Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Sen o Warszawie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Ze względu na dogrywkę, karne i naszą robotę po meczu wróciliśmy do domów dość późno. Nie miałem więc już za bardzo sił i energii, by napisać parę słów o wczorajszym spotkaniu. Plan był taki, żeby uczynić to dziś. Jednak informacja o śmierci Jacka Magiery jest na tyle szokująca, że ciężko z taką samą werwą odnosić się do typowo piłkarskich wydarzeń. One bledną w obliczu spraw ważniejszych, fundamentalnych. Dlatego więc poniższy felieton oczywiście z kronikarskiego obowiązku będzie, ale jak wyjdzie – nie wiem. Zrobię wszystko, co w mojej mocy.

Dodam tylko, że Jacek Magiera jest tym człowiekiem, który zdążył się z GieKSą zmierzyć od naszego powrotu do ekstraklasy. Zaznał jeszcze starej Bukowej i zremisował ze swoim Śląskiem w piękny niedzielny dzień 0:0. Przypomniał sobie czasy, kiedy grał tam jeszcze jako piłkarz, a w barwach Legii strzelił nawet GieKSie bramkę. Nie mam strcte dowodu, ale jestem przekonany, że Nową Bukową również odwiedził, bądź to podczas któregoś meczu ligowego, a już na pewno, gdy kadra przyjechała obserwować mecz młodzieżówki z Czarnogórą.

Jacek Magiera to legenda Rakowa. Pamiętam, jak z Pawłem Skrzypkiem rządzili w Częstochowie. Potem obaj trafili do Legii.

Wczoraj więc zapewne cieszył się po końcowym rozstrzygnięciu półfinałowego meczu Pucharu Polski. Meczu niezwykłego, szalonego, godnego miana przedwczesnego finału.

Cześć Jego pamięci.

Jeśli chodzi o emocje i dramaturgię jednego konkretnego meczu, to starcie z Rakowem chyba przebiło wszystkie poprzednie również przecież bardzo emocjonujące mecze. Ja sam nie byłem chyba nigdy na spotkaniu zakończonym wynikiem 4:4. To, jak układał się ten wynik, jak zmieniały się prowadzenia, a potem GKS skutecznie doganiał wynik, to było coś, co nie powtórzy się przez lata. Pamiętałem, że chwilę zanim zacząłem chodzić na GieKSę, Katowiczanie mieli taki mecz ligowy – z Zagłębiem w Lubinie. To znaczy też było 4:4. Ale gdy zobaczyłem, jaki był przebieg tego meczu – chwyciłem się za głowę, bo okazał się on mocno analogiczny do wczorajszego. Też GKS prowadził 2:0, potem przegrywał 2:3 i dwukrotnie doprowadzał do remisu. Zagłębie też w kilka minut odrobiło dwubramkową stratę, tyle że chwilę przed przerwą, a nie po.

Nikt wczoraj się nie spodziewał takich emocji. Przed meczem Raków był faworytem, ale z drugiej strony piłkarze Łukasza Tomczyka ostatnio byli w przeciętnej formie. Dlatego też wierzyliśmy w końcowy sukces.

Gdy do przerwy prowadziliśmy 2:0, finał Pucharu Polski mieliśmy na wyciągnięcie ręki. GieKSa grała dobrze solidnie i skutecznie. W takim spotkaniu dwubramkowa przewaga to jest coś bardzo dobrego. Niektórzy już odtrąbiali zwycięstwo GKS. Ja tam jednak byłem powściągliwy, bo tyle meczów w życiu już widziałem czy byłem na nich, że przed końcowym gwizdkiem sędziego nie ma co się podniecać. No chyba, że jest 4:0 i ostatnia doliczona minuta. Tutaj tak nie było.

Nie chcę też nawiązywać do „niebezpiecznego wyniku”, bo to jest tak wyświechtany slogan, który i tak niewiele mówi. Ale raz trener Czesław powiedział i teraz wszyscy powtarzają. 2:0 to może być wynik właśnie bardzo dobry i bardzo bezpieczny, pod warunkiem, że odpowiednio się do niego podejdzie.

To tutaj nasza drużyna popełniła największy błąd. Daliśmy sobie wbić dwa gole od przerwy do 49. minuty. Jeśli mówimy w różnych kontekstach, głównie pozytywnych, o typowej GieKSie, to akurat tutaj typowość naszej drużyny objawiła się negatywnie. Jakkolwiek drużyna się rozwija bardzo dobrze, to zdarzają się jej jeszcze takie dziwne zachowania, pogubienie, niefrasobliwość, która skutkuje utratami bramek czy dobrych wyników. Nie jesteśmy jeszcze idealni. Niestety ten początek drugiej połowy był przełomowym momentem meczu. Bo momentalnie straciliśmy duży komfort, a niedługo potem musieliśmy już tylko gonić.

Rzut karny przeciw GieKSie też był dość kuriozalny. No przepraszam bardzo, ale piłka lecąca z góry przez kilka dobrych sekund nie może po prostu trafić w rękę naszego obrońcy. Marten zawalił tu po całości. I zaraz już gospodarze popadli w euforię po rzucie karnym. Karnym obronionym przez Dawida Kudłę, ale dobitym przez Fadigę.

Powiem szczerze, że gdy mecz przy wyniku 3:2 zbliżał się do końca miałem w sobie dużo żalu. Takiego poczucia bardzo prosto straconej wielkiej szansy. Nadal oczywiście wierzyłem w wyrównanie. I wtedy zaczęły dziać się cuda. Adam Zrelak wyrównał w doliczonym czasie gry po kapitalnej centrze Emana Markovića. Euforia na sektorze gości i u nas na prasówce. GieKSa nadal była w grze. A przecież po chwili na sekundę nawet Karol Arys podyktował dla nas kolejny rzut karny…

Dogrywka była bardziej intensywna niż stereotypowo się mówi. Wiele osób chce dogrywki zlikwidować. A przecież ta miała w sobie moc – było dalej bardzo dobre widowisko i dwie bramki. Najpierw zamieszaliśmy się w naszym polu karnym i nie wybroniliśmy stałego fragmentu, ostatecznie wbijając sobie piłkę do siatki. No ale kilka minut później wybitnie i bez ceregieli uderzył Eman i po raz kolejny klatka eksplodowała. 4:4! Niesamowity wynik i rzuty karne.

Jedenastki nam nie poszły. Tak jak przypominałem karne z Pogonią czy Wartą oraz niedawne z Widzewem, tak tutaj obyło się bez większej dramaturgii. Dwa strzeliliśmy, a potem dwa spudłowaliśmy. Zawsze ktoś musi nie trafić. Tym razem Dawid Kudła nie wybronił jedenastki, a Oliwer Zych tak. Ot cała filozofia.

Przechodząc do kontrowersji, z których najbardziej szerokim echem odbiła się ta z wbiegnięciem Diaby-Fadigi w pole karne przy jedenastce Brunesa. Nie chcę już wnikać w to, co mówi pan Rostkowski, bo ktoś mu zwrócił na Twitterze uwagę, to ten zaczął sugerować, że pozwie internautę. Ci wszyscy pseudoeksperci pokroju Rostowskiego czy Lyczmańskiego wprowadzają czasem więcej zamieszania niż porządku. Więc sugerowanie się ich interpretacjami możemy odłożyć na półkę.

Faktem jest, że zarówno ja, jak i większość widzów oraz dziennikarzy nie miało pojęcia o istnieniu tego absurdalnego przepisu o tym, że przewinienie przy karnym jest dopiero wtedy, gdy noga zawodnika dotyka ziemi. Przecież ten przepis jest tak absolutnie niekonsekwentny w porównaniu z resztą zasad gry w piłkę nożną, że głowa mała. Przy spalonym nie ma znaczenia, czy coś jest na ziemi czy nie. Wystaje głowa za linię, to jest spalony. Jak piłka wylatuje za linię boczną czy bramkową w powietrzu – to ma to swoją sankcję. Mur może się ruszyć do przodu też dopiero po kopnięciu z rzutu wolnego, choćby to był wyskok w powietrzu. A bramkarz przy jedenastce ma być przyspawany do linii. Więc jak u licha w pole karne można sobie wskoczyć na kilka metrów i gdy się jest w powietrzu, to wszystko jest okej? Po prostu idiotyzm i brak ducha gry.

Ale nawet z tym przepisem… Powtórki nie wykazują jednoznacznie, że Diaby-Fadgia nie dotyka podłoża. Tylko znów – co tu się liczy? Gleba czy źdźbło trawy? Bo do gleby rzeczywiście mu minimalnie brakuje, ale czy jakiegoś większego źdźbła nie dotyka? Tego nie można być pewnym. Kompletnie absurdalna sytuacja.

Muszę natomiast przyznać, że po przyjrzeniu się sytuacji z Galanem w doliczonym czasie gry w polu karnym, wydaje mi się, że faulu rzeczywiście tam nie było.

Było trochę o błędach, naszej niefrasobliwości i kontrowersjach sędziowskich. Trzeba jednak powiedzieć, że ten mecz pokazał coś więcej. I chciałbym temu poświęcić chwilę. Bo to jest coś, co jest bardzo ważne i nie należy o tym zapominać. I jak słyszę i czytam opinie pomeczowe – nikt nie zapomina. Ale napiszę i tak.

Możemy być dumni z tej drużyny. Ostatecznie nasz zespół pokazał kawał dobrego futbolu, ale też niewiarygodną wręcz determinację. Otrząsnąć się po takich okolicznościach w drugiej połowie i w samej końcówce doprowadzić do wyrównania – to jest godne mistrzów. Ale przecież nie zrobili tego raz, tylko dwa. Bo jeśli w dogrywce tracisz gola na osiem minut przed końcem i dajesz radę jeszcze wyrównać – to świadczy o twojej klasie. Ekspresja radości Emana też była niesamowita, taka zgodna z sytuacją i rangą meczu, taka adekwatna, szalona. Coś pięknego.

Niebywały charakter ma ekipa trenera Góraka. Pokazywali to głównie w meczach na Nowej Bukowej, na wyjazdach bywało różnie. Ale wczoraj ta ich determinacja spowodowała, że nikt absolutnie nie miał do nich pretensji. A straciliśmy przecież perspektywę gry w finale Pucharu Polski. Jeśli przegrywać – bo ktoś przegrać musi – to w taki sposób. Po spektakularnym meczu, w którym zrobiło się wszystko, żeby wygrać. Powtórzę – mamy wspaniałą drużynę.

Krótkoterminowo – boli. Długoterminowo, niech to będzie jeden z tych momentów, który znacząco przełoży się na dalszy rozwój tej ekipy. Progres jest nie tylko widoczny, ale wręcz spektakularny. Cztery gole strzelone na Rakowie, na stadionie naszego etatowego pucharowicza? Biorę w ciemno.

Takie mecze – nawet jeśli przegrane – budują drużynę. Tu nic się nie skończyło. To nie jest sytuacja, że na kolejną szansę trzeba czekać kolejne cztery lata, ewentualnie dwa, jak w przypadku reprezentacji narodowej. Tutaj za chwilę masz kolejne wyzwania, mecze ligowe, a wkrótce kolejny sezon, w którym cała zabawa zaczyna się od nowa. Więc o ile wczoraj był płacz i żal, to dziś i jutro jest kolejny dzień.

To była niezapomniana przygoda w Pucharze Polski. W niebywale trudnych losowaniach zaszliśmy tak daleko. Wisła Płock, Jagiellonia, Widzew… los nie był łaskawy, a jednak GieKSa te mecze przechodziła. W półfinale też mogliśmy trafić lepiej, choćby zagrać u siebie. Mimo bardzo trudnego losowania – stawiliśmy czoła.

Warszawa nie dla nas. Ale nie załamujcie się GieKSiarze. Jest dobrze. Cieszmy się tym, że mamy okazję uczestniczyć w tak kapitalnych widowiskach. To są prawdziwe piłkarskie wieczory z emocjami, dobrą piłką, radościami i smutkami. Jesteśmy w tym miejscu.

W niedzielę kolejny mecz. Nie ma czasu na rozpamiętywanie, bo czeka nas niezmiernie trudne zadanie przeciw rozpędzonej Lokomotywie. Kibicujmy więc piłkarzom GKS, bo po raz kolejny udowodnili, że po prostu warto.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

My im nie dali wygrać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Ostatni mecz w tym sezonie na Nowej Bukowej GieKSa zremisowała z Jagiellonią Białystok 2:2. Zapraszamy do fotorelacji z Areny Katowice.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

LIVE: Remis cenniejszy niż złoto

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

17.05.2026 Katowice
GKS Katowice – Jagiellonia Białystok 2:2
Bramki: Nowak (3), Galan (78) – Vital (31), Pululu (56-k)
GKS: Strączek – Wasielewski, Czerwiński, Jędrych, Olsen (90. Klemenz), Galan (90. Jirka) – Kowalczyk, Milewski (65. Rasak), Nowak, Marković (65. Wędrychowski) – Zrel’ák (65. Szkurin).
Jagiellonia: Abramowicz – Wojtuszek, Vital, Kobayashi, Montoia, Pozo (76. Jóźwiak), Kozłowski (90. Nahuel), Lozano (63. Mazurek), Imaz, Szmyt, Pululu (63. Bazdar).
Ż.kartki: Wasielewski, Jędrych, Galan, Olsen
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Raczkowski (Warszawa)
Widzów: 14651

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Nowak: Nie będziemy się cieszyć ani płakać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po remisie z Jagiellonią w strefie mieszanej porozmawialiśmy z Bartoszem Nowakiem, strzelcem pierwszej bramki dla GieKSy.

Remis, który nie usatysfakcjonuje żadnej drużyny, czy właśnie punkt, który na koniec może przynieść oczekiwaną radość?

Bartosz Nowak: Ja już nie wiem. Graliśmy tak, jakbyśmy chcieli to wygrać do końca, tak samo, jak Jaga. Mecz był mocno bliski. Były wślizgi, bramki, ładne akcje, kiksy, więc myślę, że to fajny mecz dla kibica. Może nie do oglądania przez tę aurę, ale zagorzały fan potrafi taki mecz docenić. Ostatni mecz przed nami, gramy w nim jak zawsze o zwycięstwo. Tylko ono może nam dać spełnić te marzenia, o których przed sezonem jeszcze nie myśleliśmy. Fajnie, gramy dalej.

Można było paść z sił, mecz się rozgrywał od pola karnego do pola karnego. Dla kibica na pewno ciekawe, a dla piłkarza?

Jakbyśmy mieli pograć jeszcze 10 minut, to też byśmy dali radę. W takim momencie sezonu, gdzie już grasz o realne cele… Tak przed sezonem, w pierwszej rundzie, gdy każdy pyta „O co gracie?” to tak naprawdę nikt nie wie, bo sezon jest szalony, nigdy nie wiesz, jak to będzie wyglądało. Trzeba się skupiać na tym najbliższym meczu, a teraz ten mecz jest ostatni, najważniejszy, on daje realne miejsce na koniec sezonu.

Myślałeś zimą, że ostatni mecz może być tak istotny dla GKS-u Katowice?

Wiedzieliśmy, że na pewno będzie istotny, widząc, co się dzieje w tej tabeli. Każdy mecz daje wahania pozycji. Cieszy to, że w tym roku utrzymujemy stabilną formę, stabilnie gramy. Wiadomo, czasem są mecze bardzo dobre, czasem takie okej, ale dążymy do gry po swojemu i nie mamy się co bać żadnego przeciwnika. Jasne, trzeba podchodzić z szacunkiem, że przyjeżdża do nas jedna z najmocniejszych drużyn, najlepiej grających w piłkę, ale nie pękliśmy. To jest budujące, nie mamy co chować głowy w piasek. Nie będziemy się cieszyć z tego remisu, ale nie mamy zamiaru też płakać, bo szanujemy rywala.

Z perspektywy trybun ta sytuacja z rzutem karnym była taką jedną z kilkudziesięciu w trakcie spotkania.

Ja nie wiem, już od dłuższego czasu nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo nie wiem, kiedy jest faul, kiedy jest ręka. Wydawało mi się, że trafiłem najpierw piłkę, potem gdzieś był kontakt. Sędzia główny i VAR to widzieli, ja jeszcze nie widziałem powtórki. Sędzia podyktował rzut karny i szkoda, bo brakło nam tej jednej bramki.

Bartosz Nowak przypomniał się dzisiaj w kontekście reprezentacji.

Nie, jesteśmy przed urlopami, jeszcze czeka nas ostatni mecz. Nawet nie wiem, kiedy gra reprezentacja. Wszystkie ręce na pokład na najważniejszy mecz tego sezonu.

Dzisiaj pole gry bardziej przypominało lodowisko niż piłkarską murawę, przeszkadzało ci to?

E, dobre boisko było. Szybko piłka latała, szybki mecz był. Jasne, że jak biegniesz szybko, to murawa jest nawilżona i łatwo się poślizgnąć. W takich warunkach moglibyśmy zawsze grać, bo mecz jest szybki.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga