Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: GKS Katowice znów zagra z Zagłębiem Sosnowiec

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Piłkarki ostatni sparing przed startem rundy wiosennej rozegrają z Górnikiem Łęczna 22 lutego. Orlen Ekstraliga Kobiet rozpocznie rundę rewanżową w pierwszy weekend marca. Nasza drużyna zmierzy się z UKS SMS Łódź. Pozyskana ostatnio Santa Vuškāne została powołana do kadry Łotwy. Drużyna męska w kolejnym spotkaniu ligowej wiosny zremisowała na Bukowej z Piastem Gliwice 0:0. Prasówkę po tym spotkaniu możecie przeczytać TUTAJ. W najbliższy poniedziałek 24 lutego o 19:00 zespół zmierzy się na wyjeździe z Motorem Lublin. Klub przedłużył kontrakt z Oskarem Repką do końca czerwca 2027 roku.

Siatkarze rozegrali w ubiegłym tygodniu jedno spotkanie – przegrane z AZS Olsztyn 1:3. Kolejny mecz zaplanowano w hali w Szopienicach na sobotę 22 lutego na 20:30 – przeciwnikiem będzie Stilon Gorzów. Na pięć kolejek przed końcem rundy zasadniczej drużyna zajmuje przedostatnie miejsce, z dwunastoma punktami.

Hokeiści rozegrali w ubiegłym tygodniu trzy zwycięskie spotkania. W pierwszym pokonali Cracovię 4:3, w następnym 6:4 z Zagłębiem oraz z Energą Toruń 5:0. Po wszystkich meczach sezonu zasadniczego hokeiści zajęli drugą pozycję w tabeli. W I rundzie play-off nasza drużyna zmierzy się z Zagłębiem. Pierwsze spotkania zaplanowane są w Satelicie na sobotę i niedzielę (22 i 23 lutego – oba o 17:00).

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Przygotowania do Ekstraligi na ostatniej prostej!

Już w następnym tygodniu rusza Orlen Ekstraliga! Prezentujemy drugie w tym roku zestawienie wyników sparingów zespołów z najwyższej klasy rozgrywkowej.

GKS Katowice

Mistrzynie jesieni zagrały w lutym dwa sparingi z czeskimi zespołami. Pojedynki zarówno ze Spartą, jak i Slavią okazały się zwycięskie. W ostatnim sparingu przed startem ligowych rozgrywek zmierzą się z Górnikiem Łęczna.

15 stycznia: Rekord Bielsko-Biała 3:2 (Kozak, Maciążka, Misztal)

15-18 stycznia: obóz w Bielsku-Białej

25 stycznia: Grot SMS Łódź 6:0 (Bińkowska, Kozak 2x, Langosz 2x, Vuškāne)

1 lutego: Slavia Praga 2:3 (Słowińska, Turkiewicz)

8 lutego: Sparta Praga 2:1 (Grzybowska, Vuškāne)

22 lutego: Górnik Łęczna

goal.pl – GKS Katowice ogłosił ważną decyzję. Górak mógł się uśmiechnąć

GKS Katowice w tym sezonie pozostawia po sobie dobre wrażenie na boiskach PKO BP Ekstraklasy. Klub ogłosił natomiast przedłużenie kontraktu z jednym z ważniejszych graczy.

GKS Katowice jeszcze zimą był blisko rozstania z Oskarem Repką. Zawodnik był kuszony przez węgierski Ujpest FC. Finalnie transakcja nie została sfinalizowana, a do wspominanej ekipy trafił inny polski pomocnik, czyli Damian Rasak. Tymczasem kluczowy piłkarz katowickiego klubu podjął decyzję o kontynuowaniu swojej kariery na Śląsku.

“GKS Katowice związał się z Oskarem Repką nową umową. Nowy kontrakt pomocnika będzie obowiązywał do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia. 26-letni zawodnik dołączył do GKS-u Katowice latem 2021 roku z Pogoni Siedlce. W trójkolorowych barwach rozegrał dotąd równe 100 meczów, zdobywając w nich 8 bramek i 6 asyst” – brzmi wiadomość opublikowana na oficjalnej stronie internetowej klubu z Katowic.

26-letni piłkarz to bez wątpienia lider środka pola GieKSy. W poprzedniej kampanii rządził wraz z Antonim Kozubalem, mając ogromny wkład w grę katowickiej ekipy w awans. Z kolei w tej kampanii tworzy duet środkowych pomocników przede wszystkim z Mateuszem Kowalczykiem.

Urodzony w Bydgoszczy piłkarz to były młodzieżowy reprezentant Polski. W tej kampanii wystąpił w 22 meczach, notując w nich trzy trafienia i dwie asysty. Przy okazji starcia z Piastem Gliwice w ramach 21. kolejki PKO BP Ekstraklasy pauzował z powodu nadmiaru żółtych kartek.

SIATKÓWKA

siatka.org – Daniel Pliński z udanym debiutem w Uranii

Indykpol AZS Olsztyn w 25. kolejce PlusLigi wywiązał się z roli faworyta. Był to pierwszy mecz, który w barwach olsztynian poprowadził Daniel Pliński. Jego nowi podopieczni jedynie w trzecim secie mieli kłopoty z pokonaniem jednego z outsiderów tabeli – GKS-u Katowice. W kolejnej partii przypieczętowali jednak komplet punktów. MVP spotkania wybrano rozgrywającego, Eemiego Tervaporttiego.

Po chwili gry punkt za punkt na jeszcze wyższe obroty weszli gospodarze, którzy brylowali w kontrach, zwłaszcza Manuel Armoa (8:4). Zbyt czytelne dla Akademików było rozegranie Joshuy Tuanigi, po dwóch punktowych blokach z rzędu AZS wygrywał 11:5. Grę przerwał Emil Siewiorek. Jego podopieczni w moment odrobili straty przy serii zagrywek Alexandra Bergera i jego asie. Olsztynianie popełniali liczne błędy (11:10). Wynik stał się remisowy, strony grały punkt za punkt do stanu 15:15. Wrzucili wyższy bieg w grze blokiem miejscowi, kończąc najpierw kontratak, a niewiele później zatrzymując Aymena Bouguerrę. Asa dołożył Eemi Tervaportti (21:18), zaczęli kroczyć po triumf gospodarze. Premierową odsłonę w kontrach domknęli Nicolas Szerszeń i Jan Hadrava (25:20).

AZS z początku drugiej części był wyjątkowo aktywny na siatce. Dwa ataki skończył Dawid Siwczyk, a Armoa zablokował Bergera (4:1). Błędy własne olsztynian dały katowiczanom remis. Nawiązała się równa walka punkt za punkt, rozwijał skrzydła z akcji na akcję Bartosz Gomułka. Remisowy rezultat widniał do stanu 11:11. Przy serii zagrywek Szerszenia zespół z Warmii i Mazur uciekł na trzy oczka. Wyraźne kłopoty w ataku mieli Ślązacy, z ich niemocy korzystali miejscowi. Daniel Pliński dokonał zmiany na przyjęciu, miejsce Armoy zajął Mateusz Janikowski. Nie tylko utrzymał przyjęcie, ale dał o sobie znać zarówno w ofensywie, jak i bloku (18:13). Pojedyncze zagrania GieKSy nic nie wnosiły, AZS miał argumenty w każdym elemencie (21:15). Jeszcze blokiem ratowali się przyjezdni, ale praktycznie w pojedynkę odsłonę domknął Janikowski, który ustrzelił dwa asy (25:18).

Lepiej w trzecią część weszli goście, którzy wygrywali 5:3 po ataku i bloku Gomułki. Szybko dwoma akcjami odpowiedział mu Hadrava (5:5). Atakujący GKS-u był pewnym punktem swojej drużyny, po kontrze goście ponownie mieli dwa oczka zaliczki (9:7). Gospodarze popełniali błędy własne, do gry podłączył się także Berger (14:11). AZS triumfował w długich akcjach, jednak na prowadzeniu utrzymywali się przyjezdni. GieKSa napędziła się dwoma punktowymi blokami z rzędu (18:14). Sytuację próbował odwrócić jeszcze swoją zagrywką Tervaportti, po błędzie Bouguerry Akademicy mieli nawet kontakt (20:19). Nie byli jednak w stanie zatrzymać drużyny ze Śląska. Ta dołożyła blok i zagrywkę. Do czwartej części doprowadził Bouguerra (25:21).

Na jej starcie wynik oscylował wokół remisu. AZS wyprowadził dwa ciosy zza linii 9. metra, po których cieszył się z trzypunktowej zaliczki (9:6). Po chwili przewaga wzrosła do czterech punktów po trzecim asie gospodarzy, którego ustrzelił Janikowski (11:7). Zaczęli rozgrywać koncert miejscowi, zatrzymując Gomułkę. Po chwili raz jeszcze serwisem zapunktował Janikowski (13:7). Utrzymywała się wysoka różnica pomiędzy stronami. Nie otworzyli sobie drogi do powrotu goście za sprawą błędów własnych (20:16, 23:16). Wydawało się, że  gospodarze dynamicznie zamkną starcie, jednak błędy własne i trzy bloki GKS-u zadecydowały o straconych pięciu punktach z rzędu (23:21). Po autowym serwisie Krzysztofa Gibka udany debiut w starych-nowych barwach zaliczył Daniel Pliński (25:22).

Indykpol AZS Olsztyn – GKS Katowice 3:1 (25:20, 25:18, 21:25, 25:22)

HOKEJ

hokej.net – Emocje jak w play-offie. GieKSa wyszarpuje trzy punkty w Krakowie!

Ogrom emocji dostarczyli widzom hokeiści Comarch Cracovii i GKS-u Katowice w meczu 43. kolejki TAURON Hokej Ligi. Ostatecznie górą z tego pojedynku wyszli goście z Katowic, którzy zwyciężyli „Pasy” 4:3. Krakowianom mimo ambitnej walki nie udało się dogonić rywali, ale i tak sprawili podopiecznym Jacka Płachty wiele problemów.

Obie ekipy badały się na początku spotkania i chciały wyczuć na co w tym meczu mogą sobie pozwolić. Więcej z gry mieli zdecydowanie przyjezdni z Katowic, którzy już na początku starcia kilkukrotnie sprawdzali czujność Dominika Salamy zarówno przy grze pięciu na pięciu, jak i podczas przewagi.

Krakowianie początkowy napór i osłabienie wybronili, a sami nastawili się głównie na kąsanie z kontrataków. Podopieczni Marka Ziętary mieli kilka swoich szans właśnie po szybkich kontrach, ale w katowickiej bramce bez zarzutu spisywał się John Murray, wspierany skutecznie przez swoich defensorów.

Najgorsze dla Cracovii, a najlepsze dla GieKSy nadeszło w ostatnich dwóch minutach pierwszej odsłony. Najpierw w 19. minucie sporą ilość pozostawionego miejsca wykorzystał bardzo precyzyjnym strzałem Stephen Anderson, a minutę później Christian Mroczkowski skorzystał z dobrego podania Patryka Wronki i podwyższył prowadzenie gości z Katowic, zabezpieczając prowadzenie katowiczan po pierwszej odsłonie.

Gospodarze nie mogli sobie wyobrazić gorszej końcówki pierwszej tercji i od początku drugiej odsłony ruszyli do natarcia i przyniosło to efekt. Już w 25. minucie Cracovia złapała kontakt za sprawą Damiana Kapicy, który umieścił gumę w katowickiej bramce.

Po zdobyciu bramki “Pasy” ruszyły do kolejnych ataków, ale tym razem radzili sobie John Murray i jego obrońca. Katowiczanie uspokoili nieco wydarzenia na lodowej tafli i wrócili do swojego stylu gry, co również przyniosło efekty. Salama był niepokojony raz za razem, aż w końcu w 30. minucie po zamieszaniu podbramkowym Kallionkieli przywrócił im dwubramkowe prowadzenie.

Spokój gości z Katowic nie trwał jednak długo, bo już dwie minuty później gospodarze znów zmniejszyli straty do jednej bramki tym razem za sprawą Hannesa Johanssona, który sprytnym strzałem pokonał Murraya.

Wynik 2:3 utrzymał się do końca drugiej odsłony, co zwiastowało ogromne emocje przed ostatnią tercją.

I tak też się stało, najpierw znów na dwie bramki odskoczyli przyjezdni. Bramkę zdobył Jonasz Hofman, jednak krakowianie przez cały mecz się nie poddawali i znów byli w stanie odpowiedzieć na to trafienie gości.

Podczas gry w przewadze błyskawicznie odpowiedział Damian Kapica i znów mieliśmy tylko jedną bramkę, która rozdzieliła finalnie obie ekipy. Podopieczni Marka Ziętary mogą jednak pluć sobie w brodę, bo nie wykorzystali wielu dogodnych okazji by wyrównać stan rywalizacji, jak chociażby rzutu karnego Johana Lundgrena, czy okresu gry bez bramkarza w końcówce meczu.

Katowiczanie dopisują do swojego konta bardzo ważne punkty, a krakowianie po raz kolejny pokazali, że są bardzo groźną drużyną dla każdego rywala z górnej połowy tabeli.

Grad bramek i walka do ostatniej sekundy. Derby nie tylko z nazwy

GKS Katowice po niezwykle emocjonującym, obfitującym w zwroty akcji pojedynku pokonał EC Będzin Zagłębie Sosnowiec 6:4. Marzenia o korzystnym rezultacie gościom przekreśliło 12 sekund drugiej tercji, w trakcie których dwukrotnie kapitulował Mikołaj Szczepkowski. Skutecznością w ofensywie zaimponował Pontus Englund, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.

Schyłek rozgrywek sezonu zasadniczego w oczach wielu kibiców uchodzi za najmniej atrakcyjny punkt hokejowego kalendarza. Na całe szczęście harmonogram gier wychodzi naprzeciw potrzebom kibiców, przewidując w ostatnich kolejkach tak emocjonujące potyczki jak derbowe starcie GKS-u Katowice z EC Będzin Zagłębiem Sosnowiec.

Po przerwie reprezentacyjnej wicemistrzowie Polski muszą mierzyć się przede wszystkim z absencją Bartosza Fraszki. Lider katowickiej ofensywny w starciu przeciwko Włochom nabawił się kontuzji stopy. Z kolei trener Lehtonen kolejny raz nie mógł skorzystać z usług Patrika Spěšnego, który niejednokrotnie w pojedynkę potrafił utrzymywać swoją drużynę w grze.

Obie strony rozpoczęły spotkanie na wysokiej intensywności, wyrażając chęć przejęcia inicjatywy nad wydarzeniami na lodzie. Otwarcie wyniku nastąpiło w 5. minucie. Jakub Šaur pokusił się o wrzutkę spod niebieskiej linii. Pomimo asysty dwóch zawodników w żółtych trykotach, wrzucony krążek zdołał na lewe skrzydło skierować Damian Tyczyński. Tam na podanie czekał już Patryk Krężołek, który pokonując Michała Kielera otworzył wynik derbowego spotkania. W 10. minucie katowiczanie jak z nut powymieniali między sobą krążek, otwierając drogę do bramki Patrykowi Wronce. „Wronczes” musiał uznać jednak wyższość Mikołaja Szczepkowskiego. Do końca pierwszej odsłony obie ekipy kreowały sobie dobre okazję do zdobycia bramek, brakowało jednak skuteczności bądź pomysłu na ostatnie podanie.

Jeżeli ktokolwiek śmiałby wnosić reklamację na wydarzenia pierwszej tercji, to już początek drugiej odsłony przyniósł ogrom emocji. Ledwie sędziowie rzucili krążek na pierwsze wznowienie, a chwilę później pod bramką Michała Kielera doszło do pierwszej wymiany uprzejmości. Kilkanaście sekund później Jean Dupuy spróbował szturmować bramkę gości, jednak jego akcję faulem przerwał Matt Sozański. Decyzja arbitrów nie mogła być inna niż przyznanie karnego gospodarzom. Do najazdu podszedł Ben Sokay, jednak Mikołaj Szczepkowski jakby doskonale wiedział w co zamierza zagrać Kanadyjczyk i pozostawił swój lewy parkan w miejscu, gdzie napastnik GieKSy chciał ulokować krążek. Choć zespół Jacka Płachty w kolejnych minutach wyraźnie wrzucił piąty, to kolejną bramkę zdołali zdobyć goście. Tym razem to Mirko Djumić sięgnął po bezpański krążek który skierował do bramki Michała Kielera. Odpowiedź miejscowych nadeszła w 30. minucie. Pontus Englund po podaniu Patryka Wronki stanął twarzą w twarz z Mikołajem Szczepkowskim i pewnym strzałem pod poprzeczkę zdobył kontaktową bramkę. Kolejny ofensywny akcent Szweda nastąpił w 33. minucie, gdy swoim firmowym uderzeniem z dystansu wykorzystał okres gry w przewadze katowiczan.

Początek trzeciej tercji należał do wicemistrzów Polski. W 43. minucie pozostawiony bez opieki obrońców Salituro zdołał przekierować do siatki wrzutkę Kacpra Maciasia. Ledwie 12 sekund Brandon Magee stanął twarzą w twarz ze Szczepkowskim. Choć wydawało się, że bramkarz Zagłębia zdołał zatrzymać strzał, to guma pomiędzy jego parkanami ostatecznie przekroczyła linie bramkową. W 49. minucie koncertową grę GieKSy w przewadze zwieńczył Jean Dupuy, a nieco ponad 30 sekund później Jesperi Viikilä przekierowując krążek przed samym Michałem Kielerem wlał nadzieje w serca kibiców Zagłębia na powrót do walki o korzystny rezultat. W 55. minucie kontaktową bramkę zdobył Charvát, jednak ostatnie słowo należało do gospodarzy. Mirko Djumić faulował wychodzącego na pustą bramkę Grzegorza Pasiuta, w związku z czym arbitrzy zgodnie z przepisami podjęli decyzję o zapisaniu trafienia na konto kapitana GieKSy.

Pewne zwycięstwo GieKSy. Hat-trick „Profesora” i tryb play-off Murraya

Zakończyło się ostatnie spotkanie sezonu zasadniczego TAURON Hokej Ligi. W 45. kolejce GKS Katowice pewnie pokonał w delegacji KH Energę Toruń 5:0. Błyszczeli w tym starciu przede wszystkim Grzegorz Pasiut, który zdobył aż trzy bramki oraz John Murray, który postawił w bramce istną ścianę nie do pokonania.

Już w pierwszej tercji goście zaczęli narzucać swój styl gry – w 4. Minucie Christian Mroczkowski otworzył wynik, wykorzystując dogranie kolegi ze skrzydła. Chwilę później w podobny sposób do siatki trafił Dante Salituro i tym samym podwyższył prowadzenie na 2:0.

Pomimo tego, toruńscy hokeiści nie rezygnowali z walki, ale ich ataki były stale neutralizowane przez zorganizowaną defensywę GKS-u. W tej części meczu pojawiały się pojedyncze, lecz nieskuteczne akcje, a kluczowe sytuacje, takie jak próby solowych rajdów Sokaya, nie znalazły efektu – golkiper Katowic, John Murray, wielokrotnie ratował swoją drużynę.

Druga tercja to prawdziwa nawałnica strzałów ze strony gospodarzy. W tej odsłonie widoczna była determinacja obu zespołów – niemal co chwilę dochodziło do groźnych akcji, a zarówno katowiccy, jak i toruńscy zawodnicy walczyli o każdy centymetr lodu. Mimo tej intensywności, głównym bohaterem pozostawał John Murray, który niejednokrotnie pokazywał, dlaczego jest katowicką „jedynką”.

W trzeciej tercji, pierwszy cios padł w 53. minucie – Grzegorz Pasiut, w sytuacji sam na sam, wykazał się zimną krwią, oddając precyzyjny i celny strzał. Chwilę później zdołał trafić do siatki z własnej tercji, aby zakończyć mecz efektownym strzałem w okienko.

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice znów zagra z Zagłębiem Sosnowiec. Trudny rywal JKH Jastrzębie i łatwy GKS Tychy

Poznaliśmy dokładny terminarz I rundy hokejowego play off. Ćwierćfinały Tauron Hokej Ligi zapowiadają się bardzo ciekawie, a rywalizacja toczyć się będzie do czterech zwycięstw. Zagrają w nich wszystkie cztery drużyny z województwa śląskiego.

Kibice hokejowi zacierają ręce. W sobotę rozpoczyna się najbardziej emocjonująca część sezonu. Osiem drużyn Tauron Hokej Ligi rywalizować będzie w play off. Sezon zakończyło już ostatnie po rundzie zasadniczej Podhale Nowy Targ.

Podobnie jak w poprzednich sezonach trzy czołowe zespoły mogły wybrać sobie rywali w I rundzie. Niespodzianek nie było i pary ćwierćfinałowe są zgodne z układem tabeli. Pierwszy GKS Tychy zagra więc z ósmym Texomem STS i jest zdecydowanym faworytem, bo sanoczanie to najsłabszy zespół w tej stawce, a różnicę między nimi pokazał ich piątkowy mecz na Stadionie Zimowym wygrany przez tyszan 9:0.

Drugi w tabeli GKS Katowice ponownie wybrał sobie rywala z drugiej strony Brynicy, czyli EC Będzin Zagłębie, które uplasowało się na siódmej pozycji. Katowiczanie z zespołem z Sosnowca grali już w ćwierćfinale przed rokiem i wygrali tę rywalizację 4:2. W obecnych rozgrywkach podopieczni trenera Jacka Płachty pięciokrotnie pokonali sosnowiczan, choć zwycięstwo nigdy nie przyszło im łatwo.

Najtrudniejszego przeciwnika z naszych drużyn będzie mieć w I rundzie czwarte po rundzie zasadniczej JKH GKS Jastrzębie, które zagra z piątą Energą. Torunianie w trakcie sezonu rośli w siłę, ale hokeiści trenera Roberta Kalabera wygrali z nimi wszystkie mecze w tym sezonie, choć aż trzy razy triumfowali po dogrywce. Przed rokiem JKH pokonał Energę w ćwierćfinale 4:2.

[…] GKS Katowice – EC Będzin Zagłębie Sosnowiec
Terminy meczów 22 i 23 lutego w Katowicach oraz 26 i 27 lutego w Sosnowcu. Ewentualnie 2 marca w Katowicach, 4 marca w Sosnowcu i 6 marca w Katowicach.

Bezpośrednie mecze w tym sezonie: 1:0 po dogrywce (w), 4:2 (d), 2:1 (w), 4:1 (d), 6:4 (d).

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga