Piłka nożna
Noty i opisy po Chojniczance
GKS Katowice zremisował z Chojniczanką 2:2. To był dobry mecz GieKSy, choć fragmentami było wręcz bardzo dobrze, momentami mieliśmy obronę Częstochowy. Jedni zawodnicy wypadli świetnie, inni nieco zawiedli. Oto jak spisali się poszczególni gracze w starciu z liderem.
Mateusz Abramowicz – 7
Co by było, gdybyśmy nie mieli w bramce Mateusza? Prawdopodobnie byśmy to spotkanie przegrali. Swoimi kapitalnymi interwencjami kilkukrotnie ratował nasz zespół. Zawodnik nic nie stracił z jesiennej formy, dalej broni znakomicie. Puścił dwa gole, przy czym przy pierwszym zabrakło centymetrów, aby złapał tę piłkę jeszcze na linii bramkowej.
Alan Czerwiński – 6
Nie jego stroną była przeprowadzana większość ataków Chojniczanki, nie jego stroną także dominowaliśmy w akcjach ofensywnych. Mecz Alana był solidny, bez większych zastrzeżeń, ale warto zapamiętać rajd z 90. minuty, kiedy to zmęczony zawodnik ostatkiem sił przebiegł 70 metrów, nie stracił piłki i dał się sfaulować pod polem karnym przeciwnika. Niezłe centry z rogów.
Mateusz Kamiński – 6
Do pewnego momentu grał bardzo dobrze i pewnie, potem, gdy atakowała Chojniczanka wydawał się momentami zagubiony. Bezpośrednio nie jest odpowiedzialny za utratę bramek, ale widać było, że szybkie ataki sieją popłoch w całych szeregach defensywnych. Dobra asekuracja w pierwszej połowie i wybicie piłki sprzed bramki. Szkoda sytuacji w końcówce, mógł strzelić zwycięską bramkę.
Tomasz Wisio – 5
Przeciętny debiut zawodnika, przy akcjach Chojniczanki wydawał się nie do końca nadążający za wydarzeniami na boisku. Nie można powiedzieć, że był ostoją naszego zespołu. Zawodnik musi jednak zagrać o poziom wyżej, abyśmy mieli pewność, że jest wzmocnieniem.
Dawid Abramowicz – 6,5
Przy drugim golu rywali nie stał chyba tam, gdzie powinien, co zresztą sam podkreślił. Poza tym było zadziwiająco dobrze, akcje w ofensywie były przemyślane, sensowne i stwarzające zagrożenie. To po jego podaniu/strzale Biernat wpakował piłkę do własnej siatki. Rozwija wrzuty z autu, które są coraz groźniejsze. Bardzo dobrze.
Tomasz Foszmańczyk – 5,5
Niewiele efektywnego pokazał w tym meczu, poza oczywiście asystą do Prokića przy golu. Wymagamy od Fosy dużo więcej, więcej jakości, pomysłu, rozegrania, kreatywności.
Bartłomiej Kalinkowski – 6
Do 35. minuty bardzo dobre spotkanie, potem wraz z Zejdlerem stracili panowanie nad tym, co się dzieje na boisku i różnie to było. Miał okazję z dystansu. Ogólnie mecz można podzielić na okres dobrej gry i słabszej.
Łukasz Zejlder – 6
Podobnie jak Kali, początkowo zapora nie do przejścia (prawie), potem gorzej. Próba rozgrywania, tradycyjnie z mniejszym bądź większym skutkiem.
Kamil Jóźwiak – 7
Debiut należy ocenić bardzo pozytywnie. Może momentami brakowało dokładności, ale szybkość tego zawodnika i pomyślunek podobają się. Kapitalnie zachował się wyprowadzając kontrę na 2:0, wcześniej wyprowadzając jednym zwodem dwóch rywali w pole. Szkoda, że zszedł z boiska, bo był jednym z lepszych i brakowało go w końcówce.
Grzegorz Goncerz – 5
No niestety Gonzo na wiosnę, to Gonzo z jesieni, czyli na razie cień zawodnika. Poza jednym błyskiem – podanie do Abramowicza przy drugiej bramce – nie pokazał nic godnego uwagi. W jednej sytuacji w polu karnym dał się mocno przepchnąć rywalowi, który doszedł do główki i oddał strzał. Kapitan został zmieniony stosunkowo szybko i to dla niego zapewne sygnał, że musi poprawić jakość gry.
Andreja Prokić – 7
W końcu… Przekuł świetną formę strzelecką w sparingach na ligę. Aktywny, szukający gry, jak taran dochodzący do piłki. Wykończenie akcji bramkowej – palce lizać. Miał też jedną znakomitą sytuację po wrzucie z autu Abramowicza. Brawo Andreja!
Damian Garbacik (grał od 59. minuty) – 5
Wszedł na lewą obronę i nie był to najlepszy pomysł trenera Brzęczka. Damian grał przeciętnie, by nie powiedzieć kiepsko. Jesienią świetnie spisywał się na stoperze, ale bok obrony to nie była jego ulubiona pozycja i to potwierdziło się w Chojnicach.
Mikołaj Lebedyński (grał od 62. minuty) – niesklas.
Bardzo dobra zmiana, zawodnik aktywny, widoczny, sensownie rozgrywający piłkę. Szkoda sytuacji, w której strzelił w słupek. Chyba przybliżył się do pierwszego składu.
Adrian Frańczak (grał od 72. minuty) – niesklas.
Powrót zawodnika bardzo przeciętny. Potrzebuje chyba jeszcze czasu na ogranie się. Adrian ma ten problem, że zdarza mu się niepotrzebnie faulować w pobliżu pola karnego i tak było i tym razem (choć to się nie tyczy tylko jego). Czekamy na powrót do optymalnej formy.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


antyGrzyb
5 marca 2017 at 10:17
Mimo ze rzaczej zawsze za wysoko oceniacie to dzis calkiem fajnie wam wyszlo lepiej niz pilkarzom. Ale zeby dodac blasku to Wisio to ocene bardziej na zachete niz za prace. Dla mnie najgorszy zawodnik na boiskui szkoda ze musial debiutowac w tak waznym meczu
kibic
5 marca 2017 at 12:26
niestety oceny wiekszosci zawysokie i to o duzo,Wisio,Gonzo,Fozmanczyk do tego bledne zmiany i postawienie na obrone wyniku,czesci zawodnikom czesly sie nogi i wybijali na oslep chyba nie oto chodzilo,ale to poczatek sezonu i nie wolno krytykowac tylko czekac na kolejny mecz i poprawe gry,liczy sie tylko jeden cel i mam nadzieje ze styl jak i jakos gry z meczu na mecz bedzie lepsza
Irishman
5 marca 2017 at 13:13
Jeśli przyjąć, że oceniamy w skali od 5 do 10 (bez ocen od 1 do 4) to bym się ewentualnie zgodził. Bo jeśli uważacie, że 5 to ocena przeciętna czyli nic nie pokazał ale też nic nie zepsuł to… totalnie w kilku przypadkach chyba oglądaliśmy inne mecze.
A jakby sobie tak Wisio albo Gonzo siedli na murawie i przesiedzieli cały mecz to tez by dostali 5, bo nic nie pokazali ale też nic nie zepsuli?
Od razu napiszę, że w jednego i w drugiego bardzo wierze ale wczorajszy mecz delikatnie mówiąc im nie wyszedł, co niestety nie miało odzwierciedlenia w Waszych notach, z którymi dotąd się z reguły zgadzałem.
Irishman
5 marca 2017 at 13:19
Podobnie z notą 5 dla Garbacika, którego jednak tłumaczy to, że nie grał na swojej pozycji i tylko Brzęczek nie wiedzieć czemu uparł się wstawiać go na lewa obronę. A Garbacik wczoraj spokojnie mógł przecież wejść za Wisio dzięki czemu zostałby Jóźwiak rozgrywający dobre zawody. Kto wie jakby to się skończyło, gdyby Garbacik uspokoił nasza grę na stoperze, a Jóźwiak z Prokiciem i Lebedyński kontrowaliby odkrywających się chojniczan.
hajna
5 marca 2017 at 14:00
Kto kupił to drewno o nazwie Wisio to cud iż drużyna wywalczyła remis grając praktycznie w 10 bo Wisio stworzył kilkanaście okazji dla Chojnic.To że J.Brzęczek zdjął jednego z najlepszych zawodników w tym meczu wprowadzając Garbacika wprowadziło niesamowity zamęt w drużynie no ale dla mnie Brzęczek był i zostanie trenerem 3 ligowym przez którego decyzje GKSa straciła kolejne punkty.Oby Olivier wrócił do defensywy bo Wisio to dno a Garbacikowi brak szybkości wyglądał jak ktoś przetrenowany.
Irishman
5 marca 2017 at 17:34
Spokojnie, Wisio jeszcze nam się bardzo przyda. Tylko musi wejść w rytm meczowy, dojść do formy. Wystawiać go w meczu z takim przeciwnikiem było dość ryzykowne, a już zostawić go na boisku do końca meczu i przy tym postawić Garbacika na lewą obronę… po prostu nie wiem jak nazwać, bo cisną się do ust najostrzejsze słowa!
Mam nadzieje, że trener rozumie jak krańcowo zaryzykował i więcej już tego nie zrobi, bo takimi nieodpowiedzialnymi eksperymentami może po prostu przegrać awans.
tomek
5 marca 2017 at 20:38
goncerz i wisio najslabsi na boisku. Kiedy gonzo siadzie w koncu na lawie
Matti
6 marca 2017 at 07:49
Morał z tego meczu taki że Gonzo, Wisio na ławę w następnym meczu. Za Gonza Foszmańczyk powinien grać bo na skrzydle jest mało efektywny. To jest człowiek środka pola. Ponadto w mojej opinii Garbacik jest lepszy od Wisio i to on powinien grać z Kamińskim. Niestety ale od 40 minuty straciliśmy środek pola Zejdler i Kalinkowski zagrali bardzo słabo. Wydaje mi sie że kondycyjnie nie wytrzymali tempa meczu.