Piłka nożna Prasówka
Media o meczu z Pogonią: Mocny powrót GKS-u Katowice
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Pogoń Szczecin 2:0 (2:0).
weszlo.com – GKS musi na niego chuchać i dmuchać. Dziś załatwił Pogoń
Gdyby Adam Zrelak cieszył się lepszym zdrowiem w sezonie 2023/24, Warta Poznań zapewne nie spadłaby z Ekstraklasy. Niewykluczone, że również od dyspozycyjności Słowaka zależeć będą losy GKS-u Katowice w obecnych rozgrywkach, dlatego w klubie powinni na niego chuchać i dmuchać. Jeżeli trzeba go nosić w lektyce od poniedziałku do piątku, niech tak będzie. Na boisku się odpłaci.
Z takim napastnikiem takiej drużynie jak GieKSa jest po prostu łatwiej. Non stop naciska na obrońców, nigdy nie odpuszcza, potrafi się z nimi rozbijać, wygrać pojedynek, przetrzymać piłkę. A do tego umie dawać ofensywne konkrety.
Dziś Zrelak wespół z Bartoszem Nowakiem i Borją Galanem rozmontowali skrajnie nieefektywną Pogoń Szczecin. Max Moelder cmokałby z zachwytu. Goście mieli 77 procent posiadania piłki. Wymienili aż 743 podania (GKS 231). Oddali aż 27 strzałów, ale te groźne policzymy na palcach jednej ręki. Tylko trzy leciały w bramkę. Jeden wielki festiwal niemocy.
Portowcy refleks Rafała Strączka nieco poważniej sprawdzili raz, gdy zza pola karnego uderzał generalnie słabiutki Sam Greenwood. Do tego z siedemnastu metrów w poprzeczkę technicznie kopnął Jan Biegański, a zaraz po zmianie Strączek zdecydowaną interwencją na przedpolu zatrzymał Juwarę, który chciał skorzystać z kiksu Grosickiego i dwóch rykoszetów od obrońców. Reszta to strzały bez większej historii.
Gospodarze byli za to do bólu konkretni. Szybko objęli prowadzenie po doskonałym dośrodkowaniu Galana i precyzyjnej główce Zrelaka, który idealnie się ustawił między stoperami Pogoni. Katowiczanie mogli się wycofać i czekać na jakąś kontrę po przechwycie. Ta wydarzyła się w 36. minucie – Kowalczyk odebrał piłkę Greenwodowi, Nowak do Zrelaka, Zrelak do Nowaka i pomocnik GKS-u pewnie trafił na 2:0. Piękna, szybka akcja.
Niedługo po zmianie stron GieKSa mogła zamknąć mecz, okazje mieli Marković, Bosch i znów Zrelak. Nie udało się, więc drużyna Rafała Góraka po prostu bez większego stresu dowiozła wynik. Zrelak wytrzymał na murawie niewiele ponad godzinę, przez co potem też trudniej było utrzymać piłkę wyżej, bo Ilja Szkurin nie jest w tym tak dobry.
Pogoń mogłaby klepać do jutra i pewnie nic by nie strzeliła. Czy na szpicy ustawiony był Molnar, czy Paryzek, czy Grosicki – nie miało to znaczenia.
[…] GKS Katowice natomiast pięknie się odrodził. Ostatnich pięć meczów to cztery zwycięstwa i wpadka z Piastem Gliwice. Chyba nie przez przypadek passa ta zbiegła się z powrotem do pierwszego składu Adama Zrelaka…
gs24.pl – Setki podań Portowców i zero konkretów
Pogoń Szczecin na nowym stadionie GKS Katowice miała ogromną przewagę w posiadaniu piłki, ale to gospodarze byli konkretniejsi. Wykorzystali błędy w defensywie Portowców i w sumie zasłużenie wygrali na zakończenie pierwszej rundy sezonu 2025/26.
Spotkanie w Katowicach zapowiadało się ciekawie, ale była spora niepewność, czy zespoły go rozegrają. Na Śląsku – mgła, na stadionie mocno ograniczona widoczność, ale czym bliżej meczu – warunki atmosferyczne zaczęły się delikatnie poprawiać.
90 minut przed meczem zapadła decyzja, że do meczu dojdzie. Oba zespoły chciały grać, sędziowie nie robili problemów, a telewizja też zaakceptowała warunki.
W składzie Pogoni jedna wymuszona zmiana. Za żółte kartki musiał pauzować Danijel Loncar. Bośniaka w wyjściowym składzie zastąpił Marian Huja, czyli tu trener Thomas Thomasberg nikogo nie zaskoczył. Przy dwóch innych roszadach – owszem. Jan Biegański zastąpił Mora Ndiaye’a. Na taką zmianę w mediach społecznościowych naciskali kibice, bo Senegalczyk ostatnio popełniał za dużo prostych strat będąc przy piłce. Na tę zmianę – mało kto by zwrócił uwagę, ale już wystawiając od początku Benjamina Mendy’ego sztab Pogoni – ściągnął dodatkowe zainteresowanie meczem. Mistrz świata z 2018 r., były gracz m.in. AS Monaco czy Manchesteru City – do Portowców dołączył jesienią, długo pracował nad powrotem do odpowiedniej formy fizycznej i kilka dni temu zadebiutował w zespole. Zagrał kilka minut, nie popełnił błędów, więc w Katowicach zastąpił Leonardo Koutrisa, który nie czuł się najlepiej po przeziębieniu.
W składzie GKS też bez większych zaskoczeń. Szczecińscy kibice zastanawiali się w jakim wymiarze czasu zagrają byli Portowcy – Marcel Wędrychowski i Kacper Łukasiak. Do katowickiego klubu dołączyli latem, ale raczej nie zachwycają kibiców Gieksy i są zmiennikami w ostatnich tygodniach. Z kolegami z Pogoni przywitali się przed meczem, ale spotkanie rozpoczęli na rezerwie (podobnie jak bramkarz Dawid Kudła, który szczeciński klub reprezentował dziesięć lat temu).
Katowiczanie świetnie rozpoczęli spotkanie, bo już w 7. minucie objęli prowadzenie. Adrian Przyborek był trochę za bierny po prawej stronie i dopuścili do wrzutki przez Borję Galana. Centra była fantastyczna, idealnie między środkowych obrońców Pogoni i za ich plecy. Piłka spadła na głowę Adama Zrelaka (bliżej do niego miał Marian Huja, ale też był zbyt pasywny), a napastnik z pięciu metrów główkował do siatki. Valentin Cojocaru był bez szans, ale Rumun też ponosi trochę odpowiedzialności za straconą bramkę, bo źle wybił piłkę spod bramki, a katowiczanie po przejęciu piłki przeprowadzili bramkową kontrę.
Obraz gry szybko się zmienił. GKS cofnął się i chciał kontrować, a Pogoń w ataku pozycyjnym naciskała. W 20. minucie Sam Greenwood celnie strzelał z 20 m, ale Rafał Strączek wybił piłkę na bok. Tak samo było przy interwencjach obrońców w trzech kolejnych wrzutkach. Bardzo szybko ten mecz zaczął przypominać występ Pogoni w Płocku, gdzie jej napór był duży, ale brakowało skuteczności.
W 30. minucie kolejne duże zamieszanie w polu karnym GKS, w końcu piłka trafiła do Jana Biegańskiego, a ten technicznie uderzył z 16 m, ale w poprzeczkę. Po minucie soczyście strzelał z dystansu Przyborek, ale nieznacznie niecelnie.
W 37. minucie GKS zabójczo skontrował. Przejął piłkę na swojej połowie, kilka sekund później Bartosz Nowak był już z piłką przed Cojocaru i wykorzystał sytuację sam na sam. Znów kiepsko zachowali się defensorzy Pogoni – byli pogubieni i spóźnieni.
Zaraz po wznowieniu gry – Pogoń znów szukała luk w defensywie GKS, a przeciwnicy cofnięci, czaili się do kolejnej kontry. Portowcy jeszcze w pierwszej połowie oddali dwa groźne strzały, ale oczekiwanego przez kibiców efektu do przerwy zabrakło.
Na drugą połowę Pogoń wyszła z Musą Juwarą i Paulem Mukairu w składzie i już w pierwszej akcji obaj zagrozili bramce gospodarzy. Na boisku pojawił się też Łukasiak do pracy w środkowej strefie boiska.
Minuty uciekały, a z przewagi Pogoni niewiele wynikało. GKS dobrze pracował w tyłach oraz nie zapominał o kontrach. I był w tym konkretniejszy od Portowców. Szczecinianie zakończyli mecz z rekordem – podań (ok. 700), ale kompletnie nic z tego w Katowicach nie zaprocentowało.
dziennikzachodni.pl – GieKSa we mgle wygrała dla Jana Furtoka
W sobotę 29 listopada 2025 roku w meczu 17. kolejki PKO Estraklasy GKS Katowice wygrał z Pogonią Szczecin 2:0 (2:0). Spotkanie było dedykowane Legendzie GieKSy Janowi Furtokowi w pierwszą rocznicę śmierci, przypadającej na 26 listopada.
Przed przerwą na mecze reprezentacji GKS Katowice przegrał na Nową Bukową z Piastem Gliwice 1:3. W poprzedniej kolejce drużyna trenera Rafała Góraka miała zagrać w Białymstoku z Jagiellonią i choć się tam wybrała, to do spotkania nie doszło ze względu na atak zimy. Pogoń Szczecin miała swój mecz w 16. kolejce, w którym rozgromiła Zagłębie Lubin aż 5:1. Po sobotnim zwycięstwie Lechii Gdańsk nad Bruk-Bet Termalicą Nieciecza 5:1 GieKSa znalazła się strefie spadkowej. Do Pogoni miała trzy punkty straty.
Mecz na Nowej Bukowej w zimny sobotni wieczór miał dodatkowe znaczenie dla gospodarzy, ponieważ był dedykowany klubowej Legendzie GKS-u Katowice Janowi Furtokowi. Katowiczanie chcieli wygrać właśnie dla Jasia, którego pierwsza rocznica śmierci minęła 26 listopada.
W sobotę wieczorem Katowice spowiła gęsta mgła i na stadionie GieKSy panowała niepewność, czy dojdzie do meczu z Pogonią. Pojawiły się informacje, że system VAR może mieć problem z wytyczeniem linii spalonego. Na godzinę przed meczem było wiadome, że jeśli widoczność się nie pogorszy, to będzie można grać.
Wejście piłkarzy na murawę było połączone z elementami dedykowanymi Janowi Furtokowi (przed meczem na telebimach pokazano film przypominający m.in. gole napastnika dla GieKSy). Spiker powitał obecną na stadionie rodzinę Legendy GKS-u Katowice.
[…] Jak zauważył stadionowy spiker Jan Furtok czuwał nad katowicką drużyną, a obaj strzelcy bramek mieli na plecach numery nawiązuje do dziewiątki Legendy GieKSy. Adam Zrelak 99, a Bartosz Nowak 27, a 2+7 daje… 9.
sportowefakty.wp.pl – Mocny powrót GKS-u Katowice. A Pogoń Szczecin jak dzieci we mgle
GKS Katowice udzielił lekcji skuteczności Pogoni Szczecin. Już w pierwszej połowie zapewnił sobie zwycięstwo 2:0 w PKO Ekstraklasie, a liderem ofensywy był Adam Zrelak.
GKS Katowice powrócił z werwą do gry w PKO Ekstraklasie po 21 dniach przerwy. Wynikała ona najpierw z meczów reprezentacji, a następnie z zasypania śniegiem boiska na stadionie Jagiellonii Białystok. Spotkanie zostało odwołane, a katowiczanie musieli wrócić do domów bez gry. Energię kumulowali na domowe starcie przeciwko Portowcom.
[…] Konfrontacja rozpoczęła się w gęstej mgle, a drogę do bramki zobaczył w niej GKS. I to już w 7. minucie wygłodniali futbolu katowiczanie objęli prowadzenie 1:0. Wypieszczone dośrodkowanie Borji Galana poleciało między obrońców Pogoni do Adama Zrelaka, który główkował w narożnik bramki obok osamotnionego Valentina Cojocaru. Nawalili Marian Huja i Dimitris Keramitsis.
Kilkanaście minut po stracie gola Pogoń otrząsnęła się i nacisnęła na GKS. Sam Greenwood oddał najgroźniejsze uderzenie, ale poradził sobie na linii Rafał Strączek. Drugoroczniak w elicie wycofał się i bronił rozsądnie. W 30. minucie także szczęśliwie, ponieważ Jan Biegański strzelił w poprzeczkę po podaniu Kamila Grosickiego.
Skuteczność pozostała atutem GKS-u. Od 37. minuty prowadził 2:0 dzięki strzałowi Bartosza Nowaka. Ważną rolę w akcji bramkowej odegrał ponownie Adam Zrelak, który poradził sobie łatwo z Dimitrisem Keramitsisem i w perfekcyjnym momencie uruchomił podaniem kompana. Na koncie Adama Zrelaka był gol oraz asysta.
Na początku drugiej połowy meczu był fragment z licznymi strzałami z obu stron boiska. Ani Pogoni nie udało się podgrzać widowiska, ani GKS-owi zamknąć meczu. Trwał taki stan zawieszenia bez olbrzymiej dramaturgii.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze