Dołącz do nas

Piłka nożna

Kozioł ofiarny Abram i dramatyczni stoperzy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po zakończeniu każdej rundy pod lupę bierzemy każdą formację naszego zespołu. Do bramkarzy, obrońców, pomocników i napastników przygotowujemy 4 osobne artykuły, tak aby każda linia była szczegółowo opisana. Tym razem zrobimy modyfikację – analiza nie będzie tak szczegółowa jak zawsze z prostego względu. Awans został oddany bez ambicji, niesportowo, w sposób niegodny sportowca. Jaki więc sens ma szeroka analiza ustawień, taktyki itd.? Niewielka. Dlatego bardziej opiszemy to w pigułce – w dwóch artykułach, jednym dotyczącym bramkarzy i obrońców oraz drugim – pomocników i napastników.

Bramkarze
W rundzie jesiennej dość szybko miejsce w podstawowym składzie wywalczył sobie Mateusz Abramowicz. Zawodnik niespodziewanie wygryzł ze składu Sebastiana Nowaka i spisywał się naprawdę dobrze notując sporo czystych kont. Wydawało się, że i na wiosnę będzie numerem jeden. I tak naprawdę w pierwszych – kompletnie zawalonych meczach – on wyróżniał się na plus. Mimo puszczonych bramek uratował sporo sytuacji i generalnie bronił świetnie. W kolejnych spotkaniach co prawda już nie miał zbyt wielu interwencji, a rywale często jedyne swoje akcje zamieniali na gole. I choć Mateusz przy bramkach nie zawinił, to jak widać u trenerów działało to na jego niekorzyść, bo stracił miejsce w składzie. Nie na jeden czy dwa mecze. Stracił je na stałe. Zupełnie niezasłużenie i nie sprawiedliwie. Wszedł tylko na mecz z Bytovią i puścił jedną bramkę.

W jego miejsce wszedł Sebastian Nowak. Nie można powiedzieć, żeby jakiś mecz szczególnie zawalił. W Mielcu bronił nieźle, ale puścił trzy bramki (i zaliczył asystę przy golu Prokića). Z Tychami i Pogonią było na zero z tyłu, a zwłaszcza z Tychami popisał się kilkoma interwencjami ratującymi zespół. W przegranych meczach z Sandecją i Górnikiem wiele nie mógł zrobić przy traconych golach. Za to z Kluczborkiem w ostatniej akcji meczu hasał na środku boiska i gdy był rzut wolny, nie spieszył się z powrotem do bramki. Pozostawił ją pustą, co wykorzystali rywale strzelając z połowy boiska. Zachowanie dość kompromitujące. Potem był jeszcze mecz na zero z Olimpią.

Trudno zrozumieć decyzję o odstawieniu dobrego bramkarza, jakim jest Abramowicz. Oczywiście jakieś głupoty o tym jak kto się prezentuje na treningach możemy słuchać, faktem jednak jest, że Mateusz nic, kompletnie nic nie zawalił. Nie jego winą było to, że obrona grała na tyle pokracznie, że jedną czy dwie akcje rywali kończyły się takimi strzałami, że golkiper był bez szans. Ale kozła ofiarnego zawsze najłatwiej znaleźć w bramkarzu. Szkoda gadać.

Obrońcy
Na prawej obronie tradycyjnie przez większość rundy mieliśmy Alana Czerwińskiego. Piłkarz Roku 2016 tak naprawdę miał monopol na grę w podstawowym składzie z racji nie tylko swojej dobrej dyspozycji na jesieni, ale też zupełnego braku konkurencji. Być może to była jedna z przyczyn, która spowodowała, że wiosna w wykonaniu Alana była dość słaba. Waleczności nie można mu było odmówić, ale też to nie był ten poziom agresji, co jesienią. Pamiętamy jego bieg za piłką przez 70 metrów w końcówce meczu w Chojnicach, ale pod względem ambicjonalnym był to właśnie jeden z niewielu taki zrywów. W defensywie radził sobie raz lepiej, raz gorzej, brakowało natomiast w przekroju całej rundy szybkich akcji skrzydłami. Pamiętamy z jesieni jego wejścia skrzydłem i dobre dośrodkowania po ziemi (nie na ślepo) w centrum pola karnego. Tym razem tego prawie w ogóle nie było. W pierwszej połowie meczu z Miedzią mieliśmy namiastkę takich okazji, ale niestety, jak już Alan dobrze działał, to fatalnie spisywali się ci, którzy mieli tę piłkę otrzymać w polu karnym, a nie było ich na posterunku. Ogólnie zawodnik jednak sprzeciętniał i dostosował się do reszty drużyny. Pretensji do niego nie mamy, bo i tak wykonał sporą pracę w porównaniu do fatalnych początków w GieKSie. Czy odejdzie tego nie wiemy. W każdym razie Alan w formie robił dobrą robotę zwłaszcza w ofensywie.

Kilka razy – między innymi w Sosnowcu – Czerwińskiego zastąpił Adrian Frańczak. Powrót po bardzo długiej kontuzji nie był udany. Zawodnik dość słaby, nie wniósł nic dobrego do zespołu. Nie miał nawet tych przebłysków ofensywnych czy kopyta – z jakiego go znaliśmy. I co tu więcej dodać?

W środku obrony mieliśmy sporo problemów. Oczywiście pewniakiem do gry był Mateusz Kamiński, pytaniem tylko było – kto do pomocy. Już jesienią przecież Oliver Prażnovsky grał tragicznie i pojawiała się spora wątpliwość, czy się ogarnął. Ściągnięty do klubu został też Tomasz Wisio i to on zaczął partnerować Kamińskiemu od pierwszego meczu w Chojnicach. Ogólnie jego gra to był koszmar i trener Brzęczek zamiast szybko go w trybie alarmowym odstawić, stawiał na niego jeszcze przez kilka kolejek – wiadomo, funfel z Austrii. Miał udział przy traconych bramkach, potykał się o własne nogi, a ze Stomilem zasłaniał rywalowi bramkę, po czym zrobił skok w bok i ją po prostu odsłonił w całości. Po Sosnowcu w składzie pojawił się Słowak. Chwaliliśmy go po pierwszych spotkaniach, cieszyliśmy się, że wrócił na właściwe tory. Tak jakbyśmy zapomnieli, że to były m.in. Znicz i Puławy. Swoją twarz Prażnovsky pokazał z Miedzią. W meczu z legniczanami odstawił taką żenadę, że głowa bolała. Dwa razy dał się objechać jak dziecko przy linii końcowej, tylko że raz nie padła bramka (cudem), ale za drugim razem już tak. To był fatalny Prażnovsky z jesieni, tylko wtedy mu wszystko uchodziło na sucho. Kolejkę później już w 20. minucie osłabił zespół dostając głupią czerwoną kartkę. Do składu wrócił Wisio i zaczął spisywać się lepiej, zagrał dobre mecze z Tychami i Pogonią, a w Siedlcach miał nawet kilka sytuacji i pecha, że piłka nie wpadała do bramki. Niestety, gdy już zaczął grać dobrze, odniósł kontuzję. Na bardzo ważny mecz z Sandecją wrócił Prażnovsky i znów zaprezentował się dramatycznie. Notorycznie podawał do przeciwnika, pokracznie przyjmował piłkę, nawet nie potrafił czysto wybić na kilkadziesiąt metrów. Wyglądało to tak, jakby nie był w pełni dysponowany. Trener znów postanowił coś zmienić i odkurzył na stopera Łukasza Pielorza. Ten dobrze zagrał z Górnikiem, ale w starciu z drugoligowcem z Kluczborka grał jak trzecioligowiec. Nie wiedział, co się dzieje, dawał się wkręcać w ziemię. Na końcowe mało ważne mecze do składu wrócili Prażnovsky i Wisio, ale to już nie miało żadnego znaczenia.

Co do Kamińskiego to nie był on ostoją defensywy, tak jak wcześniej. Powiedzielibyśmy, że indywidualnego dramatu nie było, ale 19 bramek na wiosnę zostało straconych. Nie było tego czyszczenia, co na jesieni. Rywale czasem mało atakowali, ale i tak strzelali po dwie bramki w meczu, co wystawia jak najgorsze świadectwo defensywie. Właśnie to jest taki problem z nim, że w większości meczów grał poprawnie, ale to zdecydowanie za mało i nie jest to ekstraklasowy poziom. Zdarzały mu się też koszmarne błędy, jak asysta przy golu Podbeskidzia. Zdecydowanie nie pomógł w tej rundzie. Przede wszystkim też nie widać po nim sportowej złości. Zasiedział się w Katowicach i też zatracił taką ambicję. Reaguje smutkiem, a nie złością. Jako wicekapitan powinien uderzyć pięścią w stół. Ale czy chciał? Podpisał nowy kontrakt z GieKSą i obawiamy się, że może popaść w jeszcze większy marazm, zarówno piłkarski, jak i mentalny.

Na lewej stronie obrony zaczynał Dawid Abramowicz. Zaczął od bardzo dobrej gry w Chojnicach i wypracowaniu drugiej bramki. Potem miał udział przy golu straconym. Ze Stomilem już zawalił bramkę, bo asystował rywalowi (fatalne przecinanie podania). W defensywie generalnie spisywał się przeciętnie, ofensywnych umiejętności (drybling) nie ma żadnych. Niestety w tej rundzie – poza meczem w Siedlcach – nie stwarzał zagrożenia wrzutami z autów. Ze Zniczem miał na tyle fatalne interwencje, że trener zdjął go w trakcie meczu (tłumaczył kontuzją). Dawid przez kilka kolejek nie grał. Zastępował go na lewej obronie Damian Garbacik lub Adrian Frańczak. O tym drugim już pisaliśmy, Garbacik natomiast dobrze spisywał się jesienią na środku obrony, ale wystawianie go na skrzydle to jest nieporozumienie. Zawodnik po prostu jest zbyt przeciętny, by grać o wysokie cele. Abramowicz znów grał w dalszej fazie sezonu na obronie (kilka meczów w pomocy) i strzelił gola z Tychami. Generalnie był jednym z bardziej walecznych zawodników, ale on po prostu jest toporny i drewniany. I to też nie są umiejętności na walkę o ekstraklasę. Ale przy lepszych partnerach, kto wie – może nie będzie musiał się tak angażować w ofensywie?

Wkrótce opiszemy pomocników i napastników.

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    psz

    13 czerwca 2017 at 10:57

    Do dziś nie pojmuję, dlaczego Brzęczek nie zaczął wiosny z Garbacikiem na środku obrony, skoro na jesieni wypadał on tam przyzwoicie? Być może gdyby postawił w marcu na parę Kamiński-Garbacik, to dziś cieszylibyśmy się z awansu. Bo nasze wiosenne problemy wzięły się przede wszystkim z niepewnej defensywy…

    Nie mówię, że Garbacik to jakiś super stoper, ale chyba wpadłby solidniej od Wisia i Prażnovskiego, a przy okazji byłby młodzieżowcem w składzie.

  2. Avatar photo

    Pepik78

    13 czerwca 2017 at 15:17

    Ja dalej nie mogę pojąć po jaki ch…j shellu analizuje zeszły sezon? Wydaje mi się ze trzeba siebie nienawidzić, żeby wracam wspomnieniami do ostatniego sezonu. Piłkarze mają walkę gdzieś a shellu traci czas na analizę. Niezła farsa.

  3. Avatar photo

    hajna

    13 czerwca 2017 at 17:56

    Gdyby nie mieszanie bramkarzami przez J Jojko i bardzo słabe pojęcie J Brzęczka oraz brak reakcji prezesa Cygana powinniśmy grać w ekstraklasie. W związku z tym mam pytanie czy ktoś z tych ludzi pomijał konsekwencje bo ja tego nie widzę prezes został Jojko też jedynie Brzęczek sam nie zwolniony uciekł.Abramowicz to bardzo dobry bramkarz i dodatkowo młody Nowaka nie chciał nawet Górnik Zabrze jest zbyt wolny na grę w szesnastce co dziwne miał kłopoty z łapaniem górnych piłek a mimo to Jojko go preferował. W obronie Czerwiński, Kamiński grali cały sezon na plus gorzej z resztą defensorów z reszty drużyny tylko Kalinkowski i Prokic grali równo reszta prócz Goncerza różnie ale to zależało od ustawienia drużyny przez Brzęczka tylko Goncerz osłabiał w ewidentny sposób grę drużyny. Trzeba sporych zmian w klubie by myśleć o ekstraklasie bo słabszych drużyn w Nice lidze już nie będzie chyba że śmierdziele spadną do czwartej ligi.

  4. Avatar photo

    Irishman

    14 czerwca 2017 at 10:51

    @psz, no właśnie to samo miałem napisać! To jest dla mnie jedna z największych zagadek warsztatu Brzęczka dlaczego przy fatalnej grze pozostałych zawodników na pozycji lewego stopera – Praznovskiego, Wisio, Pielorza (on powinien być EWENTUALNIE ustawiany na prawej stronie) nie spróbowaliśmy tam Garbacika? Gorzej na pewno nie byłoby, a jestem prawie pewien, ze wyglądałoby to lepiej.

    @hajna nie wiem co Ty się tak przyczepiłeś do Jojki? Przecież to chyba I trener decyduje o tym kogo wystawia do gry. Natomiast jak już zachwycamy się Abramowiczem, to zauważmy, ze on dopiero u nas, trenując pod okiem Janusza tak wystrzelił z formą.

    I jeszcze na koniec o Czerwińskim. Jasne to był bardzo ważny dla nas zawodnik jeśli chodzi o ofensywę. Ale i jemu zdarzały się kiksy w grze obronnej.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga