Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
ZUS zgłasza się do GKS-u Katowice po cztery „bańki”! – tygodniowy przegląd mediów
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.
Drużyna kobieca w minionym tygodniu rozegrała jedno spotkanie. Przeciwnikiem była drużyna Olimpii Szczecin, GieKSa wygrała 3:2 (1:2). Następny mecz drużyna kobiet rozegra w niedzielę, z Rolnikiem, w Biedrzychowicach. Piłkarze rozegrali dwa spotkania, w środę wygrali z Olimpią Elbląg 1:0 (1:0), w sobotę przegrali z KKS-em 1925 Kalisz 1:2 (0:1). Prasówki po tych meczach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ. Katowicki Sport opisał sytuację po kontroli ZUS w klubie, która wykazała brak wpłaty przez GieKSę na rzecz ZUS-u prawie 4 miliony złotych.
Siatkarze oraz hokeiści zakończyli swoje rozgrywki. Trwają pierwsze ruchy/rozmowy kadrowe w obu drużynach. W sekcji hokeja doszło do zmiany: nowym/starym trenerem został Jacek Płachta.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – GieKSa wróciła z dalekiej podróży
Z piekła do nieba wróciły podopieczne Witolda Zająca. Za to zawodniczki Olimpii mogą sobie pluć w brodę za roztrwonienie dwubramkowej przewagi.
W sobotnie słoneczne popołudnie na ulicy Bukowej w Katowicach zameldowały się ekipy miejscowej GieKSy i Olimpii Szczecin. Gospodynie chciały zmazać wrażenie po wysokiej przegranej na własnym boisku z Górnikiem Łęczna i odzyskać atut własnej murawy. Za to Szczecinianki próbowały przedłużyć dobrą passę.
W pierwszej połowie to podopieczne Adama Gołubowskiego lepiej wyglądały na boisku i po pół godzinie prowadziły dwoma bramkami, których autorkami były Michalczyk i Litwiniec. Tuż przed gwizdkiem na przerwę Kozak zdobyła bramkę kontaktową dla GieKSy.
W drugiej połowie inicjatywę przejęły gospodynie, których ataki raz po raz odbijały się od Natalii Piątek czy defensywy Olimpii. W 62 minucie Maciążka, obsłużona świetnym podaniem, wyszła na sam na sam z Piątek, ładnym dryblingiem położyła bramkarkę Szczecina i doprowadziła do remisu. Na minutę przed końcem piłka ponownie trafia do Maciążki w polu karnym. Nie popisuje się obrończyni Olimpii, która nie trafia w piłkę a w nogi Klaudii Maciążki i prowadząca te zawody Michalina Diakow bez wahania pokazało “na wapno”. Do piłki podeszła najlepsza w ekipie gospodyń, obok Maciążki, kapitan Katowic, Marlena Hajduk i pewnym silnym strzałem pod poprzeczkę nie dała szans bezradnej Piątek.
sportdziennik.com – ZUS zgłasza się do GKS-u Katowice po cztery „bańki”!
Kontrola Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wykazała, że klub z Bukowej jest mu winny blisko 4 mln zł. To pokłosie zawierania podwójnych umów z pracownikami w latach 2014-2019. Katowiczanie składają odwołanie do sądu.
Słaba dyspozycja drużyny wcale nie musi okazać się najgorszą wiadomością, jaka popłynęła z Bukowej na początku maja. Zakończyła się kontrola Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, prowadzona w klubie od dłuższego czasu, a dotycząca okresu od stycznia 2014 do października 2019. Konkluzja delikatnie rzecz ujmując nie jest dla GieKSy optymistyczna – zobowiązanie spółki wobec ZUS-u wynosi blisko 4 miliony złotych! Nie trzeba dodawać, że to wielkie pieniądze, nawet w realiach klubu z tak bogatym właścicielem jak miasto Katowice.
Z czego wynika ta kwota? W skrócie: pracownicy GieKSy – piłkarze etc. – od 2014 do 2019 roku zawierali umowy nie tylko ze spółką, ale też działającą przy niej Fundacją Sportowe Katowice. Oficjalnie można powiedzieć, że zawodnicy GKS-u mieli w Fundacji dodatkowe obowiązki, związane m.in. z Akademią Młoda GieKSa, a nieoficjalnie to po prostu sposób na optymalizację podatkową, bo składki na ZUS odciągało się w większym stopniu z umowy o pracę w Fundacji, znacznie niższej niż kontrakt z klubem w formie umowy-zlecenia, co pozwalało w skali roku oszczędzać spółce na składkach spore pieniądze.
Jak czytamy w komunikacie giełdowym opublikowanym przez GKS: „W wyniku kontroli Spółka otrzymała decyzje, w których organ stwierdził, że w przypadku 49 zleceniobiorców, będących jednocześnie pracownikami Fundacji Sportowe Katowice z siedzibą w Katowicach, rozdzielenie wykonywanej pracy na dwie różne umowy, tj. umowę o pracę i umowę zlecenie umożliwiło uzyskiwanie korzyści związanych z obniżeniem kosztów prowadzenia działalności – zminimalizowanie obowiązku składkowego.
W konsekwencji organ stwierdził, że ww. zleceniobiorcy z tytułu zatrudnienia w ramach umowy zlecenie podlegają obowiązkowym ubezpieczeniom emerytalnemu, rentowemu i wypadkowemu a podstawą wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne powinno być – zdaniem ZUS – wynagrodzenie otrzymane również z tytułu umowy zlecenie”.
GKS jest winny ZUS-owi dokładnie 3 miliony 335 tysięcy 613 złotych i 75 groszy, a do kwoty tej dolicza się też odsetki w wysokości 600 tysięcy złotych. Okres działalności klubu, wzięty pod lupę przez ZUS, obejmuje lata, w których stanowisko prezesa piastowali Wojciech Cygan (od 24 czerwca 2013) a następnie Marcin Janicki (od 2 listopada 2017, odwołany po spadku z I ligi w czerwcu 2019). Objęty kontrolą okres obejmuje też sam początek prezesury Marka Szczerbowskiego (od końca sierpnia 2019). Po Bukowej krąży wieść, że widząc podwójne umowy Szczerbowski złapał się za głowę i natychmiast zaczął prostować te kwestie.
Katowiczanie nie zgadzają się z taką decyzją ZUS-u, uważając, że: „Stanowisko organu rentowego jest błędne i winno zostać skorygowane w toku sądowej kontroli. Wobec powyższego Spółka podejmie kroki przewidziane przepisami prawa i złoży do Sądu odwołania od ustaleń kontroli ZUS” – oświadcza klub z Bukowej w komunikacie giełdowym, a przed sądem trzeba będzie wykazać, że osoby zatrudnione w Fundacji rzeczywiście wykonywały tam etatową pracę, co może nie być proste.
Trudno wyrokować dziś, jak długo może toczyć się postępowanie przed sądem, a nawet w przypadku niepomyślnego wyroku ewentualny dług względem ZUS zapewne musiałby być rozbity na raty.
SIATKÓWKA
plusliga.pl – Sezon 2020/2021 PlusLigi: GKS Katowice
Poprzednie rozgrywki, przerwane w marcu z powodu pandemii koronawirusa, katowiczanie zakończyli na szóstym miejscu. Tym razem GKS był dziewiąty, ale przez długi czas walczył o udział w play-off, a do ósmego miejsca zabrakło mu trzech punktów.
Fazę zasadniczą katowiczanie zakończyli na 10. miejscu z 33 punktami na koncie. Podopieczni trenera Grzegorza Słabego wygrali 11, a przegrali 15 meczów. W rywalizacji o dziewiątą lokatę GKS dwukrotnie pokonał Indykpol AZS Olsztyn.
– Ten sezon to była sinusoida w naszym wykonaniu. Dobrze zaczęliśmy, później trochę zostaliśmy rozbici przez koronawirusa, wróciliśmy i do końca starego roku graliśmy naprawdę dobrze. Później coś się u nas popsuło i niestety, myślę, że ten sezon pozostawia u nas spory niedosyt, bo fajnie się zapowiadało, cały czas byliśmy w walce o play-off, ale w nowym roku nie daliśmy rady – mówi środkowy GKS-u, Miłosz Zniszczoł i dodaje: – Po tym, jak ten sezon przebiegał, na pewno czujemy niedosyt. Niektórzy nas nie doceniali, skazywali na walkę o utrzymanie, a my włączyliśmy się do gry o play-off. Nie udało się do niego dostać, ale mimo wszystko to dziewiąte miejsce na zakończenie to dla nas pewna osłoda.
Katowiczanie bardzo dobrze rozpoczęli sezon, ale w drugiej jego połowie radzili sobie nieco gorzej i nie udało się im awansować do play-off.
– Uważam, że mieliśmy po swojej stronie jakość, mieliśmy niestety jeden, długi przestój, który kosztował nas awans do play-off – mówi trener Grzegorz Słaby i dodaje: – Na swojej drodze mieliśmy trudne drużyny, przy których trudno było się odbudować. Bardzo żałuję, że nie udało nam się wejść do fazy play-off, bo mieliśmy ku temu wiele szans. Mieliśmy bardzo dobry początek ligi, rozbudziliśmy bardzo duże apetyty w tym sezonie. Mieliśmy swoje szanse, ale je sportowo zaprzepaściliśmy. Ogólnie ten sezon był trudny z wielu powodów. Były kwarantanny, cały czas jest w tle wirus, różne rzeczy, które sprawiały, że to był najcięższy sezon jaki miałem okazję prowadzić w swojej przygodzie z siatkówką, tym bardziej, że był to mój pierwszy raz w najwyższej klasie rozgrywkowej. Na pewno wyciągnę wiele lekcji dla siebie na przyszłość, żeby przy następnych okazjach nie zmarnować takich szans, jakie mieliśmy w tym roku – mówi Słaby, który jako trener wprowadził katowiczan do ekstraklasy w 2016 roku, a w kolejnych sezonach był asystentem najpierw Piotra Gruszki, a później Daszkiewicza. W sezonie 2020/2021 ponownie był pierwszym trenerem.
– Będę miał bardzo dobre wspomnienia, bo wiele osób skazywało nas na pożarcie w tej lidze, po tym jak w okienku transferowym odszedł od nas Rafał Szymura oraz poprzedni trener. Generalnie nie wierzono w nasz potencjał i naszą grupę. Udowodniliśmy, że każdy z zawodników był wartościowy, każdy w sztabie pracował nad tym, żeby osiągnąć sukces i to 9. miejsce z jednej strony może być rozczarowujące, ale z drugiej strony trochę utarliśmy nosa ekspertom Pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie grać na wysokim poziomie. Część zawodników zagrała jedne z lepszych sezonów w swoich karierach, więc myślę, że możemy być zadowoleni – stwierdza Słaby.
Kilka faktów o sezonie 2020/2021 GKS-u Katowice
- Największą gwiazdą był…
Jakub Jarosz. Kapitan GKS przez cały sezon prezentował stabilny poziom. Trzykrotnie wybierany był MVP. W 26 meczach zdobył 317 punktów mając blisko 50 procentową skuteczność ataku.
- Po nim spodziewaliśmy się więcej…
Trudno znaleźć, kogoś kto szczególnie by zawiódł przez cały sezon. Siłą GKS-u była zespołowość i jak zdarzały się wpadki to sporadycznie i dany zawodnik w kolejnym meczu potwierdzał, że to była tylko dyspozycja dnia, a nie jakiś długotrwały kryzys i załamanie formy.
- Najbardziej zaimponował nam…
Rozgrywający Jakub Nowosielski. To pierwszy rodowity katowiczanin w piątym roku występów zespołu w PlusLidze. Z powodzeniem rywalizował o miejsce w składzie z Janem Firlejem.
- W przyszłym sezonie zmieni się…
Sporo, choć nie w sztabie szkoleniowym, bowiem kontrakty przedłużyli trener Grzegorz Słaby, drugi trener Damian Musiak, trener ds. przygotowania motorycznego Piotr Karlik i fizjoterapeuta Grzegorz Rzetecki. Z zawodników umowy przedłużyli natomiast: Jakub Jarosz, Jakub Szymański, Jakub Nowosielski, Dawid Ogórek, a ważny kontrakt obowiązuje Kamila Drzazgę. Z GKS-su odchodzą natomiast: Jan Firlej, Wiktor Musiał, Emanuel Kohut, Jan Nowakowski, Miłosz Zniszczoł, Adrian Buchowski, Kamil Kwasowski, Sławomir Stolc i Dustin Watten.
HOKEJ
hokej.net – Oficjalnie: Płachta trenerem GieKSy
Zgodnie z naszymi informacjami, na ławkę trenerską GKS-u Katowice wraca Jacek Płachta. 51-letni szkoleniowiec podpisał dwuletni kontrakt.
Płachta jest wychowankiem katowickiego klubu i ma do GieKSy ogromny sentyment. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż w swojej karierze już trzykrotnie był jej głównym szkoleniowcem: w sezonach 2010/2011 oraz 2012/2013 i 2016/2017.
– Bardzo się cieszę, że znowu mogę wrócić do mojego klubu. Wychowałem się w Katowicach i zawsze łatwiej wraca się do miejsc, w których się wszystkich zna i gdzie jest dobry klimat do pracy. Spotkałem w GKS-ie wielu fantastycznych ludzi, więc te decyzje związane z GieKSą zawsze były dla mnie łatwiejsze – wyjaśnił Jacek Płachta.
– Rozmawiałem z wieloma osobami, które mają konkretny plan na to, jak konsekwentnie budować drużynę. Mam same dobre odczucia związane z tym, co przed nami. Chcemy się wspólnie rozwijać, a to jest dla mnie bardzo ważne i na pewno pomogło mi podjąć decyzję o powrocie – dodał.
Przypomnijmy, że w maju 2019 roku 51-letni szkoleniowiec był o krok od powrotu do GieKSy, ale szefostwo klubu z Wojciechem Tkaczem na czele zdecydowało się zakontraktować bardziej doświadczonego Fina – Risto Dufvę, który miał w swoim dorobku 11 sezonów pracy w fińskiej Liidze i tytuł mistrzowski zdobyty z JYP Jyväskylä. (2008/2009).
Jacek Płachta był też rozważany jako trener po dymisji Piotra Sarnika. Sęk w tym, że był wtedy związany kontraktem z ekipą Crocodiles Hamburg. Zresztą w „Krokodylach” pracował przez ostatnie trzy sezony.
Przez trzy lata był też selekcjonerem reprezentacji Polski, a biało-czerwoni podczas Mistrzostw Świata Dywizji IA w Krakowie oraz rok później w Katowicach byli blisko wywalczenia awansu do hokejowej Elity.
– W sekcji hokeja chcemy wprowadzić więcej stabilizacji i rozpocząć proces budowy drużyny nie tylko na jeden sezon, ale na dłuższą perspektywę. W naszej ocenie najlepszym kandydatem do tego zadania jest człowiek, który GieKSę ma sercu i jest z klubem związany emocjonalnie, czyli Jacek Płachta. Oczywiście za tymi argumentami idzie także duże doświadczenie, styl pracy z drużyną oraz dyscyplina – powiedział Roch Bogłowski, dyrektor sportowy GieKSy.
– Trener Płachta doskonale zna polskie środowisko hokejowe oraz ma szerokie kontakty poza granicami kraju. Bardzo się cieszymy iż udało nam się sprowadzić do Klubu ponownie wychowanka GKS-u. Trener ma nasze pełne zaufanie – dodał.
Powrót Wanackiego
Jakub Wanacki wraca do GKS-u Katowice. Reprezentant Polski przez ostatnie dwa sezony występował w Re-Plast Unii Oświęcim.
30-letni defensor w biało-niebieskich barwach rozegrał 56 meczów, w których strzelił 5 bramek i zanotował10 asyst. W poprzednim sezonie wystąpił zaledwie w 4 meczach, a miało to związek z dwiema poważnymi kontuzjami: barku oraz złamania kości strzałkowej.
Dodajmy, że „Wanawa” miał już okazję grać w ekipie GKS-u Katowice w latach 2017-2019. Sięgnął wówczas z GieKSą po srebrny i brązowy medal mistrzostw Polski oraz zajął trzecie miejsce w Pucharze Kontynentalnym.
– Jakub dał się już poznać w GKS-ie z jak najlepszej strony. Gdy reprezentował nasz klub, odnosiliśmy sukcesy w Polsce i Europie. Warto podkreślić, że był wówczas jednym z liderów defensywy naszego zespołu. Co ważne, jest aktualnym reprezentantem Polski, co wpisuje się w naszą wizję budowy zespołu – zaznaczył Roch Bogłowski, dyrektor sportowy GKS-u.
Wszystko wskazuje na to, że ekipa z alei Korfantego wkrótce ogłosi też pozyskanie Johna Murraya i Patryka Wronki.
Dobrą informacją dla katowickich kibiców jest też fakt, że chęć dalszych występów w ekipie GieKSy wyrazili kapitan Grzegorz Pasiut, a także Bartosz Fraszko, jeden z czołowych zawodników poprzedniego sezonu.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze