Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska krótka przesunięta: ZAKSA pokazała klasę na katowickim parkiecie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

STATYSTYKI MECZOWE GKS-u

Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z ZAKSĄ trwał 79 minut, z czego I set 30 min. – II set 23 min. – III set 26 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 20

Ilość zdobytych punktów – GKS 42: Sobański 14, Kapelus 8, Van Walle 8, Butryn 5, Kalembka 3, Krulicki 2, Falaschi 1, Stelmach 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 13: Sobański 6, Krulicki 2, Van Walle 2, Kapelus 1, Kalembka 1, Stelmach 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 8: Van Walle 5, Kapelus 3, Sobański 3, Butryn 2, Falaschi 1, Stelmach 1, Krulicki -1, Fijałek -1, Kalembka -2, Mariański -3.

Ilość zagrywek – GKS 63: Sobański 12, Kapelus 11, Krulicki 9, Van Walle 9, Kalembka 8, Falaschi 7, Butryn 5, Pietraszko 1, Fijałek 1.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 12: Sobański 3, Butryn 3, Kalembka 3, Krulicki 1, Kapelus 1, Fijałek 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 4: Sobański 3, Kapelus 1.

Ilość przyjęć – GKS 64: Sobański 35, Mariański 15, Kapelus 14.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 5: Mariański 3, Sobański 2.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 25%: Kapelus 29%, Sobański 26%, Mariański 20%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 16%: Sobański 20%, Kapelus 14%, Mariański 7%.

Ilość ataków – GKS 92: Kapelus 25, Van Walle 24, Sobański 22, Butryn 8, Kalembka 7, Krulicki 5, Stelmach 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 5: Kalembka 2, Krulicki 1, Van Walle 1, Sobański 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 12: Sobański 5, Kapelus 4, Van Walle 2, Krulicki 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 33: Sobański 9, Van Walle 8, Kapelus 7, Butryn 5, Kalembka 3, Stelmach 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 36%: Stelmach 100%, Butryn 63%, Kalembka 43%, Sobański 41%, Van Walle 33%, Kapelus 28%, Krulicki 0%.

Ilość bloków punktowych – GKS 5: Krulicki 2, Sobański 2, Falaschi 1.

 

Jak wypadł GKS na tle aktualnego mistrza Polski?

GieKSa dobrze weszła w mecz, bez najmniejszego respektu dla renomowanego przeciwnika, mając nawet dwukrotnie po trzy oczka przewagi. Szkoda tylko, że równie szybko przewagi te były roztrwonione. ZAKSA w tej partii nie miała większej przewagi niż dwa punkty, a to tylko pokazuje jak naprawdę dobrze zagrali siatkarze GKS-u. Cały czas walka była na styku i żałować można tej końcówki, gdzie musieliśmy bronić trzech piłek setowych, a na czwartej się niestety skończyło. Statystyki z tego seta były bardzo wyrównane. GieKSa podarowała gościom zaledwie 5 punktów, w tym 3 zepsutymi zagrywkami, 1 błędem w ataku! + jedno podwójne odbicie. Z takim przeciwnikiem to doskonały wynik. Za to kędzierzynianie dali nam aż 8 punktów darmowych. Skuteczność w ataku prawie na równo (45% do 42% dla ZAKSY), tylko wciąż to przyjęcie mamy słabsze od rywala, bo 33% do 52%. W ataku grę ciągnęli Sobański (6 pkt) i Van Walle (4 pkt). Natomiast u gości nie do zatrzymania był Belg Deroo, który na 11 ataków skończył 8 (73% skuteczności) oraz dołożył punkt blokiem. Swoje dołożył również ze środka Bieniek, 2 asy, 2 ataki i 1 blok, a u nas zabrakło trochę akcji na siatce. W sumie należą się naszym zawodnikom duże brawa za postawę w tym secie.

Drugi set praktycznie bez historii, od początku pod kontrolą mistrzów Polski. Siatkarze ZAKSY widząc po pierwszym secie, że łatwo się beniaminek nie podda, to potrafili utrzymać, a w niektórych elementach i podwyższyć poziom swej gry. Niestety odwrotnie u nas, nasz poziom spadł i to mocno, stąd też taki a nie inny wynik tej partii. Zawodnicy GKS-u mieli problemy ze skończeniem własnych akcji i właśnie grą w ataku tak naprawdę przegraliśmy tego seta. ZAKSA jeszcze podwyższyła swą skuteczność w ataku do poziomu 48%, natomiast nasi zawodnicy na 30 ataków, skończyli zaledwie 9, co daje tylko 30% skuteczności. Tym razem mieliśmy zbyt dużą ilość błędów własnych, bo aż 11, w tym 6 zepsutych zagrywek oraz 3 błędy w ataku, to na każdego przeciwnika ogromna ilość prezentów, a co dopiero w starciu z mistrzem Polski. Goście tym razem popełnili tylko 4 błędy własne, 3 w zagrywce i 1 w ataku, a to tylko pokazuje jak poważnie potraktowali naszą drużynę po pierwszym secie. Zdobywanie punktów próbowali wziąć na swoje barki Sobański oraz Kapelus, ale łącznie na 18 ataków skończyli zaledwie 4, potem próbował ratować sytuację wprowadzony na parkiet Butryn, ale wszystko to za mało. U gości tym razem wszyscy zawodnicy dołożyli po kilka oczek i to wystarczyło w zupełności na tak wyraźną wygraną.

 

Trzecia partia miała bardzo podobny przebieg. Szybkie odskoczenie gości z wynikiem, potem nasza skuteczna próba dogonienia stanu punktowego na 13:14. I potem nastąpił przestój naszego zespołu, który zdecydował o przegraniu i tego seta. Ten fragment meczu GieKSa przegrała aż 3:10 mając znów problem ze skończeniem praktycznie każdej swojej akcji i mieliśmy wtedy już wynik 16:24. To gości troszkę uśpiło, co pozwoliło nam zdobyć cztery punkty z rzędu, ale wtedy trener ZAKSY wziął czas, po którym goście zamknęli w końcu to spotkanie. Ten set był slaby w wykonaniu obu drużyn. Kędzierzynianie chcieli jak najszybciej zakończyć ten mecz, ale jakoś trudno było z ich mobilizacją bo dali się wciągnąć w grę „błędów własnych” i znów robili ich na potęgę na zagrywce bo aż 6, do tego 1 błąd w ataku i podwójne odbicie, co dało GKS-owi aż 8 darmowych punktów. I mimo takiego prezentu z rąk mistrza Polski, nie byliśmy wstanie skutecznie tego wykorzystać. Nasz problem znów tkwił w ataku, gdzie na 24 ataki skończyliśmy tylko 8, co dało 33% skuteczności, przy 46% ZAKSY. Przyjęcie to była prawdziwa katastrofa (nie wiem czy to nie jest błąd w statystykach PlusLigowych) ponieważ nie mieliśmy go w ogóle – 0% dokładnego, choć mistrz Polski również nie grzeszył w tym elemencie w tej partii bo miał zaledwie 18%. W ataku próbowali coś działać Sobański i Van Walle, za to u gości znów wszyscy siatkarze dokładali równo punkciki i to wystarczyło. Swoje dołożył w końcu Konarski, 3 skuteczne bloki + 2 ataki ze skrzydła i tak się to musiało zakończyć.

Znamy takie powiedzenie piłkarskie, że „gra się tak jak przeciwnik pozwala” i można śmiało zastosować je również do meczów siatkarskich. Mistrz Polski nie zagrał jakiejś olśniewającej siatkówki, ale po prostu na tle naszego zespołu, na więcej nie został zmuszony. Pierwszy set bardzo dobry z obu stron, który napawał optymizmem, w drugim poziom gry utrzymała tylko ZAKSA, a trzeci słaby w wykonaniu obu ekip. W naszej drużynie na wyróżnienie zasłużył tylko Rafał Sobański, jedyny który jeszcze próbował i był wstanie coś ugrać w ataku. Rozczarował Gert Van Walle, który jako obcokrajowiec właśnie w takim meczu powinien być motorem napędowym drużyny. Zabrakło u nas również gry na środku siatki i to zarówno w ataku i bloku, tu też wyszły na wierzch słabsze warunki fizyczne naszego zespołu w porównaniu do kędzierzynian. No cóż… trzeba po takim meczu (nie lubię tego określenia, które powtarzane jest w wielu dyscyplinach sportu) wyciągnąć wnioski i szykować się do kolejnych wyzwań, tym razem w postaci gry u wicemistrza Polski z Rzeszowa.

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 7 meczach  (23 sety)

Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u z trwały 602 minuty, z czego I set 181 min. – II set 193 min. – III set 179 min. – IV set 49 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 144: zagrywka 82, atak 36, siatka + inne 26.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 162: zagrywka 96, atak 51, siatka 6, inne 9.

Ilość zdobytych punktów – GKS 365: Kapelus 81, Van Walle 66, Kalembka 48, Butryn 44, Sobański 37, Błoński 35, Krulicki 30, Falaschi 14, Pietraszko 9, Stelmach 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 115: Van Walle 20, Kapelus 19, Błoński 15, Butryn 15, Kalembka 14, Sobański 12, Krulicki 10, Falaschi 7, Pietraszko 2, Stelmach 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 250: Kapelus 62, Van Walle 46, Kalembka 34, Butryn 29, Sobański 25, Błoński 20, Krulicki 20, Pietraszko 7, Falaschi 7.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 134: Kapelus 43, Van Walle 40, Kalembka 20, Butryn 19, Krulicki 9, Falaschi 6, Błoński 5, Pietraszko 1, Sobański 1, Stelmach 1, Fijałek -3, Mariański -8.

Ilość zagrywek – GKS 510: Kapelus 83, Kalembka 74, Van Walle 72, Falaschi 68, Krulicki 65, Błoński 51, Sobański 42, Butryn 33, Pietraszko 18, Fijałek 4.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 96: Kalembka 17, Sobański 14, Błoński 12, Krulicki 12, Butryn 10, Falaschi 7, Van Walle 7, Pietraszko 7, Kapelus 7, Fijałek 3.
Ilość asów serwisowych – GKS 29: Błoński 6, Sobański 6, Butryn 4, Van Walle 4, Krulicki 3, Kalembka 3, Kapelus 2, Falaschi 1.

Ilość przyjęć – GKS 452: Kapelus 168, Mariański 104, Sobański 99, Błoński 76, Falaschi 2, Kalembka 1, Krulicki 1, Pietraszko 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 27: Mariański 8, Sobański 7, Kapelus 6, Błoński 4, Krulicki 1, Falaschi 1.
Przyjęcie negatywne i perfekcyjne – GKS 180: Kapelus 62, Mariański 49, Sobański 43, Błoński 24, Falaschi 1, Kalembka 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 17%: Mariański 25%, Sobański 16%, Kapelus 15%, Błoński 11%.

Ilość ataków – GKS 650: Kapelus 174, Van Walle 128, Butryn 78, Sobański 73, Błoński 67, Kalembka 61, Krulicki 39, Falaschi 14, Pietraszko 14, Stelmach 2.
Ilość błędów w ataku – GKS 51: Kapelus 10, Van Walle 9, Błoński 8, Butryn 8, Kalembka 6, Krulicki 5, Sobański 4, Pietraszko 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 57: Kapelus 15, Sobański 11, Van Walle 10, Butryn 7, Błoński 6, Kalembka 5, Krulicki 3.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 283: Kapelus 73, Van Walle 57, Butryn 35, Kalembka 33, Sobański 27, Błoński 27, Krulicki 18, Falaschi 6, Pietraszko 6, Stelmach 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 44%: Kalembka 54%, Stelmach 50%, Krulicki 46%, Van Walle 45%, Butryn 45%, Falaschi 43%, Pietraszko 43%, Kapelus 42%, Błoński 40%, Sobański 37%.


Ilość bloków punktowych – GKS 53:
Kalembka 12, Krulicki 9, Falaschi 7, Kapelus 6, Van Walle 5, Butryn 5, Sobański 4, Pietraszko 3, Błoński 2.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 6: Błoński 3, Sobański 2, Falaschi 1.
MVP – GKS 3: Błoński 1, Kapelus 1, Sobański 1.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga