Dołącz do nas

Felietony

Takimi meczami robi się awans! Brawo piłkarze!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jesteśmy już po ligowej inauguracji – GieKSa zremisowała na wyjeździe z liderem – Chojniczanką Chojnice. Po ponad 3-miesięcznej przerwie spodziewalibyśmy się spokojnego i stopniowego wprowadzania w piłkarskie emocje, a tymczasem już na sam początek dostaliśmy kawał futbolu, mecz pełen dramaturgii, zapierający dech od pierwszej do ostatniej minuty, kapitalne widowisko.

Trudno ten mecz jednoznacznie ocenić, opisać. Okoliczności były na tyle zmienne, że problemem jest określenie, czy z remisu należy się cieszyć czy być rozczarowanym.

W kontekście początku meczu i prowadzenia 2:0 oczywiście można czuć spory niedosyt. Katowiczanie grali po profesorsku, oprócz strzelonych goli mieli też kilka innych sytuacji, gospodarze natomiast nie potrafili złapać swojego rytmu. Można było odnieść wrażenie, że Chojniczanka to już wiosną może nie być to. W pewnym momencie to GKS był bliższy strzelenia trzeciej bramki niż gospodarze pierwszej.

Z drugiej strony, gdy gospodarze ów rytm złapali i zaczęli nacierać ze zdwojoną siłą, w sumie w jakiejś piłkarskiej furii, to piłkarze Jerzego Brzęczka znaleźli się w opałach. I nie trwało to 15-20 minut, ale praktycznie przez końcówkę pierwszej i całą drugą połowę. Dwukrotnie nie udało się uniknąć utraty bramki, ale mieliśmy też masę szczęścia, że piłkarze z Chojnic nie zdołali wyjść na prowadzenie. Ilość stałych fragmentów gry, które mieli, dodatkowo po prawie każdym kotłowało się pod naszą bramką, była tak znacząca, że ostatecznie po końcowym gwizdku mogliśmy odetchnąć z ulgą.

No właśnie – stałe fragmenty. Zdecydowanym mankamentem naszego zespołu było tak częste prokurowanie rzutów wolnych w niedalekiej odległości od pola karnego. Widząc, jak groźni są przeciwnicy w tym aspekcie, naprawdę trzeba było robić wszystko, byle tylko nie sfaulować. Oczywiście, że to jest piłka i czasem uniknąć się tego nie da, ale praktycznie co 3-4 minuty mieliśmy w tym temacie zagrożenie i na pewno przy większej koncentracji można było tego uniknąć.

Umówmy się – napisaliśmy, że Chojnice ruszyły z furią i to jest fakt, ale faktem też jest, że z akcji zbyt wielu okazji pod naszą bramką sobie nie stworzyli. 80 procent zagrożenia było właśnie po stałych fragmentach. Dlatego też być może można było odpuścić faul, a spróbować odebrać piłkę w inny sposób. Tak, wiem – łatwo się mówi, ale jest to temat, nad którym można popracować. Słabsze ekipy, które nie będą miały wielkich umiejętności, mogą na takie rzuty wolne polować – a czasem jeden taki gol może przesądzić o losach meczu.

Tak naprawdę to, że obraz gry się zmienił dość diametralnie pod koniec pierwszej połowy ma swoje dwa powody. Pierwszym jest jakieś osłabienie naszego środka pola – coś co funkcjonowało perfekcyjnie przez tyle minut, przestało funkcjonować. Bartłomiej Kalinkowski i Łukasz Zejdler rządzili środkiem boiska, ale w pewnym momencie te rządy oddali przeciwnikowi i nie potrafili się przeciwstawić. No ale z drugiej strony właśnie – ten przeciwnik to naprawdę bardzo dobry zespół, klasowa i poukładana drużyna. Można więc snuć wizję, że lider, który przegrał 1 na 19 meczów, będzie u siebie przez 90 minut stłamszony i nie będzie w stanie pisnąć słówka. Jednak bardziej prawdopodobne było to, że w pewnym momencie się obudzi i spróbuje grać swoje. Tak się stało i naprzeciw GieKSy od pewnego momentu stanął poważny rywal w walce do awansu i po prostu klasowy zespół. W tym kontekście, te mityczne od wczoraj „35 minut”, podczas których zdominowaliśmy lidera na jego terenie, należy uznać za wielki sukces i bardzo ważny, optymistyczny prognostyk na następne mecze.

Tak, to prawda, że GKS stosował przez długi czas obronę Częstochowy. Po rzutach wolnych rywali gubili się nasi obrońcy w polu karnym, momentami nie za bardzo wiedząc, co się dzieje. Ale znamy przykłady remontad z zagranicznej, ale też naszej piłki. Na czele z przykrą sytuacją z Sosnowca z poprzedniego sezonu. Więc tutaj z wszelkimi prawidłami piłki bardzo realne było to, że Chojnice ukłują nas znów i wygrają to spotkanie. Tymczasem nawet z tak beznadziejnej momentami sytuacji udało nam się wyjść obronną ręką i dociągnąć remis do końca, a dodatkowo stworzyć sobie w końcówce kilka sytuacji, po których my ostatecznie mogliśmy wygrać to spotkanie.

Jeśli chodzi o zawodników, to kilku pokazało się ze świetnej strony, niektórzy jednak zawiedli. Jak zwykle ostoją był Mateusz Abramowicz, który bronił świetnie i z dużym szczęściem. Ciężko było uniknąć utraty bramek, ale w kilku innych sytuacjach spisał się świetnie. Alanowi Czerwińskiemu musimy pamiętać sytuację z 90. minuty, kiedy na dużym przecież zmęczeniu poszedł na szybkości do przodu, z rywalem na plecach i nie dał sobie odebrać piłki, zostając ostatecznie sfaulowanym blisko pola karnego rywala. Bardzo dobrze zagrał Dawid Abramowicz, który od jesieni podniósł poziom swojej gry o półkę wyżej. Dodatkowo naprawdę robi patent z tych swoich autów, które są groźniejsze niż rzuty rożne. Mamy w pamięci najdłuższy chyba wyrzut z autu w historii – w pierwszej połowie był on tak mocny, że piłka spadała na ziemię gdzieś już poza dalszym słupkiem! No i zrobił bramkę na 2:0. Pochwalmy też debiutanta Kamila Jóźwiaka, który zapoczątkował świetną kontrę przy golu na 1:0, a swoją szybkością mógł zaimponować. Andreja Prokić – w końcu się przełamał, ale nie tylko o gola chodzi. Widać było, że ma pewność siebie, że to już inna jakość. Choć to wykończenie akcji bramkowej – miód, malina.

Kto zawiódł? Niestety ci, od których wymagamy najwięcej. Grzegorz Goncerz niestety przypominał tego Gonza z jesieni, niewidocznego, bezradnego, nieefektywnego. Trener zdjął kapitana po godzinie gry, a wprowadzony Mikołaj Lebedyński spisał się dużo lepiej. Więcej też obiecaliśmy sobie po Tomaszu Foszmańczyku, który swoim doświadczeniem powinien uspokoić grę w momentach naporu Chojniczanki. Ze strony Fosy niestety też to wyglądało dość słabo w starciu z liderem. Nie do końca zrozumiałe było wprowadzenie Damiana Garbacika na bok obrony – zawodnik spisał się dość kiepsko – nie wiemy, jakie były motywy zmiany Jóźwiaka, ale więcej na tej zmianie młodzieżowca straciliśmy niż zyskaliśmy. O Tomaszu Wisio na razie się nie wypowiadamy, nie był to zdecydowanie wybitny mecz, ale dajmy mu chwilę na wejście do zespołu i oceniać będziemy mogli po kilku spotkaniach. Najważniejsze, że bramki żadnej nie zawalił.

Dla postronnego obserwatora to musiało być świetne spotkanie. Sytuacja zmieniająca się – zarówno jeśli chodzi o wynik, jak i sytuację boiskową, przewagę jednych bądź drugich, no i trzy kontrowersje związane z przekroczeniem linii bramkowej. Kibice to lubią, to wywołuje emocje, które przecież w piłce są ogromne. Tak jak napisane było wcześniej, na przystawkę ligi dostaliśmy danie główne. Porównując to spotkanie do na przykład piątkowego starcia Górnika z Tychami, można powiedzieć, że w Chojnicach była ekstraklasa, a przy Roosevelta trzecia liga. Tak bardzo różniły się te mecze poziomem piłkarskim i natężeniem emocji.

Malkontentów wśród kibiców GieKSy nie brakuje i nawet po takim meczu, jak wczorajszy, pojawi się jeden z drugim, który zespół zjedzie z góry do dołu, będzie się też doszukiwał pozasportowych aspektów decydujących o tym, że GKS tego meczu nie wygrał. Jakkolwiek nieraz się z piłkarzami nie zgadzamy, to mamy nadzieję, że oleją niektóre kretyńskie opinie i będą robić swoje.

Nie wszystkie mecze się wygrywa i każdej drużynie na świecie zdarza się stracić dwubramkową przewagę. Czasem to są najlepsze drużyny świata, a prowadząc 2:0 remisują 2:2 z ogórkami z ogona tabeli. Kilka lat temu Chelsea w FA Cup prowadziła z Bradford 2:0, a przegrała 2:4. U siebie. Z ekipą z ligi czy dwóch lig niżej.

Spotkanie w Chojnicach miało swoje zwroty akcji – można było wygrać, ale równie dobrze mogliśmy przegrać. Wynik 2:2 jest absolutnie sprawiedliwy dla obu stron. Dla nas najważniejsze powinno być to, że po wielu latach nieudanych inauguracji – pokazaliśmy klasę. Przypomnijmy sobie choćby starcie z Arką przy Bukowej sprzed roku. Nie mieliśmy nic do powiedzenia i w słabym stylu przegraliśmy 0:2.

Tym razem było inaczej – pokazaliśmy, że możemy tą ligą rządzić. GKS pokazał bardzo duży potencjał, być może nawet większy niż jesienią. Mecz, którego wszyscy się obawiali, okazał się bardzo trudny, ale taki, który można było wygrać. Nie jest winą naszego zespołu, że tak się nie stało. Nasi zawodnicy zrobili wszystko jak należy – i oby tak dalej. Kibice, którzy byli w Chojnicach widzieli to doskonale – była walka, był wysoki poziom i ostatecznie cenny rezultat. Nie pozostaje nic innego, jak czekać z niecierpliwością na piątkowy mecz ze Stomilem. Jeśli nasz zespół będzie grał swoje – powinien to spotkanie wygrać.

I jeszcze jedno zdanie na temat spotkania w Chojnicach. Remis 2:2 z liderem na wyjeździe? Takimi meczami robi się awans!

8 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

8 komentarzy

  1. Avatar photo

    Kibol

    5 marca 2017 at 18:36

    No to reasumując fajna gra ogólna na poziomie wicelidera z liderem ale OBRONA KATASTROFA KONDYCJA KATASTROFA i to wszystko !

  2. Avatar photo

    Jooo

    5 marca 2017 at 18:37

    Wisio już czuję że to wielki niewypał ale dam mu szansę jeszcze jednego meczu ale i tak będzie drewnem

  3. Avatar photo

    PAKEr

    5 marca 2017 at 19:01

    spokojnie, to inauguracja rundy, którą rok w rok przegrywaliśmy-tym razem było inaczej. trzeba wierzyć, że wnioski zostaną wyciągnięte i w następnym meczu piłkarze będą lepiej przygotowani kondycyjnie.

  4. Avatar photo

    tomek

    5 marca 2017 at 20:32

    Niestety zespol sprawia wrazenie jakby nie mial sil. Czyzby zle przygotowanie kondycyjne

  5. Avatar photo

    fan -club Dortmund

    5 marca 2017 at 21:23

    ze stomilem tylko wygrana…nie mozna liczyc ze inni beda sie potykac ,a tam do 8 miejsca jest gesto jak cholera…2 wpadki i moze byc po awansie…

  6. Avatar photo

    Irishman

    6 marca 2017 at 04:12

    Kapitalne widowisko????? Na pewno były kapitalne emocje ale sam poziom gry w naszym wykonaniu, choćby w stosunku do tego jak potrafiliśmy uporządkować grę na jesieni i dominować rywali (dla przykładu choćby w Bielsku) zdecydowanie na minus. Na szczęście to dopiero pierwszy mecz i tym bardziej dlatego trzeba docenić punkt przywieziony z trudnego terenu. ALE GRĘ TRZEBA ZDECYDOWANIE POPRAWIĆ JEŚLI CHCEMY AWANSOWAĆ!

  7. Avatar photo

    Larry

    6 marca 2017 at 12:19

    Ja się cieszę że z Chojniczanka mamy lepszy bilans bezpośrednich spotkań

  8. Avatar photo

    bce

    6 marca 2017 at 14:09

    Chłopy dajcie Wisio szanse 2-3 mecze i będzie dobrze. Muller jakoś w Bayernie nie gra po profesorsku jak kiedys i nikt go nie skresla. Jóźwiak ogien w nogach.
    Lebek teraz od początku powinien wyjść a Gonzo ława.
    Budziłek dobry bramkarz. Nowaka sie pozbyć i Budziłka z powrotem na Bukową. Mamy wtedy duet najlepszych bramkarzy.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga