Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Ekstraklasa to nie Football Manager
Nic tak nie rozpala wyobraźni jak wielkie pieniądze, a tych w polskim futbolu pojawia się coraz więcej. Na czoło wyścigu ekstraklasowych zbrojeń ma ochotę wysunąć się nasz najbliższy ligowy rywal, którego plany i ambicje mogą imponować. Jak daleko do ich realizacji? Czy starczy na nie cierpliwości? I jak zważyć ciężar niedzielnego meczu w lidze i marcowego Pucharu? Przed meczem z Widzewem opowiedział nam o tym Maciej Winczewski z Radia Widzew.
Kto najmocniej pompuje czerwony widzewski balonik?
Wszystkie media nie-widzewskie, czyli tak naprawdę cały sportowy mainstream, bo to się klika. Szerokim echem odbijają się treści o kolejnych wydawanych milionach euro, można zrobić dziesięć programów o transferowych spekulacjach, natomiast całą tę „panikę”, że ruchy Widzewa się nie sprawdzają, tak naprawdę nakręcają główne media sportowe i kibice innych klubów. Paradoksalnie, najspokojniejsi w tym wszystkim są kibice Widzewa.
Jest to powszechne nastawienie, czy mimo wszystko daje o sobie znać niecierpliwość i apetyt na sukces tu i teraz?
Tego typu głosy zawsze będą się pojawiać, natomiast ostatnie lata nauczyły nas pokory, która studzi rozgrzane głowy. Pamiętajmy, że przez wiele lat nie było nas w „dużej” piłce. Z rozbawieniem czytałem, gdy po powrocie do Ekstraklasy przed meczem z Legią wyliczano, od jak dawna nie wygraliśmy ze stołecznymi. Zapominano jednak dodać, że przez większość tego okresu nie było nas w elicie. Dużo czasu zajęła nam reaktywacja i powrót na piłkarskie salony, dlatego moim zdaniem większość kibiców rozumie, że sukces nie przyjdzie z dnia na dzień. Ekstraklasa to nie Football Manager – może to banalne, ale prawdziwe.
Jest pewna przestrzeń – choć w tym sezonie niezbyt szeroka – pomiędzy walką o mistrzostwo a obroną przed spadkiem. Tymczasem Widzew mimo ambitnych ruchów na razie się w niej nie mieści i okupuje dolne rejony tabeli. Jest to dla ciebie powód do niepokoju?
Nie jest przyjemnie przewijać tabelę coraz niżej w poszukiwaniu Widzewa, natomiast to jeszcze nie moment, gdy wszyscy tu biją na alarm. Liga jest płaska i wyrównana, a różnice punktowe małe. W Widzewie jest za dużo jakości, aby na dłuższą metę martwić się o utrzymanie. Z drugiej strony przed laty podobnie mówiło się o Górniku pod skrzydłami Allianza, który z hukiem spadł do 1. ligi. To jednak nie jest ten sam model wypalonych piłkarzy, który wtedy trafiali do Zabrza w poszukiwaniu dużych pieniędzy. Dlatego na ten moment ja jestem spokojny, pewności dodaje mi też swoim nastawieniem trener Igor Jovićević.
Podkręcaniu medialnego szumu wokół was posłużyła porażka z Jagiellonią. Waszym szczęściem w nieszczęściu jest postawa Legii, bo krytyka i „szydera” rozkłada się niejako na dwa markowe kluby. Odczuwacie w Łodzi tę zewnętrzną presję?
Na pewno. Zwróćmy uwagę, że przed rozpoczęciem rundy wszystkie najważniejsze sportowe kanały robiły specjalne programy, łączenia, wysyłały ludzi do Łodzi, budując swoje zasięgi. A gdy przychodzi pierwsza porażka, znów mogą nakręcić kolejny materiał, zaprosić następnych ekspertów i omawiać nasze problemy. Kliki będą się zgadzać, bo pojawią się różne komentarze. Koniec końców przekłada się to na pieniądze. Zobaczmy, ile mówiło się o Widzewie w ostatnim czasie – praktycznie bez końca, mimo przerwy w rozgrywkach. Teraz przegraliśmy pierwszy mecz, więc można pisać i mówić dalej.
Coraz częściej trafiam na komentarze o „polskim PSG” – czasem poważne, a czasem nieco szydercze. Jak na to patrzysz?
Nie da się uciec od tego, że Widzew wydaje kosmiczne jak na polskie warunki pieniądze. Mówi się, że zimą trudniej o transfery, tymczasem my robiąc o połowę mniej ruchów niż latem, wydaliśmy znacznie więcej. Dlatego można szukać takich analogii, ale moim zdaniem nie do końca. Jak podkreślał Robert Dobrzycki, w innych klubach takie inwestycje były rozłożone w czasie. My mamy obecnie takie możliwości, że nie musimy czekać i trzymać pieniądze w kieszeni. Kluby takie jak PSG czy Manchester City startowały z poziomu zbliżonego do ligowej czołówki, tymczasem my mamy do nadrobienia różnice, które powstały przez lata. Dlatego żal byłoby nie wykorzystać okazji, jaka się nadarza. Poza tym na razie nikt w Łodzi głośno o tym nie mówi, ale dużą szansą na zwiększenie przychodów są europejskie puchary, które są coraz bardziej w zasięgu polskich klubów. Najlepszy przykład to Jagiellonia, która m.in. dzięki występom w Europie buduje dziś super ośrodek szkoleniowy. Mówi się, że nie można kupić sukcesu – moim zdaniem można. Oczywiście, nikt nie oczekuje od Widzewa Ligi Mistrzów, w której ostatnio graliśmy w 1996 roku. Natomiast w polskich warunkach można zwiększyć swoje szanse na dobry wynik w lidze inwestując w klasowych piłkarzy. W dłuższej perspektywie takie wydatki muszą się przełożyć na wynik sportowy.
Smaczne danie wymaga jakościowych produtków, tak jak dobra drużyna musi się składać z jakościowych piłkarzy. Pozostaje pytanie, jak długo trzeba gotować, aby efekt był zadowalający. Nie zabraknie wam cierpliwości?
Kibice potrafią zareagować, gdy brakuje zaangażowania, czego przykład mieliśmy w tym sezonie w meczu z Koroną, gdy w drugiej połowie zaprzestano dopingu. Nie było zmasowanej szydery czy ataku na piłkarzy – powiedziano jedynie, że skoro piłkarzom się nie chce, to kibice dostosują się do tego poziomu. Na pewno nie jest tak, że po każdej porażce są rozmowy „przy płocie” – kibice zdają sobie sprawę, że zmiana nie będzie natychmiastowa. Natomiast im dalej w las, tym tej cierpliwości może ubywać, bo nie możemy się już doczekać tego, kiedy przyjdą sukcesy sportowe. Z kolei jeśli chodzi o Roberta Dobrzyckiego, to w jednym ze swoich pierwszych wystąpień dostał dwa pytania: czy Widzew w ciągu trzech lat zdobędzie mistrzostwo Polski lub czy w tym czasie zagra w fazie grupowej europejskich pucharów. Na oba odpowiedział przecząco. Być może nieco asekuracyjnie, bo mówi się, że od następnego sezonu Widzew ma walczyć o ligowe podium. Wtedy wymagania w stosunku do drużyny i pionu sportowego zaczną rosnąć. Pamiętajmy, że Robert Dobrzycki jest zafiksowany na punkcie Widzewa, więc porównania do Wojciechowskiego czy Króla są nieuzasadnione. Nie od wczoraj jest obecny w Widzewie i zostanie z nim na dobre i na złe.
O transferach Widzewa powiedziano już chyba wszystko, dlatego proszę o wskazanie zawodnika, po którym ty obiecujesz sobie najwięcej.
Wskażę dwóch. Pierwszy to Lukas Lerager, który jeszcze jesienią grał w Lidze Mistrzów i był ważną postacią Kopenhagi. Pokazał się z dobrej strony już w meczu z Jagiellonią – patrząc na jego statystyki odbiorów, większość na połowie przeciwnika, byłem pod wrażeniem. Jestem pewien, że z każdą kolejką będzie się rozkręcał. Drugi to Emil Kornvig z norweskiego Brann, z którym grał w Lidze Europy. Bardzo żałowano tam jego odejścia. W sobotę od razu po wejściu na boisko uczestniczył w trzech akcjach, które można było zamienić na gole. Myślę, że szybko stanie się podstawowym piłkarzem Widzewa. Na te dwie postaci zwróciłbym szczególną uwagę, ale nie jest tajemnicą, że klub szykuje jeszcze jakieś ruchy.
Niedawno pojawiło się nawet nazwisko Nicoli Zalewskiego.
Ten transfer na pewno nie dojdzie do skutku, ale pokazuje kierunek, w jakim Widzew będzie podążał. Dajemy w ten sposób sygnał co do naszych ambicji i planów. Piłkarze lubią rozmawiać o takich sprawach i jestem przekonany, że na najbliższym zgrupowaniu kadry temat Widzewa będzie się przewijał, czy w kontekście Zalewskiego, czy Kędziory, który również był w orbicie naszych zainteresowań, a przede wszystkim Wiśniewskiego i Drągowskiego, którzy dzisiaj są u nas. Myślę, że temat Widzewa będzie poważnie rozpatrywany przez menadżerów piłkarzy z coraz wyższej półki.
W mojej poprzedniej rozmowie o Widzewie z Bartkiem Stańdo zwrócił on uwagę, że nie wyobraża sobie, że Widzew stanie się przytulnym miejscem, gdzie można dobrze zarobić bez większych oczekiwań. Dostrzegasz obecnie takie ryzyko?
Myślę, że pójdzie to raczej w drugą stronę: możesz trafić do Widzewa? Zastanów się i spójrz, co tam się dzieje. A co się dzieje? Fornalczyk pozyskany za 1,5 mln euro, zaczyna nową rundę jako rezerwowy i już szukamy zawodnika na lewe skrzydło. Akere, potencjalna gwiazda ligi, dziś jest wypożyczony do Osijeku, Teklicia też już w Łodzi nie ma. Podobnie jest w innych formacjach. Absolutnie nie mam obaw, że wśród piłkarzy rozejdzie się fama o Widzewie jako ciepłym i spokojnym przytułku. Na każdym treningu trzeba udowadniać swoją wartość, by zostać w tej drużynie.
Odwrócę więc pytanie. Jak motywować piłkarzy, szczególnie tych młodszych, skoro w przypadku obniżki formy za pół roku może nie być już dla nich miejsca w zespole, więc nie opłaca się wypruwać żył?
Widzew nie chce pozyskiwać zawodników o takim nastawieniu. Mówił mi o tym Robert Dobrzycki – nie chcemy piłkarzy niegotowych do rywalizacji. Z drugiej strony nikt nie będzie robił problemów z odejściem na rozsądnych warunkach zawodnikom, którzy się nie sprawdzili. Widzew to projekt, w którym piłkarz będzie mógł się rozwijać – być może dziś trudno w to uwierzyć, ale wkrótce będziemy grać o najwyższe cele w Polsce. Jestem o tym przekonany, a czas będzie naszym sprzymierzeńcem.
Miałem nie pytać o Sebastiana Bergiera, bo w poprzedniej rozmowie było o nim dużo, natomiast w związku z informacją sprzed chwili, że podpisał nowy kontrakt, warto się przy nim zatrzymać. Przekonał do siebie wszystkich w Łodzi?
Na początek proszę, aby właściwie nazywać naszego napastnika, a więc nie Bergier, ale Bergier – King. Przez ostatnie miesiące Sebastian zrobił olbrzymie wrażenie na kibicach swoim charakterem i zaangażowaniem, szybko odnalazł się w szatni i stał się „swój”. Jego transfer oceniam jako jeden z lepszych ruchów, mimo że jeden z najtańszych, bo trafił przecież do nas za darmo. GKS może żałować, że nie udało się zatrzymać go w Katowicach. Przed sezonem przewidywałem, że zdobędzie 15-16 bramek w sezonie. Dziś ma na swoim koncie 10, więc niewykluczone, że ten pułap przebije. Mówiło się, że ma być napastnikiem numer dwa, tymczasem z powodzeniem walczy o swoje miejsce w składzie. Uważam, że Bergier będzie pierwszym od lat debiutantem w reprezentacji Polski powołanym z Widzewa. Dziś jest naszym napastnikiem numer jeden i myślę, że w niedzielę zamelduje się na boisku w Katowicach.
Tak się ułożyły ligowe ścieżki, że nasze ekipy miały się mierzyć z Jagiellonią w odstępie kilku dni. Nasz mecz jednak po raz kolejny przełożono. Nie możemy się więc porównywać na tle Jagi, z którą w tym sezonie dwa razy przegraliście.
Przede wszystkim uważam, że poprzednia kolejka nie powinna być rozgrywana. Nie chcę usprawiedliwiać naszej porażki pogodą, bo warunki były równe dla obu zespołów, ale jeden zespół czuł się w nich trochę lepiej i wygrał. Natomiast ani dla kibiców, ani dla piłkarzy, którzy bardziej niż o dobrej grze myśleli o swoim zdrowiu, nie były to odpowiednie warunki. Nawet Adrian Siemieniec, trener zwycięskiej drużyny, zwracał na to uwagę. Piłkarstwa nie było zbyt wiele, natomiast patrząc na statystyki Widzew pozwolił Jagiellonii oddać zaledwie pięć strzałów, gdy w innych meczach oddawała ich co najmniej jedenaście. Dlatego mimo straty trzech goli zagraliśmy nienajgorzej w obronie. Nie ustrzegliśmy się błędów indywidualnych, bo w kilku sytuacjach, szczególnie przy rzucie karnym, można było zachować się lepiej. Widzew stworzył sobie kilka dogodnych sytuacji, ale Jagiellonia okazała się zespołem inteligentniejszym i lepiej poprowadziła to spotkanie. Pamiętajmy jednak, że jest to zgrany zespół, który od kilku lat gra o najwyższe cele w Ekstraklasie, mając jednego z najlepszych, o ile nie najlepszego polskiego trenera. Porażka z takim zespołem nie jest więc powodem do rozpaczy, bo doceniamy klasę rywala. Wyszliśmy z nastawieniem na zwycięstwo i mimo że się nie udało, to nie była to deklasacja. Chętnie zobaczyłbym taki mecz rozgrywany w bardziej sprzyjających warunkach.
Przykładając tę samą miarę do GieKSy – nie jesteśmy zespołem z topu, a dopiero urządzamy się w Ekstraklasie. Trzy punkty z takim rywalem to w waszej sytuacji obowiązek?
Zarówno piłkarze, jak i trener chcą coś udowodnić światu – nie sobie, bo oni znaja swoją wartość. Na marginesie, trochę żałuję, że nie zagraliście w Białymstoku, bo na pewno odczulibyście w nogach zarówno sam mecz, jak i męczącą podróż. Z drugiej strony cieszę się, bo z Widzewem nie zagra Borja Galán, którego uważam za jednego z trzech najlepszych zawodników GieKSy.
Wracając pamięcią do czasów dawnej rywalizacji GieKSy z Widzewem, w piłkarskim żargonie popularne było hasło „puchar za ligę”. Gdybyś dziś musiał wybierać, co byś wolał?
Trudno mi odpowiedzieć, bo każdy chciałby wygrać jedno i drugie, a Widzew na to stać. Dzisiaj bardzo mi zależy, aby wygrać w lidze, ale jak zadzwonisz do mnie za tydzień, to powiem, że wcześniej trochę kłamałem i teraz bardziej zależy mi na zwycięstwie w Pucharze. Mówiąc serio, nie jestem w stanie zdecydować, co jest ważniejsze. Puchar to krótka droga do europejskich pucharów, która może wieść przez GKS i np. Zawiszę Bydgoszcz. Wtedy perspektywa finału na Narodowym staje się całkiem realna. Poczuliśmy szansę, że można mocniej powalczyć w Pucharze i mimo że wciąż można marzyć o przepustce do Europy przez ligę, to szybciej może się to ziścić poprzez Puchar Polski. Tym bardziej, że nie mamy ich w kolekcji zbyt wiele bo raptem jeden, zdobyty ponad 40 lat temu po pokonaniu w finale GKS-u.
Rok później my pokonaliśmy Górnika w finale na Stadionie Śląskim i po raz pierwszy podnieśliśmy ten puchar. Aż się prosi, aby uczcić 40. rocznicę tego wydarzenia powtarzając taki sukces.
Z kolei w 1996 roku, 30 lat temu Widzew po raz trzeci sięgnął po Mistrzostwo Polski…
Możemy się więc podzielić – wy bierzcie Mistrza, a my zgarniamy Puchar.
Widzew będzie chciał wygrać w Katowicach, zarówno w niedzielę, jak i w marcu. Ale jak to w sporcie, na boisku może wydarzyć się wszystko.
Przez wiele lat graliśmy poza Ekstraklasą, a nasze drogi czasem się przecinały. Masz jakieś szczególne wspomnienia towarzyszące naszej rywalizacji?
Z pewnością nietypowy „sylwester”, jaki nam zorganizowaliście w pierwszej lidze. Jednak w pierwszej kolejności przychodzi mi na myśl Marek Koniarek, czyli napastnik, który łączy oba kluby. Nie wiem, ile bramek nastrzelał w Katowicach, ale w Widzewie jest jednym z tych, których do dzisiaj się wspomina i śni o napastniku podobnego kalibru. Pamiętam, jak przed meczem z Legią w Warszawie został zaczepiony przez dziennikarza pytaniem, czy czuje się na siłach, aby strzelić bramkę Legii. Odpowiedział w swoim stylu, że gdyby się nie czuł, to nie wychodziłby na boisko. A w meczu oczywiście trafił do siatki. Poza tym mam rodzinę na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach, pamiętam starą Bukową i jestem ciekawy waszego nowego stadionu.
W kontekście stadionu wiele się mówi także i w Łodzi, że obiekt przy Piłsudskiego jest dla was za ciasny. Rok temu pytany przeze mnie Michał Nibarski polecał włożyć między bajki zapowiedzi rozbudowy, ale gdy dziś głośno mówi o tym Robert Dobrzycki, można chyba podejść do sprawy poważniej.
Wcześniej tylko się o tym mówiło, natomiast Robert Dobrzycki zlecił sporządzenie studium takiej operacji – projekt, kosztorys i warunki przebudowy. Konkrety trzeba będzie przedstawić Miastu, które jest właścicielem obiektu i gruntów wokół niego. Jedno jest pewne – Dobrzycki nie zrobi nic na obiekcie, który nie będzie jego własnością. Trzeba więc dojść do porozumienia z Urzędem Miasta, gdzie nie ma zbyt wielu przychylnych nam osób. W ostateczności właściciel Widzewa może poszukać innego terenu i w całości poprowadzić taką inwestycję od zera. Obecny stadion jest i za mały, i niezbyt funkcjonalny, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wszyscy skupiamy się na transferach, ale gdzieś z boku trwają prace nad budową ośrodka treningowego, plany związane ze stadionem, czy rozwój akademii. Chcemy się rozwijać na wielu polach.
Środowisko piłkarskie pełne jest przesądów. Przed niedzielnym meczem z jednej strony mamy Rafała Góraka, który jako trener GieKSy jeszcze nie wygrał z Widzewem, ale na drugim biegunie jest red. Michał Trela, który przyznał mi w niedawnej rozmowie, że jako komentator Canal+ w tym sezonie widział tylko nasze zwyciestwa. W niedzielę również zasiądzie w komentatorskiej kabinie przy Nowej Bukowej. Które fatum okaże się silniejsze?
Mam nadzieję, że utrzyma się to pierwsze i za to będę trzymał kciuki. To zawsze fajne ciekawostki, a jedną z popularniejszych jest klątwa byłego gracza, który w barwach innego zespołu trafiał do naszej siatki. Zdarzało nam się to często, na szczęście w Katowicach nie ma już Kuby Łukowskiego. Jest za to były zawodnik GieKSy w naszym składzie, zresztą jednego gola Sebastian już wam strzelił. Będzie chciał pokazać swoją ambicję w niedzielę, zobaczymy, jak przyjmą go kibice – pewnie dostanie swoją porcję „pozdrowień”. Liczę, że zadziała to na niego mobilizująco.
Jaki scenariusz przewidujesz na niedzielę? Patrząc na wasz potencjał będziecie dyktować warunki od pierwszej do ostatniej minuty?
Bardzo wiele będzie zależało od dwóch zawodników GKS-u: Nowaka i Kowalczyka, których obok Galána uważam za najlepszych w Katowicach. Nowak wygląda niesamowicie w tym sezonie i myślę, że powoli możecie szukać kamienia na pomnik, jaki mu postawicie. Tym bardziej, że niedawno przedłużył kontrakt. Nie chcę zdradzać zbyt wiele co do pomysłu Widzewa na ten mecz, ale jestem ciekawy, który z planów wybierze trener Jovićević. Nie sądzę z kolei, że trener Górak odejdzie od swojego pomysłu na drużynę. Spodziewam się, że Widzew zaprezentuje się inaczej niż z Jagiellonią, zarówno pod względem personalnym, jak i taktycznym. Od początku ruszymy do natarcia i będziemy chcieli szybko objąć prowadzenie. Potrzebujemy takiego bodźca mentalnego. Jeśli boisko będzie dobrze przygotowane, to mecz będzie ciekawy piłkarsko. Nie sądzę, że powtórzy się wynik z jesieni, kiedy wyjechaliście z Łodzi z bagażem trzech goli. Marzy mi się wynik 2:0 dla Widzewa, ale nie obrażę się też na 2:1.
Na koniec pytanie a’la tiktokowe rolki: żółto-czarne stroje meczowe – klasa czy obciach?
Klasa. Te barwy kojarzą mi się z Widzewem lat 90., ale także czasami Sylwestra Cacka, kiedy dwa sezony z rzędu wygrywaliśmy 1. ligę, choć wtedy koszulki były bardziej złote. Pamiętam tamte sezony, a szczególnie piękną bramkę Marcina Robaka w Opolu. Oczywiście, GKS Katowice to żółto-czarne barwy, ale chyba każdemu przychodzi też do głowy Borussia Dortmund, z którą rywalizowaliśmy w Lidze Mistrzów w sezonie 1996/97. Powtarzano wtedy słowa Franza Beckenbauera, że takie zespoły jak Widzew nie powinny grać w Lidze Mistrzów, tymczasem Niemcy drżeli o to, czy wywiozą choćby punkt z Piłsudskiego. Po tym meczu Widzew postrzegano już inaczej.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością
W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.
Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.
Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.
Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.
Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.
Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.
W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.
W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.
W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.
Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.
A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.
Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.
Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.
W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.


Najnowsze komentarze