Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: „Legia to Legia” nie wystarczy, by być w czołówce
O Legii mówi się praktycznie wszędzie, bo klub ze stolicy nieustannie jest na celowniku ogólnopolskich mediów sportowych. Zjawisko to nasila się jeszcze bardziej, gdy stołecznym nie idzie najlepiej. Z drugiej strony stała obecność wojskowych w mediach przekłada się na fakt, że klub ma swoich sympatyków nie tylko w Warszawie. Taka też jest historia Filipa Lewandowskiego z serwisu Legionisci.com, z którym spotkałem się w Katowicach, aby zapytać go o nastroje w stolicy, nadzieje na wyjście z kryzysu i oczekiwania przed jutrzejszym meczem z GieKSą.
Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, przemknęło mi przez myśl, czy aby Lewandowski z Warszawy to nie zbieżność nazwisk ze znanym skądinąd piłkarzem. Tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana, bo nie jesteś z Warszawy, a my spotykamy się w Katowicach.
Pochodzę z Wielkopolski, ale miłość do Legii zakiełkowała we mnie niejako w spadku. Męskie grono w rodzinnym domu od zawsze żyło piłką, natomiast w latach 90. nie było tyle meczów w telewizji co dziś, a całe pokolenia wychowywały się między innymi na występach Legii w Lidze Mistrzów – pamiętne mecze z Rosenborgiem, Spartakiem czy Panathinaikosem. Mój ojciec, choć pracując w poznańskiej gastronomii miał okazję poznać wiele osób związanych z Lechem, mimo wszystko śladem dziadka wybrał Legię. Moja historia nie mogła więc być inna. Z uwagi na otoczenie szkolne nie było łatwo, natomiast z biegiem lat utwierdziłem się w tym postanowieniu. Zaczęliśmy jeździć na mecze Legii, a niedawno dołączyłem do redakcji serwisu Legioniści.com.
Skąd więc wziąłeś się w Katowicach?
Z tych okolic pochodzi moja narzeczona. Mieszkamy w Katowicach od ponad dwóch lat, bo spodobało mi się na Śląsku.
Mimo to udaje ci się regularnie jeździć na mecze Legii?
Tak, szczególnie po dołączeniu do redakcji mam okazję obsługiwać również wyjazdy, więc co najmniej dwa razy w miesiącu jestem na meczach Legii, a czasem nawet częściej. Kiedy graliśmy w Lidze Konferencji, bywało ciężko, natomiast teraz mój kalendarz jest luźniejszy. Oczywiście, w piątek będę na Nowej Bukowej.
Szukając kontaktu do kolejnego rozmówcy z Warszawy poprosiłem jednego z twoich kolegów o kogoś o mocnych nerwach i chłodnym spojrzeniu. Pewnie nie łatwo o kogoś takiego w waszej obecnej sytuacji.
Nie wiem, czy akurat tą drogą trafiliśmy na siebie, ale raczej wpasowuję się w te ramy. Odkładając na bok negatywne emocje, które od dłuższego czasu dominują w Warszawie, w ubiegłym roku zapisaliśmy jednak na swoim koncie zarówno Puchar i Superpuchar Polski, jak również przyzwoite występy w Lidze Konferencji. Z tego powodu niektórzy przymknęli oko na pewne negatywne sprawy, które kiełkują tu od dłuższego czasu – wieloletni ciąg złych decyzji, nieprzemyślanych lub spóźnionych ruchów i brak spójnej strategii. Przykładem może być zarówno liczba, jak i kwalifikacje trenerów, którzy w ostatnich latach przewinęli się przez Legię, a w ostatnim czasie powierzenie zespołu na ponad dwa miesiące tymczasowemu trenerowi bez doświadczenia i odpowiedniego sztabu. To wszystko doprowadziło nas do miejsca, w którym dziś jesteśmy. Dlatego ja nie jestem zaskoczony obecną sytuacją, bo uważam, że od jakiegoś czasu dryfowaliśmy w tym kierunku, ale nie wszyscy tutaj zdawali sobie z tego sprawę.
Powtarzając za serwisem Weszło: czy Legia spadnie z ligi? – to jest pytanie… Jak na nie odpowiesz?
Ostatnio coraz głośniej mówi się w mediach, że trzy uznane kluby – Legia, Widzew i Pogoń, są realnie zagrożone spadkiem. Mogę się pod tym podpisać. Sytuacja jest dynamiczna, bo wystarczy wygrać dwa mecze z rzędu i pozycja jednego czy drugiego klubu się poprawi. Mimo to liczby są bezlitosne i prawdopodobieństwo spadku jednego z tych zespołów jest bardzo duże. Czy będzie to Legia? Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję, jednak zmiany zachodzą powoli, a przegrany mecz z Koroną zasiał we mnie wiele wątpliwości. Stąd moja obawa, że spadek jest możliwy, dlatego dziś trzeba się cieszyć z każdego punktu, który może być na wagę złota w końcowym rozrachunku.
Taki scenariusz miał miejsce w Gdyni – punkt wyszarpany po dwóch golach Antonio Čolaka w samej końcówce. Patrząc, jak Arka gra u siebie, a w jakim miejscu jest Legia, jak odczytywać ten wynik?
Uważam, że musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego. W kontekście naszej obecnej sytuacji radość po meczu w Gdyni jest uzasadniona. Dziś wciąż pokutuje podejście, że Legia to Legia i to wystarczy, aby zawsze być w czołówce. Tymczasem bez mozolnej pracy na wielu polach nie można odnieść sukcesu. Naszej społeczności trudno się pogodzić z tym, że warto się cieszyć z mniejszych rzeczy niż tylko mistrzostwo.
Przez lata Legia wypracowała sobie pozycję ligowego potentata do tego stopnia, że niemal każdy z moich poprzednich rozmówców z Warszawy stwierdzał, że sezon bez mistrzostwa to sezon stracony. Jak więc odnaleźć się w dzisiejszych realiach?
Wiele rzeczy się zmieniło na przestrzeni ostatnich lat, zarówno w samej Legii, jak i w naszej rzeczywistości ligowej. Nie podlega dyskusji, że poziom Ekstraklasy znacznie się podniósł. Trzeba brać pod uwagę, że coraz więcej drużyn jest konkurencyjnych w stosunku do Legii, a jakość, czy na boisku, czy w sztabach szkoleniowych, stale rośnie. Przykładem może być GieKSa i osoba trenera Góraka, mimo że nie zawsze było wam łatwo. Sam łapię się na tym, że w każdym sezonie bezwzględnie chciałbym mistrzostwa, jednak poziom rywali rośnie i nawet z outsiderami trzeba się namęczyć, aby odnieść zwycięstwo. Dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa.
W poprzedniej kolejce graliśmy z Widzewem i nie sposób uciec od pewnych analogii: dwie uznane firmy, wysokie oczekiwania, tymczasem pozycja w tabeli fatalna. Ciśnienie rośnie, ale Maciej z Widzewa podkreślał, że w ich przypadku jest to głównie presja zewnętrzna. Jak jest w Warszawie?
W naszym środowisku też jest to zauważalne, ale też nieuniknione, przede wszystkim ze względu na markę i wielkość klubu. Negatywne nastroje wśród kibiców z pewnością podkręcają media, natomiast ludzie zarządzający klubem nie mogą się im poddawać. Muszą działać na chłodno, zgodnie z odpowiednią strategią, a nie pod wpływem emocji, a z tym ostatnio różnie bywa. Przykładem może być niekończąca się saga z napastnikiem czy awaryjne ściągnięcie Vladana Kovačevicia, którego na szybko wymyślił trener Feio. Nie przełożyło się to na poprawę wyników sportowych, natomiast aby wypożyczenie bramkarza w ogóle było możliwe, Legia musiała wykupić za rekordową kwotę Rubena Vinagre ze Sportingu, ponieważ Portugalczycy przekroczyli limit FIFA i nie mogli oddać na wypożyczenie kolejnego zawodnika. Tymczasem Vinagre wyraźnie spuścił z tonu, a na domiar złego złapał poważną kontuzję i w tym sezonie już nie zagra.
Legia przyzwyczaiła się do pewnego standardu, jeśli chodzi o transfery, zarówno co do ilości, jak i jakości. Tymczasem w obecnym okienku w zasadzie nie ma kadrowych wzmocnień, mimo że tabela wskazuje taką potrzebę. Czy można przejść nad tym do porządku dziennego?
Przyczyn zimowej stagnacji należy upatrywać w poprzednim okienku transferowym. Dyrektor sportowy Michał Żewłakow często używa pojęcia „payroll”, czyli lista płac, która latem została naciągnięta do granic możliwości. Pomijając Miletę Rajovicia, transferów gotówkowych nie było zbyt wiele, za to wynagrodzenia dla sprowadzonych za darmo zawodników z Kacprem Urbańskim na czele muszą być potężnym kosztem. Dlatego możliwości finansowe Legii są dziś mocno ograniczone i poza transferem Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk, który ma zostać ogłoszony lada chwila (rozmawiamy kilka godzin przed oficjalnym komunikatem klubu – przyp. red.), nie spodziewam się kolejnych ruchów. Kadra skonstruowana latem wydaje się solidna, trzeba ją jednak właściwie poukładać.
Trener Papszun potrzebuje wielkiej łyżki, by odpowiednio mocno zamieszać w tym warszawskim kotle, czy bardziej przydałaby mu się czarodziejska różdżka, bo do poprawy waszej sytuacji potrzeba wręcz cudu?
Wiążę z trenerem duże nadzieje i ma on moje zaufanie. Wszyscy widzieliśmy, co udało mu się osiągnąć w Rakowie, z którym potrafił również wychodzić z kryzysu. Swój warsztat potwierdził trofeami zdobytymi w Częstochowie. Osobiście szansy na wyjście Legii z kryzysu upatruję właśnie w jego pracy.
Wracając do Adamskiego, sprowadzenie na Łazienkowską zawodnika z 1. ligi trwa zadziwiająco długo. Z drugiej strony, czy dla takiego napastnika Legia to odpowiedni rozmiar kapelusza?
Timing tej transakcji na pewno nie jest najlepszy, bo można było dopiąć ten temat przed zimowym obozem przygotowawczym. Tymczasem wyciągamy zawodnika z klubu partnerskiego, jakim można nazwać Pogoń Grodzisk, w ostatnich dniach okienka transferowego. Być może w klubie liczyli, że Mileta Rajović odpali, tymczasem po dwóch kolejkach jest tylko gorzej. Zarówno forma sportowa, jak i stan mentalny napastnika wciąż pozostawiają wiele do życzenia, czego dowodem jest zmarnowany karny przeciwko Koronie. Wcześniej również okazywał irytację, a w czasie jednego ze sparingów podarł nawet koszulkę po kolejnej zepsutej akcji. Zamiast budować pewność siebie, coraz bardziej się frustruje.
Czy trener Papszun jest w stanie go naprawić?
Przed rozpoczęciem rundy wiosennej starałem się szukać pozytywów i życzyłem sobie, że trener do niego dotrze i Rajović zacznie w końcu trafiać. Na razie nic na to nie wskazuje, bo presja na niego stale rośnie, więc chyba przydałby mu się odpoczynek na zresetowanie głowy.
Być może w piątek na boisko w Katowicach wybiegnie więc właśnie Adamski?
Wygląda raczej na to, że w meczu z Arką wyklarował się napastnik pierwszego wyboru, a będzie to Antonio Čolak. Trzeba by się sporo cofnąć, aby przypomnieć sobie, kiedy ostatnio nasz napastnik zdobył dwa gole. Moim zdaniem to właśnie on zagra od początku w piątek.
Czy dziś wymieniłbyś Miletę Rajovicia na Ilję Szkurina?
Chyba tak. Mam dobre zdanie o Szkurinie, pamiętając sporo sytuacji, w których brakowało mu szczęścia, gdy obijał słupki lub poprzeczki. W przeciwieństwie do Rajovicia umiał odnaleźć się w polu karnym, zdobywając dla Legii pięć goli, w tym jednego w Katowicach. Pod względem sportowym znajduję u niego wiele cech dobrego napastnika. Z kolei dużo się mówi o jego introwertycznym charakterze i być może dlatego nie odnalazł się w naszym legijnym „piekiełku”, gdzie bodźców do zawodnika dociera znacznie więcej niż gdzie indziej. Dlatego nie do końca odpalił, ale kilka razy zaprezentował topowy jak na nasze warunki poziom, jak choćby z zimną krwią wykończona akcja na 4:2 w finale Pucharu Polski, który był dla nas sprawą życia i śmierci. Podobnie było w Superpucharze z Lechem.
W jakiejkolwiek formie Legia by nie była, to w ostatnim czasie z GieKSą radziła sobie bez większych problemów, zarówno w Warszawie, jak i Katowicach. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Za czasów Goncalo Feio szło nam z wami zaskakująco łatwo. Adam Zreľák otworzył wprawdzie wynik spotkania w Warszawie, ale Steve Kapuadi szybko wyrównał, a jeszcze przed przerwą Chodyna wyprowadził nas na prowadzenie po asyście Vinagre’a. I mimo że GieKSa wyglądała dobrze i stwarzała zagrożenie pod naszą bramką, szczególnie po rzutach rożnych, to kolejne gole zdobywali tylko gospodarze. W Katowicach jedne z lepszych zawodów w barwach Legii zagrał Claude Gonçalves, do tego dochodzi gol Szkurina. Swoje wybronił też Tobiasz, bo GieKSa do ostatnich minut walczyła o remis. Zwycięstwo pozwoliło nam zachować szanse na ligowe podium, jednak ostatecznie skończyliśmy na piątym miejscu. Z kolei latem zwycięskie bramki padały w ostatnich minutach, więc też łatwo nie było.
Tydzień temu Legia wyrównała swój niechlubny rekord 11 ligowych spotkań bez zwycięstwa. Jak widzisz szanse na niepoprawienie go w piątek?
Kalkulując na chłodno, bardziej prawdopodobne jest poprawienie tego rekordu niż przerwanie fatalnej passy. Wyjazd do Katowic będzie trudny – z uwagi na miejsce zamieszkania regularnie oglądam GieKSę, bo jestem ciekawy, jak rozwija się ten projekt. Spodziewam się fajnej otoczki kibicowskiej, a pełny stadion będzie wspierał drużynę będącą na fali. Jako jedyni nie straciliście wiosną gola, na dodatek pokonanie Widzewa musi być pozytywnym bodźcem dla zawodników. Mogą poczuć, że nie warto bać się kogokolwiek w tej lidze, a tym bardziej drużyny, która nie potrafi wygrać od 11 spotkań. Jako atuty GieKSy wskazałbym przede wszystkim zachowanie bez piłki – intensywność, asekuracja, zabezpieczanie przestrzeni. Ciężko grać z GKS-em w piłkę, potrzeba dużo umiejętności w środku pola, by skutecznie wychodzić spod waszego pressingu. Przed Legią poważny sprawdzian i mimo że nasuwa mi się zdanie, że remis będzie naszym sukcesem, to kibicowskim sercem liczę na zwycięstwo. Gdyby tak się jednak nie stało, to z szacunku dla rywala remisu nie uznałbym za porażkę.
Jesteś przesądny?
Nie i nawet nie zwróciłem uwagi, że zagramy w piątek trzynastego. Zobaczymy, dla kogo ta data będzie pechowa.
Jaki więc wynik obstawiasz?
Pozostanę optymistą, bo im bliżej meczu, tym głośniej daje znać o sobie emocjonalna strona kibica. Dlatego stawiam na 2:1 dla gości, które ucieszy całą Warszawę.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością
W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.
Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.
Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.
Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.
Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.
Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.
W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.
W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.
W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.
Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.
A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.
Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.
Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.
W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.


Najnowsze komentarze