Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: „Legia to Legia” nie wystarczy, by być w czołówce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

O Legii mówi się praktycznie wszędzie, bo klub ze stolicy nieustannie jest na celowniku ogólnopolskich mediów sportowych. Zjawisko to nasila się jeszcze bardziej, gdy stołecznym nie idzie najlepiej. Z drugiej strony stała obecność wojskowych w mediach przekłada się na fakt, że klub ma swoich sympatyków nie tylko w Warszawie. Taka też jest historia Filipa Lewandowskiego z serwisu Legionisci.com, z którym spotkałem się w Katowicach, aby zapytać go o nastroje w stolicy, nadzieje na wyjście z kryzysu i oczekiwania przed jutrzejszym meczem z GieKSą.

Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, przemknęło mi przez myśl, czy aby Lewandowski z Warszawy to nie zbieżność nazwisk ze znanym skądinąd piłkarzem. Tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana, bo nie jesteś z Warszawy, a my spotykamy się w Katowicach.
Pochodzę z Wielkopolski, ale miłość do Legii zakiełkowała we mnie niejako w spadku. Męskie grono w rodzinnym domu od zawsze żyło piłką, natomiast w latach 90. nie było tyle meczów w telewizji co dziś, a całe pokolenia wychowywały się między innymi na występach Legii w Lidze Mistrzów – pamiętne mecze z Rosenborgiem, Spartakiem czy Panathinaikosem. Mój ojciec, choć pracując w poznańskiej gastronomii miał okazję poznać wiele osób związanych z Lechem, mimo wszystko śladem dziadka wybrał Legię. Moja historia nie mogła więc być inna. Z uwagi na otoczenie szkolne nie było łatwo, natomiast z biegiem lat utwierdziłem się w tym postanowieniu. Zaczęliśmy jeździć na mecze Legii, a niedawno dołączyłem do redakcji serwisu Legioniści.com.

Skąd więc wziąłeś się w Katowicach?
Z tych okolic pochodzi moja narzeczona. Mieszkamy w Katowicach od ponad dwóch lat, bo spodobało mi się na Śląsku.

Mimo to udaje ci się regularnie jeździć na mecze Legii?
Tak, szczególnie po dołączeniu do redakcji mam okazję obsługiwać również wyjazdy, więc co najmniej dwa razy w miesiącu jestem na meczach Legii, a czasem nawet częściej. Kiedy graliśmy w Lidze Konferencji, bywało ciężko, natomiast teraz mój kalendarz jest luźniejszy. Oczywiście, w piątek będę na Nowej Bukowej.

Szukając kontaktu do kolejnego rozmówcy z Warszawy poprosiłem jednego z twoich kolegów o kogoś o mocnych nerwach i chłodnym spojrzeniu. Pewnie nie łatwo o kogoś takiego w waszej obecnej sytuacji.
Nie wiem, czy akurat tą drogą trafiliśmy na siebie, ale raczej wpasowuję się w te ramy. Odkładając na bok negatywne emocje, które od dłuższego czasu dominują w Warszawie, w ubiegłym roku zapisaliśmy jednak na swoim koncie zarówno Puchar i Superpuchar Polski, jak również przyzwoite występy w Lidze Konferencji. Z tego powodu niektórzy przymknęli oko na pewne negatywne sprawy, które kiełkują tu od dłuższego czasu – wieloletni ciąg złych decyzji, nieprzemyślanych lub spóźnionych ruchów i brak spójnej strategii. Przykładem może być zarówno liczba, jak i kwalifikacje trenerów, którzy w ostatnich latach przewinęli się przez Legię, a w ostatnim czasie powierzenie zespołu na ponad dwa miesiące tymczasowemu trenerowi bez doświadczenia i odpowiedniego sztabu. To wszystko doprowadziło nas do miejsca, w którym dziś jesteśmy. Dlatego ja nie jestem zaskoczony obecną sytuacją, bo uważam, że od jakiegoś czasu dryfowaliśmy w tym kierunku, ale nie wszyscy tutaj zdawali sobie z tego sprawę.

Powtarzając za serwisem Weszło: czy Legia spadnie z ligi? – to jest pytanie… Jak na nie odpowiesz?
Ostatnio coraz głośniej mówi się w mediach, że trzy uznane kluby – Legia, Widzew i Pogoń, są realnie zagrożone spadkiem. Mogę się pod tym podpisać. Sytuacja jest dynamiczna, bo wystarczy wygrać dwa mecze z rzędu i pozycja jednego czy drugiego klubu się poprawi. Mimo to liczby są bezlitosne i prawdopodobieństwo spadku jednego z tych zespołów jest bardzo duże. Czy będzie to Legia? Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję, jednak zmiany zachodzą powoli, a przegrany mecz z Koroną zasiał we mnie wiele wątpliwości. Stąd moja obawa, że spadek jest możliwy, dlatego dziś trzeba się cieszyć z każdego punktu, który może być na wagę złota w końcowym rozrachunku.

Taki scenariusz miał miejsce w Gdyni – punkt wyszarpany po dwóch golach Antonio Čolaka w samej końcówce. Patrząc, jak Arka gra u siebie, a w jakim miejscu jest Legia, jak odczytywać ten wynik?
Uważam, że musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego. W kontekście naszej obecnej sytuacji radość po meczu w Gdyni jest uzasadniona. Dziś wciąż pokutuje podejście, że Legia to Legia i to wystarczy, aby zawsze być w czołówce. Tymczasem bez mozolnej pracy na wielu polach nie można odnieść sukcesu. Naszej społeczności trudno się pogodzić z tym, że warto się cieszyć z mniejszych rzeczy niż tylko mistrzostwo.

Przez lata Legia wypracowała sobie pozycję ligowego potentata do tego stopnia, że niemal każdy z moich poprzednich rozmówców z Warszawy stwierdzał, że sezon bez mistrzostwa to sezon stracony. Jak więc odnaleźć się w dzisiejszych realiach?
Wiele rzeczy się zmieniło na przestrzeni ostatnich lat, zarówno w samej Legii, jak i w naszej rzeczywistości ligowej. Nie podlega dyskusji, że poziom Ekstraklasy znacznie się podniósł. Trzeba brać pod uwagę, że coraz więcej drużyn jest konkurencyjnych w stosunku do Legii, a jakość, czy na boisku, czy w sztabach szkoleniowych, stale rośnie. Przykładem może być GieKSa i osoba trenera Góraka, mimo że nie zawsze było wam łatwo. Sam łapię się na tym, że w każdym sezonie bezwzględnie chciałbym mistrzostwa, jednak poziom rywali rośnie i nawet z outsiderami trzeba się namęczyć, aby odnieść zwycięstwo. Dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa.

W poprzedniej kolejce graliśmy z Widzewem i nie sposób uciec od pewnych analogii: dwie uznane firmy, wysokie oczekiwania, tymczasem pozycja w tabeli fatalna. Ciśnienie rośnie, ale Maciej z Widzewa podkreślał, że w ich przypadku jest to głównie presja zewnętrzna. Jak jest w Warszawie?
W naszym środowisku też jest to zauważalne, ale też nieuniknione, przede wszystkim ze względu na markę i wielkość klubu. Negatywne nastroje wśród kibiców z pewnością podkręcają media, natomiast ludzie zarządzający klubem nie mogą się im poddawać. Muszą działać na chłodno, zgodnie z odpowiednią strategią, a nie pod wpływem emocji, a z tym ostatnio różnie bywa. Przykładem może być niekończąca się saga z napastnikiem czy awaryjne ściągnięcie Vladana Kovačevicia, którego na szybko wymyślił trener Feio. Nie przełożyło się to na poprawę wyników sportowych, natomiast aby wypożyczenie bramkarza w ogóle było możliwe, Legia musiała wykupić za rekordową kwotę Rubena Vinagre ze Sportingu, ponieważ Portugalczycy przekroczyli limit FIFA i nie mogli oddać na wypożyczenie kolejnego zawodnika. Tymczasem Vinagre wyraźnie spuścił z tonu, a na domiar złego złapał poważną kontuzję i w tym sezonie już nie zagra.

Legia przyzwyczaiła się do pewnego standardu, jeśli chodzi o transfery, zarówno co do ilości, jak i jakości. Tymczasem w obecnym okienku w zasadzie nie ma kadrowych wzmocnień, mimo że tabela wskazuje taką potrzebę. Czy można przejść nad tym do porządku dziennego?
Przyczyn zimowej stagnacji należy upatrywać w poprzednim okienku transferowym. Dyrektor sportowy Michał Żewłakow często używa pojęcia „payroll”, czyli lista płac, która latem została naciągnięta do granic możliwości. Pomijając Miletę Rajovicia, transferów gotówkowych nie było zbyt wiele, za to wynagrodzenia dla sprowadzonych za darmo zawodników z Kacprem Urbańskim na czele muszą być potężnym kosztem. Dlatego możliwości finansowe Legii są dziś mocno ograniczone i poza transferem Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk, który ma zostać ogłoszony lada chwila (rozmawiamy kilka godzin przed oficjalnym komunikatem klubu – przyp. red.), nie spodziewam się kolejnych ruchów. Kadra skonstruowana latem wydaje się solidna, trzeba ją jednak właściwie poukładać.

Trener Papszun potrzebuje wielkiej łyżki, by odpowiednio mocno zamieszać w tym warszawskim kotle, czy bardziej przydałaby mu się czarodziejska różdżka, bo do poprawy waszej sytuacji potrzeba wręcz cudu?
Wiążę z trenerem duże nadzieje i ma on moje zaufanie. Wszyscy widzieliśmy, co udało mu się osiągnąć w Rakowie, z którym potrafił również wychodzić z kryzysu. Swój warsztat potwierdził trofeami zdobytymi w Częstochowie. Osobiście szansy na wyjście Legii z kryzysu upatruję właśnie w jego pracy.

Wracając do Adamskiego, sprowadzenie na Łazienkowską zawodnika z 1. ligi trwa zadziwiająco długo. Z drugiej strony, czy dla takiego napastnika Legia to odpowiedni rozmiar kapelusza?
Timing tej transakcji na pewno nie jest najlepszy, bo można było dopiąć ten temat przed zimowym obozem przygotowawczym. Tymczasem wyciągamy zawodnika z klubu partnerskiego, jakim można nazwać Pogoń Grodzisk, w ostatnich dniach okienka transferowego. Być może w klubie liczyli, że Mileta Rajović odpali, tymczasem po dwóch kolejkach jest tylko gorzej. Zarówno forma sportowa, jak i stan mentalny napastnika wciąż pozostawiają wiele do życzenia, czego dowodem jest zmarnowany karny przeciwko Koronie. Wcześniej również okazywał irytację, a w czasie jednego ze sparingów podarł nawet koszulkę po kolejnej zepsutej akcji. Zamiast budować pewność siebie, coraz bardziej się frustruje.

Czy trener Papszun jest w stanie go naprawić?
Przed rozpoczęciem rundy wiosennej starałem się szukać pozytywów i życzyłem sobie, że trener do niego dotrze i Rajović zacznie w końcu trafiać. Na razie nic na to nie wskazuje, bo presja na niego stale rośnie, więc chyba przydałby mu się odpoczynek na zresetowanie głowy.

Być może w piątek na boisko w Katowicach wybiegnie więc właśnie Adamski?
Wygląda raczej na to, że w meczu z Arką wyklarował się napastnik pierwszego wyboru, a będzie to Antonio Čolak. Trzeba by się sporo cofnąć, aby przypomnieć sobie, kiedy ostatnio nasz napastnik zdobył dwa gole. Moim zdaniem to właśnie on zagra od początku w piątek.

Czy dziś wymieniłbyś Miletę Rajovicia na Ilję Szkurina?
Chyba tak. Mam dobre zdanie o Szkurinie, pamiętając sporo sytuacji, w których brakowało mu szczęścia, gdy obijał słupki lub poprzeczki. W przeciwieństwie do Rajovicia umiał odnaleźć się w polu karnym, zdobywając dla Legii pięć goli, w tym jednego w Katowicach. Pod względem sportowym znajduję u niego wiele cech dobrego napastnika. Z kolei dużo się mówi o jego introwertycznym charakterze i być może dlatego nie odnalazł się w naszym legijnym „piekiełku”, gdzie bodźców do zawodnika dociera znacznie więcej niż gdzie indziej. Dlatego nie do końca odpalił, ale kilka razy zaprezentował topowy jak na nasze warunki poziom, jak choćby z zimną krwią wykończona akcja na 4:2 w finale Pucharu Polski, który był dla nas sprawą życia i śmierci. Podobnie było w Superpucharze z Lechem.

W jakiejkolwiek formie Legia by nie była, to w ostatnim czasie z GieKSą radziła sobie bez większych problemów, zarówno w Warszawie, jak i Katowicach. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Za czasów Goncalo Feio szło nam z wami zaskakująco łatwo. Adam Zreľák otworzył wprawdzie wynik spotkania w Warszawie, ale Steve Kapuadi szybko wyrównał, a jeszcze przed przerwą Chodyna wyprowadził nas na prowadzenie po asyście Vinagre’a. I mimo że GieKSa wyglądała dobrze i stwarzała zagrożenie pod naszą bramką, szczególnie po rzutach rożnych, to kolejne gole zdobywali tylko gospodarze. W Katowicach jedne z lepszych zawodów w barwach Legii zagrał Claude Gonçalves, do tego dochodzi gol Szkurina. Swoje wybronił też Tobiasz, bo GieKSa do ostatnich minut walczyła o remis. Zwycięstwo pozwoliło nam zachować szanse na ligowe podium, jednak ostatecznie skończyliśmy na piątym miejscu. Z kolei latem zwycięskie bramki padały w ostatnich minutach, więc też łatwo nie było.

Tydzień temu Legia wyrównała swój niechlubny rekord 11 ligowych spotkań bez zwycięstwa. Jak widzisz szanse na niepoprawienie go w piątek?
Kalkulując na chłodno, bardziej prawdopodobne jest poprawienie tego rekordu niż przerwanie fatalnej passy. Wyjazd do Katowic będzie trudny – z uwagi na miejsce zamieszkania regularnie oglądam GieKSę, bo jestem ciekawy, jak rozwija się ten projekt. Spodziewam się fajnej otoczki kibicowskiej, a pełny stadion będzie wspierał drużynę będącą na fali. Jako jedyni nie straciliście wiosną gola, na dodatek pokonanie Widzewa musi być pozytywnym bodźcem dla zawodników. Mogą poczuć, że nie warto bać się kogokolwiek w tej lidze, a tym bardziej drużyny, która nie potrafi wygrać od 11 spotkań. Jako atuty GieKSy wskazałbym przede wszystkim zachowanie bez piłki – intensywność, asekuracja, zabezpieczanie przestrzeni. Ciężko grać z GKS-em w piłkę, potrzeba dużo umiejętności w środku pola, by skutecznie wychodzić spod waszego pressingu. Przed Legią poważny sprawdzian i mimo że nasuwa mi się zdanie, że remis będzie naszym sukcesem, to kibicowskim sercem liczę na zwycięstwo. Gdyby tak się jednak nie stało, to z szacunku dla rywala remisu nie uznałbym za porażkę.

Jesteś przesądny?
Nie i nawet nie zwróciłem uwagi, że zagramy w piątek trzynastego. Zobaczymy, dla kogo ta data będzie pechowa.

Jaki więc wynik obstawiasz?
Pozostanę optymistą, bo im bliżej meczu, tym głośniej daje znać o sobie emocjonalna strona kibica. Dlatego stawiam na 2:1 dla gości, które ucieszy całą Warszawę.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

My im nie dali wygrać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Ostatni mecz w tym sezonie na Nowej Bukowej GieKSa zremisowała z Jagiellonią Białystok 2:2. Zapraszamy do fotorelacji z Areny Katowice.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

LIVE: Remis cenniejszy niż złoto

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

17.05.2026 Katowice
GKS Katowice – Jagiellonia Białystok 2:2
Bramki: Nowak (3), Galan (78) – Vital (31), Pululu (56-k)
GKS: Strączek – Wasielewski, Czerwiński, Jędrych, Olsen (90. Klemenz), Galan (90. Jirka) – Kowalczyk, Milewski (65. Rasak), Nowak, Marković (65. Wędrychowski) – Zrel’ák (65. Szkurin).
Jagiellonia: Abramowicz – Wojtuszek, Vital, Kobayashi, Montoia, Pozo (76. Jóźwiak), Kozłowski (90. Nahuel), Lozano (63. Mazurek), Imaz, Szmyt, Pululu (63. Bazdar).
Ż.kartki: Wasielewski, Jędrych, Galan, Olsen
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Raczkowski (Warszawa)
Widzów: 14651

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Nowak: Nie będziemy się cieszyć ani płakać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po remisie z Jagiellonią w strefie mieszanej porozmawialiśmy z Bartoszem Nowakiem, strzelcem pierwszej bramki dla GieKSy.

Remis, który nie usatysfakcjonuje żadnej drużyny, czy właśnie punkt, który na koniec może przynieść oczekiwaną radość?

Bartosz Nowak: Ja już nie wiem. Graliśmy tak, jakbyśmy chcieli to wygrać do końca, tak samo, jak Jaga. Mecz był mocno bliski. Były wślizgi, bramki, ładne akcje, kiksy, więc myślę, że to fajny mecz dla kibica. Może nie do oglądania przez tę aurę, ale zagorzały fan potrafi taki mecz docenić. Ostatni mecz przed nami, gramy w nim jak zawsze o zwycięstwo. Tylko ono może nam dać spełnić te marzenia, o których przed sezonem jeszcze nie myśleliśmy. Fajnie, gramy dalej.

Można było paść z sił, mecz się rozgrywał od pola karnego do pola karnego. Dla kibica na pewno ciekawe, a dla piłkarza?

Jakbyśmy mieli pograć jeszcze 10 minut, to też byśmy dali radę. W takim momencie sezonu, gdzie już grasz o realne cele… Tak przed sezonem, w pierwszej rundzie, gdy każdy pyta „O co gracie?” to tak naprawdę nikt nie wie, bo sezon jest szalony, nigdy nie wiesz, jak to będzie wyglądało. Trzeba się skupiać na tym najbliższym meczu, a teraz ten mecz jest ostatni, najważniejszy, on daje realne miejsce na koniec sezonu.

Myślałeś zimą, że ostatni mecz może być tak istotny dla GKS-u Katowice?

Wiedzieliśmy, że na pewno będzie istotny, widząc, co się dzieje w tej tabeli. Każdy mecz daje wahania pozycji. Cieszy to, że w tym roku utrzymujemy stabilną formę, stabilnie gramy. Wiadomo, czasem są mecze bardzo dobre, czasem takie okej, ale dążymy do gry po swojemu i nie mamy się co bać żadnego przeciwnika. Jasne, trzeba podchodzić z szacunkiem, że przyjeżdża do nas jedna z najmocniejszych drużyn, najlepiej grających w piłkę, ale nie pękliśmy. To jest budujące, nie mamy co chować głowy w piasek. Nie będziemy się cieszyć z tego remisu, ale nie mamy zamiaru też płakać, bo szanujemy rywala.

Z perspektywy trybun ta sytuacja z rzutem karnym była taką jedną z kilkudziesięciu w trakcie spotkania.

Ja nie wiem, już od dłuższego czasu nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo nie wiem, kiedy jest faul, kiedy jest ręka. Wydawało mi się, że trafiłem najpierw piłkę, potem gdzieś był kontakt. Sędzia główny i VAR to widzieli, ja jeszcze nie widziałem powtórki. Sędzia podyktował rzut karny i szkoda, bo brakło nam tej jednej bramki.

Bartosz Nowak przypomniał się dzisiaj w kontekście reprezentacji.

Nie, jesteśmy przed urlopami, jeszcze czeka nas ostatni mecz. Nawet nie wiem, kiedy gra reprezentacja. Wszystkie ręce na pokład na najważniejszy mecz tego sezonu.

Dzisiaj pole gry bardziej przypominało lodowisko niż piłkarską murawę, przeszkadzało ci to?

E, dobre boisko było. Szybko piłka latała, szybki mecz był. Jasne, że jak biegniesz szybko, to murawa jest nawilżona i łatwo się poślizgnąć. W takich warunkach moglibyśmy zawsze grać, bo mecz jest szybki.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga