Dołącz do nas

Felietony

Trenerze, ogarnij to towarzystwo!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

GKS Katowice od kilku dni ma nowego trenera. To, co było do przewidzenia stało się faktem i szkoleniowcem GieKSy został Piotr Mandrysz. Trener już doświadczony, a co najważniejsze – mający na swoim koncie sukcesy. Nie sukcesy związane z czołowymi lokatami w ekstraklasie, ale może te trudniejsze do osiągnięcia – czyli kilkukrotnie awans do tejże ekstraklasy wywalczony.

Wiele osób w Katowicach ten wybór cieszy. Od dawna trener postrzegany jest jako osoba sprawująca rządy w szatni twardą ręką, ale też nie tylko w formie sztuka dla sztuki. Jak pokazują osiągnięcia – daje to bardzo dobry efekt. A że wiadomo, że samą charyzmą wszystkiego się nie zdziała, musi to być dowód na to, że pojęcie o piłce szkoleniowiec i były wieloletni zawodnik ekstraklasy też ma.

Patrząc na poprzednich trenerów, w końcu dobrze, że trafiliśmy na choleryka. Co prawda w ostatnich latach trener się nieco uspokoił, ale temperament na pewno mu się nie zmienił. Mandrysz potrafi żyć z drużyną i nigdy nie zapomnę obrazka z meczu GieKSy w Gliwicach (jeszcze na starym stadionie), kiedy szkoleniowiec wówczas Piasta, gdy poszła kontra jego zespołu, przebiegł równo z drużyną całą szerokość pola trenerskiego. Mam ten obrazek w głowie do dziś.

Nadal jednak mam mieszane mam ciągle uczucia co do przyszłego sezonu. Trener trafił nam się najlepszy z możliwych, ale to nie rozwiązuje problemu piłkarzy. I pojawia się pytanie, czy szkoleniowiec wie, na co się właśnie zapisał i z kim mu przychodzi popracować. Oczywistą sprawą jest, że trzon zespołu zostanie w klubie – trzon, który oddał awans do ekstraklasy bez walki. Osobiście uważam, że nie jest rolą trenera wzbudzać motywację u zawodników. On może tę motywację wzmacniać, modulować, nadawać jej tor. Ale posiadanie motywacji lub jej brak jest odpowiedzialnością tylko i wyłącznie zawodnika. To tak jakbym ja w pracy nie chciał się angażować i obwiniałbym za to szefa. Nie – to nie szef jest odpowiedzialny. Ale fajnie jeśli pochwali, nakieruje i w ten sposób ta motywacja – czasem mniej lub bardziej ukryta – może wyjść. Trzeba jednak po prostu ją mieć.

Jak sobie z tym fantem poradzi trener, nie wiadomo. Dobrze by było, żeby pooglądał sobie mecze GKS z poprzedniego sezonu i zobaczył, jak w niektórych spotkaniach zawodnicy markowali grę w piłkę. Szkoleniowiec musi mieć obraz nie tylko piłkarski, ale i mentalny ludzi, z którymi będzie pracował. I już od samego początku musi podjąć decyzję, z kim mu jest po drodze, a kto sabotuje działania zespołu i klubu. Bardzo ważne, aby potrafił to umiejętnie ocenić.

Patrząc przez pryzmat motywacji samego trenera do osiągnięcia sukcesu, również chyba nie mogliśmy lepiej trafić. Nie ma co gadać, Piotr Mandrysz powinien pracować w ekstraklasie i trochę dziwne, że to się nie dzieje. Tym bardziej cenne, że pojawił się u nas. Przyznam szczerze, że gdy przychodził do Zagłębia, zazdrościłem tego, że rywal będzie miał tego szkoleniowca. I bardzo się cieszyłem, że jednak nie został tam na dłużej… Trener ma coś do udowodnienia piłkarskiemu środowisku w Polsce i na pewno sam chciałby na dłużej zagrzać miejsce w ekstraklasie. Wierzymy, że to będzie jego obsesja i każdemu, kto nie będzie podążał w tym kierunku – podziękuje.

Tak jak to chciał zrobić w Sosnowcu z kilkoma zawodnikami. Wiemy dobrze, że często to piłkarze rządzą w klubach. I tym razem to oni wygrali, choć pytanie, czy zwycięstwo w takiej wojence ma jakąś wartość. Ostatecznie po czasie sami rozstali się z klubem. W GieKSie piłkarze rządzą w inny sposób. Nie tak ostentacyjny, jakimiś konfliktami itd. Ale po prostu osiągają takie wyniki, jakie chcą osiągać. I powiedzielibyśmy „dobrze”, tylko w przypadku, gdyby były to zwycięstwa.

Mieliśmy dopiero co trenera bez jaj, który chwalił piłkarzy po przegranych meczach, a gdy szanse po meczu z Górnikiem okazały się iluzoryczne, powiedział, że jest z nich dumny. Można powiedzieć, że ramię w ramię szedł z drużyną osiągającą dno. I pierwszy uciekł z tonącego okrętu, ale wyszedł widocznie z założenia, że pasażerów nie warto ratować, bo i tak zatopią statek w ten czy inny sposób.

Bardzo jesteśmy ciekawi, jak to poukłada trener, czy na tyle przedstawi swoją wizję piłkarzom, że ci łaskawie postanowią, że chcą grać o awans. Do tego droga daleka.

My w każdym razie życzymy trenerowi, aby szybko odnalazł się w klubie i w drużynie. Jednocześnie ostrzegamy, że ma do czynienia z ekipą parodystów. Mamy nadzieję, że szkoleniowiec chwyci ich za twarz i po prostu tak przestawi im działanie mózgu, że przełączą się na model sportowca.

I sorry trenerze, ale z Jerzym Brzęczkiem cackaliśmy się i obchodziliśmy trochę jak z jajkiem (choć oczywiście jak bredził głupoty czy dokonywał absurdalnych decyzji personalnych, to pisaliśmy o tym), więc tego błędu nie popełnimy znowu. Jest trener pod lupą naszą i kibiców, ale wyjściowo to w pana wierzymy najbardziej i ma pan czystą kartę.

Kibicujemy panu w tym, żeby ogarnął pan to towarzystwo!

21 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

21 komentarzy

  1. Avatar photo

    psz

    17 czerwca 2017 at 11:38

    Bo presja to jest w GieKSie! 😉

  2. Avatar photo

    Eda67

    17 czerwca 2017 at 11:58

    Alex Ferguson zawsze mawiał, że zawodnicy których prowadził muszą posiadać tzw. winner mentality. Bez tego nawet najlepszy zawodnik nic nie osiągnie. Lepiej mieć piłkarsko słabszych grajków ale chętnych do walki niż teoretycznie bardzo dobrych a którym się nie chce biegać i wygrywać. Trener Mandrysz musi szukać właśnie takich piłkarzy którzy oddadzą serce na boisku. Przypomnę kilka nazwisk z historii GKS-u którzy do wirtuozów techniki nie należeli ale gieksiarski charakter posiadali. Łuczak, Chmaj, Piekarczyk, Rzeszutek, Nawrocki, Biegun, Krzyżoś, wystarczy?

  3. Avatar photo

    furti

    17 czerwca 2017 at 12:15

    jak odpuszcza jakis mecz to wpierol i po sprawie

  4. Avatar photo

    Irishman

    17 czerwca 2017 at 13:13

    Po raz pierwszy od baaardzo dawna tak ucieszyłem się z wyboru trenera GieKSy, który idealnie wpisuje się w to, kogo potrzebujemy dziś na tym stanowisku.
    POWODZENIA!

    @Eda, zapomniałeś m.in. o Morcinku i Maciejewskim. Ten ostatni miał ileś tam śrub w nodze ale nigdy jej nie odstawił 🙂

    A zaraz przyjdzie Pepik, który i tak stwierdzi, że olać trenera i że tylko naiwniacy wierzą w awans bo mamy prezesa do dupy! 😉 😉 😉

  5. Avatar photo

    Irishman

    17 czerwca 2017 at 13:18

    Eda, a jeszcze przecież Widuch, Grzesik…

  6. Avatar photo

    tombotleg

    17 czerwca 2017 at 15:05

    Teraz mamy ere kolorowych bucików i wyżelowanych ciulików, wczoraj repra pokazała ile to wszystko warte, czasem człowiek się zastanawia po chuj na to patrzy wogule zamiast iść z dzieciakami do parku.

  7. Avatar photo

    Johnny

    17 czerwca 2017 at 23:45

    Nie wiem jakim trenerem jest Piotr Mandrysz życzę mu jak najlepiej. Oby ten cyrk klownów i pizdeczek posprzątał. To nie będzie łatwe. Lepsza opcja tylko która mi się nasuwa to Orest Lenczyk, niepierdolił się z gwiazdorami. A Tych wszystkich zawodników pamiętam jak Kucz na benfice zajebał nie uznanego rogala a w rewanżu wjebał na 1-0. Co się działo przez przerwę przez te 15 minut? , to był prawdziwy kocioł, kto był ten wie!!! A co mamy dzisiaj? młynowy na hymn się spóźnia 10 minut !! Zrobiliście się sztamę macie awans to wypierdalać na rosvelta jak na hymn macie problem zdążyć. Chcemy zawodników jak Adaś Ledwoń to sami nie bądźmy pizdamami. To jest kurwa GieKSa !!! a nie kółko szachowe.

  8. Avatar photo

    kibic bce

    17 czerwca 2017 at 23:53

    Dodalbym jeszcze Kazka Wegrzyna, M. Swierczewski, Wojciechowski, bramkarz Luncik i inni.
    Oby tak trener jeszcze zrobil porzadek z chu…. grajkami z 2 iego skladu i wyskrobal 2 malolatow z talentem z naszej Akademii.
    Powodzenia trenerze. Moze w koncu bedzie przyjemnosc jak biegaja po Wpkiw jak kiedys lub w Ustroniu w ramach rozgrzewki?

  9. Avatar photo

    tombotleg

    18 czerwca 2017 at 00:55

    To ja dorzucę Strojka i Szewczyka :), a z tym Luncikiem to żeś pojechał z leksza, to był niezły klałn hehe, to se ne wrati pany.

  10. Avatar photo

    Irishman

    18 czerwca 2017 at 05:51

    Nie no tak, to można by jeszcze długo wymieniać. Nam chodziło nie o gwiazdy, które potem ocierały się o reprezentacje tylko o takich solidnych, twardych piłkarzy dzięki którym GieKSa miał ten swój charakter.

    Fakt…dobre z tym Lucikiem 😉 😉 😉

  11. Avatar photo

    Mecza

    18 czerwca 2017 at 09:11

    Co do nazwisk z drugiego planu brakuje mi Borawskiego a co do Wojciechowskiego to darujcie ale o jego grze nie można powiedzieć że to był walczący ktoś, no ale nie musiał bo obok Ledek wszystko czyścił.

  12. Avatar photo

    1964

    18 czerwca 2017 at 10:26

    Johnny 100% racji.Niestety w młynie jest dużo młodzieży która nie pamięta sukcesów GieKSy a co za tym idzie nie żyją tym klubem jak My kiedyś.Pamiętam mecze derbowe kiedy na 40 minut przed szpilem blaszok był wypełniony tak że wejść nie szło.Niestety ale teraz liczy się tylko kasa.Gdzie nie ruszysz dupska to wszędzie stoją z puchami spróbuj nie wrzucić to foch albo najlepiej to by ci wpierdol spuśćili(to często spotykane na wyjazdach).Starsi kibice z ukochanego blaszoka przenieśli się na 4 i 5.Młodzież nie ma szacunku dla starszego kibica!Niestety ale tylko awans może ożywić blaszok i tamtejszy doping.sorki ale nie raz z 4 i 5 było lepsze pierdolnięcie!

  13. Avatar photo

    bce

    18 czerwca 2017 at 12:10

    Chopy Luncik był przez dłuższy okres czasu moim sąsiadem. Pomimo tego, że były normalne treningi ten chop wstawał zawsze co rano ok 6 i zapier… po parku w Bogucicach. Ojciec nie jednokrotnie się z nim mijał na klatce i gadał. Klaun miał jazdy ale przykład pracowitości i przyłożenia do treningu miał na pewno lepsze niż te nasze grajki przyjść i od…. co swoje i do domu.
    Do składu jeszcze do rzucam Ecika.

  14. Avatar photo

    Irishman

    18 czerwca 2017 at 12:30

    @bce, a to nie wiedziałem- w takim razie szacun za to.
    Niestety kibice pamiętają go gównie ze śmiesznych bramek, które puszczał. Podobno to przez to, że miał poważną wadę wzroku.

  15. Avatar photo

    Lukasz1964

    18 czerwca 2017 at 13:27

    Niestety i Johnny i 1964 maja racje, dodam tylko co sie dzieje ze smrody lataja po kato i robia sobie co chca. Gdzie jest reakcja PNG…? Wracajac do Trenera Mandrysza to mam tylko nadzieje ze czyta te artykuly i nasze komentarze, bo moze tylko stad dowie sie co tak naprawde dzieje sie w GieKSie. Jakie sa nasze oczekiwania kazdy wie, ale co do postawy pseudo grajkow to musial hy chyba sam obejzec cala runde wiosenna.

  16. Avatar photo

    John

    18 czerwca 2017 at 21:56

    Prawdziwym kibica i tym ktorzy organizuja doping powinno dac do myslenia czemu nikt nie idzie na blache ino na główną. Przyjechalem po latach na GieKSe na jak sie wtedy wydawalo arcy wazny mecz z Sandecja…i co zobaczyłem.. na takim meczu blaszak pusty prawie a..a doping.. odpowiadal grze itd. Podsumowujac i pod wzgledem infrastrukrury, kasy i kazdym innym ekstraklasa to troche za wysoko..:(

  17. Avatar photo

    Sławoj

    18 czerwca 2017 at 23:36

    Ja bym dodał do tego grona Pawła Pęczaka

  18. Avatar photo

    marcin1964

    19 czerwca 2017 at 01:10

    to był jeden z najgorszych sezonów w naszej historii. „murowany kandydat” dał dupy na całej lini bez walki i ambicji. chłopaki z GieKSy za kratami. smrody nam jebią 44 fany które potem płoną na innych stadionach. frekfencja i doping momentami dno… 92 minuta przegrywamy mecz u siebie a gniazdowy zapodaje ” 1,2,3 liga………..NOŻ KURWA MAĆ!!!!!! porządni kibice wierni od lat poszli na 4 i 5 bo mają dość tych hools celebrytów którzy nawet o nasze barwy z największym wrogiem nie potrafili się napierdalać….brak słów…..ale do puchy trzeba wciepnąć bo oburzenie kurwa przed blaszokiem. na dragi i odżywki trza nazbierać….dno…

  19. Avatar photo

    Tomek

    19 czerwca 2017 at 08:05

    Mandrysz może zrobić porządek ale pod warunkiem że Cygan będzie twardo za nim stał. Jak sie Cygan zesra w majtki (a to bardzo prawdopodobne) los Mandrysza jest przesądzony. Gwiazdeczki (pseudo) go wyeliminują z gry. Łatwiej zmienić trenera niż pozbyc się połowy kadry.

  20. Avatar photo

    Irishman

    19 czerwca 2017 at 13:06

    Jeśli kibice twardo staną za trenerem, to myślę, że prezes nie będzie przeszkadzał, bo i po co? To byłoby bez sensu.

  21. Avatar photo

    Johnny

    21 czerwca 2017 at 12:44

    1964 – a po jakie chuja żeście poszli na 4-5 sektor? kolejne pierdolenie o chopinie, Jak dożyje 80 lat z blaszoka nie zejdę. „Młodzi nie żyją tym tak jak my” Skąd młodzi maja brać przykład? jak popitaliście po czarnych dziurach? Ale masz racje z tymi puszkami, wypierdole każdemu kto machnie mi przed oczami puszką idąc na blaszok. Nie chciałem Cię urazić bo wiem że jest syf i to duży. Ale mam propozycję na pierwszy mecz przyjdźcie na blaszok wszyscy 4-5 sektor i pokażmy młodym co to kurwa jest GieKSa

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga