Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Jutro arcyważny mecz!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Piłkarki zremisowały w Ekstralidze z Lechem/UAM Poznań 1:1 (1:0). W tym tygodniu Panie rozegrają dwa wyjazdowe spotkania – 25 marca 0 15:00 z Rekordem oraz w niedzielę 29 marca o 12:00 z Pogonią Tczew. Piłkarze przegrali dwa wyjazdowe spotkania w Ekstraklasie – we wtorek zaległe z Jagiellonią 1:2 oraz w sobotę z Cracovią 0:1. Prasówki po tych spotkaniach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ. Kolejny mecz piłkarze rozegrają na Arenie Katowice w Wielką Sobotę 4 kwietnia z Wisłą Płock. Podano dokładne terminy spotkań półfinałowych STS Pucharu Polski. GieKSa zmierzy się na wyjeździe z Rakowem Częstochowa.

Siatkarze pokonali u siebie CUK Anioły Toruń 3:1. W następnym meczu zmierzą się 28 marca o 17:00 z SMS PZPS w Spale. Nasza drużyna jest na pierwszym miejscu, z przewagą dwóch punktów nad CUK Aniołami Toruń.

W półfinałach THL hokeiści GieKSy z Unią – wygrali kolejno 3:2, przegrali 2:3, 2:4 oraz wczoraj 1:4. W rywalizacji do czterech zwycięstw nasza drużyna przegrywa 2:3. Następne spotkanie zostanie rozegrane 25 marca o 20:15 w Oświęcimiu. Ewentualny siódmy mecz zaplanowany jest na piątek 27 marca o godzinie 18:30.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Remis w Katowicach

GKS Katowice zremisował 1:1 z Lechem UAM Poznań w meczu ekstraligi kobiet. Beniaminek skutecznie postawił się aktualnym mistrzyniom Polski.

Od pierwszych minut spotkania to gospodynie narzuciły swoje warunki gry. Długo utrzymywały się przy piłce i próbowały budować ataki pozycyjne. Lech UAM skupił się jednak na defensywie i skutecznie rozbijał kolejne akcje GieKSy. Przez większą część pierwszej połowy brakowało klarownych sytuacji. Dopiero pod koniec tej części gry gospodynie zdołały przełamać defensywę rywalek. Po akcji Amelii Bińkowskiej piłkę do siatki skierowała Victoria Kaláberová.

Po przerwie obraz meczu uległ zmianie. Lech przeprowadził trzy zmiany i zaczął grać odważniej. Podopieczne Alicji Zając ruszyły do odrabiania strat i zaczął częściej zagrażać bramce GKS-u. Wyrównanie padło po godzinie gry, gdy Oliwia Związek wykorzystała odbitą od słupka piłkę i skierowała ją do siatki z bliskiej odległości. Katowiczanki odpowiedziały zwiększoną aktywnością w ofensywie. Na boisku pojawiła się m.in. Aleksandra Nieciąg, jednak gospodyniom brakowało dokładności w finalizacji akcji. Do końca meczu żadnej z drużyn nie udało się zdobyć zwycięskiej bramki i spotkanie zakończyło się podziałem punktów.

W najbliższą środę oba zespoły rozegrają zaległe spotkania – Lech ze Stomilankami, zaś GKS z Rekordem.

sportowefakty.wp.pl – Znamy dokładne terminy półfinałów STS Pucharu Polski

Znamy już szczegółowy terminarz półfinałów STS Pucharu Polski. Walka o udział ostatecznej rozgrywce odbędzie się w pierwszej połowie kwietnia.

8 kwietnia Zawisza Bydgoszcz podejmie Górnika Zabrze, natomiast dzień później Raków Częstochowa zmierzy się z GKS Katowice.

Zgodnie z regulaminem, o awansie decyduje jedno spotkanie, zatem w przypadku remisu po 90 minutach, zarządzona zostanie dogrywka, a potem ewentualnie konkurs rzutów karnych.

Pula nagród wynosi 10 mln zł. Połowa tej kwoty trafi na konto zwycięzcy.

Finał STS Pucharu Polski zaplanowano 2 maja na PGE Narodowym w Warszawie.

PÓŁFINAŁY STS PUCHARU POLSKI:

Zawisza Bydgoszcz – Górnik Zabrze / śr. 08.04.2026 godz. 18.00

Raków Częstochowa – GKS Katowice / czw. 09.04.2026 godz. 18.30

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Szalona kolejka na finiszu. Beniaminek jeszcze się utrzyma?

[…] Zmienił się za to lider tabeli – GKS Katowice wskoczył nad CUK Anioły Toruń. Szansę na pozostanie w lidze wciąż ma KS Necko Augustów.

[…] Hitem tej serii zdecydowanie był jednak sobotni pojedynek GKS-u Katowice i CUK Aniołów Toruń. Sąsiadujące ze sobą ekipy rywalizują od dłuższego czasu o fotel lidera. Na dwie kolejki przed końcem Katowiczanie wrócili na tron, a to wszystko za sprawą zwycięstwa 3:1 nad ekipą z Torunia.

Początek meczu układał się pod dyktando gości, którzy bardzo dobrze pracowali blokiem. Szybko zaaklimatyzował się na boisku Luis Paolinetti, który osiągnął skuteczność 71% w ataku. Rywale stawiali twarde warunku, grając bardzo dobrze w przyjęciu, ale w końcówce lepsi byli Torunianie. Była to jednak tylko cisza przed burzą. Katowiczanie cały czas trzymali solidny poziom w defensywie, a do tego dołożyli pracę blokiem, której brakowało im w premierowej odsłonie. Wahania miał Wojciech Włodarczyk, ale odpowiedzialność brali na siebie Damian Hudzik i Michał Superlak. Torunianie pogrążali się błędami serwisowymi. Kolejne trzy partie trafiły już na konto GKS-u – kolejno do 19, 21 i 16, co zapewniło im powrót na fotel lidera.

nowości.com.pl – GKS Katowice kontra CUK Anioły Toruń. Mecz na szczycie o fotel lidera

W 28. kolejce siatkarskiej PLS 1. Ligi doszło do meczu na szczycie. Drugi GKS Katowice podejmował prowadzące w rozgrywkach CUK Anioły Toruń.

Sezon zasadniczy zmierza do końca. Pozostały trzy mecze do rozegrania i będziemy znali rozstawienie w play offach. Torunianie mieli nad GKS punkt przewagi. To zwiastowało wielkie emocje.

Torunianie tylko w pierwszym secie byli stroną dominującą. Skutecznie grał Luis Paolinetti, który zdobył sześć punkt przy 71-procentowek skuteczności. Zanotowali też trzy punktowe bloki, a ich rywale żadnego. Zdobyli też o trzy punkty więcej w kontratakach (6-3).

Niestety, w trzech kolejnych partiach nie byli już tak skuteczni. Nie potrafili zatrzymać ataków rywali, a sami mieli problemy ze zdobywaniem punktów. Aż 12 razy nadziali się na bloki rywali. Efektywność ich ataków to było zaledwie 18 procent! Katowiczanie w tej statystyce byli prawie dwukrotnie lepsi (34 proc.). Zaliczyli o osiem udanych kontr mniej (16-24).

– Ten mecz jeszcze nie decyduje kto zajmie pierwsze miejsce w sezonie zasadniczym, bo wszystko rozstrzygnie się w dwóch ostatnich kolejkach – uważa Marcin Kryś, trener Aniołów.

GKS Katowice – CUK Anioły Toruń 3:1 (22:25, 25:19, 25:21, 25:16)

 

HOKEJ

hokej.net – „Oui, oui!” niosło się po hali. Kanadyjczyk rozstrzygnął drugi mecz półfinału play-off

To był wieczór jednego aktora. GKS Katowice pokonał po dogrywce Unię Oświęcim 3:2 w drugim meczu półfinału play-off, a kibice długo nie chcieli opuszczać „Satelity”, skandując nazwisko swojego bohatera. Jean Dupuy znów pokazał, że faza play-off jest dla niego naturalnym środowiskiem życia.

Pochodzący z prowincji Ontario zawodnik zakończył ten mecz z dubletem. Był graczem, który sprawiał oświęcimskim zawodnikom najwięcej problemów. To on w 14. minucie otworzył wynik spotkania, gdy sprytnie zmienił tor lotu krążka uderzonego przez Zacka Hoffmana. Tuż po przerwie na 2:0 podwyższył Ian McNulty, ale w drugiej odsłonie Katowiczanie stracili swój impet, a Oświęcimianie doprowadzili do wyrównania.

– Myślę, że dobrze zaczęliśmy i wyszliśmy na prowadzenie, ale w drugiej tercji trochę zwolniliśmy tempo. Wiedzieliśmy jednak, że w trzeciej odsłonie musimy wrócić do swojej gry – powiedział Dupuy.

W ostatniej odsłonie nie obejrzeliśmy bramek, choć oba zespoły miały swoje lepsze i gorsze szanse. Sędziowie zarządzili więc dogrywkę, która trwała raptem 51 sekund. Zakończył ją właśnie 31-letni Kanadyjczyk, który w swoim stylu wjechał do tercji rywala, znalazł sobie miejsce i uderzył z nadgarstka. Krążek wpadł do siatki, a katowicka hala eksplodowała.

– To była szybka akcja. „Andy” (Stephen Anderson – przyp. red.) dobrze ich zamknął, ja złapałem trochę prędkości i widząc ustawienie obrońcy, zdecydowałem się na strzał. Na szczęście wpadło – tak katowicki skrzydłowy opisał zwycięskiego gola.

Po tym trafieniu „Satelita” długo skandowała jego nazwisko. „Oui, oui, Jean Dupuy”– niosło się po trybunach, a sam bohater nie krył, jak ważne dla niego oraz całego zespołu jest wsparcie kibiców.

– Mamy najlepszych kibiców w lidze. Te przyśpiewki są niesamowite i bardzo ważne dla całego zespołu. Cieszymy się, że mogliśmy wygrać dla nich u siebie – podkreślił.

GKS Katowice zrobił drugi krok w stronę finału, ale jak zaznacza popularny „Dups”, to dopiero początek, bo rywalizacja na kolejne dwa mecze przenosi się na teren rywala.

– Ogólnie wykonaliśmy dobrą robotę, ale teraz musimy to przenieść na mecz numer trzy – zakończył.

Działo się! Samobójczy gol, oblężenie w końcówce i zwycięstwo Unii

Unia Oświęcim pokonała na własnym lodzie GKS Katowice 3:2 i w półfinałowej rywalizacji przegrywa teraz 1:2. Biało-niebiescy mają jednak o czym myśleć, bo niemalże wypuścili wygraną z rąk.

Oświęcimianie stworzyli sobie więcej dogodnych okazji, ale w kluczowych momentach zabrakło im chłodnych głów i skuteczności. Po czterdziestu minutach prowadzili 3:1, a potem przez pięć minut grali w przewadze. Nie wykorzystali tej szansy i „nie zamknęli meczu” na początku trzeciej tercji.

GieKSa zagrała ambitnie, w kuriozalnych okolicznościach zdobyła kontaktowego gola, a w końcówce była blisko doprowadzenia do dogrywki. Jednak szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy. Nie zmienia to faktu, że oglądaliśmy oba zespoływ zdecydowanie lepszej dyspozycji.

W zespole GieKSy zabrakło Juho Koivusaariego, a jego miejsce w trzecim ataku zajął Maksymilian Dawid. Rolę trzynastego napastnika pełnił Lauri Huhdanpää.

Trener Róbert Kaláber zdecydował się powrócić do ustawień fabrycznych i postawił na ataki, które w sezonie zasadniczym dobrze się ze sobą rozumiały. Z Danielem Olssonem Trkulją i Ołeksanderem Peresunką zagrał Nick Moutrey, a Mika Partanen trafił do formacji z Erikiem Ahopelto i Ville Heikkinenem.

Oba zespoły zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji. Wiedziały, że każdy – nawet najmniejszy – błąd może okazać się fatalny w skutkach. Dlatego początek meczu był z obu stron nerwowy, ale trzeba przyznać, że lepsze sytuacje kreowali sobie gospodarze.

Pierwszą groźną okazję w 5. minucie miał Erik Ahopelto, ale nie zdołał pokonać Jespera Eliassona uderzeniem z bliskiej odległości. Później po trójkowej akcji odrobiny szczęścia zabrakło Olssonowi Trkulji, a sytuacji sam na sam z katowickim golkiperem nie wykorzystał Partanen.

Kolejne podejście biało-niebieskich okazało się już skuteczne. Tym razem gumę z linii niebieskiej wrzucił Andreas Söderberg, a Michał Kusak dopadł do odbitego krążka, wymanewrował Eliassona i uderzeniem z bekhendu trafił do siatki.

Katowiczanie próbowali odpowiedzieć, a najgroźniejsze akcje przeprowadzili w 14. i 15. minucie. Najpierw w sytuacji sam na sam z Linusem Lundinem znalazł się Bartosz Fraszko, ale jego uderzenie odbiło się od słupka. Później golkiper Unii dał próbkę dobrego refleksu, stopując kombinacyjną akcję Stephena Andersona i Patryka Wronki.

Po zmianie stron podopieczni Róberta Kalábera również mieli więcej z gry. Najpierw nie wykorzystali gry w przewadze, ale w 30. minucie do siatki trafił Lukash Matthews. Kanadyjczyk polskiego pochodzenia odważnie wjechał do tercji i przymierzył z nadgarstka, a guma trafiła w samo okienko katowickiej bramki.

Ale goście nie zamierzali się poddawać. W 35. minucie zdobyli kontaktowego gola, wykorzystując moment dekoncentracji oświęcimian. Ian McNulty zagrał zza bramki do nadjeżdżającego Sama Coatty, a ten precyzyjnym uderzeniem ze slotu zaskoczył Linusa Lundina.

Dwie minuty później gospodarze odpowiedzieli i ponownie prowadzili dwiema bramkami. W ramionach swoich kolegów utonął Ołeksandr Peresunko, który wjechał do tercji i uderzeniem w krótki róg zaskoczył Eliassona.

Kilka sekund przed zakończeniem drugiej tercji rozpędzonego Samuela Petráša bezpardonowo zatrzymał Albin Runesson. Sędziowie skorzystali z technologii i nałożyli na szwedzkiego obrońcę karę większą, ale bez kary meczu za niesportowe zachowanie.

Oświęcimianie nie zrobili z użytku z pięciominutowego okresu gry w przewadze, w którym mogli posłać rywali na łopatki. Najbliżej szczęścia był Joe Morrow, bo uderzony przez niego krążek odbił się od słupka.

Biało-niebiescy nie wykorzystali tak dogodnej okazji, więc zgotowali sobie nerwową końcówkę. Tym bardziej, że w 47. minucie GieKSa zdobyła kontaktowego gola. Gumę do własnej bramki skierował Reece Scarlett, który chciał wyczyścić grę nad przedpolu. Gola zapisano na konto Jakuba Hofmana, który jako ostatni po stronie gości dotknął krążek.

Ekipa z zachodniej Małopolski po karze technicznej znów miała okazję zagrać w przewadze, ale kolejny raz nie zdołała zamienić jej na gola.

Na 80 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry trener Jacek Płachta postawił wszystko na jedną kartę: wycofał bramkarza i wprowadził do gry dodatkowego napastnika. Choć pod bramką Unii mocno się kotłowało, to wynik nie uległ już zmianie.

Huśtawka nastrojów, kuriozalny gol i wybuch radości. Remis w półfinale!

Unia Oświęcim znów wykorzystała atut własnego lodu. Biało-niebiescy po zaciętym spotkaniu pokonali GKS Katowice 4:2 i w półfinałowej rywalizacji jest remis 2:2.

W starciach Unii z GieKSą wciąż obowiązuje reguła, że mecze wygrywają gospodarze. Do historii przeszło za to inne prawo tej serii mówiące o tym, że zwycięzca strzela o jednego gola więcej.

Podopieczni Róberta Kalábera zasłużyli na dzisiejszy triumf. Grali ofiarnie, wykreowali sobie więcej groźniejszych okazji, a w końcówce wykazali się stalowymi nerwami. Za pierwsze piętnaście minut tego starcia należy im się kilka cierpkich słów, bo zbyt łatwo dali sobie narzucić styl gry rywala. Swoje w bramce zrobił Linus Lundin, który obronił 40 z 42 uderzeń rywali, a w obronie pierwsze skrzypce grał Reece Scarlett. W roli kapitana dobrze odnalazł się Ville Heikkinen, który zdobył gola do pustej bramki i asystował przy trafieniu Miki Partanena.

Oświęcimianie przystąpili do spotkania w niemal niezmienionym składzie. Zabrakło tylko Radosława Galanta, który na rozgrzewce doznał drobnego urazu. Jego miejsce zajął Kacper Prokopiak. Z kolei w zespole GieKSy ponownie nie wystąpił Juho Koivusaari, a w trzeciej formacji zagrał dziś Lauri Huhdanpää.

Jeśli mielibyśmy jednym słowem opisać pierwszą odsłonę, użylibyśmy określenia dziwna. Gospodarze rozpoczęli ją bardzo apatycznie, popełniali proste błędy i mieli spore problemy z kreowaniem swoich akcji.

Goście – przeciwnie. W pierwszych minutach zyskali optyczną przewagę, którą w 6. minucie udokumentował Ian McNulty. Doświadczony Kanadyjczyk skutecznie poprawił uderzenie Jonasza Hofmana, które odbiło się od bandy za bramką i wróciło w pole. Prowadzenie Katowiczan mogło być wyższe, ale odrobiny szczęścia i precyzji zabrakło Albinowi Runessonowi, Jonaszowi Hofmanowi i Bartoszowi Fraszce. Krążek uderzony przez Szweda odbił się od podstawy bramki, jeden z bliźniaków huknął w poprzeczkę, a uderzenie „Frachola” sparował Linus Lundin.

Unia odpowiedziała w końcówce tercji, na dodatek z nawiązką. Najpierw do wyrównania doprowadził Samuel Petráš, który z najbliższej odległości poprawił próbę Romana Ráca, a niespełna minutę później Mika Partanen dał prowadzenie biało-niebieskim. Fiński skrzydłowy wykorzystał dobre dogranie Villego Heikkinena i uderzył z przestrzeni międzybulikowej.

Druga odsłona przyniosła prawdziwy rollercoaster. Początek należał do gospodarzy, a wynik mogli podwyższyć Ołeksandr Peresunko i Erik Ahopelto. Ukrainiec z bulika nieznacznie się pomylił, a uderzenie 29-letniego Fina Eliasson obronił… kaskiem.

Niewykorzystane okazje zemściły się w 30. minucie. Spod linii niebieskiej uderzył Jacob Lundegård, a guma najpierw odbiła się od pleksi, potem otarła się o górną siatkę bramki, aż w końcu na listę strzelców wpisał się Jean Dupuy, który uderzył z powietrza.

Ale zespół dowodzony przez Róberta Kalábera nie czekał długo z odpowiedzią. Już trzy minuty później Scarlett uderzył bez przyjęcia z linii niebieskiej, na bramkarzu GieKSy dobrze popracował Olsson Trkulja, który delikatnie zmienił tor lotu krążka, a Peresunko z najbliższej odległości skierował gumę do siatki. Trener Jacek Płachta poprosił o coach challenge, reklamując sędziom, że w tej sytuacji doszło do przeszkadzania Jesperowi Eliassonowi. Po krótkiej analizie sędzia Bartosz Kaczmarek wskazał na środek tafli.

Taki wynik utrzymał się do końcówki spotkania. Podopieczni Jacka Płachty rozpoczęli trzecią tercję z zamiarem odrobienia strat, ale ich plany popsuł Linus Lundin. 33-letni Szwed bronił jak natchniony, a sposobu na niego nie znaleźli Dupuy i Lundegård. Najefektowniejszą interwencją popisał się w 49. minucie, broniąc uderzenie z bliskiej odległości Patryka Wronki i dobitkę Stephena Andersona!

Swoje szanse mieli też gospodarze. Strzał Romana Ráca zatrzymał się na słupku, a krążek uderzony przez Reece’a Scarletta zatańczył w polu bramkowym i został wybity przez obrońców gości.

Na 146 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry trener Jacek Płachta wycofał bramkarza. Jednak ryzyko się nie opłaciło.Na 83 sekundy przed końcem pieczęć na zwycięstwie postawił Ville Heikkinen. Fiński środkowy umieścił gumę w pustej bramce, a kibice zgromadzeni na trybunach oszaleli ze szczęścia.

Unia wyrównała stan rywalizacji i znów wszystko zaczyna się od początku. Do finału awansuje zespół, który wygra dwa mecze.

Arcyważne zwycięstwo Unii. Finał o krok!

W piątym meczu półfinału play-off Unia Oświęcim pokonała na wyjeździe GKS Katowice 4:1 i potrzebuje już tylko jednego zwycięstwa, aby awansować do finału.

Tuż przed meczem gruchnęła informacja o tym, że w składzie nie znalazł się Jean Dupuy. Kanadyjczyk doznał urazu pleców, a jego miejsce w ataku z Patrykiem Wronką i Stephenem Andersonem zajął Mateusz Bepierszcz. W składzie GieKSy nie znalazł się też fiński napastnik Juho Koivusaari.

W ekipie Unii, podobnie jak w czwartym meczu tej serii, zabrakło kontuzjowanych Bartosza Florczaka, Martina Kasperlíka i Radosława Galanta, a także Romana Diukowa, który dochodzi do siebie po urazie. Funkcję kapitana przejął więc Ville Heikkinen.

Spotkanie lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy grali płynniej, dokładniej i wygrywali więcej pojedynków 1 na 1. Od 125 sekundy rywalizacji prowadzili już 1:0, bo sposób na Linusa Lundina znalazł Sam Coatta. 35-letni Amerykanin zachował się najsprytniej w zamieszaniu podbramkowym i zrobił użytek z dogrania Lauriego Huhdanpy.

W drugiej odsłonie sytuacja zmieniła się. To podopieczni Róberta Kalábera byli konkretniejsi w swoich poczynaniach i w 24. minucie wyrównali. Po sporym kotle pod katowicką bramką guma trafiła do Reece’a Scarletta, a ten huknął z korytarza międzybulikowego pod poprzeczkę.

Biało-niebiescy próbowali pójść za ciosem. Dobre okazje mieli Łukasz Krzemień, Jakub Kubeš i Joe Morrow, ale Jesper Eliasson pewnie obronił uderzenia pierwszego i drugiego, a po strzale Morrowa guma zatańczyła w polu bramkowym.

Później dwie szanse miał Mateusz Michalski. Najpierw pomknął lewym skrzydłem, zjechał do środka, ale nie zdołał zmieścić gumy między parkanami Linusa Lundina. Potem nie udało mu się przekierować krążka do odsłoniętej części bramki.

Jeszcze przed przerwą na prowadzenie wyszli goście. Mika Partanen wrzucił gumę na bramkę, a pechową interwencją popisał się Eliasson, który nabił Zacka Hoffmana i guma znalazła się w siatce.

W ostatniej części gry Oświęcimianie starali się przede wszystkim nie popełnić błędu i wybijać z rytmu Katowiczan. Czekali też na kontrę, po której mogliby zdobyć trzeciego gola i na dobrą sprawę przesądzić o losach spotkania.Ten moment nastąpił w 58. minucie. Ołeksandr Peresunko dograł do Nicka Moutreya, a ten wypuścił w bój Daniela Olssona Trkulję. Doświadczony Szwed nie kombinował, pociągnął z nadgarstka i guma trafiła w samo okienko.

Trener Jacek Płachta próbował ratować sytuację. Na 151 sekund przed końcem postawił wszystko na jedną kartę i zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza, alenie przyniósł on zamierzonego efektu. Na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry pieczęć na zwycięstwie postawił Erik Ahopelto, który umieścił gumę w pustej bramce.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga