnienia składu (jakim był np. Igor Sapała).
Trzech, czterech na pewno. Oczywiście jest to uzależnione od tego, czy np. odejdzie Mateusz Abramowicz. Wtedy będziemy musieli sprowadzić więcej piłkarzy.

Jak to było z Zagłębiem Lubin?
Nie powiem o jaki klub chodziło. Gdzieś tam rzeczywiście było zapytanie z klubów wyższej ligi, gdzie moja praca została doceniona i zostałem zaproszony na rozmowy. Miałem propozycje, toczyły się rozmowy, ale jestem tutaj w Katowicach i to się liczy.

Czy nie jest jednak tak, że funkcja menedżera i dyrektora sportowego jest trochę inna niż piłkarza lub trenera? Czy na tym stanowisku nie powinna zasiadać osoba, która ma długoterminową wizję?
Pamiętajcie, że ja też mam odpowiedzialność za swój rozwój i swoją rodzinę. Chcę podkreślić, że bardzo dobrze czuję się w Katowicach. Doceniam, że dano mi tutaj szansę rozwoju. Zawsze, jednak gdy pojawia się propozycja, to człowiek musi się zastanowić, czy to czasem nie jest ta jedyna i niepowtarzalna okazja, by iść wyżej i wskoczyć na kolejny poziom. Wiadomo — są kluby, których propozycji bym nawet nie rozważał.

Nie jest jednak tak, że przez zbyt częstą zmianę pracy na tym stanowisku, ktoś mógłby się zastanowić nad zatrudnieniem takiej osoby?
Na pewno tak jest, ale ja akurat mam bardzo dużą stabilizację zawodową. Najpierw byłem cztery lata w Lechu Poznań, teraz jestem już prawie dwa w Katowicach. Niektórzy przez ten czas byliby już w kilku klubach.

Scenariusz: Dariusz Motała przez 10 lat w GKS Katowice jest realny? Czy może nasz klub to odskocznia do wielkiej kariery?
Oczywiście, że tak. To nie jest sytuacja, że ja chcę odejść z Katowic, gdy tylko nadarzy się taka okazja. Pamiętajcie jednak, że mi się kończył kontrakt i muszę myśleć o swojej przyszłości.

Czyli jest możliwość, że nie zostanie on przedłużony?
Jestem umówiony z prezesami na rozmowę, i chciałbym dalej pracować w GieKSie. Naprawdę cieszę się, że moja praca w GKS Katowice została doceniona choćby przez zaproszenie na rozmowę do klubu Ekstrklasy. Nie chcę składać żadnych deklaracji, bo wiecie, że tego nie lubię. Jestem z Poznania, ale obecnie GieKSa jest najważniejsza. Wiem, w jakim klubie się znajduję i jakie tutaj mam możliwości. Szczerze mówiąc bardziej prawdopodobne byłoby, żebym odszedł po awansie i zrealizowanym celu. Brak tego siedzi mi mocno w głowie i chciałbym osiągnąć to, do czego zostałem zatrudniony w Katowicach.

Chcielibyśmy spytać o sytuację rezerw i ocenę sezonu w ich wykonaniu.
To na pewno jest nasza kula u nogi. Drugim zespołem jesteśmy bardzo rozczarowani i to też pokazuje jak wąskie zaplecze mieliśmy w poprzednim sezonie. Zdecydowanie nie można tego zwalić na młodych piłkarzy, bo często grała tam grupa nawet 8-9 piłkarzy z szerokiej kadry pierwszego zespołu i efekt był tak samo zły. Czekam na rozmowę z trenerem Mandryszem, by przedstawił, jaką ma wizję tej drużyny. Ja miałem przygotowane dwie koncepcje. Jedna z nich była na wypadek awansu do ekstraklasy, bo wtedy mielibyśmy większe środki i moglibyśmy je zainwestować także w drugą drużynę. Druga z nich jest gotowa na obecną sytuację, ale tak jak mówiłem — chciałbym najpierw porozmawiać o tym z nowym trenerem.

Przewija się brak środków, których nie ma z powodu awansu. Nie można przemodelować akademii, zainwestować w drugą drużynę.
Nie chodzi o to, że nie ma pieniędzy na to. Po prostu nie ma większej ilości środków, by można było za nie zrobić odpowiedni skok jakościowy. Wejście do ekstraklasy spowodowałoby większe zainteresowanie sponsorów, większe pieniądze z telewizji, a to wszystko można by mądrze zainwestować. Dla pełnej jasności — jesteśmy na pewno jednym z lepiej zorganizowanych klubów w pierwszej lidze, ale wiadomo, że celujemy dużo wyżej.

Jaki jest wpływ dyrektora sportowego na akademię?
Chcę mieć wpływ na to, co będzie się działo w juniorze starszym, bo to jest główne i najszybsze zaplecze drugiej i pierwszej drużyny. Ja na pewno będę wymagał i wymuszał, by trafiali do nas dobrzy piłkarze.

Jaki system zapisany jest w kontraktach piłkarzy?
Jest to system motywacyjny i za awans do ekstraklasy były naprawdę duże pieniądze. Niektórzy z piłkarzy GKS Katowice stracili być może szanse życia, by zarobić takie pieniądze. Była to bardzo wysoka kwota. Ja daleki jestem od wypłacania części pieniędzy wcześniej. Tak są skonstruowane kontrakty i piłkarze o tym doskonale wiedzieli.

Często w kibicowskich opiniach przewija się temat tego, że miasto nie chce awansu.
To jest jakiś dramat. Warunki w Katowicach są naprawdę bardzo dobre. Nie byłoby mnie tutaj ani minuty, gdyby ktokolwiek powiedział mi, że mam nie awansować do ekstraklasy. Dla kibiców GKS Katowice awans do najwyższej klasy rozgrywkowej jest porównywalny do mistrzostwa Polski dla Lecha Poznań.

Na konferencji prasowej został podany plan przygotowań do nowego sezonu. Czy w zimę będzie zagraniczny obóz piłkarski?
Tak, zdecydowanie tak. Chcemy dążyć do takiego systemu pracy, by w każdym sezonie podczas przerwy zimowej mieć jeden zagraniczny obóz. Warunki pracy są wtedy zgoła odmienne i to musi stać się standardem w naszych przygotowaniach. Szkoda, że w Katowicach nie ma kompleksu sportowego z zadaszonym i pełnowymiarowym boiskiem. Wtedy nasze możliwości, by się zdecydowanie poprawiły.

Wiemy, że były dwa plany dla GieKSy na nowy sezon.
Tak. W przypadku awansu mieliśmy na oku kilku zawodników, którzy chcieli do nas przyjść, tylko jeśli byśmy grali w ekstraklasie. Niestety nie udało się i musimy realizować plan B, czyli rozmowy z piłkarzami, którzy na naszej liście życzeń znajdowali się na niższych pozycjach.

W lidze walczymy o awans, a czy jest jakiś cel na Puchar Polski?
Rozgrywki te są zawsze wielką niewiadomą, ale i szansą na dużą promocję dla samych piłkarzy. Świetnym tego przykładem są Wigry Suwałki. Nie ma takiej opcji, byśmy odpuścili.

Są jakieś życzenia odnośnie do rywala w pierwszej rundzie?
Nie, nie ma żadnych życzeń. Mamy pojechać gdziekolwiek i po prostu wygrać. Będziemy ten mecz traktować jako generalną próbę przed ligą.

Przed poprzednim sezonem panował optymizm i pewność awansu. Jak wygląda to teraz?
Ja zawsze jestem optymistą i teraz wierzę jeszcze mocniej w ekstraklasę. Wiara we mnie nie upadła, bo jakby tak było, to nie pracowałbym w GieKSie. To jest GKS Katowice, tutaj się gra o awans i jak ktoś tego nie rozumie, to nie ma dla niego miejsca w klubie. Ja mam taki charakter, że ta porażka mnie jeszcze bardziej zmotywowała.

17 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

17 komentarzy

  1. Avatar photo

    Mecza

    22 czerwca 2017 at 16:43

    Wszytsko fajnie ale wyjazd zagraniczny zimą powinien być zakazany. Przecież te sparingi trzeba rozgrywać w błocie po kostki z drużynami drwali bo tak będzie początek wiosny wyglądał a nie na dywaniku z jakimiś Gruzinami. Tu nawet o kasę nie chodzi a o wnioski.

  2. Avatar photo

    psz

    22 czerwca 2017 at 17:02

    Prawy obrońca, stoper, środkowy pomocnik, a co ze skrzydłowymi?

  3. Avatar photo

    kibic bce

    22 czerwca 2017 at 17:51

    Kurna nie kumam 2 druzyna kula u nogi? To skad mamy brac swoich graczy do 1 druzyny?
    Mozs kierunek mlodziez z Banika, Gwarka lub stadionu slaskiego?
    Sparing partnerzy powinni byc mocniejsi.

  4. Avatar photo

    Mecza

    22 czerwca 2017 at 20:06

    @kibic bce, kwestia finansów. Gdyby była kasa to rezerwy potentata 1 ligowego powinny grać w 2, najgorzej 3 lidze. Ekstraklasa czyli w 1 lidze. W ekstraklasie widzę odchodzą od rezerw i je likwidują albo zupełnie zapuszczają (jak u nas) Kwestia oszczędności, łatwiej wypożyczyć ligę niżej zawodnika i w dodatku pensję ktoś mu płaci albo jej część niż utrzymywać ligową drużynę na poziomie 1,2 czy 3 ligi.

  5. Avatar photo

    Mecza

    22 czerwca 2017 at 20:08

    Dodam że w rezerwach raczej powinno być miejsce max dla 23 latków a nie spotkanie weekendowe 30 latków którzy zostali skreśleni i czekają na koniec kontraktu.

  6. Avatar photo

    Mecza

    22 czerwca 2017 at 20:14

    Co do transferów ciekawa 4 zawodników odchodzi z Cracovii: Polczak, Brzyski, Budziński a Cetnarskiego można wypożyczyć. Nie wiem jak finanse i ambicje zawodnika na najbliższy sezon ale Polczak mógłby wrócić…

  7. Avatar photo

    Mecza

    22 czerwca 2017 at 21:55

    @Redakcja, caly wywiad ok dziękuję i Motała nie mógł o wszystkim powiedzieć albo o wszystkich ale jak już coś zaczął a nie dopowiedział to chciałbym aby redakcja sama doszła do tego. Jakich innych dwóch trenerów Motała rekomendował do objęcia stanowiska którzy już podjęli pracę w dobrych klubach i mieli sukcesy w postaci awansów? Nie jestem dziennikarzem aby śledziić to tak dokładnie ale ja nie znam takich chyba a jeśli takowa wypowiedź jest ściemą to natychmiast trzeba Panu podziękować chociaż mówi bardzo poprawnie ale My wszyscy mamy już dość bajkopisarzy. Kolejny wątek dla redakcji,
    Kto zimą wybrał bytovię zamiast GKS?

  8. Avatar photo

    Mecza

    22 czerwca 2017 at 21:58

    Na 90minut wyszło mi że jakiś małolat co grał ostatnio we Włoszech z co z trenerami?

  9. Avatar photo

    kosa

    23 czerwca 2017 at 00:49

    @Mecza

    Menedżer nie chciał zdradzić nazwisk, ale sądzę, że był to Ireneusz Mamrot (tego jestem pewny) i Mariusz Rumak. W trakcie wywiadu odniosłem wrażenie, że pierwszoligowe realia i sukces w postaci awansów niekoniecznie dotyczył całej trójki trenerów. Przy spisywaniu tak po prostu wyszło.

    Co do gracza, który wybrał Bytovię, to rzeczywiście tego tematu nie pociągnęliśmy, ale jakoś był dla nas mało ważny (przy natłoku innych informacji). Był to Filip Modelski.

  10. Avatar photo

    Mecza

    23 czerwca 2017 at 06:35

    Dzięki Kosa za odp. Co do trenera całe szczęście że nie Rumak bo nie widzę różnic większych z Brzęczkiem. O ile pamiętam dobrze to w całej tej jego „karierze” miał jedną rundę wiosenną dobrą z Zawiszą w ekstraklasie, paradoksalnie spadł wtedy.

  11. Avatar photo

    Irishman

    23 czerwca 2017 at 08:55

    Dzięki dla Redakcji za fajny wywiad. W tej części już znacznie więcej konkretów niż w pierwszej ale… w sumie to nawet dobrze, bo już czas pomyśleć o przyszłości zamiast ciągle wracać do przeszłości i babrać się w tym syfie, który musieliśmy znów przeżywać.

    Moim zdaniem:

    1. Wyjazdy na zgrupowania
    Latem oczywiście bez sensu. W Polsce infrastruktura sportowa jest coraz lepsza. Zastanowiłbym się natomiast nad obozem gdzieś w górach. I nie chodzi o to, żeby piłkarze mieli biegać na Giewont, bo się zajadą. Tylko kiedyś czytałem, że potem, po powrocie na niższe tereny w organizmie następują w sposób naturalny procesy poprawiające wydolność organizmu. Ale to musiałby się wypowiedzieć jakiś fachowiec.
    Zimą natomiast jest sens, aby potrenować gdzieś w dobrych warunkach tylko trzeba odpowiednio wcześniej wrócić, żeby jeszcze pograć parę sparingów i zaaklimatyzować się oraz przyzwyczaić do naszych, zimowych warunków.

    2. Drużyna rezerw
    Tu chyba dyrektor miał na myśli nie to, że II drużyna to w ogóle jest kula u nogi, tylko, ze taką była i że trzeba to zmienić.
    Tylko, że tutaj trener musi chcieć ją w jakiś sposób wykorzystać.

    3. Transfery
    Oczywiście trzeba wręcz przebudować całą defensywę – oby bez Prażnovskiego i Wisio.
    Koniecznie potrzebna jest konkurencja dla Zejdlera i Kalinkowskiego, bo chłopaki osiedli na laurach.
    Na skrzydła mamy Mandrysza i Cerimagicia (pod warunkiem, że będzie zdrowy, a Prokić otrzyma w końcu obywatelstwo) – uważam, że to zdecydowanie za mało, tym bardziej przy odejsciu Alana.
    Środek, pod warunkiem, że Zejdler przypomni sobie jak grał na jesieni (co może być łatwiejsze gdy na swoją pozycję powróci Foszmańczyk) jest w miarę mocny.
    W ataku sam Prokić, to także zdecydowanie za mało. Nie wiadomo bowiem, czy zostanie Lebedyński, natomiast forma Goncerza stoi pod ogromnym znakiem zapytania.
    No i oczywiście trzeba koniecznie pozyskać młodzieżowca.

  12. Avatar photo

    Tomek

    23 czerwca 2017 at 10:48

    Ten wywiad jest tak naprawdę potwierdzeniem tego całego marazmu decyzyjnego Cygana. Jak można tolerować cały czas sytuację z rezerwami. Jak można tolerować było brzęczka do konca pomimo tego że ewidentnie było widać że nic z tego nie będzie. Gdyby Cygan pozbył sie go po podbeskidziu coś by jeszcze z tego było. Swoją drogą widać że Cygan nie ma żadnego rozeznania co do kompetencji trenerskich skoro zatrudnił taką miernotę i nie reagował na nic. Dla mnie Cygan to pierwsza osoba do odstrzału i najsłabsze ogniwo GKS. No ale może spac spokojnie bo ma układy

  13. Avatar photo

    stefan

    23 czerwca 2017 at 13:36

    Tomek , Cygan słucha od dawna swoich doradców , ale jako ze jego wiedza jest bardzo mała , wychodzi na ty, jak na twoim podsumowaniu.

  14. Avatar photo

    Mecza

    23 czerwca 2017 at 17:43

    Nie bronię Cygana ale prezes nie musi się znać na piłce aby dobrze zarządzać klubem, mało tego nawet nie powinien zbyt zagłębiać się w szczegóły aby unikać kibicowskich emocji. Wypłaty są na czas, kartki żółte dobrze policzone itd, itp. Dobry prezes ma całościowo ogarniać funkcjonowanie klubu a nie odpowiadać za bzdety, od tego są specjaliści. OK prezes odpowiada za wybór tych specjalistów ale Motała (dział sportowy) tak naprawdę pracuje w Katowicach 18 miesięcy mniej więcej, czego oczekiwaliście na już? Przebudował znacznie drużynę która była blisko awansu ale nie wyszło. Czy są wtopy w innych działach funkcjonowania klubu? Nie słyszałem. Co do Motały, dlaczego nowy kontrakt z Mateuszem Abramowiczem nie został podpisany już zimą skoro odpalił pozytywnie? Jedyne usprawiedliwienie to że zawodnik nie chciał no chyba że po wejściu do Ex celowaliśmy w Szczęsnego.

  15. Avatar photo

    Mecza

    23 czerwca 2017 at 17:52

    Zapomniałem dodać że w ekstraklasie nadal funkcjonują ciamajdy które kartki źle liczą, nie wysyłają wypłaty na czas chociaż mają środki, albo nadal korumpują innych i w dodatku dostają podwyżki i awans sportowy. To jest nasza piłka. Zostawcie Cygana w spokoju (na razie)bo od strony organizacyjnej daje radę a życie pokazuje że nawet jak się ma kasę na funkcjonowanie zapewnioną można nieudolnie działać w tematach poza sportowych.

  16. Avatar photo

    tomek

    23 czerwca 2017 at 21:47

    Mecza podziwiam twoj brak rozsadku. Czlowieku jak jestes na czele organizacji to sukcesy ida na twoje konto tak samo jak porazki. Cygan ma same porazki i tego nie zmienisz. Tynie widisz ze to chlop bez jaj

  17. Avatar photo

    Mecza

    24 czerwca 2017 at 22:21

    @Tomek, Cygan miał porażkę sportową przy piłce, nie można pisać że pasmo samych porażek.88

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kibice Piłka nożna

Legia Warszawa kibicowsko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.

Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.

W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.

W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.

W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.

Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.

Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.

Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.

Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).

Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.

Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).

Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.

Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.

Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.

Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.

Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.

Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.

W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.

W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.

Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.

Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.

Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.

Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.

W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.

W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.

Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.

Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.

W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.

W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.

Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).

W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.

Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.

Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.

Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.

Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.

Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.

W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.

Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.

Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.

W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.

Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.

Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.

W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.

Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.

W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.

W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.

W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.

We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.

W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.

Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.

Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.

Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.

Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.

Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.

Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.

W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.

Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.

Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.

W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.

ACD Systems Digital Imaging

W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.

W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.

W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.

Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.

Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.

W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.

Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.

 

W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.

Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.

Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.

Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Liczy się to, co prawdziwe

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.

Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.

Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.

Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.

W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.

GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.

„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.

Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.

W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.

To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.

Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.

To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.

To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.

Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.

Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.

Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.

Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!

Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.

Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.

Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.

A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.

Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.

Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

#SzacunekDlaArbitra

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.

Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.

Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.

– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.

Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.

Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.

Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.

W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.

Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.

Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…

Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.

No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.

Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.

Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.

Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.

Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.

Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.

I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.

Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.

Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.

No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.

A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga