Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: „Legia to Legia” nie wystarczy, by być w czołówce
O Legii mówi się praktycznie wszędzie, bo klub ze stolicy nieustannie jest na celowniku ogólnopolskich mediów sportowych. Zjawisko to nasila się jeszcze bardziej, gdy stołecznym nie idzie najlepiej. Z drugiej strony stała obecność wojskowych w mediach przekłada się na fakt, że klub ma swoich sympatyków nie tylko w Warszawie. Taka też jest historia Filipa Lewandowskiego z serwisu Legionisci.com, z którym spotkałem się w Katowicach, aby zapytać go o nastroje w stolicy, nadzieje na wyjście z kryzysu i oczekiwania przed jutrzejszym meczem z GieKSą.
Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, przemknęło mi przez myśl, czy aby Lewandowski z Warszawy to nie zbieżność nazwisk ze znanym skądinąd piłkarzem. Tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana, bo nie jesteś z Warszawy, a my spotykamy się w Katowicach.
Pochodzę z Wielkopolski, ale miłość do Legii zakiełkowała we mnie niejako w spadku. Męskie grono w rodzinnym domu od zawsze żyło piłką, natomiast w latach 90. nie było tyle meczów w telewizji co dziś, a całe pokolenia wychowywały się między innymi na występach Legii w Lidze Mistrzów – pamiętne mecze z Rosenborgiem, Spartakiem czy Panathinaikosem. Mój ojciec, choć pracując w poznańskiej gastronomii miał okazję poznać wiele osób związanych z Lechem, mimo wszystko śladem dziadka wybrał Legię. Moja historia nie mogła więc być inna. Z uwagi na otoczenie szkolne nie było łatwo, natomiast z biegiem lat utwierdziłem się w tym postanowieniu. Zaczęliśmy jeździć na mecze Legii, a niedawno dołączyłem do redakcji serwisu Legioniści.com.
Skąd więc wziąłeś się w Katowicach?
Z tych okolic pochodzi moja narzeczona. Mieszkamy w Katowicach od ponad dwóch lat, bo spodobało mi się na Śląsku.
Mimo to udaje ci się regularnie jeździć na mecze Legii?
Tak, szczególnie po dołączeniu do redakcji mam okazję obsługiwać również wyjazdy, więc co najmniej dwa razy w miesiącu jestem na meczach Legii, a czasem nawet częściej. Kiedy graliśmy w Lidze Konferencji, bywało ciężko, natomiast teraz mój kalendarz jest luźniejszy. Oczywiście, w piątek będę na Nowej Bukowej.
Szukając kontaktu do kolejnego rozmówcy z Warszawy poprosiłem jednego z twoich kolegów o kogoś o mocnych nerwach i chłodnym spojrzeniu. Pewnie nie łatwo o kogoś takiego w waszej obecnej sytuacji.
Nie wiem, czy akurat tą drogą trafiliśmy na siebie, ale raczej wpasowuję się w te ramy. Odkładając na bok negatywne emocje, które od dłuższego czasu dominują w Warszawie, w ubiegłym roku zapisaliśmy jednak na swoim koncie zarówno Puchar i Superpuchar Polski, jak również przyzwoite występy w Lidze Konferencji. Z tego powodu niektórzy przymknęli oko na pewne negatywne sprawy, które kiełkują tu od dłuższego czasu – wieloletni ciąg złych decyzji, nieprzemyślanych lub spóźnionych ruchów i brak spójnej strategii. Przykładem może być zarówno liczba, jak i kwalifikacje trenerów, którzy w ostatnich latach przewinęli się przez Legię, a w ostatnim czasie powierzenie zespołu na ponad dwa miesiące tymczasowemu trenerowi bez doświadczenia i odpowiedniego sztabu. To wszystko doprowadziło nas do miejsca, w którym dziś jesteśmy. Dlatego ja nie jestem zaskoczony obecną sytuacją, bo uważam, że od jakiegoś czasu dryfowaliśmy w tym kierunku, ale nie wszyscy tutaj zdawali sobie z tego sprawę.
Powtarzając za serwisem Weszło: czy Legia spadnie z ligi? – to jest pytanie… Jak na nie odpowiesz?
Ostatnio coraz głośniej mówi się w mediach, że trzy uznane kluby – Legia, Widzew i Pogoń, są realnie zagrożone spadkiem. Mogę się pod tym podpisać. Sytuacja jest dynamiczna, bo wystarczy wygrać dwa mecze z rzędu i pozycja jednego czy drugiego klubu się poprawi. Mimo to liczby są bezlitosne i prawdopodobieństwo spadku jednego z tych zespołów jest bardzo duże. Czy będzie to Legia? Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję, jednak zmiany zachodzą powoli, a przegrany mecz z Koroną zasiał we mnie wiele wątpliwości. Stąd moja obawa, że spadek jest możliwy, dlatego dziś trzeba się cieszyć z każdego punktu, który może być na wagę złota w końcowym rozrachunku.
Taki scenariusz miał miejsce w Gdyni – punkt wyszarpany po dwóch golach Antonio Čolaka w samej końcówce. Patrząc, jak Arka gra u siebie, a w jakim miejscu jest Legia, jak odczytywać ten wynik?
Uważam, że musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego. W kontekście naszej obecnej sytuacji radość po meczu w Gdyni jest uzasadniona. Dziś wciąż pokutuje podejście, że Legia to Legia i to wystarczy, aby zawsze być w czołówce. Tymczasem bez mozolnej pracy na wielu polach nie można odnieść sukcesu. Naszej społeczności trudno się pogodzić z tym, że warto się cieszyć z mniejszych rzeczy niż tylko mistrzostwo.
Przez lata Legia wypracowała sobie pozycję ligowego potentata do tego stopnia, że niemal każdy z moich poprzednich rozmówców z Warszawy stwierdzał, że sezon bez mistrzostwa to sezon stracony. Jak więc odnaleźć się w dzisiejszych realiach?
Wiele rzeczy się zmieniło na przestrzeni ostatnich lat, zarówno w samej Legii, jak i w naszej rzeczywistości ligowej. Nie podlega dyskusji, że poziom Ekstraklasy znacznie się podniósł. Trzeba brać pod uwagę, że coraz więcej drużyn jest konkurencyjnych w stosunku do Legii, a jakość, czy na boisku, czy w sztabach szkoleniowych, stale rośnie. Przykładem może być GieKSa i osoba trenera Góraka, mimo że nie zawsze było wam łatwo. Sam łapię się na tym, że w każdym sezonie bezwzględnie chciałbym mistrzostwa, jednak poziom rywali rośnie i nawet z outsiderami trzeba się namęczyć, aby odnieść zwycięstwo. Dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa.
W poprzedniej kolejce graliśmy z Widzewem i nie sposób uciec od pewnych analogii: dwie uznane firmy, wysokie oczekiwania, tymczasem pozycja w tabeli fatalna. Ciśnienie rośnie, ale Maciej z Widzewa podkreślał, że w ich przypadku jest to głównie presja zewnętrzna. Jak jest w Warszawie?
W naszym środowisku też jest to zauważalne, ale też nieuniknione, przede wszystkim ze względu na markę i wielkość klubu. Negatywne nastroje wśród kibiców z pewnością podkręcają media, natomiast ludzie zarządzający klubem nie mogą się im poddawać. Muszą działać na chłodno, zgodnie z odpowiednią strategią, a nie pod wpływem emocji, a z tym ostatnio różnie bywa. Przykładem może być niekończąca się saga z napastnikiem czy awaryjne ściągnięcie Vladana Kovačevicia, którego na szybko wymyślił trener Feio. Nie przełożyło się to na poprawę wyników sportowych, natomiast aby wypożyczenie bramkarza w ogóle było możliwe, Legia musiała wykupić za rekordową kwotę Rubena Vinagre ze Sportingu, ponieważ Portugalczycy przekroczyli limit FIFA i nie mogli oddać na wypożyczenie kolejnego zawodnika. Tymczasem Vinagre wyraźnie spuścił z tonu, a na domiar złego złapał poważną kontuzję i w tym sezonie już nie zagra.
Legia przyzwyczaiła się do pewnego standardu, jeśli chodzi o transfery, zarówno co do ilości, jak i jakości. Tymczasem w obecnym okienku w zasadzie nie ma kadrowych wzmocnień, mimo że tabela wskazuje taką potrzebę. Czy można przejść nad tym do porządku dziennego?
Przyczyn zimowej stagnacji należy upatrywać w poprzednim okienku transferowym. Dyrektor sportowy Michał Żewłakow często używa pojęcia „payroll”, czyli lista płac, która latem została naciągnięta do granic możliwości. Pomijając Miletę Rajovicia, transferów gotówkowych nie było zbyt wiele, za to wynagrodzenia dla sprowadzonych za darmo zawodników z Kacprem Urbańskim na czele muszą być potężnym kosztem. Dlatego możliwości finansowe Legii są dziś mocno ograniczone i poza transferem Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk, który ma zostać ogłoszony lada chwila (rozmawiamy kilka godzin przed oficjalnym komunikatem klubu – przyp. red.), nie spodziewam się kolejnych ruchów. Kadra skonstruowana latem wydaje się solidna, trzeba ją jednak właściwie poukładać.
Trener Papszun potrzebuje wielkiej łyżki, by odpowiednio mocno zamieszać w tym warszawskim kotle, czy bardziej przydałaby mu się czarodziejska różdżka, bo do poprawy waszej sytuacji potrzeba wręcz cudu?
Wiążę z trenerem duże nadzieje i ma on moje zaufanie. Wszyscy widzieliśmy, co udało mu się osiągnąć w Rakowie, z którym potrafił również wychodzić z kryzysu. Swój warsztat potwierdził trofeami zdobytymi w Częstochowie. Osobiście szansy na wyjście Legii z kryzysu upatruję właśnie w jego pracy.
Wracając do Adamskiego, sprowadzenie na Łazienkowską zawodnika z 1. ligi trwa zadziwiająco długo. Z drugiej strony, czy dla takiego napastnika Legia to odpowiedni rozmiar kapelusza?
Timing tej transakcji na pewno nie jest najlepszy, bo można było dopiąć ten temat przed zimowym obozem przygotowawczym. Tymczasem wyciągamy zawodnika z klubu partnerskiego, jakim można nazwać Pogoń Grodzisk, w ostatnich dniach okienka transferowego. Być może w klubie liczyli, że Mileta Rajović odpali, tymczasem po dwóch kolejkach jest tylko gorzej. Zarówno forma sportowa, jak i stan mentalny napastnika wciąż pozostawiają wiele do życzenia, czego dowodem jest zmarnowany karny przeciwko Koronie. Wcześniej również okazywał irytację, a w czasie jednego ze sparingów podarł nawet koszulkę po kolejnej zepsutej akcji. Zamiast budować pewność siebie, coraz bardziej się frustruje.
Czy trener Papszun jest w stanie go naprawić?
Przed rozpoczęciem rundy wiosennej starałem się szukać pozytywów i życzyłem sobie, że trener do niego dotrze i Rajović zacznie w końcu trafiać. Na razie nic na to nie wskazuje, bo presja na niego stale rośnie, więc chyba przydałby mu się odpoczynek na zresetowanie głowy.
Być może w piątek na boisko w Katowicach wybiegnie więc właśnie Adamski?
Wygląda raczej na to, że w meczu z Arką wyklarował się napastnik pierwszego wyboru, a będzie to Antonio Čolak. Trzeba by się sporo cofnąć, aby przypomnieć sobie, kiedy ostatnio nasz napastnik zdobył dwa gole. Moim zdaniem to właśnie on zagra od początku w piątek.
Czy dziś wymieniłbyś Miletę Rajovicia na Ilję Szkurina?
Chyba tak. Mam dobre zdanie o Szkurinie, pamiętając sporo sytuacji, w których brakowało mu szczęścia, gdy obijał słupki lub poprzeczki. W przeciwieństwie do Rajovicia umiał odnaleźć się w polu karnym, zdobywając dla Legii pięć goli, w tym jednego w Katowicach. Pod względem sportowym znajduję u niego wiele cech dobrego napastnika. Z kolei dużo się mówi o jego introwertycznym charakterze i być może dlatego nie odnalazł się w naszym legijnym „piekiełku”, gdzie bodźców do zawodnika dociera znacznie więcej niż gdzie indziej. Dlatego nie do końca odpalił, ale kilka razy zaprezentował topowy jak na nasze warunki poziom, jak choćby z zimną krwią wykończona akcja na 4:2 w finale Pucharu Polski, który był dla nas sprawą życia i śmierci. Podobnie było w Superpucharze z Lechem.
W jakiejkolwiek formie Legia by nie była, to w ostatnim czasie z GieKSą radziła sobie bez większych problemów, zarówno w Warszawie, jak i Katowicach. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Za czasów Goncalo Feio szło nam z wami zaskakująco łatwo. Adam Zreľák otworzył wprawdzie wynik spotkania w Warszawie, ale Steve Kapuadi szybko wyrównał, a jeszcze przed przerwą Chodyna wyprowadził nas na prowadzenie po asyście Vinagre’a. I mimo że GieKSa wyglądała dobrze i stwarzała zagrożenie pod naszą bramką, szczególnie po rzutach rożnych, to kolejne gole zdobywali tylko gospodarze. W Katowicach jedne z lepszych zawodów w barwach Legii zagrał Claude Gonçalves, do tego dochodzi gol Szkurina. Swoje wybronił też Tobiasz, bo GieKSa do ostatnich minut walczyła o remis. Zwycięstwo pozwoliło nam zachować szanse na ligowe podium, jednak ostatecznie skończyliśmy na piątym miejscu. Z kolei latem zwycięskie bramki padały w ostatnich minutach, więc też łatwo nie było.
Tydzień temu Legia wyrównała swój niechlubny rekord 11 ligowych spotkań bez zwycięstwa. Jak widzisz szanse na niepoprawienie go w piątek?
Kalkulując na chłodno, bardziej prawdopodobne jest poprawienie tego rekordu niż przerwanie fatalnej passy. Wyjazd do Katowic będzie trudny – z uwagi na miejsce zamieszkania regularnie oglądam GieKSę, bo jestem ciekawy, jak rozwija się ten projekt. Spodziewam się fajnej otoczki kibicowskiej, a pełny stadion będzie wspierał drużynę będącą na fali. Jako jedyni nie straciliście wiosną gola, na dodatek pokonanie Widzewa musi być pozytywnym bodźcem dla zawodników. Mogą poczuć, że nie warto bać się kogokolwiek w tej lidze, a tym bardziej drużyny, która nie potrafi wygrać od 11 spotkań. Jako atuty GieKSy wskazałbym przede wszystkim zachowanie bez piłki – intensywność, asekuracja, zabezpieczanie przestrzeni. Ciężko grać z GKS-em w piłkę, potrzeba dużo umiejętności w środku pola, by skutecznie wychodzić spod waszego pressingu. Przed Legią poważny sprawdzian i mimo że nasuwa mi się zdanie, że remis będzie naszym sukcesem, to kibicowskim sercem liczę na zwycięstwo. Gdyby tak się jednak nie stało, to z szacunku dla rywala remisu nie uznałbym za porażkę.
Jesteś przesądny?
Nie i nawet nie zwróciłem uwagi, że zagramy w piątek trzynastego. Zobaczymy, dla kogo ta data będzie pechowa.
Jaki więc wynik obstawiasz?
Pozostanę optymistą, bo im bliżej meczu, tym głośniej daje znać o sobie emocjonalna strona kibica. Dlatego stawiam na 2:1 dla gości, które ucieszy całą Warszawę.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Jagi i Cracovii
Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.
1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.
2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.
3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.
4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.
5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.
6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.
7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.
8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.
9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.
10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.
11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.
12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.
13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.
14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.
15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.
16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.
17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.
18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.
19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.
20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.
21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.
22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.
23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.
24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.
25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.
—-
26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.
27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.
28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.
29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.
30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.
31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.
32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.
33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.
34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.
35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.
36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.
37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.
38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.
39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.
40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.
41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.
42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.
43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.
44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.
45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.
46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.
47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.
48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.
49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.
50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.
51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.
52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.
53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.
54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.
55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.
56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.
57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.
58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.
59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.
60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.
61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!
62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.





































































Najnowsze komentarze