Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: „Legia to Legia” nie wystarczy, by być w czołówce
O Legii mówi się praktycznie wszędzie, bo klub ze stolicy nieustannie jest na celowniku ogólnopolskich mediów sportowych. Zjawisko to nasila się jeszcze bardziej, gdy stołecznym nie idzie najlepiej. Z drugiej strony stała obecność wojskowych w mediach przekłada się na fakt, że klub ma swoich sympatyków nie tylko w Warszawie. Taka też jest historia Filipa Lewandowskiego z serwisu Legionisci.com, z którym spotkałem się w Katowicach, aby zapytać go o nastroje w stolicy, nadzieje na wyjście z kryzysu i oczekiwania przed jutrzejszym meczem z GieKSą.
Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, przemknęło mi przez myśl, czy aby Lewandowski z Warszawy to nie zbieżność nazwisk ze znanym skądinąd piłkarzem. Tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana, bo nie jesteś z Warszawy, a my spotykamy się w Katowicach.
Pochodzę z Wielkopolski, ale miłość do Legii zakiełkowała we mnie niejako w spadku. Męskie grono w rodzinnym domu od zawsze żyło piłką, natomiast w latach 90. nie było tyle meczów w telewizji co dziś, a całe pokolenia wychowywały się między innymi na występach Legii w Lidze Mistrzów – pamiętne mecze z Rosenborgiem, Spartakiem czy Panathinaikosem. Mój ojciec, choć pracując w poznańskiej gastronomii miał okazję poznać wiele osób związanych z Lechem, mimo wszystko śladem dziadka wybrał Legię. Moja historia nie mogła więc być inna. Z uwagi na otoczenie szkolne nie było łatwo, natomiast z biegiem lat utwierdziłem się w tym postanowieniu. Zaczęliśmy jeździć na mecze Legii, a niedawno dołączyłem do redakcji serwisu Legioniści.com.
Skąd więc wziąłeś się w Katowicach?
Z tych okolic pochodzi moja narzeczona. Mieszkamy w Katowicach od ponad dwóch lat, bo spodobało mi się na Śląsku.
Mimo to udaje ci się regularnie jeździć na mecze Legii?
Tak, szczególnie po dołączeniu do redakcji mam okazję obsługiwać również wyjazdy, więc co najmniej dwa razy w miesiącu jestem na meczach Legii, a czasem nawet częściej. Kiedy graliśmy w Lidze Konferencji, bywało ciężko, natomiast teraz mój kalendarz jest luźniejszy. Oczywiście, w piątek będę na Nowej Bukowej.
Szukając kontaktu do kolejnego rozmówcy z Warszawy poprosiłem jednego z twoich kolegów o kogoś o mocnych nerwach i chłodnym spojrzeniu. Pewnie nie łatwo o kogoś takiego w waszej obecnej sytuacji.
Nie wiem, czy akurat tą drogą trafiliśmy na siebie, ale raczej wpasowuję się w te ramy. Odkładając na bok negatywne emocje, które od dłuższego czasu dominują w Warszawie, w ubiegłym roku zapisaliśmy jednak na swoim koncie zarówno Puchar i Superpuchar Polski, jak również przyzwoite występy w Lidze Konferencji. Z tego powodu niektórzy przymknęli oko na pewne negatywne sprawy, które kiełkują tu od dłuższego czasu – wieloletni ciąg złych decyzji, nieprzemyślanych lub spóźnionych ruchów i brak spójnej strategii. Przykładem może być zarówno liczba, jak i kwalifikacje trenerów, którzy w ostatnich latach przewinęli się przez Legię, a w ostatnim czasie powierzenie zespołu na ponad dwa miesiące tymczasowemu trenerowi bez doświadczenia i odpowiedniego sztabu. To wszystko doprowadziło nas do miejsca, w którym dziś jesteśmy. Dlatego ja nie jestem zaskoczony obecną sytuacją, bo uważam, że od jakiegoś czasu dryfowaliśmy w tym kierunku, ale nie wszyscy tutaj zdawali sobie z tego sprawę.
Powtarzając za serwisem Weszło: czy Legia spadnie z ligi? – to jest pytanie… Jak na nie odpowiesz?
Ostatnio coraz głośniej mówi się w mediach, że trzy uznane kluby – Legia, Widzew i Pogoń, są realnie zagrożone spadkiem. Mogę się pod tym podpisać. Sytuacja jest dynamiczna, bo wystarczy wygrać dwa mecze z rzędu i pozycja jednego czy drugiego klubu się poprawi. Mimo to liczby są bezlitosne i prawdopodobieństwo spadku jednego z tych zespołów jest bardzo duże. Czy będzie to Legia? Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję, jednak zmiany zachodzą powoli, a przegrany mecz z Koroną zasiał we mnie wiele wątpliwości. Stąd moja obawa, że spadek jest możliwy, dlatego dziś trzeba się cieszyć z każdego punktu, który może być na wagę złota w końcowym rozrachunku.
Taki scenariusz miał miejsce w Gdyni – punkt wyszarpany po dwóch golach Antonio Čolaka w samej końcówce. Patrząc, jak Arka gra u siebie, a w jakim miejscu jest Legia, jak odczytywać ten wynik?
Uważam, że musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego. W kontekście naszej obecnej sytuacji radość po meczu w Gdyni jest uzasadniona. Dziś wciąż pokutuje podejście, że Legia to Legia i to wystarczy, aby zawsze być w czołówce. Tymczasem bez mozolnej pracy na wielu polach nie można odnieść sukcesu. Naszej społeczności trudno się pogodzić z tym, że warto się cieszyć z mniejszych rzeczy niż tylko mistrzostwo.
Przez lata Legia wypracowała sobie pozycję ligowego potentata do tego stopnia, że niemal każdy z moich poprzednich rozmówców z Warszawy stwierdzał, że sezon bez mistrzostwa to sezon stracony. Jak więc odnaleźć się w dzisiejszych realiach?
Wiele rzeczy się zmieniło na przestrzeni ostatnich lat, zarówno w samej Legii, jak i w naszej rzeczywistości ligowej. Nie podlega dyskusji, że poziom Ekstraklasy znacznie się podniósł. Trzeba brać pod uwagę, że coraz więcej drużyn jest konkurencyjnych w stosunku do Legii, a jakość, czy na boisku, czy w sztabach szkoleniowych, stale rośnie. Przykładem może być GieKSa i osoba trenera Góraka, mimo że nie zawsze było wam łatwo. Sam łapię się na tym, że w każdym sezonie bezwzględnie chciałbym mistrzostwa, jednak poziom rywali rośnie i nawet z outsiderami trzeba się namęczyć, aby odnieść zwycięstwo. Dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa.
W poprzedniej kolejce graliśmy z Widzewem i nie sposób uciec od pewnych analogii: dwie uznane firmy, wysokie oczekiwania, tymczasem pozycja w tabeli fatalna. Ciśnienie rośnie, ale Maciej z Widzewa podkreślał, że w ich przypadku jest to głównie presja zewnętrzna. Jak jest w Warszawie?
W naszym środowisku też jest to zauważalne, ale też nieuniknione, przede wszystkim ze względu na markę i wielkość klubu. Negatywne nastroje wśród kibiców z pewnością podkręcają media, natomiast ludzie zarządzający klubem nie mogą się im poddawać. Muszą działać na chłodno, zgodnie z odpowiednią strategią, a nie pod wpływem emocji, a z tym ostatnio różnie bywa. Przykładem może być niekończąca się saga z napastnikiem czy awaryjne ściągnięcie Vladana Kovačevicia, którego na szybko wymyślił trener Feio. Nie przełożyło się to na poprawę wyników sportowych, natomiast aby wypożyczenie bramkarza w ogóle było możliwe, Legia musiała wykupić za rekordową kwotę Rubena Vinagre ze Sportingu, ponieważ Portugalczycy przekroczyli limit FIFA i nie mogli oddać na wypożyczenie kolejnego zawodnika. Tymczasem Vinagre wyraźnie spuścił z tonu, a na domiar złego złapał poważną kontuzję i w tym sezonie już nie zagra.
Legia przyzwyczaiła się do pewnego standardu, jeśli chodzi o transfery, zarówno co do ilości, jak i jakości. Tymczasem w obecnym okienku w zasadzie nie ma kadrowych wzmocnień, mimo że tabela wskazuje taką potrzebę. Czy można przejść nad tym do porządku dziennego?
Przyczyn zimowej stagnacji należy upatrywać w poprzednim okienku transferowym. Dyrektor sportowy Michał Żewłakow często używa pojęcia „payroll”, czyli lista płac, która latem została naciągnięta do granic możliwości. Pomijając Miletę Rajovicia, transferów gotówkowych nie było zbyt wiele, za to wynagrodzenia dla sprowadzonych za darmo zawodników z Kacprem Urbańskim na czele muszą być potężnym kosztem. Dlatego możliwości finansowe Legii są dziś mocno ograniczone i poza transferem Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk, który ma zostać ogłoszony lada chwila (rozmawiamy kilka godzin przed oficjalnym komunikatem klubu – przyp. red.), nie spodziewam się kolejnych ruchów. Kadra skonstruowana latem wydaje się solidna, trzeba ją jednak właściwie poukładać.
Trener Papszun potrzebuje wielkiej łyżki, by odpowiednio mocno zamieszać w tym warszawskim kotle, czy bardziej przydałaby mu się czarodziejska różdżka, bo do poprawy waszej sytuacji potrzeba wręcz cudu?
Wiążę z trenerem duże nadzieje i ma on moje zaufanie. Wszyscy widzieliśmy, co udało mu się osiągnąć w Rakowie, z którym potrafił również wychodzić z kryzysu. Swój warsztat potwierdził trofeami zdobytymi w Częstochowie. Osobiście szansy na wyjście Legii z kryzysu upatruję właśnie w jego pracy.
Wracając do Adamskiego, sprowadzenie na Łazienkowską zawodnika z 1. ligi trwa zadziwiająco długo. Z drugiej strony, czy dla takiego napastnika Legia to odpowiedni rozmiar kapelusza?
Timing tej transakcji na pewno nie jest najlepszy, bo można było dopiąć ten temat przed zimowym obozem przygotowawczym. Tymczasem wyciągamy zawodnika z klubu partnerskiego, jakim można nazwać Pogoń Grodzisk, w ostatnich dniach okienka transferowego. Być może w klubie liczyli, że Mileta Rajović odpali, tymczasem po dwóch kolejkach jest tylko gorzej. Zarówno forma sportowa, jak i stan mentalny napastnika wciąż pozostawiają wiele do życzenia, czego dowodem jest zmarnowany karny przeciwko Koronie. Wcześniej również okazywał irytację, a w czasie jednego ze sparingów podarł nawet koszulkę po kolejnej zepsutej akcji. Zamiast budować pewność siebie, coraz bardziej się frustruje.
Czy trener Papszun jest w stanie go naprawić?
Przed rozpoczęciem rundy wiosennej starałem się szukać pozytywów i życzyłem sobie, że trener do niego dotrze i Rajović zacznie w końcu trafiać. Na razie nic na to nie wskazuje, bo presja na niego stale rośnie, więc chyba przydałby mu się odpoczynek na zresetowanie głowy.
Być może w piątek na boisko w Katowicach wybiegnie więc właśnie Adamski?
Wygląda raczej na to, że w meczu z Arką wyklarował się napastnik pierwszego wyboru, a będzie to Antonio Čolak. Trzeba by się sporo cofnąć, aby przypomnieć sobie, kiedy ostatnio nasz napastnik zdobył dwa gole. Moim zdaniem to właśnie on zagra od początku w piątek.
Czy dziś wymieniłbyś Miletę Rajovicia na Ilję Szkurina?
Chyba tak. Mam dobre zdanie o Szkurinie, pamiętając sporo sytuacji, w których brakowało mu szczęścia, gdy obijał słupki lub poprzeczki. W przeciwieństwie do Rajovicia umiał odnaleźć się w polu karnym, zdobywając dla Legii pięć goli, w tym jednego w Katowicach. Pod względem sportowym znajduję u niego wiele cech dobrego napastnika. Z kolei dużo się mówi o jego introwertycznym charakterze i być może dlatego nie odnalazł się w naszym legijnym „piekiełku”, gdzie bodźców do zawodnika dociera znacznie więcej niż gdzie indziej. Dlatego nie do końca odpalił, ale kilka razy zaprezentował topowy jak na nasze warunki poziom, jak choćby z zimną krwią wykończona akcja na 4:2 w finale Pucharu Polski, który był dla nas sprawą życia i śmierci. Podobnie było w Superpucharze z Lechem.
W jakiejkolwiek formie Legia by nie była, to w ostatnim czasie z GieKSą radziła sobie bez większych problemów, zarówno w Warszawie, jak i Katowicach. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Za czasów Goncalo Feio szło nam z wami zaskakująco łatwo. Adam Zreľák otworzył wprawdzie wynik spotkania w Warszawie, ale Steve Kapuadi szybko wyrównał, a jeszcze przed przerwą Chodyna wyprowadził nas na prowadzenie po asyście Vinagre’a. I mimo że GieKSa wyglądała dobrze i stwarzała zagrożenie pod naszą bramką, szczególnie po rzutach rożnych, to kolejne gole zdobywali tylko gospodarze. W Katowicach jedne z lepszych zawodów w barwach Legii zagrał Claude Gonçalves, do tego dochodzi gol Szkurina. Swoje wybronił też Tobiasz, bo GieKSa do ostatnich minut walczyła o remis. Zwycięstwo pozwoliło nam zachować szanse na ligowe podium, jednak ostatecznie skończyliśmy na piątym miejscu. Z kolei latem zwycięskie bramki padały w ostatnich minutach, więc też łatwo nie było.
Tydzień temu Legia wyrównała swój niechlubny rekord 11 ligowych spotkań bez zwycięstwa. Jak widzisz szanse na niepoprawienie go w piątek?
Kalkulując na chłodno, bardziej prawdopodobne jest poprawienie tego rekordu niż przerwanie fatalnej passy. Wyjazd do Katowic będzie trudny – z uwagi na miejsce zamieszkania regularnie oglądam GieKSę, bo jestem ciekawy, jak rozwija się ten projekt. Spodziewam się fajnej otoczki kibicowskiej, a pełny stadion będzie wspierał drużynę będącą na fali. Jako jedyni nie straciliście wiosną gola, na dodatek pokonanie Widzewa musi być pozytywnym bodźcem dla zawodników. Mogą poczuć, że nie warto bać się kogokolwiek w tej lidze, a tym bardziej drużyny, która nie potrafi wygrać od 11 spotkań. Jako atuty GieKSy wskazałbym przede wszystkim zachowanie bez piłki – intensywność, asekuracja, zabezpieczanie przestrzeni. Ciężko grać z GKS-em w piłkę, potrzeba dużo umiejętności w środku pola, by skutecznie wychodzić spod waszego pressingu. Przed Legią poważny sprawdzian i mimo że nasuwa mi się zdanie, że remis będzie naszym sukcesem, to kibicowskim sercem liczę na zwycięstwo. Gdyby tak się jednak nie stało, to z szacunku dla rywala remisu nie uznałbym za porażkę.
Jesteś przesądny?
Nie i nawet nie zwróciłem uwagi, że zagramy w piątek trzynastego. Zobaczymy, dla kogo ta data będzie pechowa.
Jaki więc wynik obstawiasz?
Pozostanę optymistą, bo im bliżej meczu, tym głośniej daje znać o sobie emocjonalna strona kibica. Dlatego stawiam na 2:1 dla gości, które ucieszy całą Warszawę.
Kibice Piłka nożna
Legia Warszawa kibicowsko
Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.
Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.
W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.
W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.
W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.
Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.
Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.
Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.
Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).
Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.
Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).
Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.
Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.
Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.
Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.
Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.
Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.
W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.
W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.
Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.
Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.
Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.
Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.
W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.
W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.
Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.
W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.
W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.
Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).
W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.
Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.
Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.
Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.
Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.
Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.
W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.
Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.
Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.
W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.
Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.
W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.
Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.
W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.
W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.
W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.
We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.
W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.
Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.
Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.
Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.
Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.
Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.
Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.
W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.
Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.
Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.
W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.
W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.
W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.
W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.
Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.
Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.
Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.
W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.
Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.
W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.
Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.
Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.
Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.
Piłka nożna
Mecz z Jagiellonią znów odwołany
Mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice, który miał się odbyć w środę 4 lutego o 20:30 został odwołany na wniosek obu zainteresowanych klubów.
Pierwotnie spotkanie miało się odbyć w niedzielę 23 listopada, ale wówczas zostało odwołane ze względu na zalegającą na boisku warstwę świeżo napadanego śniegu.
„W Białymstoku panują i przez kilka najbliższych dni prognozowane są silne mrozy, sięgające w poniedziałek i wtorek nawet –25°C, a dodatkowo w dniu meczu możliwe są opady śniegu. To najgorsze przewidywane warunki, jeszcze bardziej niekorzystne niż panujące w weekend. Obecnie na terenie województwa podlaskiego obowiązuje ostrzeżenie drugiego stopnia IMiGW w związku z silnymi mrozami. Niestety, zapowiada się, w najbliższą środę warunki na Podlasiu będą nadal bardzo złe. Ponieważ GKS Katowice już raz nie ze swojej winy nie mógł rozegrać spotkania w terminie, a Jagiellonia Białystok potwierdziła, iż przychyli się do wniosku GKS, Departament Logistyki Rozgrywek, mając na uwadze zgodne stanowisko klubów, wyznaczy nowy termin zawodów. Mecz będzie rozegrany w pierwszym możliwym terminie, a jego data zależy od wyników obydwu klubów w rozgrywkach Ligi Konferencji UEFA i Pucharu Polski” – powiedział na łamach strony ekstraklasa.org Marcin Stefański, dyrektor operacyjny Ekstraklasy SA.
Nowy termin przekładanego już dwa razy meczu poznamy wkrótce.
Piłka nożna
Z Widzewem we wtorek
Po przerwie zimowej wznowione zostaną rozgrywki Pucharu Polski. GieKSa otworzy rundę ćwierćfinałową meczem przy Nowej Bukowej we wtorek 3 marca o godzinie 20:45.
Nasza poprzednia potyczka z Widzewem zakończyła się wyjazdową porażką 0:3.
STS Puchar Polski – 1/4 finału
wtorek, 3 marca 2026
20:45 GKS Katowice – Widzew Łódź
środa, 4 marca 2026
17:30 Zawisza Bydgoszcz – Chojniczanka Chojnice
20:30 Lech Poznań – Górnik Zabrze
czwartek, 5 marca 2026
13:30 Avia Świdnik – Raków Częstochowa
Przypominamy, że za tydzień, 8 lutego o godzinie 17:30 również rozegrany zostanie domowy mecz z Widzewem w ramach rozgrywek Ekstraklasy.























































































































































Najnowsze komentarze