Dołącz do nas

Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Czas na półfinał(y)

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej i siatkówki GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Media donoszą, że Klub wysłał pismo ws rozwiązania umowy z Zondacrypto.

Piłkarki dzisiaj o godzinie 18:30 na płycie głównej ENEA Stadionu w Poznaniu zagrają mecz półfinałowy Pucharu Polski z drużyną Lecha/UAM Poznań. Następny mecz ligowy rozegramy na Bukowej 25 kwietnia o 11:00 z Pogonią Szczecin. Piłkarze w minionym tygodniu rozegrali mecz ligowy z Motorem, który wygrali 3:2 (3:1). W najbliższą sobotę 25 kwietnia o 14:45 zagramy w Kielcach z Koroną.

W półfinale play-off siatkarze pokonali w pierwszym meczu Mickiewicza Kluczbork 3:0. Drugi mecz zostanie rozegrany jutro (22 kwietnia) o 18:00 w Kluczborku. Ewentualne trzecie spotkanie zaplanowano na niedzielę (26 kwietnia) o 17:30 w Katowicach. Do finału awansuje drużyna, która wygra dwa mecze.

Hokeiści zakończyli sezon zdobyciem srebrnych medali Mistrzostw Polski.

KLUB

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice też żegna się z Zondacrypto. Współpraca nie trwała długo… „Podjęte działania mają zabezpieczyć interes klubu”

GKS Katowice jest kolejnym klubem, który wypowiada umowę giełdzie kryptowalut Zondacrypto.
– GKS Katowice wystosował pismo, które inicjuje proces rozwiązania umowy sponsorskiej z firmą Zondacrypto – poinformował Polską Agencję Prasową rzecznik klubu Michał Kajzerek. – Podjęte przez nas działania mają w pełni zabezpieczyć interes klubu, stąd proces zakończenia współpracy będzie następował stopniowo – dodaje.
Umowa z Zondacrypto została podpisana w lipcu 2025 roku. Podkreślano wówczas, że prezes firmy Przemysław Kral wychował się w Katowicach i chodził na mecze na Bukową.
Wcześniej podobną jak GKS decyzję podjęli Raków Częstochowa i koszykarskie Dziki Warszawa.
W sprawie problemów Zondacrypto trwa postępowanie prokuratorskie. W poniedziałek rzecznik Prokuratury Regionalnej w Katowicach prok. Michał Binkiewicz poinformował, że na liście poszkodowanych jest już kilkaset osób, a kwota szkody osiągnęła 350 mln zł.

PIŁKA NOŻNA

lechpoznan.pl – Czas na półfinał

Już we wtorek o godzinie 18:30 rozpocznie się najważniejsze spotkanie tego sezonu dla Lecha Poznań UAM. Niebiesko-Białe na Enea Stadionie zmierzą się z GKS-em Katowice w półfinale Orlen Pucharu Polski.
Piłkarki Kolejorza mają za sobą świetną kampanię w Pucharze Polski. Lechitki do półfinału dotarły bez straty gola, a po drodze odprawiły z kwitkiem Iskrę Tarnów (4:0), Polonię Środa Wielkopolska (5:0), KKP Warszawa (5:0) oraz Górnika Łęczna (1:0). To najlepsza edycja w historii naszej kobiecej sekcji, a przed Niebiesko-Białymi najważniejszy dotychczasowy mecz w tym sezonie. Stawką wtorkowej rywalizacji z GKS-em Katowice będzie bowiem finał Pucharu Polski.
– Traktujemy to spotkanie normalnie, nie nakładamy na siebie żadnej dodatkowej presji. Ostatni tydzień przepracowałyśmy jak każdy poprzedni, myślę że to zdrowe podejście. Czuć w drużynie radość, ekscytację i pozytywną atmosferę, bo dzieje się po prostu coś fajnego – mówi trenerka Alicja Zając.
Lech Poznań UAM w tym sezonie zmierzył się już z GKS-em Katowice w Orlen Ekstralidze. Niebiesko-Białe na wyjeździe postawiły się mistrzyniom Polski i zremisowały 1:1. Gola na wagę punktu strzeliła Oliwia Związek, a więc bohaterka ćwierćfinałowej potyczki z Górnikiem Łęczna. We wtorek faworytem również będzie ekipa ze Śląska, ale Lechitki w tym sezonie już niejednokrotnie pokazały, że potrafią postawić się silniejszym przeciwniczkom.
– Ten ostatni mecz z GieKSą zbudował nasze morale i pokazał, że możemy powalczyć z bardziej doświadczonymi zespołami z górnej części tabeli. Widać to było w spotkaniu z Górnikiem Łęczna. Wiadomo, że to była tylko jedna potyczka, ale chcemy z niej wyciągnąć jak najwięcej wniosków i odpowiednio przygotować się do półfinału. Wiemy, że wiele czynników wpływa na to, która drużyna wygra. Zrobimy jednak wszystko, żeby powalczyć i napsuć krwi zespołowi z Katowic, bo nie ma co ukrywać, że one są faworytem i jako mistrzynie Polski bardziej muszą awansować do finału, my możemy to zrobić – opowiada trenerka Lecha Poznań UAM.
[…] Z tego spotkania przeprowadzona zostanie transmisja na naszym kanale LechTV na platformie Youtube.

weszlo.com – Bartosz Nowak: Nie pamiętam tak szalonego tygodnia

Sezon 2025/26 na polskich boiskach to prawdziwy popis umiejętności w wykonaniu jednego z piłkarzy GKS-u Katowice. Bartosz Nowak na Śląsku obudził w sobie pokłady dodatkowej energii i piłkarskiej jakości. Strzelec ośmiu goli, odpowiadający także za 11 ostatnich podań w Ekstraklasie, cieszy się obecnie ogromnym szacunkiem pośród kibiców, a także ligowych rywali. Nowak był gościem ostatniej Ligi+ Extra, w której odpowiedział na wiele pytań.
Drużyna Rafała Góraka bardzo jest doceniana w skali ligi za to, jaki tworzy kolektyw. To duża nobilitacja, aczkolwiek Nowak podkreśla, że to zasługa tego, że każdy czuje się doceniony.
– Nasz system pokazuje, że nie jesteśmy oparci na jednym zawodniku. Każdy czuje się pod prądem, każdy jest doceniony. Wie, że przyjdzie czas, że będzie potrzebny (…) Cały czas sprawia mi radość, by grać na takim poziomie jakiego wymaga liga (…) Wszystko zależy od tego, w jakich drużynach grasz i na jakim poziomie jesteś. Były trudniejsze momenty, teraz jest wszystko pięknie, ja się czuję dobrze. Wszystko też dobrze funkcjonuje, każdy emanuje pozytywną energią. Drugi sezon w Rakowie był trudny, widywałem się tylko przez chwilę z rodziną, miałem półtorarocznego synka, a żona była w drugiej ciąży.
Nie mogło zabraknąć pytania o trenera Rafała Góraka. W studiu panowało zaciekawienie dotyczące tego, czy szkoleniowiec daje na boisku wolność. Nowak bardzo ceni swojego trenera za to, kim jest i że nikogo nie udaje.
– W niektórych aspektach jak najbardziej [co do wolności na boisku – MZ]. Eman teraz wszedł w buty dobrego kolegi (śmiech), jeszcze nie wiemy gdzie on ma sufit. Ostatnio on akurat błyszczy, ale odciążamy się nawzajem. Większość akcji zaczyna się od pressingu i rozumienia gry naszych pomocników. Każdy może pokazywać, co najlepsze w ataku, wiemy, kto jakie ma obowiązki. Jak ktoś o czymś zapomni, to drugi go wspomoże (…). Trener zawsze jest taki sam. Taki jest w serialu [Canal+ o trenerach – MZ]. On ma taką czutkę, że wie, kiedy co ma powiedzieć. Czuje ten klimat GieKSy, przeżył tu wszystko. Nie musi niczego udowadniać i cieszy się tym, co ma.
W ostatnim czasie, GieKSa po rzutach karnych odpadła w półfinale Pucharu Polski, zremisowała 3:3 z Lechem Poznań, a także pokonała po bardzo dobrym meczu Motor Lublin 3:2. Nowak przyznał, że nie pamięta tak obfitego w emocje tygodnia w swoim piłkarskim życiu.
– Takiego tygodnia to nie pamiętam, aby tyle się działo. W końcu z jakiegoś szalonego meczu mamy trzy punkty. Tworzymy mnóstwo sytuacji, ciągle są emocje, nasza drużyna wzbudza ich dużo. Jest sporo pozytywnych, a my idziemy tą drogą dalej.
– Od początku sezonu mówimy sobie, że nie boimy się nikogo, bo potem można walczyć z każdym. Nawet po porażce można być zadowolonym, ale nie można mieć po takich meczach do siebie pretensji. Trener powiedział, że musiał pochodzić więcej w tych meczach (śmiech). Myślę, że jest dumny.
9 kwietnia Jesus Imaz dobił do 110 goli w Ekstraklasie. Nowak uważa go za najlepszą dychę w lidze.
– Tak. Myślę, że w każdym wywiadzie, jak mnie pytają o dobrą dziesiątkę – ja zawsze daję Imaza. Odkąd śledzę tę ligę i odkąd w niej jestem to zawsze jest gwarantem bramek i gwarantem jakości, duża klasa.
Bardzo wielu szkoleniowców uznało Nowaka w materiale Canal+ za MVP sezonu. W tym gronie był oczywiście Rafał Górak, ale także Leszek Ojrzyński i John Carver. Nie wiedzieli oni, że piłkarz GKS-u Katowice będzie gościem programu. Co na to sam Nowak?
– Na pewno poproszę po programie o filmik dla potomstwa. Bardzo jestem dumny, cieszę się, że wiele osób ma taki pozytywny odbiór, na pewno drużyna też jest dumna. A czy to mój sezon życia? Indywidualnie na pewno tak (…) Zawsze chciałem strzelić gola z połowy, takiego mi raz nie uznano, więc wszystko przede mną.
Bartosz Nowak jest zdania, że szkielet drużyny złożony z Polaków bardzo pomaga. Także poza klubem, bowiem przez to żony zawodników chętnie się ze sobą spotykają i atmosfera tylko zyskuje na takich relacjach w drużynie. Nowi zawodnicy, a także obcokrajowcy, są bardzo otwarci i uczą się bardzo szybko.
Drużyna z Katowic punktowała jesienią ze średnią 1,17 punktu na mecz. Na wiosnę jest to już 1,91. Nowak podkreślił, że dysproporcja wyniknęła ze zmian i urazów na początku sezonu. Osiągnięcie obecnej dyspozycji wyniknęło z pracy w spokoju, a także z uwagi na mocny zimowy obóz przygotowawczy. Trener Górak polecił podopiecznym, aby zaufać w tę pracę, a w ostatnich miesiącach widać, że zespół dobrze się czuje. Nowak przyznał też, że były kluby zainteresowane jego usługami, ale on był stanowczy w tej kwestii. Nie zamierzał odbierać telefonów, bo czuł się dobrze w drużynie, a Katowice to jego miejsce.
W części programu zwanej „Pomidorem” Nowak powiedział, że Śląsk stał się jego miejscem na ziemi, choć jest z Radomia. Dodał też, że nie czuje się idolem kibiców na Nowej Bukowej i stwierdził, że fani zobaczą europejskie puchary w przyszłym sezonie. Mówi też „nie” w kwestii zaproszenia do Tańca z Gwiazdami.
Z innych ciekawych odpowiedzi: Bright Ede mógłby nosić sprzęt za obrońcami GKS-u Katowice. Pomidor został wykorzystany w kwestii pytania o preferencję bycia liderem w Katowicach kosztem ławki rezerwowych w reprezentacji Polski. Chciałby też dokończyć w przyszłości studia.

przegladsportowy.onet.pl – Żartowniś w szatni GKS Katowice włączył stary przebój. I zadziałało

Dziewięć dni z życia kibica GKS-u Katowice, to trzy mecze jego drużyny, dziesięć strzelonych goli i dziewięć straconych, duma wymieszana z niedosytem, refleksja połączona z ambicjami i poczucie, że sen wciąż trwa. Ekipa Rafała Góraka nie wygląda na taką, która miałaby ochotę wyhamować. Bohaterów jest dwóch, właśnie dosiadł się trzeci, ale są jeszcze ci, o których w mediach się nie mówi.
Katowicka drużyna najmocniej z tych trzech swoich wyjątkowych meczów zaskoczyła podczas wyprawy do Poznania. Najpierw z Rakowem zagrała najbardziej zwariowane spotkanie w tym sezonie. GKS w pierwszej połowie półfinału Pucharu Polski rozsmarował gospodarzy — prowadził 2:0 i wydawało się, że w takiej formie już tego nie wypuści. Scenarzysta przygotowujący futbolowe szkice miał tego dnia jednak inny pomysł. GKS doprowadził do stanu, że i przegrywał. Dwukrotnie wyrównał, żeby przy wyniku 4:4 o wszystkim rozstrzygały karne, a w nich efektywniejszy był Raków.
Takie porażki mogą goić się długo. Zresztą następnego dnia potwierdzał to klimat w katowickiej szatni. Przypominał ten żałobny. W miejscu, gdzie jest gwarno, mało kto z kim rozmawiał. Piłkarze nie mogli odżałować, w jaki sposób wypuścili zwycięstwo. Ale jak to w GKS-ie, znalazł się też dowcipniś, który na pomeczowych zajęciach w siłowni włączył stary przebój zespołu Magma, zaczynający się od słów: „Znów dziś przeszła obok mnie”.
Gieksiarze mieli słuszne poczucie, że okazja zagrania na Narodowym przeszła obok nich naprawdę blisko. Ale podnieśli się błyskawicznie, bo w Poznaniu fragmentami grali śpiewająco. Na boisku mistrza Polski trzykrotnie prowadzili, ale znów wrócił niedosyt, bo tamten mecz ostatecznie zremisowali. W ostatni weekend z Motorem już nie pozwolili, żeby prowadzenie im uciekło i przypilnowali wyniku.
GieKSa szalona potrafiła być i dawniej. W 1970 r. pojechała do Hiszpanii zagrać rewanż ze słynną Barceloną. To miała być dla gospodarzy formalność, pierwszy mecz na wyjeździe zgodnie z przewidywaniami wygrali. Mało, bo mało (1:0), ale wygrali. U siebie mogli poczuć dezorientację, gdy do przerwy przegrywali na Camp Nou z anonimowym klubem z Polski 0:2 i byli poza pucharami. Na pewno w szoku byli kibice Barcelony, którzy w swoich piłkarzy ciskali poduszkami.
— Skąd oni wzięli tyle poduszek? — zastanawiali się później piłkarze GieKSy.
Okazało się, że kibice puchową amunicję kibice mieli pod sobą, bo brali ją z siedzisk na stadionie. W drugiej połowie Gieksiarze nie wytrzymali naporu Barcy, stracili trzy gole, ale dla wielu to być może najlepszy mecz GKS-u w jego historii. Zobaczyć miny przerażonych zawodników Barcy? Bezcenne.
Dziś GKS do europejskich pucharów — można to już powiedzieć oficjalnie, niech właściwie wybrzmi — aspiruje. Ma 43 punkty, przyczaił się w siedmiozespołowym grupie uciekinierów, która zerwała się peletonowi. Ewentualnie może dobić do nich jeszcze Lechia. Miejsc w pucharach jest pięć. Gdyby GKS tam się dostał, pokazałby się w Europie po 23 latach.
Ostatnim europejskim rywalem, którego widziano na starej Bukowej, była Cementarnica Skopje, z którą GKS sensacyjnie odpadł. Macedończycy oddali w tym meczu jeden celny strzał, ale był na tyle cenny, że wystarczył do awansu. Nikt wtedy nie przypuszczał, że taka „Wielka porcja wstydu”, jak ten mecz nazwała nasza prasa, będzie zapowiedzią chudych lat GKS-u. Naprawdę chudych. Dwa lata po porażce z Cementarnicą klub obudził się w czwartej lidze. Na wiele sezonów sam stał się cmentarzyskiem dla nadziei i ambicji.
Dziś GKS w pucharach to myśl absolutnie świeża, może i nadal niewyobrażalna, ale poparta faktami w tabeli. Myśl zaskakująca nawet wewnątrz klubu. Jeszcze przed meczem z Motorem dyrektor sportowy Dawid Dubas wzbraniał się przed mówieniem o europejskich horyzontach, bo dla niego najważniejsze było zapewnienie utrzymania. Zwycięstwo z lubelskim zespołem potwierdziło, że Dubasowi jedno zmartwienie odpadło: w przyszłym sezonie jego klub będzie w gronie ekstraklasowiczów.
Dziś GKS ma twarz krążącego przy ławce podczas meczów trenera Rafała Góraka i czarującego na boisku Bartosza Nowaka, ale bohaterów jest więcej. Wśród tych z cienia jest też Dubas. W klubie pracuje od ponad dziesięciu lat — zaczynał jako skaut i asystent trenera rezerw oraz drużyny juniorów starszych GKS-u, później został menadżerem piłkarskiej sekcji. Jeszcze pięć lat temu pewnie i sami kibice GKS-u mieliby problem ze wskazaniem, że taki człowiek w ogóle pracuje w ich klubie. Na rozpoznawalności mógł zyskać prawie trzy lata temu, kiedy został dyrektorem sportowym, ale nie zależało mu na tym. Do dziś unika mediów, jest najbardziej tajemniczym ze wszystkich ekstraklasowych dyrektorów.
O transferowej strategii GKS-u mówi: — Szukamy okazji i staramy się wyprzedzić konkurencję. Mamy czym przekonywać: stylem gry drużyny, infrastrukturą czy przykładami z poprzedniego sezonu, gdzie dwóch naszych zawodników [Kowalczyk i Repka] dostało powołanie do pierwszej reprezentacji Polski.
W galerii katowickich bohaterów z cienia jest też Miłosz Drozd. Jeżeli ktoś nie może się nadziwić, że GKS w przeciągu czterech dni był w stanie rozegrać dwa tak intensywne spotkania, jak z Rakowem i Lechem, to właśnie doktor z katowickiego AWF-u odpowiadający za przygotowanie fizyczne zawodników Góraka najlepiej wie, jak to zrobili. Na zimowym obozie w Turcji w sztabie GKS-u docisnęli jeszcze mocniej — z zapisanym ryzykiem, że przesuwają u zawodników kolejne granice.
To zawsze podróż w nieznane. Plagi kontuzji żadnej jednak nie było, a piłkarze GKS-u biegają dziś jak nakręceni. Zresztą na tym zbudowana jest GieKSa. Szuka takich zawodników, żeby wpasować ich do wymagań Góraka. Piłkarz GKS ma być silny, wydolny, dominować w powietrzu. Oczywiście są wyjątki. Nawet w szatni się śmieją, że oni noszą fortepian, a gra na nim Nowak. Teraz dosiadł się do niego Eman Marković. Reszta w zespole akceptuje dla siebie rolę zabezpieczających sekcję kreatywnych. Sami też są istotni, bo GKS ma zespół, gdzie trzeba uważać na każdego. Wśród jego najlepszych strzelców są dwaj środkowi obrońcy: Lukas Klemenz i Arkadiusz Jędrych, obaj zdobyli po siedem bramek.
GKS to ludzie. Tacy, jak Jakub Kobyłka, kierownik drużyny.
Lukas Klemenz: Dla mnie ten gość powinien dostawać premie, bo zajmuje się wszystkim. Dzwonisz do niego o północy:
— Kiero, potrzebuję na szóstą samochód. Mój się zepsuł, a muszę jechać z dzieckiem do lekarza.
— Okej, będzie.
I choćby miał tam ciebie zawieźć, to będzie zrobione. Jest sam, a robi wszystko: pierze, sprząta. Meczowy sprzęt czeka ułożony w kosteczkę. Przed wyjazdem na mecz interesuje cię tylko to, żeby zabrać kosmetyczkę. Resztę „kiero” chowa do skrzyni. Raz nie mogłem znaleźć skarpetek. Byłem przekonany, że stało się niemożliwe i się pomylił: Mam go!
— „Kieruś”, brakuje mi skarpetek — uśmiechnąłem się.
— Nie, masz pod ręcznikiem.
— Ja pierdzielę. Chciałem cię złapać, że czegoś nie zrobiłeś.
Przy tej zagmatwanej tabeli wciąż trudno przewidzieć, gdzie skończy GKS. Jest tak nieprzewidywalną drużyną, która sama siebie nie ogranicza, że może być podium, jak i miejsce, powiedzmy, siódme. Ale już wiemy, ile katowicka drużyna do Ekstraklasy wniosła. Śląski charakter, choć paradoksalnie Ślązaków w drużynie nie ma wielu. Jest za to sztab z Górakiem jako szefem, który dba o to, żeby ta rzetelność i nieustępliwość była w każdym piłkarzu GKS-u. W szatni pilnują tego gorole, którzy są w tej drużynie od lat, jak Jędrych czy Adrian Błąd.
— U nas jest trochę jak w Premier League: kibice doceniają wślizgi, wybicie z linii, pójście w kontakt czy nawet jakiś faul taktyczny. Każdy klaszcze, docenia, że tak biegamy. To jest ten śląski charakter, który wpaja nam trener Górak i jego sztab — opisuje swój zespół Klemenz. — Kupę lat w klubie jest Adi Błąd, Dawid Kudła, Aro Jędrych, Grzegorz Rogala, Marcin Wasielewski i Bartosz Jaroszek. Oni stanowią trzon drużyny. Mówisz: „Kurczę, nie mogę zawieść, bo oni na mnie patrzą”. Jest ten trzon, jest trener Górak ze sztabem od siedmiu czy ośmiu lat w klubie. Wchodzisz i musisz od razu udowadniać, że chcesz na to miejsce zasłużyć.

SIATKÓWKA

siatka.org – GKS Katowice celuje w powrót do PlusLigi. Pierwszy krok w półfinale wykonany!

Na zapleczu PlusLigi rozpoczęła się rywalizacja półfinałowa. Pierwszy mecz mają już za sobą GKS Katowice i KKS Mickiewicz Kluczbork. Mecz w Ośrodku Sportowym Szopienice okazał się szczęśliwy dla katowiczan, którzy teraz potrzebują już tylko jednej wygranej, by zapewnić sobie awans do wielkiego finału.
Otwarcie spotkania należało do gości. Po kontrataku Mateusza Lindy odskoczyli na 6:3. Serię przy zagrywkach Tomasza Kalembki przerwał dopiero Michał Superlak. Nie brakowało przedłużonych wymian. Gdy uaktywnił się katowicki blok, dystans wyraźnie stopniał (9:10). Obie ekipy nie ustrzegły się pomyłek. Po dwóch asach Superlaka wynik się odwrócił i o czas poprosił trener Łysiak (13:12). W dalszej fazie seta trwała gra na styku. Obie ekipy czytały grę rywali, ustawiając bloki. W końcówce ponownie do głosu doszedł GKS. Dobrą zmianę dał Damian Domagała i po jego asie było już 21:18. Kiwka Grzegorza Pająka dała serię piłek setowych. Kropkę nad i szybko asem postawił Superlak.
Początek seta numer dwa toczył się punkt za punkt. Stopniowo inicjatywę przejmowali gospodarze. Gdy zablokowany został Linda GKS odskoczył na 11:8. Katowiczanie wciąż posyłali celne zagrywki, skutecznie punktowali również ich środkowi. Trener Łysiak zaczął sięgać po zmiany. Gdy asa posłał Linda, interweniował trener Siewiorek (14:13). Jego podopieczni szybko odzyskali rezon i po punktowej zagrywce Pająka ponownie zbudowali czteropunktową przewagę (18:14). Poderwać Kluczborczan starał się Yasser Amrat. Ze zmiennym szczęściem punktował Kamil Maruszczyk. Choć goście walczyli do końca, kluczowy punkt GKS zdobył, blokując Lindę.
As Lindy wyprowadził Mickiewicza na prowadzenie 6:4. Blok Damiana Hudzika na Janusie szybko doprowadził do wyrównania (7:7). Więcej błędów popełniali goście, przez co po chwili musieli już gonić wynik. Gra gospodarzy nie była również pozbawiona pomyłek. As Tomasza Kalembki ponownie wyrównał rezultat (13:13). Ręki w ataku nie wstrzymywał Superlak. Gdy błąd popełnił Maruszczyk, GKS wyszedł na prowadzenie 19:17. W kolejnych akcjach Mickiewicz skuteczne ataki przeplatał z błędami. Po trzech z rzędu celnych uderzeniach Maruszczyka goście odskoczyli na jeden punkt. Przy stanie 23:22 o czas poprosił trener Siewiorek. Atak Wojciecha Włodarczyka i blok na Maruszczyku dały piłkę meczową GKS-owi. Mickiewicz doprowadził jednak do walki na przewagi. Decydujący punkt padł po ataku Wojciecha Ferensa.
MVP: Michał Superlak
GKS Katowice – KKS Mickiewicz Kluczbork 3:0 (25:19, 25:20, 27:25)

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga