Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu: Lech był w opałach, GKS znów dał show

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Lech Poznań – GKS Katowice 3:3 (0:1).

 

weszlo.com – Lech i GKS zadbały, by na finiszu ligi nie zabrakło emocji

Przez większość pierwszej połowy zapowiadało się na kolejne niemrawe widowisko, jakich w tej kolejce nie brakowało. Jak bardzo musieli żałować ci, którzy uznali, że mają już dość i wolą zamiast oglądać drugą połowę iść na spacer. Lech i GKS po przerwie wsadzili nas na karuzelę, z której żal było zsiadać, gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni.

No nie wszedł Lech w tę pierwszą połowę, jakby chciał wysłać do reszty ligi sygnał, że o odebraniu mu mistrzostwa może co najwyżej pomarzyć. W ofensywie to była jakaś kompletna apatia, totalny brak pomysłu na to, jak ukąsić rywala. Do momentu straty gola to była właściwie jedna sensowna akcja z ładną wymianą podań między Walemarkiem i Ishakiem, zakończona zmarnowaniem patelni przez Bengtssona.

W dodatku Kolejorz prosił się o kłopoty, bo GKS, który w tych początkowych minutach wyglądał znacznie konkretniej, z łatwością dochodził do sytuacji strzeleckich. Straszyli piłkarze Rafała Góraka po rzutach rożnych (w pierwszej połowie mieli ich dziewięć i przy wielu z nich śmierdziało golem) i wreszcie trafili po dośrodkowaniu, choć akurat z gry. Piłkę w pole karne dorzucił Czerwiński, Pereira przypomniał sobie o tym, że warto by w jakikolwiek sposób przeszkodzić rywalowi dopiero, gdy ten już składał się do strzału, więc Marković skorzystał i trafił na 1:0.

Gol jednak zadziałał na gospodarzy jak zimny prysznic, bo końcówka pierwszej części meczu to był zdecydowanie ich lepszy fragment. Na tyle dobry, że padł choćby ich pierwszy celny strzał, oddany przez Ishaka.

Lechici wyszli tak samo podrażnieni na drugą część spotkania i okazało się – co za zaskoczenie – że jednak opłaca się oddawać strzały. Rodriguez na przykład kopnął tak, że wydawało się, że do bramki nie trafi, ale piłka odbiła się pechowo od Jędrycha i jednak do siatki wpadła.

No i niby Lech się obudził, zaczął stwarzać więcej zagrożenia na połowie rywala, ale na swojej nadal pozwalał rywalowi na wiele. Choćby Jagiełło tylko przyglądał się jak Marković biegnie z piłką w kierunku pola karnego, ale nie reagował, tak jak Gholizadeh stał w pobliżu, ale nie pilnował Nowaka, do którego Norweg zagrał. No a Nowak z piłką na lini pola karnego bez problemu wypatrzył czekającego na podanie Szkurina i, jak to Nowak, znakomicie go obsłużył. To był popis bezradności Lecha w obronie – Skrzypczak ruszył do Nowaka kompletnie bez przekonania, opuszczając pozycję, Pereira z podobnym zaangażowaniem przeszkodził Szkurinowi w przejęciu piłki, na koniec Mońka poszedł wślizgiem na raz, więc Białorusin z łatwością go minął, a następnie pokonał Mrozka, mimo że Pereira starał się jeszcze rozpaczliwie przeszkadzać (w taki sposób, że piłka po jego interwencji odbiła się do Mońki i wróciła do Szkurina).

Lech z zeszłego sezonu to starcie pewnie by przegrał, bo z odrabianiem strat kompletnie sobie na radził (w sumie wywalczył tylko jeden punkt w meczach, w których pierwszy stracił gola, co symboliczne, był to mecz z GKS-em Katowice), tymczasem pokazał, że teraz prowadzenie rywali już go nie podłamuje. Żeby to jednak zrobić, potrzebował zmian. Trio Walemark – Bengtsson – Ishak kompletnie rozczarowało, a po wejściu Hakansa, Palmy i Agnero trybuny w Poznaniu uwierzyły, że wynik jest jeszcze do odwrócenia.

Fin i Honduranin zaliczyli naprawdę imponujące wejście. Pierwszy pokazał, że szybkość jest jego wielkim atutem – w pojedynku biegowym nie dał szans rywalom i kontrę napędzoną świetnym podaniem Palmy sfinalizował strzałem w pełnym biegu z linii pola karnego.

Nie pocieszyli się jednak tym remisem za długo gracze Nielsa Frederiksena, bo GKS po zaledwie pięciu minutach znów prowadził. Po raz kolejny kapitalną robotę wykonał Marković – napędził akcję zagraniem do Wasielewskiego, ruszył za nią w pole karne i znalazł się w nim w samą porę, by dobić piłkę odbitą przez Mrozka po strzale Jirki.

I Lech znowu się z tego dźwignął, znów po akcji zmienników. Dobrze zastawił się Agnero, po zgraniu Jagiełły piłka trafiła do Gholizadeha, który znalazł czyhającego w szesnastce Palmę. Hondurain potańczył w polu karnym z Czerwińskim, wygrał to starcie, a następnie precyzyjnym uderzeniem pokonał Strączka.

Strączka, który w końcówce swoimi interwencjami uratował skórę gościom – doskonałym wyjściem przy strzale Hakansa i wcześniej przy uderzeniu głową Agnero.

Być może gdyby mecz jeszcze trochę potrwał, Lech w końcu by coś wcisnął, bo w końcowym fragmencie napierał, natomiast całościowo trudno powiedzieć, by wynik był niesprawiedliwy. Po tym, jak Kolejorz przespał pierwszą połowę i jakie prezenty rozdawał pod swoją bramką, nie może narzekać na remis.

W kontekście ligowych rozstrzygnięć wyjaśniło się natomiast niewiele. Ani Lech nie ustawił się w dużo lepszej pozycji w walce o mistrzostwo, ani GKS nie wykonał jakiegoś wyraźnego kroku w kierunku pucharów. Liczba goli sprawia jednak, że przynajmniej mamy poczucie, iż obie drużyny zasłużenie są na tych pozycjach, na których są.

 

sport.tvp.pl – Szalony mecz w Poznaniu. Lech był w opałach, GKS znów dał show

Cóż to był za szalony mecz! Lech Poznań trzykrotnie przegrywał, ale za każdym razem potrafił odrobić straty. Lider PKO BP Ekstraklasy ostatecznie zremisował u siebie z GKS-em Katowice 3:3 (0:1), ale ma tylko dwa punkty przewagi nad drugim Zagłębiem Lubin.

[…] Na Bułgarską przyjechał GKS Katowice, który 9 kwietnia stoczył szalone starcie w półfinale STS Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa. Choć podopieczni Rafała Góraka prowadzili do przerwy 2:0, ostatecznie odpadli z rozgrywek, przegrywając w serii rzutów karnych. Starcie z Lechem miało równie szalony przebieg, a pierwsza połowa również zakończyła się pod dyktando katowiczan. GieKSa skutecznie komplikowała życie gospodarzom swoim mocnym pressingiem. W 38. minucie gola głową strzelił Eman Marković, który przecież trzy dni wcześniej w Częstochowie popisał się kapitalną bramką.

GieKSa w meczu z Rakowem błyskawicznie straciła gola po rozpoczęciu drugiej połowy. Katowiczanie przeżywali swoiste deja vu w Poznaniu. W 48. minucie Arkadiusz Jędrych niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki. Dwanaście minut później GieKSa znów była na prowadzeniu, gdyż Ilja Szkuryn świetnie zachował się w polu karnym, ogrywając obrońców Lecha. W 74. minucie Luis Palma uruchomił w pole karne Daniela Haakansa, który zachował zimną krew w polu karnym i perfekcyjnie zakończył sytuację sam na sam z Rafałem Strączkiem.

Zaledwie cztery minuty później do siatki znów trafił Marković, który pospieszył z dobitką po strzale Erika Jirki. Na tym poznański rollercoaster się nie zatrzymał. W 80. minucie Palma wykończył podanie Aliego Gholizadeha. Lech do przerwy grał kiepsko, ale w drugiej połowie pokazał charakter i kawał dobrego futbolu. To był piłkarski rock’n’roll. Mecz na sporej intensywności, opiewający o co najmniej kilka zwrotów akcji. Lech oddał sześć celnych strzałów, GieKSa dziewięć.

Kolejorz mimo wszystko może pluć sobie w brodę, że pozwolił wejść sobie GieKSie na głowę. Ma 46 punktów i na sześć kolejek przed końcem ma tylko dwa „oczka” przewagi nad drugim Zagłębiem Lubin i trzy nad Jagiellonią Białystok oraz Górnikiem Zabrze. GKS Katowice jest siódmy (40 pkt).

 

dziennikzachodni.pl – Fantastyczne widowisko i sześć bramek w Poznaniu

W rozegranym 12 kwietnia meczu 28. kolejki PKO Ekstraklasy Lech Poznań zremisował z GKS Katowice. Ponad 35 tysięcy widzów zasiadających na trybunach obejrzało fantastyczne widowisko, w którym padło aż sześć bramek.

W niedzielne popołudnie zmierzyły się dwie najlepiej punktujące drużyny PKO Ekstraklasy w tym roku, które uraczyły kibiców wspaniałym spektaklem. Katowiczanie przyjechali do Poznania do ponad dwugodzinnym czwartkowym boju w półfinale STS Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, ale po drużynie Rafała Góraka, w której zadebiutował Marius Olsen, nie było widać zmęczenia. Dość powiedzieć, że goście trzykrotnie obejmowali w tym spotkaniu prowadzenie.

GieKSa w I połowie była zespołem lepszym od mistrza Polski. Ilja Szkurin co prawda nie wykorzystał świetnej okazji strzelając tuż nad poprzeczką, ale w 38 minucie goście objęli prowadzenie. Po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego Eman Marković uprzedził w polu karnym Joela Pereirę i wpakował piłkę do siatki okupując tego gola rozcięciem skóry na głowie.

Prowadzący w tabeli Lech po stracie gola mocno nacisnął na Katowiczan i kilka razy pod ich bramką zrobiło się gorąco, ale Rafał Strączek do przerwy nie dał się pokonać. Zaraz po zmianie stron bramkarz GieKSy jednak skapitulował po samobójczym trafieniu Arkadiusza Jędrycha. Kapitan gości tak pechowo dotknął piłki brzuchem po dośrodkowaniu Pablo Rodrigueza, że ta wpadła do siatki.

Katowiczanie odpowiedzieli akcją marzeniem. Marković z Bartoszem Nowakiem wymienili podania na jeden kontakt wypuszczając w bój Szkurina, a Białorusin wbiegł w pole karne i pokonał bramkarza Bartosza Mrozka, który przecież przez dwa sezony występował na Bukowej. Lech wyrównał po szybkiej kontrze, którą celnym strzałem zakończył Daniel Haakans.

Nie był to jednak wcale koniec emocji. W końcówce swojego drugiego gola zdobył Marković. Norweg popisał się skuteczną dobitką po uderzeniu Erika Jirki. Poznaniacy błyskawicznie jednak wyrównali, gdy Luis Palma dał pokaz swojego talentu po podaniu Ali Gholizadeha. Później szalę wygranej na korzyść gospodarzy mogli przechylić Yannick Agnero i Haakans, ale Strączek popisał się kapitalnymi interwencjami.

 

ekstraklasa.org – Lech 3:3 GKS: Do 3 razy sztuka? Niekoniecznie

Trudny sprawdzian lidera. W Poznaniu Lech 3-krotnie gonił wynik i ostatecznie oba kluby musiały zadowolić się 1 punktem.

Największy hit weekendu z PKO Bank Polski Ekstraklasą kibice zobaczyli w ostatnim niedzielnym spotkaniu. GKS Katowice aż 3 razy wychodził na prowadzenie, ale Kolejorzowi za każdym razem udawało się wyrównać. Najlepszym zawodnikiem spotkania był Eman Marković, który – podobnie jak w meczu z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza – popisał się dubletem. Bilans w Poznaniu: 23 mecze – 11 zwycięstw Lecha, 6 remisów, 6 zwycięstw Katowiczan.

 

gloswielkopolski.pl – Co za emocje! Kolejorz trzy razy doprowadzał do wyrównania. Kanonada przy Bułgarskiej

W niedzielę Lech Poznań miał ogromne szanse uczynić kolejny krok w drodze do obrony mistrzostwa kraju. Niestety udało się to tylko połowicznie. Po szalonym emocjonującym meczu zremisował w obecności 36 tys. widzów z GKS Katowice 3:3.

Prawie komplet kibiców od początku meczu przecierał oczy ze zdumienia. Spodziewano się, że Kolejorz rozegra ten mecz na własnych warunkach, przejmie inicjatywę i zmusi gości do głębokiej defensywy. Stało się jednak zupełnie inaczej. Lech Poznań źle wszedł w to spotkanie, nie potrafił wymienić 2-3 podań i swoją niedokładnością napędzał rywali. Zupełnie nie widać było, że w czwartek piłkarze Gieksy grali 120 minut w półfinale Pucharu Polski. Lech Poznań nie miał pomysłu, jak dobrać się do gości, a co gorsze sam nie radził sobie z pressingiem podopiecznych Rafała Góraka. GKS wcale nie zamierzał się barykadować pod swoją bramką. Grał szybciej, składniej i wyglądał jak zespół, który wie, jak wykorzystać słabszą dyspozycję lidera.

Kapitalną szansę zmarnował w 23 min. Szkurin, ale groźnie pod bramką Mrozka było już kilka razy wcześniej. Bramkarz Kolejorza ratował zespół też po niefortunnej interwencji Ishaka. Kapitan był bliski strzelenia samobója. Po 35 minutach po w strzałach 5:1 prowadzili goście, przewaga w kornerach była jeszcze większa – 7:0. Gol dla Katowiczan „wisiał w powietrzu”, choć gdyby w 25 min. świetną okazję wykorzystał Bengtsson, to Lech Poznań prowadziłby w tym meczu. Chwilę później jednak goście dopięli swego. Dośrodkował były piłkarz Lecha Alan Czerwiński, a Eman Marković uprzedził Joela Pereirę i mierzonym uderzeniem głową wpisał się na listę strzelców. Bardzo słabo grający lechici „obudzili się” dopiero w końcówce pierwszej odsłony. Przedzierał się Walemark, ale uderzył wysoko nad bramką. Pierwszy celny strzał oddał w doliczonym czasie gry Mikael Ishak, ale bramkarz GKS poradził sobie z tym uderzeniem.

Druga część zaczęła się optymistycznie dla Lecha. Już w 47 min. Pablo Rodriguez tak zagrał piłkę do Ishaka, że odbiła się ona od pleców Arkadiusza Jędrycha i wpada do bramki GKS! Kolejorz poczuł wiatr w plecy, zaatakował z większą energią, ale podanie do Mikaela Ishaka okazało się zbyt mocne dla kapitana mistrzów Polski. W 60 min. kibice znów przeżyli zimny prysznic. GKS wykorzystał słabą postawę naszej defensywy i drugą nieudaną interwencję Pereiry. Do odbitej od placów Mońki piłki dopadł Szkurin i było 1:2. W 68 minucie trener Niels Frederiksen przeprowadził aż trzy zmiany. Za Ishaka, Walemarka oraz Bengtssona weszli Agnero, Palma oraz Hakans. I była to dobra decyzja, bo po akcji Palmy z Hakansem w 74 min. Kolejorz po raz drugi doprowadził do wyrównania. Fin popisał się efektownym sprintem i kapitalnym strzałem. Bramkarz GKS był bez szans.

To nie był jeszcze koniec emocji.

W 78 min. GKS trzeci raz wykorzystał chaos w poznańskiej obronie. Źle obliczył lot piłki Gurgul, strzał Jirki obronił Mrozek, ale wobec dobitki Emana Markovica był bezradny. Kolejorz potrafił odpowiedzieć jednak po raz trzeci. Do remisu 3:3 doprowadził Luis Palma, który do asysty dorzucił gola. Honduranin dostał piłkę w polu karnym i uderzył tuż przy słupku. Ten szalony mecz mógł zakończyć się wygraną lidera. W doliczonym czasie gry świetnie dwukrotnie spisał się bramkarz GKS Rafał Strączek, który obronił strzały Agnero oraz Hakansa.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga