Felietony Piłka nożna
Zwyciężył jako człowiek
W zawodzie trenera przywykło się mówić, że „jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. Pewnie jest w tym dużo racji, choć uproszczonej – bo można by to zdanie rozszerzyć na „jesteś tak dobry, jak twoja ostatnia runda”. Gdy dodamy do tego „łaska kibica na pstrym koniu jeździ” – mamy już całkiem solidny zestaw sentencji, które w efekcie wynoszą danego szkoleniowca pod niebiosa lub degradują go całkowicie.
Zazwyczaj jednak jest tak, że nawet jeśli konkretny trener ma przeciwko sobie rzesze kibiców, a wyniki nadal są złe, po prostu podaje się do dymisji lub odchodzi z klubu. Sytuacja się rozwiązuje, przychodzi nowa miotła, pojawiają się nowe nadzieje.
Trudno jednoznacznie powiedzieć, co powodowało, że włodarze GieKSy trzymali tak długo Rafała Góraka na stanowisku. Jak mawia klasyk – nie wiem, ale się domyślam. Nie chce mi się wierzyć aż tak bardzo w dalekowzroczność, bo tym, czym praktycznie zawsze kierują się decydenci – są wyniki. Tych w rundzie jesiennej nie było i możemy teraz wierzyć w bajki, że prezes widział potencjał w tej drużynie i nie można zmieniać trenera. Czy to ten argument czy sternik GKS nie miał nikogo „lepszego” czy po prostu była to kwestia niechęci do konieczności wypłacenia odprawy – tego na sto procent nie wiemy. Ale na dziewięćdziesiąt dziewięć już tak.
Z całą pewnością wiemy za to, jak było w szorstkiej relacji szkoleniowca i kibiców. Choć niechęć do Rafała Góraka narastała stopniowo i już w zeszłym sezonie sympatycy GKS dawali zdecydowany wyraz swojemu niezadowoleniu – trener pozostał na stanowisku. W jakiejś mierze na chwilę pomogły zwycięskie derby z Ruchem Chorzów, ale potem mieliśmy ostatni mecz sezonu w Chojnicach, gdzie na rozluźnieniu i plażowaniu kibice dość jasno dawali do zrozumienia, że nie widzą przyszłości z tym trenerem.
Chyba dla wszystkich zaskakującym było, że Rafał Górak pozostał na stanowisku. Choćby z tego powodu wiele osób przekreśliło ten sezon już na starcie, uważając, że „wuefista” nie jest w stanie niczego sensownego dokonać, a awans jest zbyt wysokimi progami dla warsztatu i umiejętności Góraka.
Na szczęście nie przełożyło się to na wsparcie i doping dla zespołu podczas całego sezonu, ale ilość inwektyw, niechęci i nawoływania do „pakowania walizek”, których nasłuchał się trener zniechęciłaby niejednego do pracy w klubie.
Jednym z zarzutów do trenera było to, że trzyma się stołka za wszelką cenę, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że na tym poziomie – w przypadku odejścia z GieKSy – szybko nie popracuje. Taka interpretacja tylko powodowała zwiększenie złości wśród kibiców. Dlatego czasem nawet po meczach, w których GKS zdobywał punkty, z trybun i tak padały niewybredne okrzyki.
Trener był „dociskany” i przez naszą redakcję na konferencjach pomeczowych, pytaniami o to, czy nie powinien podać się do dymisji, czy formuła prowadzenia przez niego zespołu już się nie wyczerpała. Padały niemalże żądania deklaracji dotyczącej awansu. Trener zbywał te pytania odpowiedziami, że ich nie rozumie, a deklaracji dotyczącej promocji do ekstraklasy nie złożył. Mówimy o sytuacjach, które miały miejsce nie tylko w zakończonym sezonie, ale także w jeszcze poprzednim. Trener zarówno z kibicami, jak i naszą stroną łatwego życia nie miał.
Stopniowo ta niechęć się zwiększała przeradzając się wręcz w coś, co można nazwać odrazą. O ile na trybunach kibice jeszcze jako tako trzymali pewien poziom – choć czasem szuderstwa była spore – to w internecie była to już jazda bez trzymanki i nawet jeśli piłkarze i trenerzy wielokrotnie lubili mówić, że nie czytają opinii na swój temat, to trudno uwierzyć, że pewne rzeczy – nawet pośrednio – do Góraka nie docierały.
W opozycji kibice dawali choćby przykład zeszłorocznego awansu Ruchu Chorzów i postawy Jarosława Skrobacza, niegdysiejszego asystenta Rafała Góraka. W Chorzowie jasno i konkretnie mówiono o awansie i w sposób pewny ten awans rok temu Niebiescy wywalczyli. A u nas? Wicie się, niczym w gorącej wodzie, gdy tylko padało „przerażające” słowo „awans”.
Były takie momenty, w których trener na konferencji wyglądał na załamanego. Czasem może i postawą drużyny, ale czasem po prostu całą otoczką wynikającą z nagromadzonej u kibiców wieloletniej frustracji, w wyniku której wszystko ogniskowało się na nim. Na jednej z konferencji przyznał, że jest to najtrudniejszy okres w jego życiu – nie tylko zawodowym, ale całościowo.
Jesień zakończonego sezonu nie pomagała. Choć GKS zanotował w jej początkowej fazie serię sześciu meczów bez porażki, potrafił też w bardzo efektowny sposób wygrać z Wisłą Płock czy Resovią – niedługo przyszło kolejne załamanie formy i wyników. Znów drużyna rozbudziła apetyt kibiców po to, by potem nie wygrać ośmiu meczów z rzędu plus ponieść klęskę w Pucharze Polski. Frustracja sięgała zenitu, bo nawet jak było dobrze, to było źle – stracone dwubramkowe prowadzenie w Rzeszowie czy porażka w Krakowie po dwóch golach Wisły w doliczonym czasie gry. Wydawało się, że notowania trenera u kibiców są tak fatalne, że nie da się już tego odwrócić. GieKSa skończyła rundę na jedenastym miejscu, czyli można było powiedzieć, że w Katowicach było chujowo, ale stabilnie lub raczej… stabilnie, czyli chujowo.
Żeby było jeszcze gorzej, spotkanie prezesa Krzysztofa Nowaka z kibicami i niektóre wypowiedzi sternika GieKSy trener określił jako policzek wymierzony w niego i drużynę. Prezes mówił kibicom, żeby wytrzymali jeszcze pół roku, czyli do końca kontraktu – dając do zrozumienia, że opcja pożegnania się jest bardzo realna. Można powiedzieć, że wszystko sprzysięgło się przeciw trenerowi. Wyniki, kibice, a teraz nawet prezes.
W tej atmosferze zespół przygotowywał się do rundy wiosennej. Co w niej się działo – wszyscy wiemy. GieKSa wygrała z Miedzią, przegrała z Wisłą Płock, a potem zanotowała sześć zwycięstw z rzędu. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia widząc, jak GKS bije rekordy seryjnych wygranych, nie pozostawiając rywalom żadnych złudzeń. Przestaliśmy tracić bramki, zaczęliśmy je w bardzo dużej liczbie zdobywać. Zespół znacząco poprawił swoją pozycję w tabeli oraz nastroje kibiców. Do tego stopnia, że z przegranego sezonu nieśmiało zaczęliśmy myśleć o barażach. Komplet publiczności na meczu z Lechią pokazywał, jak wielki w Katowicach jest głód sukcesu. Złość i niechęć do Rafała Góraka przycichła. Kibice cieszyli się z wygranych i zaczęli znów mieć nadzieję. Nawet mając z tyłu głowy, że w poprzednich sezonach i tak na finiszu była ona zawodzona.
I gdy wydawało się, że opinie na temat szkoleniowca już na dobre się poprawią – choć nie w stronę entuzjastycznych, a na razie po prostu neutralnych – przyszła zadyszka i w trzech kolejnych meczach zespół nie wygrał. Porażka z Odrą, słaby mecz z Łęczną i utrata zwycięstwa w końcówce w Niecieczy znów spowodowała wylew niepohamowanej krytyki. Trwała ona i w trakcie meczu z Polonią Warszawa. GKS w spektakularny sposób wygrał w końcówce, ale wiele osób miało w pamięci obraz gry i nie mogło się powstrzymać przed dalszą krytyką opiekuna GieKSy.
To był tak naprawdę ostatni moment „jazdy” po trenerze. Potem zespół nie dał już ani jednego powodu, żeby ktokolwiek rzucał hasło o pakowaniu walizek. Przy seriach wygranych kibice – na razie żartobliwie – mówili raczej o rozpakowywaniu bagażu.
Ostatnie kolejki to było istne szaleństwo. Przed wspomnianym meczem na Konwiktorskiej katowiczanie mieli osiem punktów straty do Arki Gdynia – wówczas nikt w ogóle nie marzył o awansie bezpośrednim. Zajmowaliśmy czwarte miejsce z punktem zapasu w strefie barażowej, ale też zaledwie dwupunktową przewagą nad miejscem dziewiątym. Twardo trzeba było więc walczyć o to, by w ogóle się w tych barażach znaleźć.
Po Polonii GKS był nadal czwarty, a przewaga nad siódmym miejscem wynosiła dwa punkty.
Po Stali GKS wskoczył już na trzecie miejsce, nad siódmym mając już cztery punkty przewagi, a strata do Arki zmniejszyła się do sześciu oczek.
Baraże zdawały się na wyciągnięcie ręki, więc zaczęliśmy marzyć o utrzymaniu podium, co dawałoby możliwość grania dwóch spotkań play off u siebie.
Po wygranej z Tychami wirtualnie zbliżyliśmy się do Arki na trzy punkty i tu już pojawiły się pewnie nieśmiałe myśli, że… a może? Gdynianie jednak wygrali z Zagłębiem i znów była szóstka. Zeszliśmy na ziemię i dalej skupialiśmy się na barażu, chociaż kibice snuli pewien scenariusz, który przy korzystnych okolicznościach miał dać nam ekstazę. Górakiem się już nikt nie zajmował.
Kapitalne spotkanie z Wisłą zapewniło nam trzeci plac, a potem w niedzielny wieczór wszyscy z zapartym tchem oglądaliśmy derby Trójmiasta. Jakaż była euforia, gdy sędzia po analizie VAR nie podyktował rzutu karnego dla Arki w doliczonym czasie gry. Niesamowite. Za tydzień mieliśmy grać o awans.
Zapytany o to, czy będzie oglądał w telewizji pojedynek Lechii z Arką na konferencji prasowej po meczu z Wisłą trener powiedział, że nie będzie na żywo obserwował tego spotkania. Czy tak było w istocie? Nie wiemy. W którymś momencie szkoleniowiec jednak dowiedział się wyniku i musiał zdać sobie sprawę, że otworzyła się przed nim życiowa szansa. Szansa na odwrócenie… wszystkiego.
Najważniejszy mecz GieKSy na przestrzeni dwóch dekad. Na gorącym terenie, przy kapitalnej publiczności. Do awansu Arce wystarczał remis. Rafał Górak i jego drużyna wygrali ten mecz. Wygrali pewnie, dojrzale, nie pozostawiając żądnego pola do dyskusji, komu ten awans się należał.
Po meczu trybuny skandowały nazwisko Rafała Góraka. W Katowicach wszyscy wpadli w euforię, w wyniku spełnionego marzenia, tak wyczekanego, tak wyśnionego, a jednocześnie tak nierealistycznego patrząc na przebieg rundy jesiennej.
To co było udziałem trenera w tym sezonie, ale co miało początek już w poprzednim – jest gotowym scenariuszem nie tylko na film o sukcesie sportowym, o tym, że kogoś się skreśliło, a ten odniósł sukces. To byłoby zbyt banalne. To film o człowieku, który został zmieszany z błotem, był sam (ze swoją drużyną) przeciw wszystkim. I nie poddał się.
Ludzie mają różną odporność psychiczną, ale to nie oznacza, że taka opresja, bo tak można to nazwać, byłaby dla kogokolwiek obojętna. Dodam na marginesie, że nie wnikam w tym felietonie kompletnie w kwestie związane ze stanowiskiem takim czy innym trenera podczas konfliktu kibiców z Markiem Szczerbowskim. Nie wnikam, bo 99% wszystkich zdań „do” i „o” trenerze było związanych po prostu z postawą drużyny.
Żal było patrzeć na trenera stojącego w swoim boksie i bezradnie wysłuchującego, że kibice po prostu go tu nie chcą i mimo spędzenia tylu lat w klubie – jest tu postacią niemile widzianą. Jakkolwiek my kibice jesteśmy często w gorącej wodzie kąpani, obecna sytuacja każe się zastanowić, czy przypadkiem nie przekraczamy w swoich reakcjach pewnej granicy. To znaczy – my na pewno ją przekraczamy. Jak to napisał jeden z kibiców, ta cała historia jest nauką na temat człowieczeństwa.
Oczywiście to nie jest tak, że krytyka była bezpodstawna. Trener nieraz mówił (i mówi teraz), że wyniki na jesień były zdecydowanie gorsze niż gra. Nawet jeśli to prawda, to nasłuchaliśmy się od różnych trenerów podobnych tekstów, które wcześniej zawsze były mydleniem oczu, bo efekt końcowy był taki, że kończyliśmy sezony klęskami. Dlatego tak trudno było przekonać kibiców, że wszystko idzie w dobrą stronę. Jedyne, co mogło ich przekonać – to wyniki. Powstaje jednak pytanie o formę wyrażania swojego niezadowolenia.
To musiało być okrutne. A jednak Rafał Górak robił swoje i dodatkowo całą sytuację przetrwał z godnością. Nie poszedł na wojnę z kibicami, nie wdawał się w pyskówki, nie stracił panowania nad emocjami, choć kilkukrotnie wyglądał na konferencjach prasowych, że jest tego blisko. Oczywiście zdarzały się pojedyncze docinki typu „a GieKSa.pl dzisiaj nie ma pytań?” po wygranym meczu z Łęczną w jeszcze poprzednim sezonie, ale jeżeli to były jedyne formy odreagowania, to nadal jest to z reakcja z klasą.
Padały też zarzuty i przewidywania, że jak GKS awansuje do ekstraklasy, to ego Góraka rozsadzi stadion. Jak widać nic takiego się nie wydarzyło. Choć szkoleniowiec ma pełne prawo chować urazę i mógłby teraz powiedzieć w emocjach kilka słów „prawdy” – nie zrobił tego. Kolejny punkt do godności.
Trener obronił się w każdym aspekcie piłkarskim i ludzkim. W piłkarskim zrealizował powiedzenie, że o awansach się nie mówi, tylko się je robi. To, że nie zająknął się o walce o awans było totalnie irytujące. Ale ten awans solidną pracą wywalczył – i to jest lepsze niż mówienie. Kawał dobrej pracy.
Na marginesie – można teraz też spojrzeć na to, jak potoczyły się losy wspomnianego Ruchu Chorzów i trenera Skrobacza (którego osobiście bardzo cenię). I jak ta interpretacja zdecydowanego klubu idącego jak taran na awans przez chwilę miała rację bytu, a potem wszystko posypało się jak domek z kart.
Wielokrotnie wytykane było Górakowi zdanie o „uczeniu się ligi”. No ale jak się jej nauczył, to GieKSa rządziła i to inni mogli się od tego zespołu nabywać wiedzy. Jak grać do końca, jak utrzymywać dyscyplinę taktyczną, jak grać ładnie dla oka. Ta nauka naprawdę nie poszła w las i okazało się, że trener wiedział, co mówi, a GieKSa stała się profesorem w tej lidze.
Cała ta runda i awans to autorski projekt trenera, odpowiedni dobór ludzi w sztabie, piłkarzy i solidna, merytoryczna praca. I porządny plan. Taki, który pozwolił zniwelować straty z jesieni i na samym finiszu wychylić głowę do linii mety ułamek sekundy szybciej niż przeciwnik.
Trener wygrał jednak coś więcej niż awans do ekstraklasy. Wygrał przede wszystkim jako człowiek. Sposób w jaki przetrwał ten „najgorszy czas w życiu” godny jest prawdziwego szacunku. Nie odszedł, nie złamał się, nie porzucił projektu. Nawet jeśli zrealizował cytat, który sam wiele lat temu przytoczył, czyli „bądź najlepszy tam, gdzie cię nienawidzą”, to sposób w jaki to zrobił był najlepszym z możliwych. I my, jako kibice, tylko możemy na tym skorzystać.
Człowiek, którego odsądziliśmy od czci i wiary, dał nam tyle radości i powodów do wzruszeń i wylewania hektolitrów łez (a dla innych wlewania hektolitrów piwa). Awanse są różne. Ten można śmiało nazwać pomnikowym.
Trener już zdał egzamin z człowieczeństwa. Teraz czas na nas.
Shellu
PS Na koniec przypomnijmy wypowiedź trenera z portalu TVP Sport ze stycznia:
– Na pewno nie jest to strata, która sprawia, że już teraz można uznać sezon za skreślony. W piłce nożnej odrabiano już większe straty niż siedem punktów. Przed nami cała runda wiosenna, do której chcemy podejść jak najlepiej przygotowani. Widzę ogromne zaangażowanie drużyny i sztabu w czasie procesu treningowego. Każdy jest bardzo skoncentrowany na swojej pracy. To napawa mnie ogromnym optymizmem.
I niech to wystarczy.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Lechii
GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.
Plusy:
+ Bartosz Nowak
Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.
+ Rafał Strączek
Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.
+ Skuteczność przy niskim posiadaniu
38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.
Minusy:
– Zmarnowane okazje
Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.
Podsumowanie:
2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.
GieKSiarz
Piłka nożna
Górak: To nasz bardzo szczęśliwy dzień
Na pomeczowej konferencji pojawili się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i John Carver. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
John Carver (trener Lechii Gdańsk):
Ten mecz miał dwie połowy. Mam na myśli różnicę, między połowami, bo w pierwszej połowie byliśmy w dobrej formie i stworzyliśmy 1-2 klarowne sytuacje, ale druga połowa była skrajnie przeciwna. Mecz wygrała drużyna lepsza i jest to trudne do zaakceptowania. Musieliśmy dokonać kilku zmian w naszym zespole, szczególnie w przerwie dokonaliśmy zmiany Rodina, jedynego doświadczonego zawodnika w naszej obronie, który dostał w żebra i miał problemy z oddychaniem. Jak się traci takiego zawodnika, to ma to duży wpływ na nasz zespół. W mojej opinii graliśmy za bardzo bezpiecznie w ataku, bez ryzyka, bez prób zagrania w pole karne. Gratulujemy trenerowi GKS-u, lepsza drużyna wygrała. Musimy się podnieść, bo mamy dziewięć meczów do końca.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Zdawaliśmy sobie sprawę z siły przeciwnika, bo startowali z dyskomfortem minus pięciu punktów. Wyobrażam sobie tę trudność, jednocześnie kapitalnie Lechia z tego wyszła. Strzelili do dzisiaj 49 bramek, więc wiedzieliśmy, że musimy się mieć na baczności. Oczywiście można dywagować na temat składu, ale przecież jedna i druga strona była w jakiś sposób nie tyle osłabiona, ale jednak absencje po jednej i po drugiej stronie były.
Widzieliśmy więc mecz, w której rywal próbował w pierwszej połowie nas zepchnąć – trochę przy wrzutach z autu za nisko się ustawialiśmy. W związku z tym, było parę niebezpiecznych prób rywali zza pola karnego, staraliśmy to skorygować w przerwie, żeby stanąć wyżej i kiedy przeciwnik nie rzuca z autu długiej piłki, nie możemy być tak nisko w polu karnym – zneutralizowaliśmy to i dzięki temu się to trochę oddaliło.
Zawodnicy wykonali kupę mrówczej pracy. Nie dość, że orali, to wykonywali zadania taktyczne, że jestem zadowolony. A mieliśmy przecież trochę przebudowanych rzeczy – cała linia obrony była wywrócona do góry nogami. Każdy zdał egzamin na piątkę. I to mnie bardzo cieszy, że jesteśmy gotowi na to, że w perspektywie natłoku meczów, kapela, którą mamy jest szeroka i mocna. To jest klucz, by budować trening i atmosferę, a zawodnicy się też sami dobrze nakręcają. Każdy z nich czuje ważność tego momentu. Zdobyliśmy strasznie ważne punkty, u siebie, na zero z tyłu z Lechią. To są rzeczy, które budują. I to tyle o meczu, bo już w głowie mam to, co będzie się działo we wtorek.
W wielosekcyjnej GieKSie dużo się dzieje, mocno czekamy na półfinały i Jackowi Płachcie będziemy bardzo mocno trzymać kciuki w rywalizacji z Unią Oświęcim. Mam nadzieję, że kolejne finały przed nami. Dziewczyny również grają w Pucharze Polski – wygrały w Warszawie, a dzisiaj w Krakowie – gratuluję trenerce, gratuluję dziewczynom. Mam ogromną frajdę, że pracuję w tym wielosekcyjnym klubie i naprawdę trzymam za wszystkich kciuki. To jest dzisiaj nasz bardzo szczęśliwy dzień.


Afera
30 maja 2024 at 11:32
Trenerze gratulacje👏💪👏 teraz podbój GieKStraklasy powodzenia,a także szczere przeprosiny że zwątpiłem jak większość zimą.
GREG
30 maja 2024 at 21:22
Pierwszy mecz w ekstraklasie i podziękowanie w ciągu I połowy, jak również oprawa powinna być dedykowana Rafałowi Górakowi. Bez względu na wszystko pozostałe!!! Ten CZŁOWIEK i NASZ TRENER, jak nikt inny na to zasłużył. PANIE TRENERZE – JESTEŚ WIELKI !!!!
PołudnioweKce
30 maja 2024 at 23:04
Shellu zmartwychwstał 😉.Cudów ciąg dalszy..
Bardzo dobry felieton. Gratulacje dla trenera, sztabu i piłkarzy. Myślę że teraz ta przysłowiowa ”głowa w lodówce” i nam się przyda. Cieszmy się tym co mamy ze spokojem i realnie patrząc w przeszłość. Tyle lat czekania już myślałem że nie zobacze meczu z Legią, Lechem itd. bo w przeszłości na takich byłem.
To była Piękna niedziela.
Ps. nam cichą satysfakcje że nie gnoiłem naszego trenera, nawet lekko go broniłem w rozmowach z kumplami bo miałem przekonanie że hamulcowym są władze miasta i nie chcą awansu dopóki nie powstanie nasz nowy dom. Jak widać coś jednak się zmieniło.. Całe Szczęście
Kato
31 maja 2024 at 17:19
Zielone światło po pięciolatce przy budowanym nowym stadionie zostało zapalone. Męczarni w wywiadach co tu powiedzieć nadszedł koniec i dobrze. Moje gratulacje całej społeczności Gieksy. zastanawiało mnie tylko czy pierwsza będzie przeprowadzka, czy awans.
Wyszło że awans. Trenerowi należał się ten awans, teraz olbrzymie wyzwania przed nim. Czy sprosta temu zadaniu… zobaczymy.
Powodzenia GKS KATOWICE!!!
Kato
31 maja 2024 at 17:36
Może doczekam jeszcze majstra! Większe szanse
Dzięki!
piv
30 maja 2024 at 23:51
Kawał dobrego tekstu Shellu! Tylko jak być 'mądrzejszym’ przed szkodą?
Kazik
31 maja 2024 at 21:46
Kiedyś spotkałem naszego Trenera na jakimś evencie gdzie robiłem foty, dodam tylko że wszyscy byliścmy wtedy na etapie „pakuj walizki” i tak z głupa zagadałem czy będzie awans? Trochę się uśmiechnął i powiedział tylko że kiedyś na pewno, ale jakoś wtedy nie dowierzałem…na szczęście w Gdyni udało mi się zagadać go jeszcze raz i podziękować. O dziwo pamiętał tamtą sytuacje:)
Także Panie Rafale, jeszcze raz dziękuję!!!
Ps. Shellu, fajne pióro
Fan
31 maja 2024 at 23:44
Panie Shellu. Tak jak Pan pisał trenerowi „pakuj walizki” to jakby Pan miał chociaż trochę honoru to Pan powinien teraz spakować walizki i oddać pióro. Drużyna piłki nożnej to nie jest fabryka czekolady tylko żywy twór. Jak się chce coś w życiu robić to trzeba się choć trochę na tym znać. Pozdrawiam SK1964. Tylko GieKSa🟡🟢⚫️
FC Szombry
31 maja 2024 at 14:13
szacun za tekst Shellu bardzo dobry artykuł