Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Mecz żałobny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Koszmar na szczęście się kończy.

To że życie kibica GKS Katowice jest trudne, wiemy nie od dziś. Całe lata rozczarowań, mniej lub bardziej wzbudzonych nadziei, a potem klęsk (zazwyczaj gdzieś w okolicach marca kończył się nasz poważny udział w lidze) z jednej strony mocno nas zahartował, z drugiej podkopuje systematyczne nasze kibicowskie morale. Obecna runda  jest jednak symbolem tego, co najgorsze. Marzenia na wyciągnięcie ręki, zaprzepaszczone jednak przez tych, którzy mieli na realizację tych marzeń największy wpływ. Czasu już nie cofniemy.

O piłkarzach powiedziano i napisano już wszystko. Zresztą oni sami wystawili sobie wystawili świadectwo. Nie wiadomo, czy z tego powodu, że są cyniczni czy po prostu głupi. Obie te opcje możemy mocno brać pod uwagę. Bo tak jeszcze wracając do wypowiedzi Fosy – tak wszyscy go skrytykowali, na czele z nami, że bezczelny itd. – a może on naprawdę ma takie ograniczenie umysłowe, że nie czuje, że coś jednak złego się stało?

Oczywiście to taka ironia. Wiadomo, że największa złość była po Kluczborku za zaprzepaszczenie szans, potem kolejna za beznadziejne zachowanie drużyny w Grudziądzu. Ostatnio przeglądając internet natrafiłem na taki wywiad z bramkarzem Legii Arkadiuszem Malarzem z początku tego sezonu.

Jakie rzeczy lub podobne do tych mogliśmy i powinniśmy usłyszeć od naszych piłkarzy i trenera? Na przykład takie (zgodne z prawdą):

„nam liga ucieka”
„obudźmy się w końcu, bo nam wszystko ucieknie”
„dość tego głaskania się i że wszyscy nas głaszczą”
„tak dalej być nie może, naprawdę”
„my gramy w GKS Katowice. W GKS KATOWICE! Kurwa!”

Wyobrażacie sobie taki wywiad z jakimś Fosą, Kamykiem czy Gonzem? Zamiast tego mieliśmy wypowiedzi w stylu:

„nie wiemy, co się dzieje, kontrolujemy, a nie wygrywamy”
„my gramy, a przeciwnik robi jedną, dwie akcje i strzela dwa gole”
„nie mamy tego szczęścia w ogóle, a przeciwnicy je mają”
„gramy najładniejszą piłkę w tej lidze”.

Widzicie różnicę? Przecież u naszych gwiazdorków sportowa złość nie przewijała się ani trochę. Ostatnie co można powiedzieć o tej rundzie, że ten zespół był agresywny. Nasi zawodnicy nie reagowali tak, jak powinien zareagować ambitny i silny mężczyzna – złością i wkurwem. Oni reagowali załamką (realną lub tylko odgrywaną na potrzeby publiczności), płaczem i żalami typowymi dla nastolatka do byłej dziewczyny.

Popatrzmy przy okazji na taką Legię – zespół miał już sporą stratę, a na jesieni potracił całą masę punktów. Teraz jest o krok od mistrzostwa. Widocznie tam mają po prostu poważnych i ambitnych piłkarzy. Ale to nie tylko o Legii mowa. Jeżeli bowiem oglądam przedostatnią kolejkę ekstraklasy i pierwsze cztery drużyny z grupy mistrzowskiej wygrywają swoje mecze, to mogę powiedzieć jedno – to są poważne ekipy, ambitne, walczące o najwyższe cele do ostatniej kropli krwi. Im się nawet pieprzony remis w tej kolejce nie zdarzył. Jak tylko mają cień szansy, walczą do końca. A u nas? Każdy wie, jak jest. Mamy zblazowane, roszczeniowe panienki, a nie piłkarzy.

Poposiłkuję się głosem wieloletniego kibica, czyli popularnego Rulona, który w dosadnych słowach opisał perspektywę zbliżającego się meczu z Bytovią. Meczu, który najlepiej, żeby już się nie odbył.

„Ostatni mecz, mecz żałobny. Zupełnie jak pogrzeb. Idzie się, bo wypada, bo się ma nadzieję od lat, a jak nadzieja umarła, to w podłych nastrojach trzeba iść ją pożegnać.

Zamiast W NAJGORSZYM PRZYPADKU rozgrywać mecz o awans przy pełnycth trybunach, z zamrożonym szampanem i okazjonalnymi koszulkami, będzie garstka ludzi z papierowymi torebkami, żeby w razie czego na widok piłkarzy nie zarzygać naszego i tak już w złej kondycji stadionu.

Kończy się sezon w którym zostaliśmy przez piłkarzy potraktowani jak wierny pies, który w ostateczności z niewiadomych powodów zostaje pobity i wyrzucony na śmietnik.

Cała GieKSa razem, 12 zawodnik. To się nie sprawdziło. Piłkarze nie odróżniają tego, że po chujowym meczu zamiast zmieszania z błotem są oklaski, jest wsparcie, jest wiara. Nie odróżniają tego, bo nie potrafili się odwdzięczyć w najbardziej łatwym momencie jaki mogli. W meczu z Kluczborkiem”.

To jest sedno. Piłkarze naprawdę nie przyjęli tego, co zrobili kibice jako wsparcie. Na kolanach powinni dziękować, że za poszczególne przegrane mecze nie tylko nie mieli wizyt na treningu, nie tylko nie było gwizdów i wyzwisk, ale były brawa i wsparcie. To jest ewenement naprawdę na dużą skalę, a gdy dodamy co tego kontekst, że kibice GKS mają już totalnie dość pierwszej ligi – to już można określać naprawdę apogeum i ideałem wsparcia, jakie może sobie wyobrazić sportowiec. Co dostaliśmy w zamian, wiadomo.

„Niektórzy się oburzają, że po co było to głaskanie po głowach, gadka o 12 zawodniku, o GieKSie razem. Nie oburzajcie się. Tak to powinno wyglądać i my zrobiliśmy wszystko i daliśmy z siebie wszystko żeby tak było. To nie nas obwiniajcie za to, że chcieliśmy tworzyć monolit. To nie my zdradziliśmy piłkarzy, tylko my dostaliśmy od nich w pysk” – kontynuuje Rulon. I dodaje:

„Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie OBECNYCH piłkarzy jakkolwiek dopingować. Mogą nawet wygrać 10:0. Ale jak nie da nam to awansu, to nawet niech nie próbują robić kółeczka euforii po meczu, bo może to zdenerwować ludzi. To tak jakby któryś z was to czytał, drodzy złodzieje marzeń”.

Na szczęście podjęto decyzję, że właśnie podczas niedzielnego meczu z Bytovią tego dopingu nie będzie. Ja bym sobie życzył, żeby tego dopingu nie było jeszcze długo. Nawet jeśli ktoś rozgranicza kwestie kibicowskie od piłkarskich, to i tak piłkarze ten doping słyszą, a po prostu na niego nie zasługują. Ta ekipa, która jest teraz nie zasługuje nawet na 1% wsparcia. Dostała go bowiem już aż nadto i nie tylko nie wykorzystała, ale po prostu nim kompletnie wzgardziła.

Przy okazji proszę wszystkich kibiców o MEGA GŁOŚNY doping dla dzieciaków podczas finały Zagraj na Bukowej. Niech to nie będzie doping z przymrużeniem oka, ale porządny GieKSiarski doping – taki jak na meczach. Te dzieci wykonały sporą robotę, żeby dojść do tego miejsca, w którym będą w niedzielę. I na taki doping po prostu zasługują.

A co do meczu z Bytovią? Wydaje się, że to będzie już bardzo sparingowa i piknikowa atmosfera. Ale…

Wyobraźcie sobie taki scenariusz, że wszystkie wyniki jednak są pod nas, a my gramy słabo i nie potrafimy stworzyć jednej akcji. Jest 0:0 lub przegrywamy, bo Bytovia walczy o życie. Albo jeszcze ciekawszy. Wszystkie wyniki pod nas, a my w 88. minucie prowadzimy 2:0. Jak wtedy zachowają się piłkarze?…

21 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

21 komentarzy

  1. Avatar photo

    Ja

    2 czerwca 2017 at 12:53

    Jak się zachowoją piłkarze w 88minucie przy stanie 2-0 dlanas??? Proste szybkie 3bramy tracimy i dalej 1liga i jest bajak dzielimy się kasa i WAKACJE

  2. Avatar photo

    Irishman

    2 czerwca 2017 at 13:15

    Nie będę bronił piłkarzy, bo na to nie zasługują.
    Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że to zachowanie kopaczy to w dużej mierze zasługa trenera, który wywarł na nich to piętno. To przecież nie kto inny jak właśnie on tłumaczył stracone punkty np. brakiem szczęścia albo tym, że… mieliśmy miesiąc marzec, to on fanzolił o najpiękniejszej grze, to on wreszcie kiedyś poleciał wykłócać się z Blaszokiem, który ośmielił się skrytykować jego podopiecznych.
    Coś czuje, że jego widmo jeszcze długo będzie unosić się nad Bukową. Chyba, że Zarząd stanie wreszcie na wysokości zadania i zatrudni fachurę, który je bardzo szybko rozwieje, przepędzi raz na zawsze!

    A bajtlom jasne, że trzeba iść pokibicować, niech mają od nas ten prezent za swój wysiłek, niech poczują jak pięknie, jakim zaszczytem jest grać na Bukowej przy dopingu kibiców! Oni to na pewno docenią i zapamiętają do końca życia w przeciwieństwie do „złodziei marzeń a.d. 2016-2017”.

  3. Avatar photo

    Tomek

    2 czerwca 2017 at 14:22

    Jest tu napisana cała prawda. Problem w tym, że odpowiedzialność ponoszą piłkarze trener a nie CYgan. Wszak to on był architektem tej pięknej katastrofy. Obawiam się że niestety moje słowa będą kolejny raz prorocze i z tym Prezesem awans nie jest możliwy. Nie jest bo to nie Prezes tylko biedna ciamajda która nie potrafi w kluczowych momentach podejmować decyzji. Dalej uważam że należy ściągnąć sensownego menago z biznesu i zobaczycie że będą efekty. Jak by mi w mojej firmie urządzono taki sabotaż to reakcja byłaby natychmiastowa. I tak by zrobił każdy sensowny kierownik imprezey. Tylko nie Cygan. Proszę też nie opowiadać o wątpliwych zasługach poprawy sytuacji ekonomicznej. Nie poprawił jej Cygan poprzez zarzadzanie tylko UM poprzez wpompowanie kasy. Gdyby nie to dramat toczyłby się dalej

  4. Avatar photo

    Mecza

    2 czerwca 2017 at 15:55

    O Legii „Widocznie tam mają po prostu poważnych i ambitnych piłkarzy” Ci sami ambitni grali więlką padakę za Hasika i spadli by z ligi na 100% gdyby go nie wymienili. Kwestia odpowiedniego trenera który potrafi zmotywować i ustawić co zrobił Magiera.U nas tego brakło.

  5. Avatar photo

    Irishman

    2 czerwca 2017 at 16:52

    @Tomek, no to właśnie zobaczymy ile to co się stało w tym sezonie nauczyło prezesa Cygana. Dlatego proponuję poczekać ze stwierdzeniami „i tak nam się nie uda”, choćby na wybór trenera. Całkowicie zgadzam się bowiem z @Mecza, że trener to podstawa. On potrafi rozwalić najlepszy skład i odwrotnie. I dlatego też odczuwam lekki niepokój co nam nowy-stary Zarząd zgotuje. Ale jeśli coś fajnego, to potem już będę w miarę spokojny, bo jeśli od strony sportowej będziemy w dobrych rękach to do takiej pracy organizacyjno-administracyjno-marketingowej duet Cygan-Janicki nadaje się znakomicie!
    Tylko, żeby teraz dobrze wybrali! EEECH!!!!!

  6. Avatar photo

    kibic bce

    2 czerwca 2017 at 17:00

    A o to haslo na szpil ” bajtle Giekaes Katowice!!!!”
    Po meczu wszystkie koszulki oddac dzieciakom pilkarzyny od siedmiu bolesci.

  7. Avatar photo

    Pepik78

    2 czerwca 2017 at 18:51

    @Tomek nawet gdybyś tutaj napisał encyklopedie błędów GieKSy ostatnich lat oraz przedstawił pracę doktorską, to i tak nie wytłumaczysz niektórym. Zawsze będzie grupka ludzi w różowych okularach. Zawsze będzie jakiś procent ludzi, którzy będą mylić miłość do klubu z naiwnością, tego nie zmienisz. Szkoda nerwów. Ten sezon był niesamowicie spartaczony, wręcz w sposób bezczelny ale zmian na horyzoncie nie widać, nad czym mocno ubolewam. Duża część kibiców jest zawiedziona i ona pewnie w ramach protestu, nie pojawi się na Bukowej w przyszłym sezonie. Wszystko ma swoje granice….chociaż granice absurdu i farsy w Kce są mocno naciągane.

  8. Avatar photo

    Mecza

    2 czerwca 2017 at 19:18

    Każdy mądry po sezonie, ale… Rok temu wg mnie Świerczok był najlepszym napastnikiem w miarę młodym made in Poland w Ekstaklapie. Mega zdziwiłem się jak przeczytałem że idzie do beniaminka z Tychów do ligi niższej. Zadawałem sobie pytanie jak już do 1ligi dlaczego nie GKS Katowice, no chyba z takim potentatem jak Tychy mamy coś do zaproponowania więcej. Zdziwiło mnie ale poczytałem że Świerczok jest niepokorny i ciężki do prowadzenia. W ektraklapie nikt chce a w 1 lidze idzie do beniaminka. Nic dziwnego że Jureczek go nie chciał bo chciał mieć w zespole same potulne owieczki. Tym tropem nie nadawał się też Trochim. Przeczytałem biografię Wojtka Kowalczyka i wg niego Brzęczek nie nadawał się na kapitana srebrnej drużyny z olimpiady (jak i dziś na trenera) bo był za grzeczny a dlaczego tamta drużyna osiągnęła wynik? Bo była nie przyzwoicie bez kompleksowa i „chamska” w swoim podejściu do grania. Potrzeba nam chamów i mądrego trenera albo budżetu Legii aby się z tego syfu wydostać. Przeczytajcie sobie jeszcze biografię Wójcika, zarąbista i w jeden dzień ją wchłonąłem. Parówy w górę i jedziemy z frajerami… a co w Katowiacach? najlepsza piłka na Polsacie haha

  9. Avatar photo

    andreasw1959

    2 czerwca 2017 at 20:34

    BRAWO SHELLU

  10. Avatar photo

    Mecza

    2 czerwca 2017 at 20:38

    Mecz żałobny? Tak ale… Czy to ważne że w Katowicach rządzi Uszok, Krupa a w GKS Król, Cygan, są słabi trenerzy i grają podobno piłkarze?! Przez najbliższe kilkanaście lat jeszcze wielu się ich przewinie od Prezydenta miasta Katowice po trampkarzy ale najważniejszy jest GKS!!! Ich wszystkich już nie będzie na stanowiskach ale my wyniki będziemy nadal sprawdzać i się wkurzać. Wg mnie trzeba określić cel jak ten dział piłkarski ma wyglądać docelowo i do tego dążyć małymi krokami. Określmy swoją tożsamość z której moglibyśmy być dumni i bez względu na sytuację w tabeli czy ligi dążmy do tego (np. 4 wychowanków, 5 PL, 2 obcokrajowców) Jasno określone kryteria i stadion się zapełni. Całe szczęście że nie jesteśmy wmieszani do ostatniego wątku z Mielcem.

  11. Avatar photo

    Mecza

    2 czerwca 2017 at 20:59

    W ektraklapie jest ciśnienie na utrzymanie za wszelką cenę aby hieny pseudopiłkarskie były na powierzchni. Nie lepiej grać w 1 lidze wg schematu który wymieniłem z którym utożsamiają się mieszkańcy Katowic niż w Ektraklapie gdzie w kadrze jest 10 obcokrajowców i 10 najemników z PL? Gdybyśmy wygrali z Kluczborkiem i w niedzielę z Bytovią czy moglibyśmy być zadowoleni z naszych graczy? Pewnie tak ale co dalej? Nie byłbym dumny z tego. Tożsamość najważniejsza!

  12. Avatar photo

    grohhh

    3 czerwca 2017 at 11:28

    jo chca kurwa jakiegoś Murińjo na trenera GKSu!!! ma być kurwa dobry!!!

  13. Avatar photo

    Johnny

    3 czerwca 2017 at 11:55

    Mamy pretensje do Wszystkich ale nie do siebie. Od lat uciszanie na blaszoku gwizdów itp. Trza pomagać, wspierać jak nie idzie ale nie k… jak ładują nas ewidentnie w ch…. to do Kur.. JEST GIEKSA !!!! A zachowujemy się jak pizdy, to i zawodnicy grają jak pizdy. To ma być kocioł to ma być stary blaszok a nie zgromadzenie różańcowe, chcemy zmian zacznijmy od siebie

  14. Avatar photo

    Pepik78

    3 czerwca 2017 at 12:27

    @Johnny o bezsensownym dopingu czy też śpiewaniu nieadekwatnych przyśpiewek do aktualnej sytuacji na boisku, pisałem już sezony temu. No ale zostałem wyśmiany. Teraz w młynie jest modna „ciapowatość” i poprawność polityczna. Broń Boże nie gwizdaj na piłkarza bo się jeszcze obrazi;) Jak sobie wspomnę, że w późnych latach 80-tych i 90-tych w przypadku złej gry od razu było pierdolnięcie z blaszoka, to po chwili piłkarze brali się do roboty. Zawsze to jakoś mobilizowało. Rozmawiam z wieloma kibicami starej daty i też pojąć nie mogą co się teraz dzieje.

  15. Avatar photo

    MilowiceZS

    3 czerwca 2017 at 12:45

    Jestem idiotą

  16. Avatar photo

    Johnny

    3 czerwca 2017 at 14:28

    Będę miał 80 lat pójdę na blaszok bez względu na wszystko. Ale mam dosyć skomlących bab, czytając te komentarze rzygać mi się chce, banda panienek i z czym my do smrodów? Przypomnieć dym z Tychami? jaki dym? kto został JKS a gdzie, młyn? jak w wierszu ..nam strzelać nie kazano… Prawda jest taka ze zawiniliśmy wszyscy a tym co chcą dalej poprawności polityczną na GieKSie i zrobić sobie dupną hamburgerownie z blaszoka bo sami władcy młynu docierają na 10 minutę po rozpoczęciu, proponuje zmienić sport. Koniec pierdolenia… mam dość.

  17. Avatar photo

    Pepik78

    3 czerwca 2017 at 21:46

    Nawet na lidze mistrzów były gwizdy, nie to co u nas. Disco polo na blaszoku pełną para: ja kocham GieKSę lolololo ja kocham GieKsę… szkoda słów. Ekipa z młyna dawno się zagubiła. Jednym słowem tragedia, No ale mamy młynowych nowego pokolenia, ciapkowatość, poplątana z poprawnością polityczną.

  18. Avatar photo

    Johnny

    4 czerwca 2017 at 00:10

    Nie wiem kto osobiście odpowiada za układ z JKS-em ale robi świetną propagandę. Pamiętny mecz z Tychami i hasło ..this is war.. co by było gdyby Tychy się przebiły? stałem z JKS i k… byłem przerażony gdzie są moi? Czy co nie którzy się odmulą? Ale po co z Tychami to był wypadek przy pracy a derby ze smrodami i tak będą bez gości, ja pierdole ale wstyd. A teraz narzekania jak napisałem wcześniej na trybunach pizdy to i zawodnicy pizdy i nie ma co się oszukiwać, nikt nie jest bez winy ale jak młyn woli wpierdalać kiełbaski zamiast odśpiewać hymn to ja Was pierdole, zmieńcie se kurwa klub idźcie na roosvelta, macie moje błogosławieństwo

  19. Avatar photo

    żabol

    4 czerwca 2017 at 16:24

    Witam. Jakże odmienne nastroje u nas i u Was. Powiem szczerze że na 8-10 kolejek przed końcem ligi u nas były te same nastroje. Frustracja i ile nie npisac ze wkurwienie. Nikt juz chyba nie wierzył w to że można. Frajersko mecz przegrany w Kluczborku to tak samo przeżywany jak Wasz. Mecz z Chojniczanka dał jakies nadzieje gdzie i tak dawano nam 1% szans na awans.
    Teraz… osobiście uważam to za jakiś cud. Z tym że nie mamy druzyny na ekstraklapę. Brosz wywalił starych, postawił na młodzież… niby dobrze ale Oni nie udźwigną presji. Czytałem tu kiedyś jak chwaliliście Brosza, powiem szczerze ze Górnik gra słabą piłkę. Bez taktyki, (sporadyczne akcje)
    Uważam że GieKSa grała 100razy lepsza piłkę z Brzeczkiem niż my z Broszem. Tylko ze u nas w mieście chcą ekstraklapy, u Was niekoniecznie…
    Pozdro GieKSa i powodzenia w nowym sezonie. i dzięki za super derby.

  20. Avatar photo

    GieKSiorz

    4 czerwca 2017 at 16:36

    GRATULUJE GÓRNIKOWI AWANSU!!!TO PRAWDA W ZABRZU PANI PREZYDENT CHCE I TO WIDAC,A U NAS PAN KRUPA ROBI NAS W HUJA I TYLE .PANI MANKA SZULIK MA JAJA NASZ PREZYDENT NIE.ZRESZTA GORNIK MA I STADION NA MIARE EKSTRAKLASY I ORGANIZACJE I WYSOKA FREKWENCJE,WIERZE ZE U NAS NA GIEKSIE TEZ PRZYJDA LEPSZE CZASY.ALE TRZEBA CHCIEC!!!!POTEM DZIWIA SIE ZE MALA FREKWENCJA ITD A ILE LAT IDZIE ROBIC LUDZI W HUJA?FAJNIE ZE BEDZIE MOZNA SIE WYBRAC NA GORNIK I BANIK I ZOBACZYC EKSTRAKLASE,MAM NADZIEJE ZE TEN SEZON U NAS WYWOLA POZYTYWNE PIERDOLNIECIE I ZE PREZES,PREZYDENT,KIBICE WEZMA SIE DO ROBOTY,BO BLASZOK TEZ JUZ NIE TEN SAM CO W LATACH 90TYCH:(.POZDRAWIAM GIEKSIARZY,GORNIK I BANIK.

  21. Avatar photo

    zippo50

    5 czerwca 2017 at 15:15

    Dla Janusza Jojko mam duży szacunek jako bramkarza ale jego prowadzenie meczu już mniej ,robienie tuby z dłoni i wydawanie poleceń zawodnikom jest żenujące tak się prawdziwy trener nie zachowuje.Brzęczek też biegał darł się i gestykulował,osobiście mnie to wnerwia bo siedzę w „3” czyli za plecami, zamiast koncentrować się na meczu muszę oglądać te „pajacowanie”.W nowym sezonie zrobię sobie „szlojder” i będa guzolami prać w tych co po linii biegają i przeszkadzają

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kibice Piłka nożna

Legia Warszawa kibicowsko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.

Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.

W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.

W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.

W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.

Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.

Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.

Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.

Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).

Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.

Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).

Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.

Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.

Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.

Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.

Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.

Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.

W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.

W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.

Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.

Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.

Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.

Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.

W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.

W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.

Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.

Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.

W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.

W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.

Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).

W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.

Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.

Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.

Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.

Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.

Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.

W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.

Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.

Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.

W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.

Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.

Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.

W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.

Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.

W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.

W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.

W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.

We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.

W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.

Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.

Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.

Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.

Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.

Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.

Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.

W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.

Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.

Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.

W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.

ACD Systems Digital Imaging

W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.

W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.

W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.

Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.

Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.

W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.

Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.

 

W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.

Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.

Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.

Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Liczy się to, co prawdziwe

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.

Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.

Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.

Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.

W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.

GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.

„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.

Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.

W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.

To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.

Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.

To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.

To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.

Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.

Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.

Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.

Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!

Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.

Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.

Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.

A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.

Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.

Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Droga do medialności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze musimy zapracować na tym, żeby o nas mówiono. Półtora sezonu bardzo przyzwoitej postawy w ekstraklasie to póki co za mało. Nie mówię, że o GieKSie nie mówi się w ogóle, bo czasem coś tam jej poświęci się czasu antenowego. Ale bywa nieraz, że jest omawiany jakiś mecz danej kolejki z udziałem katowiczan, a mówi się tylko o rywalu. O naszym zespole ani słowa lub jedno. Lub zaczyna się o nas w końcu mówić, ale wtrynia się drugi ekspert, że jeszcze ma coś do powiedzenia o naszym przeciwniku i dyskusja „nie o nas” się przeciąga. I już do niej nie wracają.

Tak, żeby stać się klubem medialnym – trzeba się postarać. Trzeba czymś do siebie przekonać. Jak w każdym marketingu w sporcie, najbardziej efektywną do tego drogą jest… sport. I wyniki. Organizacja klubu może być na wysokim poziomie. Media klubowe również – jak choćby w przypadku relacji z obozu w Turcji, które były kapitalne. Ale zawsze to największe wrażenie będą robić wyniki. I to one „bardziej” przyciągną czy to sponsorów czy zainteresowanie mediów, których przecież coraz więcej, a magazyny dotyczące polskiej piłki można oglądać niemal codziennie.

Dlatego na razie musimy przełykać pigułkę i godzić się, że pierdyliardową godzinę mówi się o Legii, która przegrywa mecz za meczem. Że do – za przeproszeniem porzygu – mówi się o Lechu, który też przegrywa mecz za meczem. Ale ostatnio wielka podnieta w mediach przelewa się na temat Widzewa Łódź, który notorycznie wtapia swoje spotkania, ale zrobił jeden, drugi, trzeci transfer, który na ten moment jeszcze nie wiadomo, czy jest wątpliwej jakości, bo za wcześnie, ale może tak się okazać. Ale już pojawiają się wielkie analizy na temat rozgrywania Drągowskiego od bramki, tego czy tego zawodnika w podstawowej jedenastce itd. Więcej się mówi o Widzewie niż pewnie powinno. Ale podnieta redaktorów różnych mediów ma swoje prawa.

Można by czasem rzec „nie zes…jcie się z tą Legią i Widzewem”.

Tak jak swego czasu wszyscy podniecali się Jarosławem Królewskim, gdy dopiero się ujawnił. Wtedy można było odnieść wrażenie, że dziennikarze mu się przymilają i wchodzą nie powiem gdzie. Bo młody, wybitnie inteligentny i obrotny. Gdy boom na sternika Wisły minął, już mało co go się zaprasza, a pan Jarosław ma swoje problemy i performance’y na Twitterze. Ale co ugrał (świadomie bądź nie) wtedy na popularności i medialności – to jego.

Od razu powiem, że dla mnie nie ma znaczenia, że to jest akurat Widzew, czyli klub – jako kibice – zantagonizowany z GieKSą przez wiadome zgody. Do spraw kibicowskich podchodzę na chłodno, mam swoje sympatie i antypatie. I przede wszystkim nie stosuję napinki, bo to nie moje klimaty. Więc oczywiście nie powiem, żebym za Widzewem przepadał, ale nie mogę nie przyznać na przykład, że w Sercu Łodzi atmosfera na meczach jest kapitalna i mecze tam mają swój klimat, z wypełnionym po brzegi stadionem i bardzo dobrym dopingiem. Więc nie przemawia za mną jakieś szowinistyczne nastawienie. Po prostu piszę o tym, że najwidoczniej GKS potrzebuje jeszcze czasu, żeby stać się tak medialny, jak wysoce entropicznie zarządzany w kontekście sportowym Widzew.

Wielkie kwoty na niektórych mogą robić wrażenie. Nazwiska, które grały w dobrych klubach również. Jednak to nie papier gra i nie pojedynczy zawodnicy, a drużyna. Ale drużyna przez duże D. Z trenerem, ze sztabem, który potrafi to wszystko poukładać pogodzić i znaleźć balanse. Na ten moment Igor Jovicević bardziej prezentuje się jako aktor, trochę cyrkowiec, ze swoimi mądrościami i tezami, ale nie przekłada się to wybitnie na grę zespołu. Reagan to nie jest i nie będzie. Jakkolwiek zrozumiałe jest, że drużyna  nowymi zawodnikami potrzebuje zgrania, to z Jagiellonią to nie był brak zgrania, tylko jakiś totalny chaos. Pewnie za dużo i za szybko wprowadzani są piłkarze do pierwszej jedenastki. I na boisku mamy sok pomarańczowy wymieszany z zupą grzybową. Podejrzewam, że obecny trener to jest kolejny wynalazek a la Żelijko Sopić i za chwilę go w Widzewie już nie będzie i nikt nie będzie o nim pamiętał. Wspomnicie moje słowa.

Jakże inaczej wygląda w tym kontekście ustabilizowany GKS. W naszym klubie wygląda na to, że wszystko się robi totalnie z głową. Że nie ma w tym krzty chaosu. No może kilka procent czasem, bo występują akcje typu ściągnięcie Olka Buksy czy Maćka Rosołka oraz – o zgrozo – pomysł na niedoszłego chłopaka Julki Wieniawy. Ale nie tylko o same transfery tu chodzi, tylko o całościowe zarządzanie tym zespołem, pomysł na niego, cały projekt, który od wielu lat w GKS się toczy. Śmialiśmy się kiedy z tych projektów dwuletnich, które były później hm… odnawialne. Natomiast GKS to jest projekt póki co niemal siedmioletni i jest to totalny ewenement w polskiej piłce. I najlepsze jest to, że ciągle jest widoczny rozwój. Jeszcze dwa lata temu na myśl o starciu z zespołem z ekstraklasy – wygrana byłaby jakimś olbrzymim sukcesem. Dzisiaj GKS jest ligowym średniakiem i jest w stanie wygrywać z każdym. I wygrywał. To jest nasza codzienność, a nie jakiś wybitny sukces. Jeśli na stałe podnieśliśmy swój poziom o kilka szczebli wyżej – to wiedz, że jest to strategia bardzo dobra.

No ale niekoniecznie medialna.

GKS Katowice nadal więc musi swoją rzetelną postawą udowadniać, jak wiele jest wart. Jutro czeka nas starcie z tymże Widzewem i na boisku przestaną grać pieniądze, a będzie się liczyć, czysta piłkarska merytoryka. Czyli taktyka, strategia, technika i motywacja. W tym nasz zespół jest mocny – jest wspomnianym ligowym średniakiem, ale wcale nie jest powiedziane, że przy płaskiej tabeli nie może trochę się podnieść. Tak, żeby po pierwsze – oddalić się na bezpieczną odległość od strefy spadkowej.

Widzew nam w ostatnich latach zdecydowanie nie leży. Na wyjeździe przegrywaliśmy (lub raz remis), u siebie remisowaliśmy (lub raz porażka). Nie potrafimy z tym zespołem wygrać, choć bardzo blisko byliśmy w zeszłym sobie na Bukowej, wówczas dwa punkty odebrał GieKSie jej przyszły i były zawodnik – Jakub Łukowski.

Paradoksalnie wydaje się, że nie ma lepszego momentu, żeby z tym rywalem powalczyć o pełną pulę. Jeśli faktem jest, że Widzew pogrążony jest w chaosie czy nieładzie lub – mówiąc ładniej – jest w przebudowie, to kiedy jak nie teraz? Ustrzelić raz i poprawić w pucharze.

Katowiczanie wygraną w Lubinie pokazali, że dobrze przepracowali okres przygotowawczy. Że są gotowi na rundę i jej wyzwania, mają plan na mecz i potrafią go realizować. To dopiero jednak początek batalii. GieKSa musi swoje punkty zdobywać i umacniać się w tabeli. Dorobek punktowy po osiemnastu meczach jest identyczny jak rok temu. Wówczas wiosna była lepsza niż jesień i nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz było podobnie.

W meczu nie zagra Borja Gala, więc trener będzie musiał trochę pokombinować, wiemy też, że uraz miał Alan Czerwiński. To znowu przywołuje temat nowego środkowego obrońcy, na którego czekamy, czekamy i doczekać się nie możemy. Kadrowo to największy mankament naszego zespołu, bo jeśli wypadnie ktoś z powodu kontuzji lub kartek, to naprawdę musimy mocno rzeźbić.

Najważniejsze jednak są wspomniane walory piłkarskie i taktyczne. GieKSa ma wszelkie argumenty, by w pierwszym z dwóch meczów z Widzewem po prostu być lepszym od przeciwnika i wygrać. Do spotkania z Legią przejdziemy wkrótce, bo tam będą analogię do jutra, ale już teraz można powiedzieć, że te dwa spotkania to takie, w których będzie można naprawdę dużo zyskać, ale równie dobrze – dużo stracić. Patrząc bowiem na kiepską postawę Widzewa i absolutnie fatalną Legionistów – trudno wyobrazić sobie, że GKS miałby którykolwiek z tych meczów przegrać. Ale o remisach też nie myślimy…

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga