Dołącz do nas

Piłka nożna

Kozioł ofiarny Abram i dramatyczni stoperzy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po zakończeniu każdej rundy pod lupę bierzemy każdą formację naszego zespołu. Do bramkarzy, obrońców, pomocników i napastników przygotowujemy 4 osobne artykuły, tak aby każda linia była szczegółowo opisana. Tym razem zrobimy modyfikację – analiza nie będzie tak szczegółowa jak zawsze z prostego względu. Awans został oddany bez ambicji, niesportowo, w sposób niegodny sportowca. Jaki więc sens ma szeroka analiza ustawień, taktyki itd.? Niewielka. Dlatego bardziej opiszemy to w pigułce – w dwóch artykułach, jednym dotyczącym bramkarzy i obrońców oraz drugim – pomocników i napastników.

Bramkarze
W rundzie jesiennej dość szybko miejsce w podstawowym składzie wywalczył sobie Mateusz Abramowicz. Zawodnik niespodziewanie wygryzł ze składu Sebastiana Nowaka i spisywał się naprawdę dobrze notując sporo czystych kont. Wydawało się, że i na wiosnę będzie numerem jeden. I tak naprawdę w pierwszych – kompletnie zawalonych meczach – on wyróżniał się na plus. Mimo puszczonych bramek uratował sporo sytuacji i generalnie bronił świetnie. W kolejnych spotkaniach co prawda już nie miał zbyt wielu interwencji, a rywale często jedyne swoje akcje zamieniali na gole. I choć Mateusz przy bramkach nie zawinił, to jak widać u trenerów działało to na jego niekorzyść, bo stracił miejsce w składzie. Nie na jeden czy dwa mecze. Stracił je na stałe. Zupełnie niezasłużenie i nie sprawiedliwie. Wszedł tylko na mecz z Bytovią i puścił jedną bramkę.

W jego miejsce wszedł Sebastian Nowak. Nie można powiedzieć, żeby jakiś mecz szczególnie zawalił. W Mielcu bronił nieźle, ale puścił trzy bramki (i zaliczył asystę przy golu Prokića). Z Tychami i Pogonią było na zero z tyłu, a zwłaszcza z Tychami popisał się kilkoma interwencjami ratującymi zespół. W przegranych meczach z Sandecją i Górnikiem wiele nie mógł zrobić przy traconych golach. Za to z Kluczborkiem w ostatniej akcji meczu hasał na środku boiska i gdy był rzut wolny, nie spieszył się z powrotem do bramki. Pozostawił ją pustą, co wykorzystali rywale strzelając z połowy boiska. Zachowanie dość kompromitujące. Potem był jeszcze mecz na zero z Olimpią.

Trudno zrozumieć decyzję o odstawieniu dobrego bramkarza, jakim jest Abramowicz. Oczywiście jakieś głupoty o tym jak kto się prezentuje na treningach możemy słuchać, faktem jednak jest, że Mateusz nic, kompletnie nic nie zawalił. Nie jego winą było to, że obrona grała na tyle pokracznie, że jedną czy dwie akcje rywali kończyły się takimi strzałami, że golkiper był bez szans. Ale kozła ofiarnego zawsze najłatwiej znaleźć w bramkarzu. Szkoda gadać.

Obrońcy
Na prawej obronie tradycyjnie przez większość rundy mieliśmy Alana Czerwińskiego. Piłkarz Roku 2016 tak naprawdę miał monopol na grę w podstawowym składzie z racji nie tylko swojej dobrej dyspozycji na jesieni, ale też zupełnego braku konkurencji. Być może to była jedna z przyczyn, która spowodowała, że wiosna w wykonaniu Alana była dość słaba. Waleczności nie można mu było odmówić, ale też to nie był ten poziom agresji, co jesienią. Pamiętamy jego bieg za piłką przez 70 metrów w końcówce meczu w Chojnicach, ale pod względem ambicjonalnym był to właśnie jeden z niewielu taki zrywów. W defensywie radził sobie raz lepiej, raz gorzej, brakowało natomiast w przekroju całej rundy szybkich akcji skrzydłami. Pamiętamy z jesieni jego wejścia skrzydłem i dobre dośrodkowania po ziemi (nie na ślepo) w centrum pola karnego. Tym razem tego prawie w ogóle nie było. W pierwszej połowie meczu z Miedzią mieliśmy namiastkę takich okazji, ale niestety, jak już Alan dobrze działał, to fatalnie spisywali się ci, którzy mieli tę piłkę otrzymać w polu karnym, a nie było ich na posterunku. Ogólnie zawodnik jednak sprzeciętniał i dostosował się do reszty drużyny. Pretensji do niego nie mamy, bo i tak wykonał sporą pracę w porównaniu do fatalnych początków w GieKSie. Czy odejdzie tego nie wiemy. W każdym razie Alan w formie robił dobrą robotę zwłaszcza w ofensywie.

Kilka razy – między innymi w Sosnowcu – Czerwińskiego zastąpił Adrian Frańczak. Powrót po bardzo długiej kontuzji nie był udany. Zawodnik dość słaby, nie wniósł nic dobrego do zespołu. Nie miał nawet tych przebłysków ofensywnych czy kopyta – z jakiego go znaliśmy. I co tu więcej dodać?

W środku obrony mieliśmy sporo problemów. Oczywiście pewniakiem do gry był Mateusz Kamiński, pytaniem tylko było – kto do pomocy. Już jesienią przecież Oliver Prażnovsky grał tragicznie i pojawiała się spora wątpliwość, czy się ogarnął. Ściągnięty do klubu został też Tomasz Wisio i to on zaczął partnerować Kamińskiemu od pierwszego meczu w Chojnicach. Ogólnie jego gra to był koszmar i trener Brzęczek zamiast szybko go w trybie alarmowym odstawić, stawiał na niego jeszcze przez kilka kolejek – wiadomo, funfel z Austrii. Miał udział przy traconych bramkach, potykał się o własne nogi, a ze Stomilem zasłaniał rywalowi bramkę, po czym zrobił skok w bok i ją po prostu odsłonił w całości. Po Sosnowcu w składzie pojawił się Słowak. Chwaliliśmy go po pierwszych spotkaniach, cieszyliśmy się, że wrócił na właściwe tory. Tak jakbyśmy zapomnieli, że to były m.in. Znicz i Puławy. Swoją twarz Prażnovsky pokazał z Miedzią. W meczu z legniczanami odstawił taką żenadę, że głowa bolała. Dwa razy dał się objechać jak dziecko przy linii końcowej, tylko że raz nie padła bramka (cudem), ale za drugim razem już tak. To był fatalny Prażnovsky z jesieni, tylko wtedy mu wszystko uchodziło na sucho. Kolejkę później już w 20. minucie osłabił zespół dostając głupią czerwoną kartkę. Do składu wrócił Wisio i zaczął spisywać się lepiej, zagrał dobre mecze z Tychami i Pogonią, a w Siedlcach miał nawet kilka sytuacji i pecha, że piłka nie wpadała do bramki. Niestety, gdy już zaczął grać dobrze, odniósł kontuzję. Na bardzo ważny mecz z Sandecją wrócił Prażnovsky i znów zaprezentował się dramatycznie. Notorycznie podawał do przeciwnika, pokracznie przyjmował piłkę, nawet nie potrafił czysto wybić na kilkadziesiąt metrów. Wyglądało to tak, jakby nie był w pełni dysponowany. Trener znów postanowił coś zmienić i odkurzył na stopera Łukasza Pielorza. Ten dobrze zagrał z Górnikiem, ale w starciu z drugoligowcem z Kluczborka grał jak trzecioligowiec. Nie wiedział, co się dzieje, dawał się wkręcać w ziemię. Na końcowe mało ważne mecze do składu wrócili Prażnovsky i Wisio, ale to już nie miało żadnego znaczenia.

Co do Kamińskiego to nie był on ostoją defensywy, tak jak wcześniej. Powiedzielibyśmy, że indywidualnego dramatu nie było, ale 19 bramek na wiosnę zostało straconych. Nie było tego czyszczenia, co na jesieni. Rywale czasem mało atakowali, ale i tak strzelali po dwie bramki w meczu, co wystawia jak najgorsze świadectwo defensywie. Właśnie to jest taki problem z nim, że w większości meczów grał poprawnie, ale to zdecydowanie za mało i nie jest to ekstraklasowy poziom. Zdarzały mu się też koszmarne błędy, jak asysta przy golu Podbeskidzia. Zdecydowanie nie pomógł w tej rundzie. Przede wszystkim też nie widać po nim sportowej złości. Zasiedział się w Katowicach i też zatracił taką ambicję. Reaguje smutkiem, a nie złością. Jako wicekapitan powinien uderzyć pięścią w stół. Ale czy chciał? Podpisał nowy kontrakt z GieKSą i obawiamy się, że może popaść w jeszcze większy marazm, zarówno piłkarski, jak i mentalny.

Na lewej stronie obrony zaczynał Dawid Abramowicz. Zaczął od bardzo dobrej gry w Chojnicach i wypracowaniu drugiej bramki. Potem miał udział przy golu straconym. Ze Stomilem już zawalił bramkę, bo asystował rywalowi (fatalne przecinanie podania). W defensywie generalnie spisywał się przeciętnie, ofensywnych umiejętności (drybling) nie ma żadnych. Niestety w tej rundzie – poza meczem w Siedlcach – nie stwarzał zagrożenia wrzutami z autów. Ze Zniczem miał na tyle fatalne interwencje, że trener zdjął go w trakcie meczu (tłumaczył kontuzją). Dawid przez kilka kolejek nie grał. Zastępował go na lewej obronie Damian Garbacik lub Adrian Frańczak. O tym drugim już pisaliśmy, Garbacik natomiast dobrze spisywał się jesienią na środku obrony, ale wystawianie go na skrzydle to jest nieporozumienie. Zawodnik po prostu jest zbyt przeciętny, by grać o wysokie cele. Abramowicz znów grał w dalszej fazie sezonu na obronie (kilka meczów w pomocy) i strzelił gola z Tychami. Generalnie był jednym z bardziej walecznych zawodników, ale on po prostu jest toporny i drewniany. I to też nie są umiejętności na walkę o ekstraklasę. Ale przy lepszych partnerach, kto wie – może nie będzie musiał się tak angażować w ofensywie?

Wkrótce opiszemy pomocników i napastników.

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    psz

    13 czerwca 2017 at 10:57

    Do dziś nie pojmuję, dlaczego Brzęczek nie zaczął wiosny z Garbacikiem na środku obrony, skoro na jesieni wypadał on tam przyzwoicie? Być może gdyby postawił w marcu na parę Kamiński-Garbacik, to dziś cieszylibyśmy się z awansu. Bo nasze wiosenne problemy wzięły się przede wszystkim z niepewnej defensywy…

    Nie mówię, że Garbacik to jakiś super stoper, ale chyba wpadłby solidniej od Wisia i Prażnovskiego, a przy okazji byłby młodzieżowcem w składzie.

  2. Avatar photo

    Pepik78

    13 czerwca 2017 at 15:17

    Ja dalej nie mogę pojąć po jaki ch…j shellu analizuje zeszły sezon? Wydaje mi się ze trzeba siebie nienawidzić, żeby wracam wspomnieniami do ostatniego sezonu. Piłkarze mają walkę gdzieś a shellu traci czas na analizę. Niezła farsa.

  3. Avatar photo

    hajna

    13 czerwca 2017 at 17:56

    Gdyby nie mieszanie bramkarzami przez J Jojko i bardzo słabe pojęcie J Brzęczka oraz brak reakcji prezesa Cygana powinniśmy grać w ekstraklasie. W związku z tym mam pytanie czy ktoś z tych ludzi pomijał konsekwencje bo ja tego nie widzę prezes został Jojko też jedynie Brzęczek sam nie zwolniony uciekł.Abramowicz to bardzo dobry bramkarz i dodatkowo młody Nowaka nie chciał nawet Górnik Zabrze jest zbyt wolny na grę w szesnastce co dziwne miał kłopoty z łapaniem górnych piłek a mimo to Jojko go preferował. W obronie Czerwiński, Kamiński grali cały sezon na plus gorzej z resztą defensorów z reszty drużyny tylko Kalinkowski i Prokic grali równo reszta prócz Goncerza różnie ale to zależało od ustawienia drużyny przez Brzęczka tylko Goncerz osłabiał w ewidentny sposób grę drużyny. Trzeba sporych zmian w klubie by myśleć o ekstraklasie bo słabszych drużyn w Nice lidze już nie będzie chyba że śmierdziele spadną do czwartej ligi.

  4. Avatar photo

    Irishman

    14 czerwca 2017 at 10:51

    @psz, no właśnie to samo miałem napisać! To jest dla mnie jedna z największych zagadek warsztatu Brzęczka dlaczego przy fatalnej grze pozostałych zawodników na pozycji lewego stopera – Praznovskiego, Wisio, Pielorza (on powinien być EWENTUALNIE ustawiany na prawej stronie) nie spróbowaliśmy tam Garbacika? Gorzej na pewno nie byłoby, a jestem prawie pewien, ze wyglądałoby to lepiej.

    @hajna nie wiem co Ty się tak przyczepiłeś do Jojki? Przecież to chyba I trener decyduje o tym kogo wystawia do gry. Natomiast jak już zachwycamy się Abramowiczem, to zauważmy, ze on dopiero u nas, trenując pod okiem Janusza tak wystrzelił z formą.

    I jeszcze na koniec o Czerwińskim. Jasne to był bardzo ważny dla nas zawodnik jeśli chodzi o ofensywę. Ale i jemu zdarzały się kiksy w grze obronnej.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga