Dołącz do nas

Felietony

Psychoterapia tego zespołu potrzebna NA JUŻ!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

To miał być mecz o sześć punktów i rzeczywiście takim był. Z tym że GKS Katowice przystępował do spotkania z lepszej pozycji mentalnej. Nasz zespół był co prawda po dwóch remisach w meczach, w których prowadził – ale to Zagłębie poniosło sromotną klęskę 0:5 w Nowym Sączu. To Zagłębiu zarzucano brak ambicji i zaangażowania. Po Zagłębiu przejechano się w mediach. Nawet prezes Marcin Jaroszewski zarzucił brak ambicji piłkarzom, a jak wiemy – nie ma dla piłkarza większej obrazy niż taki zarzut.

Na lepszy moment GieKSa więc trafić nie mogła. Zagłębie było rozbite, nasz zespół był podrażniony. Dwa remisy w wygranych meczach musiały powodować złość u naszych zawodników. Pojawiały się przewidywania, że GieKSa tu się odkuje i w końcu odniesie zwycięstwo nad ograbionych ze swoich mentalnych atutów przeciwnikiem. Oczywiście obawialiśmy się tego spotkania, bo wiadomo było, że za darmo trzech punktów nie dostaniemy, a Zagłębie to nadal dobra drużyna, z dobrymi zawodnikami. Można było spodziewać się trudnego meczu, ale po cichu liczyliśmy, że dobra gra z poprzednich meczów się powtórzy, nie powtórzą się natomiast fatalne błędy i wyłączenie prądu. Po cichu liczyliśmy, że GieKSa zdominuje rywala na jego terenie. Nawet były trener Zagłębia Artur Derbin rozgłaszał przed meczem, że lepiej GieKSa trafić nie mogła…

I pierwszą połowę mogliśmy oglądać z wielką przyjemnością. GieKSa rządziła na boisku i pokazywała Zagłębiu, na czym polega futbol. Dobrze patrzyło się, jak katowiczanie rozklepują obronę rywala i stwarzają sobie raz po raz dogodne sytuację. No niestety jednak… tradycyjnie fatalnie pudłowaliśmy. Dwóch okazji nie wykorzystał Lebedyński, w tym jednej setki. Dwie bardzo dobre miał Prokić – niecelnie. Foszmańczyk dostaje prezent od bramkarza i ma sto lat na strzał, pozwala sobie wybić piłkę. Jóźwiak przeprowadza kapitalny rajd – również mając czystą pozycję daje się wytrącić rywalowi. No ale są te sytuacje na pęczki. Świetnie gra Kalinkowski, Fosa rozdziela piłki, dostosowuje się do dobrego poziomu rekonwalescent Frańczak… Bramka jest tylko kwestią czasu.

Naprzeciw mamy Zagłębie. Stłamszone, bezradne, w wielkim kryzysie. Kryzys ten od pierwszego gwizdka jeszcze się pogłębił. Nie wychodzą im proste zagrania, notorycznie tracą piłki na własnej połowie, nie wiedzą, co się wokół nich dzieje. Dwudziesta któraś minuta i pierwsze okrzyki z trybun „kurwa mać, Zagłębie grać”. Z każdym zagraniem i z każdą akcją GieKSy frustracja u kibiców narasta, słychać teksty o żenadzie, o wstydzie dla tego klubu, słychać „wypierdalać” krzyczane do niektórych piłkarzy. Zbliża się przerwa, GieKSa totalnie dominuje, brakuje tylko bramki. Jeszcze w doliczonym czasie gry mieliśmy aż dwie sytuacje…

Stop. Przerwa. Schodzących piłkarzy Zagłębia żegna taka kocia muzyka, jakiej nawet na Bukowej chyba nigdy nie widzieliśmy. Schodzi z boiska zespół sfrustrowany, zdołowany, rozbity piłkarsko i mentalnie, zespół, który właśnie osiągnął dno. Na łopatkach. Czekający tylko na wymiar kary. Piłkarskie hospicjum.

Jednak wynik ciągle brzmi 0:0. I tutaj gdzieś pojawia się pierwsza nasza obawa. Nie strzeliliśmy bramki. Mamy doświadczenia z poprzednich meczów, kiedy to GieKSa z niewiadomych przyczyn przestawała grać w piłkę. Nie… To się przecież nie może trzeci raz powtórzyć. Mamy rywali na widelcu, więc trzeba utrzymać po prostu swój styl gry przez kilka minut drugiej połowy i w końcu ta bramka padnie. Jeśli nie zdarzy się katastrofa, wygramy. Grzechem ciężkim byłoby nie wygrać meczu z rywalem, który już nie jest drużyną…

Pierwsza akcja drugiej połowy, mamy piłkę, mamy rzut wolny. Nieudany, ale co tam, gramy swoje. Druga akcja drugiej połowy – Zagłębie robi pierwszą poważną akcję w meczu, dośrodkowanie z lewej strony i gol. Euforia na stadionie – ci którzy wyzywali piłkarzy, teraz padają sobie w ramiona, a my z opadniętymi szczękami nie możemy uwierzyć, w to co się właśnie wydarzyło. Nie mieliśmy prawa stracić tego gola, a już na pewno nie zaraz po przerwie, gdy to nam się gra układa przez cały mecz. Pół biedy jednak, że gola straciliśmy – w końcu cała druga połowa przed nami. Grać swoje i wygrać.

To był dla nas koniec meczu. Nasi zawodnicy w tym momencie opuścili boisko.

Od tego momentu WSZYSCY przestali grać w piłkę. Kalinkowski zaczął grać bardzo nerwowo i notować głupie straty, to samo Abramowicz. Foszmańczyk zaczął psuć każdą akcję. Przebojowy Jóźwiak zniknął i pokazał się tylko raz, aby oddać anemiczny strzał. Lebedyński i Prokić polecieli na inną planetę. Wprowadzenie Goncerza nie zdało się na nic, Gonzo nie zaliczył chyba jednego udanego zagrania. Nasz zespół po prostu przestał istnieć.

Oczywiście, że Zagłębie zaczęło grać trochę lepiej i złapało wiatr w żagle. Ale do jasnej, ciężkiej, pieprzonej cholery my w trzecim meczu z rzędu gramy znakomicie od początku meczu, by po jakimś czasie kompletnie spieprzyć cały włożony wysiłek, tydzień pracy, położyć się na boisku i oddać za darmo punkty rywalom!

To jest po prostu niepojęte – prowadzimy z Chojnicami 2:0 i cudem remisujemy. Gramy z hobbystami z Olsztyna, dla których wycieczka w nasze pole karne to najdalsza podróż w ich życiu i dajemy sobie strzelić dwa gole. W końcu tłamsimy błagających o koniec przygody z piłką graczy z Sosnowca, by ostatecznie dać im spektakularnie zmartwychwstać. Każdy z tych meczów – choć diametralnie inny – ma cechę wspólną. Nasi piłkarze stwarzający wcześniej efektowne, zespołowe lub indywidualne akcje, przestają kopać prosto piłkę, kopią ją za lekko, niedokładnie, nieprecyzyjnie i wywracają się przy próbach. To jest po prostu już zupełnie inny film. A minęło tylko 15 minut czy w poprzednich meczach nawet mniej…

Pisaliśmy o tym, że trzeba doprowadzić do tego, żeby wyrwać przycisk „off”. Niestety – z Zagłębiem to już nie było lekkie naciśnięcie, tylko ktoś po prostu wyrwał kable – i nie było już powrotu.

Ze zdumieniem słucham trenera Brzęczka, który za przyczynę porażki uważa „jedną akcję, pechowy rykoszet” i bramkę, która ustawiła to spotkanie. Naprawdę mamy szczerą nadzieję, że to tylko śpiewka dla mediów. Bo jeśli – nie daj Boże – trener tak naprawdę uważa, to chyba czas zwinąć żagiel z napisem „rejs do ekstraklasy”. Sprowadzanie kwestii tego meczu i naszych problemów do jednej akcji przeciwnika to jakieś totalne nieporozumienie.

W tych trzech meczach powinniśmy mieć siedem punktów minimum. Chojnice rzeczywiście przycisnęły, ale mecze ze Stomilem i Zagłębiem to czyste frajerstwo. Przyznam, że chodząc od 20 lat na GieKSę nie pamiętam, aby zespół w tak krótkim czasie dwukrotnie tak bardzo spartolił mecz. To się po prostu nie mieści w pale – jak mawiał Grzegorz Skwara. Innego cytatu z jego słynnej wypowiedzi lepiej nie przytaczać…

Niestety trener Brzęczek gubi się nie tylko w wypowiedziach. Decyzje kadrowe są mocno dyskusyjne. Usilne wystawianie słabego Wisia, który już zawalił dwa gole. Z Zagłębiem zdjął Lebedyńskiego i Prokića, którzy po przerwie słabo grali, ale jednak mieli szansę jeszcze coś zdziałać – i wprowadzenie Gonza i Cerimagica, którzy nie potrafili zrobić już nic.

Inną sprawą jest skuteczność. Bo kibice mówią na Stomilu i teraz w I połowie, że „tak dobrej, walczącej GieKSy dawno nie widzieli”. Przychylamy się. Tylko dlaczego nie potrafią wcisnąć na 2:0 z leszczami z Olsztyna i choćby na 1:0 z rozbitym Zagłębiem? Pisaliśmy o tych pieprzonych 30 meczach bez trzech goli. Czy naprawdę ten prostokąt jest taki mały? Może potrzebny jest klubowy okulista?

Obrona jako całość – stoi i nic nie robi przez cały mecz (bo przeciwnicy nie atakują), a jak raz trzeba poważniej popracować, to tracimy bramkę. To co było naszym atutem na jesieni, teraz jest piętą achillesową.

Stałe fragmenty gry. Groźne? Jeden z kibiców podliczył – z Chojniczanką 11 rzutów rożnych. Ze Stomilem i Zagłębiem po 13! Co łącznie z autami Abramowicza daje pewnie z 50 takowych! I gdzie te gole do cholery? Rzuty rożne Zagłębie – GKS 1:13. Zagrożenia – w Sosnowcu żadnego.

Niestety po raz kolejny od wielu lat jest to ważny mecz, spotkanie, które może być przełomem, milowym krokiem do lepszego jutra. I my zawsze takie mecze musimy przegrać, a najczęściej we frajerski sposób. Zresztą rok temu w Sosnowcu mogliśmy świetnie się ustawić na zimę i również koncertowo to spieprzyliśmy.

„Ten mecz to esencja kibicowania GieKSie w ostatniej dekadzie. Rozbudzone nadzieje i policzek od życia” – napisał jeden z kibiców. Ciągle od 10 lat to samo, i to samo, i to samo…

Przed rundą pisaliśmy, że będziemy wspierać zespół w trudnych sytuacjach. Ale pisaliśmy też, że będzie krytyka, jeśli na to zasłuży. I tego się trzymamy – i jednego, i drugiego. W najczarniejszych snach jednak nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy. Takiego, że drużyna pokazuje potencjał piłkarski na ekstraklasę, a zawala sukcesywnie mecz za meczem.

Problem jest w głowach i to olbrzymi problem. Naprawdę podchodząc bardzo emocjonalnie do tego meczu, aż ręka chce napisać coś bardziej niecenzuralnego, bo przecież inaczej wręcz się nie da. Ale jeszcze się powstrzymujemy, jeszcze piłka jest w grze, cały czas można ten sezon zakończyć sukcesem. Chyba jedyną drogą do tego jest zbiorowa psychoterapia tego zespołu wraz ze sztabem szkoleniowym. Plus indywidualna każdego z osobna. I to terapia szybka, nastawiona na efekt. Zmniejsza nam się margines błędu, a przed nami kolejne bardzo ciężkie mecze. Przecież oni mają potencjał i umieją grać na wysokim poziomie – co pokazują w każdym meczu. A jeśli tak, to naprawdę chyba tym facetom trzeba pomóc w inny sposób.

Wiadomo oczywiście, że w naszych warunkach kompleksowa psychoterapia nie jest możliwa. Klub jednak MUSI zatrudnić psychologa sportowego, ale nie w formie świeżo upieczonej absolwentki tego kierunku. To musi być ktoś z najwyższej półki. Facet. Psycholog sportowy to jest norma na świecie i dzięki temu sportowcy z potencjałem – ale z jakiegoś powodu zablokowani – odnoszą sukcesy. Zaraz mi jeden z drugim piłkarz powie – „nie jestem psychiczny”, albo „sami musimy rozwiązać swoje problemy, żaden psycholog nie pomoże”. Ogólnie to takie wstydliwe, korzystać z takiej pomocy. A wstydem nie jest mieć problemy, tylko udawać, nawet jeśli są – że się tych problemów nie ma. I partolić, co tylko się da – właśnie z tego powodu, że nie dam sobie pomóc.

Za tydzień Znicz. To co się wydarzyło w pierwszych trzech kolejkach jest już poważnym sygnałem. Brak wygranej w Pruszkowie będzie już katastrofą i awans będzie można zacząć rozpatrywać w kategoriach cudu. Możemy kilkoma meczami (a pamiętajmy też o niedawnych porażkach w Bytowie i Suwałkach) zaprzepaścić cały sezon i wszelkie szanse.

Mimo, że jesteśmy już na końcu tego pomeczowego felietonu nasuwa się ciągle to samo pytanie, co na początku i zaraz po meczu… Jak do diabła można było drugi raz z rzędu nie wygrać meczu, który jest wygrany? Jak można było to tak spieprzyć?…

Weźcie się do cholery ogarnijcie!

17 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

17 komentarzy

  1. Avatar photo

    Lukasz

    18 marca 2017 at 11:53

    Nic dodac, świetny tekst oddający nastroj, mój takze po tym co wczoraj zobaczyłem, z tym psychologiem to kwestia która dawno powinna być poruszona ale faktycznie jak teraz tego się nie ogarnie to eksklasa odplynie nam już za dwie trzy kolejki bezpowrotnie. Trenerze słowo do Pana – mam nadzieję że zauważył Pan że obrońca Wisio nie nadaje się obecnie do grania. Jest Oli jest Garbacik choć myślę że czas dać temu pierwszemu znów pograć w 1 jedenastce…

  2. Avatar photo

    Marc

    18 marca 2017 at 12:45

    Każdy z osobna i wszyscy razem jesteśmy zawiedzeni, sfrustrowani i po prostu wkur*. Pragnę jednak przypomnieć, że w rundzie jesiennej wygraliśmy tylko 1 spotkanie w pierwszych pięciu kolejkach a skończyliśmy na 2 miejscu. Ogromna prośba do całej społeczności. Wytrzymajmy ciśnienie, bo gra o wszystko dopiero się rozpoczęła. Wspierajmy jak nigdy i pokażmy wszystkim, że hasło „Cała GieKSa Razem” to nie pusty slogan. Może warto pomyśleć nad wizytą na treningu większej grupy kibiców z głośnym „Jesteśmy z Wami”?

  3. Avatar photo

    tomek

    18 marca 2017 at 15:13

    Prawda jest taka ze z ta pierdola brzeczkiem o awansie mozemy pomarzyc. Sciąga ciuli typu wisio a konkretnego napastnika brak. Pierdoli co tydzien to samo a prawda jest taka ze pojecia nie ma i swoimi decyzjami powoduje taka sytuacje. Co z tego ze pilka chodzi jak po sznurku jak nie przeklada sie to na bramki. Zaglebie jeden stezal w swiatlo bramki i jeden gol a my

  4. Avatar photo

    Kibol

    18 marca 2017 at 15:37

    Psychoterapia ha ha ha ha do poprawy natychmiast obrona ,kondycja na 90 min nie na 45 ,no i doszło strzały w światło bramki A nie na pałę byle szczelic brak jakiej kolwiek koncentracji jak z głowy tak z nogi no ale jak niektórzy w piłkę nie umieją trafić no to makabra nie wiem co wy trenujecie i gdzie te analizy ludzie opamietajcie się bo to narazie tragedia

  5. Avatar photo

    Marcin

    18 marca 2017 at 20:51

    Ja bym zmienił poprostu taktykę na bardziej ofensywną tzn; 4-3-3 BRAMKA: Abramowicz, OBRONA: Abramowicz, Kamiński, Praznowsky, Czerwiński POMOC: Cerimagić, Foszmańczyk, Zejdler ATAK: Goncerz mimo wszystko, Lebedyński, Prokić i ogień !!! Trener pomyśl o tym bo twoja taktyka jest daremna..

  6. Avatar photo

    Fjodor

    18 marca 2017 at 23:28

    Shellu – ten felieton to aplikacja do pracy w GieKSie? 🙂

    A poważniej pisząc, 100% racji.

  7. Avatar photo

    Fjodor

    18 marca 2017 at 23:33

    Jeszcze raz jednak po głębszym zastanowieniu się. A nie sądzicie, że im po prostu brakuje jednak pary od 60 minuty? Że po prostu odcina sztrom?

  8. Avatar photo

    Shellu

    19 marca 2017 at 00:03

    Fjodor, nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł 😉

  9. Avatar photo

    Scifo

    19 marca 2017 at 00:16

    do: Marcin – Cerimagic i Prokic nie mogą być na placu w tym samym czasie, zapomniałeś o Jóźwiaku.

    Zmiana taktyki, wy..bać trenera, wy..bać Wisio, Goncerz do dupy, sztromu starczo na 45 min…
    Tak to wygląda, ale odpowiedzcie mi skąd wzięła się dobra gra na początku każdego z trzech ostatnich meczy? Punkty są tylko dwa ale tylko tyle tracimy do lidera.
    Drużyna potrzebuje właśnie teraz naszego wsparcia!!! Praca z psychologiem to dobry pomysł, my kibice też możemy być jak psycholog!!!

  10. Avatar photo

    Irishman

    19 marca 2017 at 05:27

    Marcin, Ty serio twierdzisz, że możemy grać jeszcze bardziej ofensywnie? A poza tym w tym ustawienie przegramy wszystkie mecze 0-3.

    Ja też się ciągle bije z myślami czy to kondycji brakuje, czy psychika siada. Mimo wszystko jednak raczej przychylam się, że to to drugie w kompilacji z frajerstwem w grze obronnej i błędami w ustawieniu drużyny oraz obranej taktyce.
    Zauważcie, że na początku kiedy ciśniemy przeciwników, a oni skupiają się na obronie jest OK, a nawet pięknie to wygląda. Problemy zaczynają się, gdy przeciwnicy zmuszenie sytuacją zaczynają nas atakować. Wtedy nieoczekiwanie dla nich samych wchodzą w nas jak w ciepłe masło, a sytuację pogarsza jeszcze to, że nasi zawodnicy nieustannym szturmem są faktycznie lekko zmęczeni. No, a kiedy do tego dodamy jeszcze, że nasz nowy blok defensywny Z Wisiem w składzie (który dopiero łapie formę)jeszcze się zgrywa (bo w sparingach Brzeczek sobie eksperymentował aż miło) to już mamy pełen dramat pt. „Jak można głupio przegrywać awans”.
    No i tutaj faktycznie wchodzi aspekt psychologiczny.
    I mecz – gramy świetnie, Chojniczanka nie istnieje, prowadzimy 2-0! Nagle mimo tego, że zostawiamy serce, płuca i wątrobę na boisku przeciwnicy po głupich błędach łatwo wyrównują i mało nie wygrywają. Leki szok, ale dobra – pierwsze koty za płoty.
    II mecz – to samo co w pierwszym. I tu już nie tylko szok ale już lekki gong w dynię.
    III mecz – w I połowie pełna dominacja. I nagle znowu frajerska bramka. I jak się wtedy czuliście? Bo mnie się wszystkiego odechciało! A jak się musieli czuć zawodnicy, którzy gryzą trawę, a obrona niweczy ich wysiłki w tak głupi sposób???

    Psycholog? Pewnie, przydałby się. Ale w tej sytuacji to nawet jakby to był jakiś laureat Nagrody Nobla, to też niewiele by pomógł. Bo nasi piłkarze to ludzie, a nie cyborgi.

    Chociaż…no nie wiem. Może jakby taki psycholog porozmawiał z trenerami to by coś pomogło?????

  11. Avatar photo

    Lukasz

    19 marca 2017 at 09:15

    Wisio łapie formę??? Psycholog pracuje właśnie z ludźmi a nie cyborgami … Wg mnie kwestia leży w głowie – przez pierwsze 45 minut w trzech meczach jest nieustanny atak w którym 5-6 sytuacji zamienia się tylko w dwa gole z Chojnicami i jedna bramka że Stomilem no i pojawia się niepewność że nic więcej nie wpada. A to że wjeżdżają jak w masło świadczy o tym że są niepewni bojazliwi w obronie tutaj fizyczna forma raczej nie ma nic do rzeczy.

  12. Avatar photo

    kibic

    19 marca 2017 at 10:48

    czytam wasze wypowiedzi i smiech mnie ogarnia,czyste bzdury blad poprostu lezy po winie trenera i jego wizji gry pilka a my nie jestesmy Barcelona kazdy moze to sprawdzic prubuja wymiene pilki miedzy soba 4,5 podan dokladnych i nastepne zepsute i z tego idzie kontra i zagrozenie a natym nie polega gra w 1 lidze niestety,druga zecz transfery oszczednosciowe tak nie da sie awansowac i na konie o grajkach gonzo podpisal nowy lepszy kontrakt i kon iec jego staran Wisio,Sapala niepotrzebni 2 gracz z poza uni poco mogli spokojnie poczekac z nim do lata brak napastnika jest widoczny od pol roku brak wzmocnienia,srodek pomocy katastrofa,kto ma kreowac gre Foszmanczyk ok a jesli mu nie wychodzi kto ma go zastapic nikt b o brak zawodnika,ciagle w klubie sa popelniane te same bledy oco tu chodzi moze komus zalezy aby nie bylo awansu i na koniec krytyka pod adresem naszych rzadzacych kibicow gdzie wasze obuzenie po takim szpilu ze gorolami powinni czekac pod stadionem i pokozac im nasze nie zadowolenie poczac ta druzyna moze by to zmienilo a nie krecic sie przy prezesie i udawac ze nic sie nie stalo czekom na zetelne odpowiedzi a i bym zapomnial zoboczcie zaangazowanie i forma grajkow zagrali 80 procent 1 skladu w rezerwach i tam we 4 lidze tez sa slabi to jak mamy awansowac jesli oni sa slabi we 4 lidze to jest katastrofa

  13. Avatar photo

    Lukasz

    19 marca 2017 at 12:03

    Kibic czy Ty wogole widziałeś te trzy mecze? Piszesz głupoty jakich malo, wiekszosc gołym okiem dostrzega że Pierwsze 40-50 minut w każdym z tych trzech męczy GieKSa przeważa, atakuje kreuje naprawde dużo sytuacji wręcz momentami tlamsi rywala, więc nie pisz że nie potrafią wymienić 3-4 podań albo że są słabi bo problem tkwi w tym że nie potrafią dominować cały mecz i są nieskutecznie a to nieco szerszy problem skoro dotyczy już trzeba meczy. Co do transferów każdy jest mądry jak widać po fakcie – Gonzo wystrzelił wcześniej forma że nikt nie pytał o napastnika potem ściągnęli skutecznego przecież wtedy Mikołaja no i wydawało się że Prokic uzupełni ich ale rzeczywistość okazała się inna. Ale jaki to błąd transferowy ? Pokaż mi zawodnika który, jak tu nieraz widziałem że ktoś pisze, „gwarantuje” gole w lidze. Nie ma takich a na pewno nie w Polsce i nie za kasę jaką dysponuje GieKSa …

  14. Avatar photo

    kibic

    19 marca 2017 at 12:47

    Do Lukasz niestety widzialem wszystkie 3 mecze a na mecz ze stomiem przejechaem 800 km aby go zobaczyc i co zobaczylem niezly jak na 1 lige poczatek,ae to wszystko fatalna obrona jak obroncy moga w tak gupi sposob tracic pilki(D.Abramowicz,Wisio czysta pomylka),brak krycia wsrodku ,zaangazowania,panika,po stracie 2 bramki,czy wedlug ciebie tak ma wygladac gra,bo oczywiscie o 2 polowie z gorolami lepiej wogule nie pisac bo szkoda nerwow,a teraz o transferach to nie chodzi mi o Lebedynskiego czy Proksicza bo to dobre transfery tylko cos sie dzieje z naszym wyszkoleniem ze pilkarze przychodzac do nas sie zacinaja i graja na nizszym poziomie,wystarszy zobaczyc styl gry pilkarzy z 1 skladu we rezerwach oni tam powinni wygrywac po 10 zero a jak jest sam ocen,no i na koniec to nie kibice powinni szukac wzmocniem bo od tego sa skalci co biora zato kase,na polskim rynku nie ma zawodnikow tanich ale sa rynki poludniowe i wschodnie tylko trzeba szukac a nie kombinowac jak trener w meczu z gorolami bo jesli ciebie ta porazka nie boli to juz nie rozumiem,ja uwazam ze to wstyd i hanba i kolejny roz gorole nos upokorzyli i to bez gry,i ostatnie powiedz przy tych transferach kogo mial do dyspozycji trener w ataku gdy sciagnol z boiska 2 napastnikow Gonza(akurat do niego mam pozytywne stosunek choc cos jest nie tak ze od pol roku jest bez formy)nikogo a zamiast naprzyklad transferu Wisia szlo sciagnac napastnika a zostawic Jurkowskiego,ale widac ty patrzyles na inne mecze lub slonecznych okularach ze nie widzisz bledow i braku kondycji i paniki druzyny gdy czas ucieka i trzeba gonic wynik

  15. Avatar photo

    Lukasz

    19 marca 2017 at 14:20

    Problem polega na tym że każdy ma swoją ocenę a właściwie nie problem bo dobrze że komuś zależy i nam kibicom na pewno na dobrej grze. Ale o tym decyduje Brzęczek, nie wiemy jak wyglądał Jurkowski a patrząc na doświadczenie i grę w Austrii można było przypuszczać ze Wisio w walce o awans to wzmocnienie. Kwestie tego że w rezerwach powinni wygrywać po 10 zero to zostawię bo albo nigdy nie grałeś w piłkę albo myślisz że w 3 czy 4 lidze gra się tak latwo. Transfery nie zależą od kibiców i całe szczęście, jeśli wiesz jak pracują Skouci u nas to masz prawo komentować ale jak polega to tylko na zwykłym narzekaniu to oszczędz tego. Wg mnie mamy całkiem niezły personalnie skład a to kto mógłby grać to inna rzecz z tego co kojarzę o co mecz komentarz Twój dotyczy zmian personalnych tylko kurwa na czym Ty to opierasz? A przegrana z gorolami boli każdego kibica, mnie boli w huj strasznie i nie jest to powód żeby się wadzić o takie głupoty więc skoncz wylewać swoją frustracje. A co do 800 km to do Chojnic tyle a nie na do Olsztyna ;]

  16. Avatar photo

    kibic

    19 marca 2017 at 15:53

    jak bys przeczytal uwaznie,to napisalem ze przejechalem 800 km aby byc na szpilu i co rozczarowanie,po 2 sa to moje pierwsze zle wpisy na temat druzyny ,bo liczylem ze druzyna potrzebuje sie rozkrecic,niestety sie pomylilem,wedlug ciebie sklad personalny jest dobry to okpowiedz kto ma zastapic lub wchodzic na zmiany do ataku,kto ma zmienic Fozmanczyka na rozegraniu jesli mu nie wychodzi lub ma slabszy moment,co do Wisio kazdy mogl sie pomylic ale chyba nie trener i widzi na jakiej jest dyspozycji,za niego wolalbym nawet prze zemnie nielubianego Pielorza on nie ucieka od przeciwnika tak jak Wisio,a na koniec nie pisz jakis glupot o graniu i jak chcesz myslec o awansie jesli prawie cala jedenastka z 1 skladu nie umie poradzic sie w rezerwach,wedlug mnie mamy za szeroka kadre lepiej bylo ja zmniejszyc ale wzmocnic konkretniej

  17. Avatar photo

    Michał

    20 marca 2017 at 07:33

    Wszystko pięknie, napisane tak jakbym sam to pisał. Tylko jedno mi się nie podoba i podobać nie będzie. Nigdy nie napisał bym, że dany zespół to „leszcze” ani „hobbyści”. Każdy zespół zasługuje na nawet minimalny respekt. To, że Stomilowcy przędzą jak przędzą, brak kasy, stadion w opłakanym stanie, płace nie na czas… ale to zespół. Jakoś trzymają się w 1 lidze, jakoś grają i jakoś…. WYGRYWAJĄ z naszą GieKSą. Wiem, że pisał pewnie na gorącą tą recenzję, wiem, że czasami puszczają nerwy. Moim rodzinnym miastem jest Olsztyn, moim sercem jest GKS K-CE, mam mnóstwo znajomych Stomilowców( normalnych), nigdy nie padały słowa, że OKS, albo GKS to frajerzy, leszcze itp. Szanujmy się chociaż trochę, a będzie nam lepiej w kibicowaniu i dopingowaniu naszych grajków! Pozdrawiam normalnych, dla których każdy zespół jest czymś więcej niż 11-osobową watahą biegającą po boisku! PS no może oprócz Zagłębia i Ruchu….- ehh taki żarcik 🙂

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kibice Piłka nożna

Legia Warszawa kibicowsko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.

Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.

W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.

W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.

W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.

Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.

Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.

Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.

Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).

Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.

Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).

Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.

Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.

Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.

Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.

Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.

Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.

W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.

W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.

Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.

Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.

Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.

Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.

W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.

W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.

Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.

Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.

W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.

W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.

Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).

W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.

Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.

Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.

Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.

Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.

Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.

W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.

Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.

Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.

W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.

Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.

Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.

W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.

Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.

W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.

W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.

W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.

We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.

W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.

Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.

Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.

Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.

Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.

Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.

Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.

W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.

Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.

Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.

W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.

ACD Systems Digital Imaging

W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.

W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.

W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.

Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.

Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.

W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.

Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.

 

W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.

Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.

Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.

Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Liczy się to, co prawdziwe

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.

Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.

Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.

Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.

W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.

GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.

„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.

Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.

W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.

To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.

Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.

To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.

To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.

Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.

Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.

Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.

Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!

Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.

Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.

Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.

A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.

Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.

Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Droga do medialności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze musimy zapracować na tym, żeby o nas mówiono. Półtora sezonu bardzo przyzwoitej postawy w ekstraklasie to póki co za mało. Nie mówię, że o GieKSie nie mówi się w ogóle, bo czasem coś tam jej poświęci się czasu antenowego. Ale bywa nieraz, że jest omawiany jakiś mecz danej kolejki z udziałem katowiczan, a mówi się tylko o rywalu. O naszym zespole ani słowa lub jedno. Lub zaczyna się o nas w końcu mówić, ale wtrynia się drugi ekspert, że jeszcze ma coś do powiedzenia o naszym przeciwniku i dyskusja „nie o nas” się przeciąga. I już do niej nie wracają.

Tak, żeby stać się klubem medialnym – trzeba się postarać. Trzeba czymś do siebie przekonać. Jak w każdym marketingu w sporcie, najbardziej efektywną do tego drogą jest… sport. I wyniki. Organizacja klubu może być na wysokim poziomie. Media klubowe również – jak choćby w przypadku relacji z obozu w Turcji, które były kapitalne. Ale zawsze to największe wrażenie będą robić wyniki. I to one „bardziej” przyciągną czy to sponsorów czy zainteresowanie mediów, których przecież coraz więcej, a magazyny dotyczące polskiej piłki można oglądać niemal codziennie.

Dlatego na razie musimy przełykać pigułkę i godzić się, że pierdyliardową godzinę mówi się o Legii, która przegrywa mecz za meczem. Że do – za przeproszeniem porzygu – mówi się o Lechu, który też przegrywa mecz za meczem. Ale ostatnio wielka podnieta w mediach przelewa się na temat Widzewa Łódź, który notorycznie wtapia swoje spotkania, ale zrobił jeden, drugi, trzeci transfer, który na ten moment jeszcze nie wiadomo, czy jest wątpliwej jakości, bo za wcześnie, ale może tak się okazać. Ale już pojawiają się wielkie analizy na temat rozgrywania Drągowskiego od bramki, tego czy tego zawodnika w podstawowej jedenastce itd. Więcej się mówi o Widzewie niż pewnie powinno. Ale podnieta redaktorów różnych mediów ma swoje prawa.

Można by czasem rzec „nie zes…jcie się z tą Legią i Widzewem”.

Tak jak swego czasu wszyscy podniecali się Jarosławem Królewskim, gdy dopiero się ujawnił. Wtedy można było odnieść wrażenie, że dziennikarze mu się przymilają i wchodzą nie powiem gdzie. Bo młody, wybitnie inteligentny i obrotny. Gdy boom na sternika Wisły minął, już mało co go się zaprasza, a pan Jarosław ma swoje problemy i performance’y na Twitterze. Ale co ugrał (świadomie bądź nie) wtedy na popularności i medialności – to jego.

Od razu powiem, że dla mnie nie ma znaczenia, że to jest akurat Widzew, czyli klub – jako kibice – zantagonizowany z GieKSą przez wiadome zgody. Do spraw kibicowskich podchodzę na chłodno, mam swoje sympatie i antypatie. I przede wszystkim nie stosuję napinki, bo to nie moje klimaty. Więc oczywiście nie powiem, żebym za Widzewem przepadał, ale nie mogę nie przyznać na przykład, że w Sercu Łodzi atmosfera na meczach jest kapitalna i mecze tam mają swój klimat, z wypełnionym po brzegi stadionem i bardzo dobrym dopingiem. Więc nie przemawia za mną jakieś szowinistyczne nastawienie. Po prostu piszę o tym, że najwidoczniej GKS potrzebuje jeszcze czasu, żeby stać się tak medialny, jak wysoce entropicznie zarządzany w kontekście sportowym Widzew.

Wielkie kwoty na niektórych mogą robić wrażenie. Nazwiska, które grały w dobrych klubach również. Jednak to nie papier gra i nie pojedynczy zawodnicy, a drużyna. Ale drużyna przez duże D. Z trenerem, ze sztabem, który potrafi to wszystko poukładać pogodzić i znaleźć balanse. Na ten moment Igor Jovicević bardziej prezentuje się jako aktor, trochę cyrkowiec, ze swoimi mądrościami i tezami, ale nie przekłada się to wybitnie na grę zespołu. Reagan to nie jest i nie będzie. Jakkolwiek zrozumiałe jest, że drużyna  nowymi zawodnikami potrzebuje zgrania, to z Jagiellonią to nie był brak zgrania, tylko jakiś totalny chaos. Pewnie za dużo i za szybko wprowadzani są piłkarze do pierwszej jedenastki. I na boisku mamy sok pomarańczowy wymieszany z zupą grzybową. Podejrzewam, że obecny trener to jest kolejny wynalazek a la Żelijko Sopić i za chwilę go w Widzewie już nie będzie i nikt nie będzie o nim pamiętał. Wspomnicie moje słowa.

Jakże inaczej wygląda w tym kontekście ustabilizowany GKS. W naszym klubie wygląda na to, że wszystko się robi totalnie z głową. Że nie ma w tym krzty chaosu. No może kilka procent czasem, bo występują akcje typu ściągnięcie Olka Buksy czy Maćka Rosołka oraz – o zgrozo – pomysł na niedoszłego chłopaka Julki Wieniawy. Ale nie tylko o same transfery tu chodzi, tylko o całościowe zarządzanie tym zespołem, pomysł na niego, cały projekt, który od wielu lat w GKS się toczy. Śmialiśmy się kiedy z tych projektów dwuletnich, które były później hm… odnawialne. Natomiast GKS to jest projekt póki co niemal siedmioletni i jest to totalny ewenement w polskiej piłce. I najlepsze jest to, że ciągle jest widoczny rozwój. Jeszcze dwa lata temu na myśl o starciu z zespołem z ekstraklasy – wygrana byłaby jakimś olbrzymim sukcesem. Dzisiaj GKS jest ligowym średniakiem i jest w stanie wygrywać z każdym. I wygrywał. To jest nasza codzienność, a nie jakiś wybitny sukces. Jeśli na stałe podnieśliśmy swój poziom o kilka szczebli wyżej – to wiedz, że jest to strategia bardzo dobra.

No ale niekoniecznie medialna.

GKS Katowice nadal więc musi swoją rzetelną postawą udowadniać, jak wiele jest wart. Jutro czeka nas starcie z tymże Widzewem i na boisku przestaną grać pieniądze, a będzie się liczyć, czysta piłkarska merytoryka. Czyli taktyka, strategia, technika i motywacja. W tym nasz zespół jest mocny – jest wspomnianym ligowym średniakiem, ale wcale nie jest powiedziane, że przy płaskiej tabeli nie może trochę się podnieść. Tak, żeby po pierwsze – oddalić się na bezpieczną odległość od strefy spadkowej.

Widzew nam w ostatnich latach zdecydowanie nie leży. Na wyjeździe przegrywaliśmy (lub raz remis), u siebie remisowaliśmy (lub raz porażka). Nie potrafimy z tym zespołem wygrać, choć bardzo blisko byliśmy w zeszłym sobie na Bukowej, wówczas dwa punkty odebrał GieKSie jej przyszły i były zawodnik – Jakub Łukowski.

Paradoksalnie wydaje się, że nie ma lepszego momentu, żeby z tym rywalem powalczyć o pełną pulę. Jeśli faktem jest, że Widzew pogrążony jest w chaosie czy nieładzie lub – mówiąc ładniej – jest w przebudowie, to kiedy jak nie teraz? Ustrzelić raz i poprawić w pucharze.

Katowiczanie wygraną w Lubinie pokazali, że dobrze przepracowali okres przygotowawczy. Że są gotowi na rundę i jej wyzwania, mają plan na mecz i potrafią go realizować. To dopiero jednak początek batalii. GieKSa musi swoje punkty zdobywać i umacniać się w tabeli. Dorobek punktowy po osiemnastu meczach jest identyczny jak rok temu. Wówczas wiosna była lepsza niż jesień i nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz było podobnie.

W meczu nie zagra Borja Gala, więc trener będzie musiał trochę pokombinować, wiemy też, że uraz miał Alan Czerwiński. To znowu przywołuje temat nowego środkowego obrońcy, na którego czekamy, czekamy i doczekać się nie możemy. Kadrowo to największy mankament naszego zespołu, bo jeśli wypadnie ktoś z powodu kontuzji lub kartek, to naprawdę musimy mocno rzeźbić.

Najważniejsze jednak są wspomniane walory piłkarskie i taktyczne. GieKSa ma wszelkie argumenty, by w pierwszym z dwóch meczów z Widzewem po prostu być lepszym od przeciwnika i wygrać. Do spotkania z Legią przejdziemy wkrótce, bo tam będą analogię do jutra, ale już teraz można powiedzieć, że te dwa spotkania to takie, w których będzie można naprawdę dużo zyskać, ale równie dobrze – dużo stracić. Patrząc bowiem na kiepską postawę Widzewa i absolutnie fatalną Legionistów – trudno wyobrazić sobie, że GKS miałby którykolwiek z tych meczów przegrać. Ale o remisach też nie myślimy…

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga