Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Ekstraklasa to nie Football Manager
Nic tak nie rozpala wyobraźni jak wielkie pieniądze, a tych w polskim futbolu pojawia się coraz więcej. Na czoło wyścigu ekstraklasowych zbrojeń ma ochotę wysunąć się nasz najbliższy ligowy rywal, którego plany i ambicje mogą imponować. Jak daleko do ich realizacji? Czy starczy na nie cierpliwości? I jak zważyć ciężar niedzielnego meczu w lidze i marcowego Pucharu? Przed meczem z Widzewem opowiedział nam o tym Maciej Winczewski z Radia Widzew.
Kto najmocniej pompuje czerwony widzewski balonik?
Wszystkie media nie-widzewskie, czyli tak naprawdę cały sportowy mainstream, bo to się klika. Szerokim echem odbijają się treści o kolejnych wydawanych milionach euro, można zrobić dziesięć programów o transferowych spekulacjach, natomiast całą tę „panikę”, że ruchy Widzewa się nie sprawdzają, tak naprawdę nakręcają główne media sportowe i kibice innych klubów. Paradoksalnie, najspokojniejsi w tym wszystkim są kibice Widzewa.
Jest to powszechne nastawienie, czy mimo wszystko daje o sobie znać niecierpliwość i apetyt na sukces tu i teraz?
Tego typu głosy zawsze będą się pojawiać, natomiast ostatnie lata nauczyły nas pokory, która studzi rozgrzane głowy. Pamiętajmy, że przez wiele lat nie było nas w „dużej” piłce. Z rozbawieniem czytałem, gdy po powrocie do Ekstraklasy przed meczem z Legią wyliczano, od jak dawna nie wygraliśmy ze stołecznymi. Zapominano jednak dodać, że przez większość tego okresu nie było nas w elicie. Dużo czasu zajęła nam reaktywacja i powrót na piłkarskie salony, dlatego moim zdaniem większość kibiców rozumie, że sukces nie przyjdzie z dnia na dzień. Ekstraklasa to nie Football Manager – może to banalne, ale prawdziwe.
Jest pewna przestrzeń – choć w tym sezonie niezbyt szeroka – pomiędzy walką o mistrzostwo a obroną przed spadkiem. Tymczasem Widzew mimo ambitnych ruchów na razie się w niej nie mieści i okupuje dolne rejony tabeli. Jest to dla ciebie powód do niepokoju?
Nie jest przyjemnie przewijać tabelę coraz niżej w poszukiwaniu Widzewa, natomiast to jeszcze nie moment, gdy wszyscy tu biją na alarm. Liga jest płaska i wyrównana, a różnice punktowe małe. W Widzewie jest za dużo jakości, aby na dłuższą metę martwić się o utrzymanie. Z drugiej strony przed laty podobnie mówiło się o Górniku pod skrzydłami Allianza, który z hukiem spadł do 1. ligi. To jednak nie jest ten sam model wypalonych piłkarzy, który wtedy trafiali do Zabrza w poszukiwaniu dużych pieniędzy. Dlatego na ten moment ja jestem spokojny, pewności dodaje mi też swoim nastawieniem trener Igor Jovićević.
Podkręcaniu medialnego szumu wokół was posłużyła porażka z Jagiellonią. Waszym szczęściem w nieszczęściu jest postawa Legii, bo krytyka i „szydera” rozkłada się niejako na dwa markowe kluby. Odczuwacie w Łodzi tę zewnętrzną presję?
Na pewno. Zwróćmy uwagę, że przed rozpoczęciem rundy wszystkie najważniejsze sportowe kanały robiły specjalne programy, łączenia, wysyłały ludzi do Łodzi, budując swoje zasięgi. A gdy przychodzi pierwsza porażka, znów mogą nakręcić kolejny materiał, zaprosić następnych ekspertów i omawiać nasze problemy. Kliki będą się zgadzać, bo pojawią się różne komentarze. Koniec końców przekłada się to na pieniądze. Zobaczmy, ile mówiło się o Widzewie w ostatnim czasie – praktycznie bez końca, mimo przerwy w rozgrywkach. Teraz przegraliśmy pierwszy mecz, więc można pisać i mówić dalej.
Coraz częściej trafiam na komentarze o „polskim PSG” – czasem poważne, a czasem nieco szydercze. Jak na to patrzysz?
Nie da się uciec od tego, że Widzew wydaje kosmiczne jak na polskie warunki pieniądze. Mówi się, że zimą trudniej o transfery, tymczasem my robiąc o połowę mniej ruchów niż latem, wydaliśmy znacznie więcej. Dlatego można szukać takich analogii, ale moim zdaniem nie do końca. Jak podkreślał Robert Dobrzycki, w innych klubach takie inwestycje były rozłożone w czasie. My mamy obecnie takie możliwości, że nie musimy czekać i trzymać pieniądze w kieszeni. Kluby takie jak PSG czy Manchester City startowały z poziomu zbliżonego do ligowej czołówki, tymczasem my mamy do nadrobienia różnice, które powstały przez lata. Dlatego żal byłoby nie wykorzystać okazji, jaka się nadarza. Poza tym na razie nikt w Łodzi głośno o tym nie mówi, ale dużą szansą na zwiększenie przychodów są europejskie puchary, które są coraz bardziej w zasięgu polskich klubów. Najlepszy przykład to Jagiellonia, która m.in. dzięki występom w Europie buduje dziś super ośrodek szkoleniowy. Mówi się, że nie można kupić sukcesu – moim zdaniem można. Oczywiście, nikt nie oczekuje od Widzewa Ligi Mistrzów, w której ostatnio graliśmy w 1996 roku. Natomiast w polskich warunkach można zwiększyć swoje szanse na dobry wynik w lidze inwestując w klasowych piłkarzy. W dłuższej perspektywie takie wydatki muszą się przełożyć na wynik sportowy.
Smaczne danie wymaga jakościowych produtków, tak jak dobra drużyna musi się składać z jakościowych piłkarzy. Pozostaje pytanie, jak długo trzeba gotować, aby efekt był zadowalający. Nie zabraknie wam cierpliwości?
Kibice potrafią zareagować, gdy brakuje zaangażowania, czego przykład mieliśmy w tym sezonie w meczu z Koroną, gdy w drugiej połowie zaprzestano dopingu. Nie było zmasowanej szydery czy ataku na piłkarzy – powiedziano jedynie, że skoro piłkarzom się nie chce, to kibice dostosują się do tego poziomu. Na pewno nie jest tak, że po każdej porażce są rozmowy „przy płocie” – kibice zdają sobie sprawę, że zmiana nie będzie natychmiastowa. Natomiast im dalej w las, tym tej cierpliwości może ubywać, bo nie możemy się już doczekać tego, kiedy przyjdą sukcesy sportowe. Z kolei jeśli chodzi o Roberta Dobrzyckiego, to w jednym ze swoich pierwszych wystąpień dostał dwa pytania: czy Widzew w ciągu trzech lat zdobędzie mistrzostwo Polski lub czy w tym czasie zagra w fazie grupowej europejskich pucharów. Na oba odpowiedział przecząco. Być może nieco asekuracyjnie, bo mówi się, że od następnego sezonu Widzew ma walczyć o ligowe podium. Wtedy wymagania w stosunku do drużyny i pionu sportowego zaczną rosnąć. Pamiętajmy, że Robert Dobrzycki jest zafiksowany na punkcie Widzewa, więc porównania do Wojciechowskiego czy Króla są nieuzasadnione. Nie od wczoraj jest obecny w Widzewie i zostanie z nim na dobre i na złe.
O transferach Widzewa powiedziano już chyba wszystko, dlatego proszę o wskazanie zawodnika, po którym ty obiecujesz sobie najwięcej.
Wskażę dwóch. Pierwszy to Lukas Lerager, który jeszcze jesienią grał w Lidze Mistrzów i był ważną postacią Kopenhagi. Pokazał się z dobrej strony już w meczu z Jagiellonią – patrząc na jego statystyki odbiorów, większość na połowie przeciwnika, byłem pod wrażeniem. Jestem pewien, że z każdą kolejką będzie się rozkręcał. Drugi to Emil Kornvig z norweskiego Brann, z którym grał w Lidze Europy. Bardzo żałowano tam jego odejścia. W sobotę od razu po wejściu na boisko uczestniczył w trzech akcjach, które można było zamienić na gole. Myślę, że szybko stanie się podstawowym piłkarzem Widzewa. Na te dwie postaci zwróciłbym szczególną uwagę, ale nie jest tajemnicą, że klub szykuje jeszcze jakieś ruchy.
Niedawno pojawiło się nawet nazwisko Nicoli Zalewskiego.
Ten transfer na pewno nie dojdzie do skutku, ale pokazuje kierunek, w jakim Widzew będzie podążał. Dajemy w ten sposób sygnał co do naszych ambicji i planów. Piłkarze lubią rozmawiać o takich sprawach i jestem przekonany, że na najbliższym zgrupowaniu kadry temat Widzewa będzie się przewijał, czy w kontekście Zalewskiego, czy Kędziory, który również był w orbicie naszych zainteresowań, a przede wszystkim Wiśniewskiego i Drągowskiego, którzy dzisiaj są u nas. Myślę, że temat Widzewa będzie poważnie rozpatrywany przez menadżerów piłkarzy z coraz wyższej półki.
W mojej poprzedniej rozmowie o Widzewie z Bartkiem Stańdo zwrócił on uwagę, że nie wyobraża sobie, że Widzew stanie się przytulnym miejscem, gdzie można dobrze zarobić bez większych oczekiwań. Dostrzegasz obecnie takie ryzyko?
Myślę, że pójdzie to raczej w drugą stronę: możesz trafić do Widzewa? Zastanów się i spójrz, co tam się dzieje. A co się dzieje? Fornalczyk pozyskany za 1,5 mln euro, zaczyna nową rundę jako rezerwowy i już szukamy zawodnika na lewe skrzydło. Akere, potencjalna gwiazda ligi, dziś jest wypożyczony do Osijeku, Teklicia też już w Łodzi nie ma. Podobnie jest w innych formacjach. Absolutnie nie mam obaw, że wśród piłkarzy rozejdzie się fama o Widzewie jako ciepłym i spokojnym przytułku. Na każdym treningu trzeba udowadniać swoją wartość, by zostać w tej drużynie.
Odwrócę więc pytanie. Jak motywować piłkarzy, szczególnie tych młodszych, skoro w przypadku obniżki formy za pół roku może nie być już dla nich miejsca w zespole, więc nie opłaca się wypruwać żył?
Widzew nie chce pozyskiwać zawodników o takim nastawieniu. Mówił mi o tym Robert Dobrzycki – nie chcemy piłkarzy niegotowych do rywalizacji. Z drugiej strony nikt nie będzie robił problemów z odejściem na rozsądnych warunkach zawodnikom, którzy się nie sprawdzili. Widzew to projekt, w którym piłkarz będzie mógł się rozwijać – być może dziś trudno w to uwierzyć, ale wkrótce będziemy grać o najwyższe cele w Polsce. Jestem o tym przekonany, a czas będzie naszym sprzymierzeńcem.
Miałem nie pytać o Sebastiana Bergiera, bo w poprzedniej rozmowie było o nim dużo, natomiast w związku z informacją sprzed chwili, że podpisał nowy kontrakt, warto się przy nim zatrzymać. Przekonał do siebie wszystkich w Łodzi?
Na początek proszę, aby właściwie nazywać naszego napastnika, a więc nie Bergier, ale Bergier – King. Przez ostatnie miesiące Sebastian zrobił olbrzymie wrażenie na kibicach swoim charakterem i zaangażowaniem, szybko odnalazł się w szatni i stał się „swój”. Jego transfer oceniam jako jeden z lepszych ruchów, mimo że jeden z najtańszych, bo trafił przecież do nas za darmo. GKS może żałować, że nie udało się zatrzymać go w Katowicach. Przed sezonem przewidywałem, że zdobędzie 15-16 bramek w sezonie. Dziś ma na swoim koncie 10, więc niewykluczone, że ten pułap przebije. Mówiło się, że ma być napastnikiem numer dwa, tymczasem z powodzeniem walczy o swoje miejsce w składzie. Uważam, że Bergier będzie pierwszym od lat debiutantem w reprezentacji Polski powołanym z Widzewa. Dziś jest naszym napastnikiem numer jeden i myślę, że w niedzielę zamelduje się na boisku w Katowicach.
Tak się ułożyły ligowe ścieżki, że nasze ekipy miały się mierzyć z Jagiellonią w odstępie kilku dni. Nasz mecz jednak po raz kolejny przełożono. Nie możemy się więc porównywać na tle Jagi, z którą w tym sezonie dwa razy przegraliście.
Przede wszystkim uważam, że poprzednia kolejka nie powinna być rozgrywana. Nie chcę usprawiedliwiać naszej porażki pogodą, bo warunki były równe dla obu zespołów, ale jeden zespół czuł się w nich trochę lepiej i wygrał. Natomiast ani dla kibiców, ani dla piłkarzy, którzy bardziej niż o dobrej grze myśleli o swoim zdrowiu, nie były to odpowiednie warunki. Nawet Adrian Siemieniec, trener zwycięskiej drużyny, zwracał na to uwagę. Piłkarstwa nie było zbyt wiele, natomiast patrząc na statystyki Widzew pozwolił Jagiellonii oddać zaledwie pięć strzałów, gdy w innych meczach oddawała ich co najmniej jedenaście. Dlatego mimo straty trzech goli zagraliśmy nienajgorzej w obronie. Nie ustrzegliśmy się błędów indywidualnych, bo w kilku sytuacjach, szczególnie przy rzucie karnym, można było zachować się lepiej. Widzew stworzył sobie kilka dogodnych sytuacji, ale Jagiellonia okazała się zespołem inteligentniejszym i lepiej poprowadziła to spotkanie. Pamiętajmy jednak, że jest to zgrany zespół, który od kilku lat gra o najwyższe cele w Ekstraklasie, mając jednego z najlepszych, o ile nie najlepszego polskiego trenera. Porażka z takim zespołem nie jest więc powodem do rozpaczy, bo doceniamy klasę rywala. Wyszliśmy z nastawieniem na zwycięstwo i mimo że się nie udało, to nie była to deklasacja. Chętnie zobaczyłbym taki mecz rozgrywany w bardziej sprzyjających warunkach.
Przykładając tę samą miarę do GieKSy – nie jesteśmy zespołem z topu, a dopiero urządzamy się w Ekstraklasie. Trzy punkty z takim rywalem to w waszej sytuacji obowiązek?
Zarówno piłkarze, jak i trener chcą coś udowodnić światu – nie sobie, bo oni znaja swoją wartość. Na marginesie, trochę żałuję, że nie zagraliście w Białymstoku, bo na pewno odczulibyście w nogach zarówno sam mecz, jak i męczącą podróż. Z drugiej strony cieszę się, bo z Widzewem nie zagra Borja Galán, którego uważam za jednego z trzech najlepszych zawodników GieKSy.
Wracając pamięcią do czasów dawnej rywalizacji GieKSy z Widzewem, w piłkarskim żargonie popularne było hasło „puchar za ligę”. Gdybyś dziś musiał wybierać, co byś wolał?
Trudno mi odpowiedzieć, bo każdy chciałby wygrać jedno i drugie, a Widzew na to stać. Dzisiaj bardzo mi zależy, aby wygrać w lidze, ale jak zadzwonisz do mnie za tydzień, to powiem, że wcześniej trochę kłamałem i teraz bardziej zależy mi na zwycięstwie w Pucharze. Mówiąc serio, nie jestem w stanie zdecydować, co jest ważniejsze. Puchar to krótka droga do europejskich pucharów, która może wieść przez GKS i np. Zawiszę Bydgoszcz. Wtedy perspektywa finału na Narodowym staje się całkiem realna. Poczuliśmy szansę, że można mocniej powalczyć w Pucharze i mimo że wciąż można marzyć o przepustce do Europy przez ligę, to szybciej może się to ziścić poprzez Puchar Polski. Tym bardziej, że nie mamy ich w kolekcji zbyt wiele bo raptem jeden, zdobyty ponad 40 lat temu po pokonaniu w finale GKS-u.
Rok później my pokonaliśmy Górnika w finale na Stadionie Śląskim i po raz pierwszy podnieśliśmy ten puchar. Aż się prosi, aby uczcić 40. rocznicę tego wydarzenia powtarzając taki sukces.
Z kolei w 1996 roku, 30 lat temu Widzew po raz trzeci sięgnął po Mistrzostwo Polski…
Możemy się więc podzielić – wy bierzcie Mistrza, a my zgarniamy Puchar.
Widzew będzie chciał wygrać w Katowicach, zarówno w niedzielę, jak i w marcu. Ale jak to w sporcie, na boisku może wydarzyć się wszystko.
Przez wiele lat graliśmy poza Ekstraklasą, a nasze drogi czasem się przecinały. Masz jakieś szczególne wspomnienia towarzyszące naszej rywalizacji?
Z pewnością nietypowy „sylwester”, jaki nam zorganizowaliście w pierwszej lidze. Jednak w pierwszej kolejności przychodzi mi na myśl Marek Koniarek, czyli napastnik, który łączy oba kluby. Nie wiem, ile bramek nastrzelał w Katowicach, ale w Widzewie jest jednym z tych, których do dzisiaj się wspomina i śni o napastniku podobnego kalibru. Pamiętam, jak przed meczem z Legią w Warszawie został zaczepiony przez dziennikarza pytaniem, czy czuje się na siłach, aby strzelić bramkę Legii. Odpowiedział w swoim stylu, że gdyby się nie czuł, to nie wychodziłby na boisko. A w meczu oczywiście trafił do siatki. Poza tym mam rodzinę na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach, pamiętam starą Bukową i jestem ciekawy waszego nowego stadionu.
W kontekście stadionu wiele się mówi także i w Łodzi, że obiekt przy Piłsudskiego jest dla was za ciasny. Rok temu pytany przeze mnie Michał Nibarski polecał włożyć między bajki zapowiedzi rozbudowy, ale gdy dziś głośno mówi o tym Robert Dobrzycki, można chyba podejść do sprawy poważniej.
Wcześniej tylko się o tym mówiło, natomiast Robert Dobrzycki zlecił sporządzenie studium takiej operacji – projekt, kosztorys i warunki przebudowy. Konkrety trzeba będzie przedstawić Miastu, które jest właścicielem obiektu i gruntów wokół niego. Jedno jest pewne – Dobrzycki nie zrobi nic na obiekcie, który nie będzie jego własnością. Trzeba więc dojść do porozumienia z Urzędem Miasta, gdzie nie ma zbyt wielu przychylnych nam osób. W ostateczności właściciel Widzewa może poszukać innego terenu i w całości poprowadzić taką inwestycję od zera. Obecny stadion jest i za mały, i niezbyt funkcjonalny, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wszyscy skupiamy się na transferach, ale gdzieś z boku trwają prace nad budową ośrodka treningowego, plany związane ze stadionem, czy rozwój akademii. Chcemy się rozwijać na wielu polach.
Środowisko piłkarskie pełne jest przesądów. Przed niedzielnym meczem z jednej strony mamy Rafała Góraka, który jako trener GieKSy jeszcze nie wygrał z Widzewem, ale na drugim biegunie jest red. Michał Trela, który przyznał mi w niedawnej rozmowie, że jako komentator Canal+ w tym sezonie widział tylko nasze zwyciestwa. W niedzielę również zasiądzie w komentatorskiej kabinie przy Nowej Bukowej. Które fatum okaże się silniejsze?
Mam nadzieję, że utrzyma się to pierwsze i za to będę trzymał kciuki. To zawsze fajne ciekawostki, a jedną z popularniejszych jest klątwa byłego gracza, który w barwach innego zespołu trafiał do naszej siatki. Zdarzało nam się to często, na szczęście w Katowicach nie ma już Kuby Łukowskiego. Jest za to były zawodnik GieKSy w naszym składzie, zresztą jednego gola Sebastian już wam strzelił. Będzie chciał pokazać swoją ambicję w niedzielę, zobaczymy, jak przyjmą go kibice – pewnie dostanie swoją porcję „pozdrowień”. Liczę, że zadziała to na niego mobilizująco.
Jaki scenariusz przewidujesz na niedzielę? Patrząc na wasz potencjał będziecie dyktować warunki od pierwszej do ostatniej minuty?
Bardzo wiele będzie zależało od dwóch zawodników GKS-u: Nowaka i Kowalczyka, których obok Galána uważam za najlepszych w Katowicach. Nowak wygląda niesamowicie w tym sezonie i myślę, że powoli możecie szukać kamienia na pomnik, jaki mu postawicie. Tym bardziej, że niedawno przedłużył kontrakt. Nie chcę zdradzać zbyt wiele co do pomysłu Widzewa na ten mecz, ale jestem ciekawy, który z planów wybierze trener Jovićević. Nie sądzę z kolei, że trener Górak odejdzie od swojego pomysłu na drużynę. Spodziewam się, że Widzew zaprezentuje się inaczej niż z Jagiellonią, zarówno pod względem personalnym, jak i taktycznym. Od początku ruszymy do natarcia i będziemy chcieli szybko objąć prowadzenie. Potrzebujemy takiego bodźca mentalnego. Jeśli boisko będzie dobrze przygotowane, to mecz będzie ciekawy piłkarsko. Nie sądzę, że powtórzy się wynik z jesieni, kiedy wyjechaliście z Łodzi z bagażem trzech goli. Marzy mi się wynik 2:0 dla Widzewa, ale nie obrażę się też na 2:1.
Na koniec pytanie a’la tiktokowe rolki: żółto-czarne stroje meczowe – klasa czy obciach?
Klasa. Te barwy kojarzą mi się z Widzewem lat 90., ale także czasami Sylwestra Cacka, kiedy dwa sezony z rzędu wygrywaliśmy 1. ligę, choć wtedy koszulki były bardziej złote. Pamiętam tamte sezony, a szczególnie piękną bramkę Marcina Robaka w Opolu. Oczywiście, GKS Katowice to żółto-czarne barwy, ale chyba każdemu przychodzi też do głowy Borussia Dortmund, z którą rywalizowaliśmy w Lidze Mistrzów w sezonie 1996/97. Powtarzano wtedy słowa Franza Beckenbauera, że takie zespoły jak Widzew nie powinny grać w Lidze Mistrzów, tymczasem Niemcy drżeli o to, czy wywiozą choćby punkt z Piłsudskiego. Po tym meczu Widzew postrzegano już inaczej.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Lechii
GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.
Plusy:
+ Bartosz Nowak
Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.
+ Rafał Strączek
Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.
+ Skuteczność przy niskim posiadaniu
38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.
Minusy:
– Zmarnowane okazje
Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.
Podsumowanie:
2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.
GieKSiarz
Piłka nożna
Górak: To nasz bardzo szczęśliwy dzień
Na pomeczowej konferencji pojawili się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i John Carver. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
John Carver (trener Lechii Gdańsk):
Ten mecz miał dwie połowy. Mam na myśli różnicę, między połowami, bo w pierwszej połowie byliśmy w dobrej formie i stworzyliśmy 1-2 klarowne sytuacje, ale druga połowa była skrajnie przeciwna. Mecz wygrała drużyna lepsza i jest to trudne do zaakceptowania. Musieliśmy dokonać kilku zmian w naszym zespole, szczególnie w przerwie dokonaliśmy zmiany Rodina, jedynego doświadczonego zawodnika w naszej obronie, który dostał w żebra i miał problemy z oddychaniem. Jak się traci takiego zawodnika, to ma to duży wpływ na nasz zespół. W mojej opinii graliśmy za bardzo bezpiecznie w ataku, bez ryzyka, bez prób zagrania w pole karne. Gratulujemy trenerowi GKS-u, lepsza drużyna wygrała. Musimy się podnieść, bo mamy dziewięć meczów do końca.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Zdawaliśmy sobie sprawę z siły przeciwnika, bo startowali z dyskomfortem minus pięciu punktów. Wyobrażam sobie tę trudność, jednocześnie kapitalnie Lechia z tego wyszła. Strzelili do dzisiaj 49 bramek, więc wiedzieliśmy, że musimy się mieć na baczności. Oczywiście można dywagować na temat składu, ale przecież jedna i druga strona była w jakiś sposób nie tyle osłabiona, ale jednak absencje po jednej i po drugiej stronie były.
Widzieliśmy więc mecz, w której rywal próbował w pierwszej połowie nas zepchnąć – trochę przy wrzutach z autu za nisko się ustawialiśmy. W związku z tym, było parę niebezpiecznych prób rywali zza pola karnego, staraliśmy to skorygować w przerwie, żeby stanąć wyżej i kiedy przeciwnik nie rzuca z autu długiej piłki, nie możemy być tak nisko w polu karnym – zneutralizowaliśmy to i dzięki temu się to trochę oddaliło.
Zawodnicy wykonali kupę mrówczej pracy. Nie dość, że orali, to wykonywali zadania taktyczne, że jestem zadowolony. A mieliśmy przecież trochę przebudowanych rzeczy – cała linia obrony była wywrócona do góry nogami. Każdy zdał egzamin na piątkę. I to mnie bardzo cieszy, że jesteśmy gotowi na to, że w perspektywie natłoku meczów, kapela, którą mamy jest szeroka i mocna. To jest klucz, by budować trening i atmosferę, a zawodnicy się też sami dobrze nakręcają. Każdy z nich czuje ważność tego momentu. Zdobyliśmy strasznie ważne punkty, u siebie, na zero z tyłu z Lechią. To są rzeczy, które budują. I to tyle o meczu, bo już w głowie mam to, co będzie się działo we wtorek.
W wielosekcyjnej GieKSie dużo się dzieje, mocno czekamy na półfinały i Jackowi Płachcie będziemy bardzo mocno trzymać kciuki w rywalizacji z Unią Oświęcim. Mam nadzieję, że kolejne finały przed nami. Dziewczyny również grają w Pucharze Polski – wygrały w Warszawie, a dzisiaj w Krakowie – gratuluję trenerce, gratuluję dziewczynom. Mam ogromną frajdę, że pracuję w tym wielosekcyjnym klubie i naprawdę trzymam za wszystkich kciuki. To jest dzisiaj nasz bardzo szczęśliwy dzień.


Najnowsze komentarze