Dołącz do nas

Piłka nożna

Żelazna obrona, ale…

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Dla nikogo nie jest niespodzianką stwierdzenie, że GKS Katowice jest tak wysoko dzięki małej liczbie straconych bramek. Nasz zespół grał w rundzie jesiennej bardzo dobrze w defensywie i często akcje rywali tłumione były już w zarodku, a jeśli przeszły dalej – na posterunku byli obrońcy czy bramkarz. Naprawdę nieraz bardzo dobrze oglądało się mecze, w których rywale nie mieli za bardzo pomysłu, jak przedrzeć się pod naszą bramkę. Popełnialiśmy jednak też błędy (całą masę), ale kilkukrotnie dopisało nam szczęście.

Prawa obrona
Królestwo Alana Czerwińskiego. Trener Jerzy Brzęczek postawił na zawodnika na tej flance i odwdzięczył się on bardzo dobrą grą na jesieni. Jak ważna jest specyfika gry bocznego obrońcy pokazał mecz Pucharu Polski w Radomiu, kiedy to Alan pauzował za kartki, a trener zdecydował się na karkołomne rozwiązanie z Mateuszem Kamińskim na prawej stronie. Kamyk nie potrafił się odnaleźć, widać było, że to miejsce mu nie służy, nie potrafił kompletnie włączyć się do ofensywy, miał problem z ustawieniem. Kto wie, czy mecz w Radomiu nie był najgorszym Kamyka na jesieni? Jeśli tak, to tylko przez fakt występowania na innej pozycji niż jego nominalna. Na ligę wrócił już Czerwiński i spisywał się nieźle w pierwszych kolejkach, choć rewelacji wielkiej nie było. W trzeciej kolejce z Chojniczanką na tle średnich kolegów wyglądał bardzo dobrze. To co już wtedy mogliśmy zaobserwować – a co miało konsekwencje w dalszej fazie sezonu – to rajdy prawym skrzydłem kończone celowymi zagraniami po ziemi, wprost do partnera, a nie na pamięć. To co było natomiast złe w poprzednich sezonach, tym razem Alan sprowadził do jednego meczu (na szczęście!), gdzie zawalił wszystko co się dało. W Olsztynie zaliczył dwa koszmarne błędy, straty, po których rywale mieli najpierw rzut karny, a potem nasz bramkarz dostał czerwoną kartkę. Irytowaliśmy się zwłaszcza po tej pierwszej sytuacji, bo Alan zaraz po niej pobiegł zmienić buty… Ale potem było już tylko lepiej, choć rozkręcał się mozolnie. Świetny mecz zaliczył ze Zniczem Pruszków, gdzie miał – jak to powiedział Grzegorz Goncerz – „tory kolejowe” na skrzydle. Biegał szybko, podawał celnie, miał udział przy bramkach. Tak samo rewelacyjnie grał w bardzo trudnym dla nas meczu z Wisłą Puławy.

Po pauzie kartkowej w meczu ze Stalą Mielec Alan wrócił na spotkanie z GKS Tychy. Trochę go jeden mecz straty wytrącił z rytmu i nie do końca mógł wejść w to, co się działo na boisku. Wkrótce zaczął grać średnio, poprawnie w defensywie, ale już bez udzielania się z przodu. Jego udział w akcjach ofensywnych zmniejszył się na kilka kolejek. Na swoje tory wrócił w meczu w Kluczborku. W Bytowie było słabo, w Suwałkach zagrał w pomocy. W ostatnim meczu z Chrobrym było już słabo, piłkarz nie do końca radził sobie z ruchliwymi zawodnikami gości.

Osobnym elementem u Alana są stałe fragmenty gry. Owszem – zawodnik zaliczył kilka niezłych dośrodkowań z rzutów wolnych czy rożnych i padały z tego bramki, ale… No właśnie. W przekroju rundy miał on dziesiątki stałych fragmentów i były one bite bardzo źle, na co nieraz zwracaliśmy uwagę. Alan to nie jest specjalista od stałych fragmentów – wiadomo, że jak wykona ich sto w rundzie, to trzy asysty zaliczy, ale to zdecydowanie za mało. Niestety nie mamy w drużynie zawodnika, który mógłby go zluzować.

Generalnie to była bardzo dobra runda obrońcy i na razie bijemy się w jedną pierś, bo kiedyś pisaliśmy, że obrońcą on nigdy nie będzie. Trzeba przyznać, że pokazał charakter, wziął się za siebie, gra agresywnie, jest wytrzymały, szybki, myśli na boisku. W drugą pierś jeszcze się nie bijemy, bo trochę mankamentów pozostało. Są mecze, w których gra dość przeciętnie, no i nie wiadomo, czy nauczył się grać przeciw piłkarzom pokroju Maków 😉 W każdym razie skoro piłkarz odpowiada na naszą krytykę swoją postawą na boisku – to możemy tylko pogratulować.

W meczach, w których Czerwiński zagrać nie mógł, zastąpił go Łukasz Pielorz. W meczu ze Stalą Mielec spisał się dobrze. Jak na zawodnika ultradefensywnego potrafił nawet coś zdziałać z przodu. Ogólnie to był bardzo pozytywny występ zawodnika. Gorzej było w Suwałach, gdzie zagrać bardzo słabo i zaliczył kluczowy błąd w meczu, taki który zaważył na wyniku i przebiegu spotkania. Można więc powiedzieć, że jako prawy obrońca spisał się 50/50.

Środkowi obrońcy
Tutaj założeniem od początku było występowanie duetu Mateusz Kamiński – Oliver Prażnovsky. Ta para zaczęła grać ze sobą rok temu jesienią i wyglądało to bardzo dobrze. Zwłaszcza Oli z marszu stał się liderem. Grał także wiosną (już nieco słabiej), a kilka ostatnich kolejek poprzedniego sezonu miał z głowy. O ile Kamyk był, jest i będzie najważniejszą postacią w obronie, to postawa Olivera pozostawiała wiele do życzenia, aż do tego stopnia, że zdenerwowany trener Brzęczek potrafił odstawić go od składu.

Kamiński był prawdziwą ostoją defensywy, grał znakomicie. Słabszy moment zdarzył się na początek, na mecz z Wigrami, kiedy to fakt, że bramkę straciliśmy po stracie w środku boiska, ale jednak obaj stoperzy byli ustawieni bardzo wysoko, do tego nie złapali rywala w pułapkę ofsajdową. Od Chrobrego było już lepiej i praktycznie co mecz chwaliliśmy zawodnika za kapitalną postawę. To co wyprawiał w meczu z Wisłą Puławy było klasą samą w sobie. Goście szybko zdobyli prowadzenie, ale gdyby nie Mateusz do przerwy przegrywalibyśmy kilkoma bramkami. Interweniował w taki sposób, w w który przeciętny obrońca by nie potrafił. Niestety zarobił czwartą żółtą kartkę i musiał pauzować w Legnicy. Po powrocie już tak rewelacyjnie nie było, ale nadal było dobrze. Zwróciliśmy uwagę na jego postawę w Kluczborku, gdzie niby MKS nie atakował, jednak Kamyk swoimi interwencjami przerywał akcje rywali, gdy tylko pomyśleli o ofensywie. W końcówce rundy było już odrobinę gorzej – średni mecz w Bytowie i chyba najsłabszy w tym roku – w Suwałkach. Z Chrobrym nie grał ze względu na ósmą żółtą kartkę.

To co szwankuje u Kamyka to… skuteczność. Piszemy to oczywiście żartobliwie, faktem jednak jest, że kiedyś bramka na rundę była standardem. Obecnie zawodnik ma pecha pod bramką rywali i mimo, że sytuacji ma sporo, to zawsze brakuje odrobiny szczęścia, jak choćby w Bytowie. 56 meczów bez gola – taki jest obecnie bilans Kamyka. Jego udział przy stałych fragmentach jest bardzo ważny, a wyćwiczone przedłużanie piłki po wrzutach z autu Dawida Abramowicza – lekkim znakiem firmowym GieKSy. Szkoda akcji w ostatniej minucie meczu ze Stomilem, kiedy huknął z woleja, ale bramkarz cudem obronił ten strzał.

Co do Prażnovskyego, to w większości meczów grał od pierwszej minuty. Podobnie jak Kamyk, meczu z Wigrami nie mógł zaliczyć do udanych. Niestety już od początku sezonu pojawiała się u niego nerwowość, niepewność i dziwne interwencje. Dobre zachowania na boisku również miał i nieraz udało mu się coś poczyścić, ale w oczy rzucały się błędy. Dopiero w czwartej kolejce nie mogliśmy się przyczepić, nawet mimo sprokurowania rzutu karnego dla rywali. Minusem było to, że w następnej kolejce – z Zagłębiem Sosnowiec – sfaulował w obrębie szesnastki również. Prawie w każdym meczu pojawiały się kiksy mogące skutkować utratą bramki i tylko szczęściu zawdzięczamy, że wychodziliśmy z tego bez szwanku. Nawet w meczu z Podbeskidziem, kiedy strzelił gola, zaliczył jeden spory kiks, a w końcówce po obejrzeniu głupiej drugiej żółtej kartki wyleciał z boiska. Z kolei w spotkaniu z Miedzią jego fatalny błąd w 90. minucie omal nie zakończył się utratą bramki i zniweczeniem całego wysiłku włożonego w doprowadzenie do wyrównania. To już było za wiele dla – i tak bardzo cierpliwego – Jerzego Brzęczka. Szkoleniowiec odstawił zawodnika i w kolejnych czterech spotkaniach Słowak zasiadł na ławce. Ze Stalą i Tychami nie zagrał w ogóle, na ostatni kwadrans wchodził w meczach z Pogonią i Sandecją. Wrócił w meczu z Górnikiem i zaczął grać poprawnie – bez fajerwerków, ale też beż tych kiksów. W Bytowie niestety od początku grał słabo i efektem tego było kilka sytuacji gospodarzy, łącznie z jednym golem. W Suwałach mimo, że nie był głównym winowajcą miał pewien współudział przy dwóch traconych bramkach. Ostatni mecz z Chrobrym był podsumowanie jesieni w wykonaniu tego zawodnika – złe podania, złe ustawienia, kiksy, pomyłki. Fakt, że grał po drugiej stronie niż zazwyczaj tylko częściowo go usprawiedliwiał. Jak można podsumować rundę w wykonaniu Prażnovskyego? Było trochę dobrych momentów, ale liczba kiksów, po których rywale mieli groźne sytuacje była zatrważająca. To istny cud, że GKS nie tracił w tych sytuacjach bramek. Jednak powiedzmy sobie jasno – Oli na ten moment nie gwarantuje spokoju w defensywie, a wręcz przeciwnie – wprowadza nerwowość i elektryczność. Nie skreślamy go, jest zima, zawodnik musi popracować przede wszystkim mentalnie, bo wiemy, że w piłkę grać potrafi – jednak jeśli będzie popełniał takie błędy jak jesienią, rywale na wiosnę będą to wykorzystywać. A wtedy kilka punktów może nam zabraknąć…

Głównym zawodnikiem zastępującym któregoś z wspomnianej dwójki był Damian Garbacik. Pierwszym jego meczem było spotkanie w Radomiu w Pucharze Polski i tutaj na wstępie zawodnik zawalił bramkę, najpierw dał się wyprzedzić rywalowi na kilku metrach, a potem sprokurował rzut karny. Na poważnie przyszło mu zastępować innych od meczu ze Stalą Mielec w 10. kolejce. Zagrał cztery mecze od pierwszej minuty na stoperze i nie mogliśmy mieć do zawodnika zarzutów. Grał pewnie i solidnie, w przeciwieństwie do Prażnovskyego nie popełniał takich byków. Potem Damian jeszcze trochę pograł, ale już nie na środku obrony. Dopiero w starciu z Chrobrym Głogów musiał zastąpić Kamińskiego i nie dość, że zagrał dobrze w obronie, to jeszcze strzelił gola!

W meczu z Miedzią na środku obrony Mateusza Kamińskiego zastąpił – podczas pierwszej pauzy Kamyka – Łukasz Pielorz. Były to solidne zawody tego zawodnika.

Lewa obrona
Lewa strona obrony to było miejsce Dawida Abramowicza. Zawodnik rozegrał w lidze wszystkie mecze w podstawowym składzie i tylko w jednym został zdjęty przez trenera Jerzego Brzęczka przed końcem (w 79. minucie spotkania w Bytowie). Było kilka momentów w rundzie, kiedy występował na lewej pomocy, ale to były epizody. Jeśli chodzi o sam poziom – techniczno-taktyczny – zawodnik był niewiadomą. Wyróżnił się tym, że strzelił pierwszego gola dla GKS w tym sezonie (potem drugiego zaliczył z Olimpią Grudziądz). No i od początku pokazywał, że lepiej gra rękami niż nogami. Jego wrzuty z autu od początku siały popłoch w szeregach rywali. To przynosiło efekty bramkowe – choćby w meczach w Bielsku, Nowym Sączu i u siebie z Chrobrym. Jeśli chodzi o grę defensywną to z czasem dostrzegaliśmy mankamenty. Zawodnik lubi kryć na radar, przez co rywale mają na flance czasem bardzo dużo miejsca – tak naprawdę po Prażnovskym to drugi cud, że nie straciliśmy bramki po takich zachowaniach. Gola powinniśmy stracić w Kluczborku, ale świetnie błąd brata naprawił Mateusz Abramowicz. W Bytowie zamiast ratować sytuację biegł z ręką podniesioną do góry (gdyby nie to, mógłby zapobiec utracie bramki). Z techniką jest bardzo średnio – Dawid czasem potrafi zagrać całkiem dobrą piłkę (jak przy akcji bramkowej z Pogonią), ale generalnie to jest raczej na zasadzie, czy mu się uda.

Dawida incydentalnie na lewej obronie zastępował Damian Garbacik. Nie były to jakieś spektakularne występy, jeśli chodzi o postawę ofensywną i defensywną. W Bytowie jednak zawodnik nie wytrzymał ciśnienia, zarobił dwie głupie żółte kartki i spowodował spory ból głowy trenera na mecz w Suwałkach. Garbacik na stoperze wydaje się być bardziej optymalnym rozwiązaniem.

Podsumowanie
W pewnym stopniu to niesamowite, że straciliśmy tak mało bramek w rundzie jesiennej (a gdyby nie ostatnie trzy mecze to tych goli byłoby jeszcze mniej). Defensywa owszem była bardzo dobra, w wielu meczach żelazna – to trzeba przyznać. Nie tylko obrońcy, ale i defensywni pomocnicy zapewniali spokój w tyłach. A jednak – goli mogliśmy stracić kilka więcej, gdyby nie dopisało nam szczęście po fatalnych interwencjach Prażnovskyego czy – w mniejszym stopniu – błędach Abramowicza.

Pewniakami są Mateusz Kamiński na środku i Alan Czerwiński na prawej stronie. Trzeba przyznać, że obrona grała spokojniej, nie było nerwowości, gdy obok Kamyka występował Damian Garbacik. I jeżeli Oliver nie poprawi swojej jakości, to Damian powinien partnerować Kamykowi na wiosnę. Co do lewej strony, to nie jest ona zła, Dawid Abramowicz daje bardzo dużo zespołowi swoimi kapitalnym wrzutami z autu. Jakichś mega wielkich błędów też często nie popełnia (choć zdarzały się) – pozostaje pytanie tylko, czy umiejętności tego zawodnika na dłuższą metę będą wystarczające. Niech to pytanie pozostanie otwarte i na wiosnę Dawid pokaże, że jednak w nogach ma też dużo jakości!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga