Dołącz do nas

Piłka nożna

Mózg zespołu – wyłączony

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Linia pomocy to tak naprawdę mózg zespołu. To tutaj zapadają najważniejsze decyzje boiskowe i dzieją się najważniejsze rzeczy – to co bowiem w obronie i w ataku, zazwyczaj ma swój początek właśnie w środku pola, gdzie występują zawodnicy odpowiedzialni zarówno za ofensywę, jak i defensywę. Trudno nie odnieść wrażenia, że w obecnym sezonie pomocnicy nie dali od siebie zbyt wiele i nie pomogli w grze ani obrońcom, ani napastnikom.

Piłkarzem, który rozegrał najwięcej minut jest Adrian Błąd. Zawodnik jednocześnie jest najskuteczniejszym strzelcem zespołu z czterema bramkami na koncie. Trudno jednak być zadowolonym z postawy pomocnika, po którym spodziewano się przy jego przyjściu zdecydowanie więcej. Dodatkowo piłkarz zachwycał na początku wiosny swoimi zrywami, które kończyły się bramkami. Teraz tych zrywów było jak na lekarstwo, a Adrian pogrążył się w piłkarskiej przeciętności. Nie można mu było odmówić ambicji, którą prezentował w prawie każdym spotkaniu, ale z walorami czysto piłkarskimi było krucho. Często grał niedokładnie, ale najbardziej chyba raziły jego złe decyzje, a mówiąc wprost – nadmierna ilość strzałów z nieprzygotowanych pozycji – i to często wtedy, kiedy naprawdę można było zagrać do lepiej ustawionego partnera. Zawodnik wyglądał nieraz tak, jakby chciał całemu światu udowodnić, że jest efektywny i w piłkę grać potrafi. Ktoś powie – a co było z Wigrami? Owszem, była piękna bramka, podobnie jak w Chojnicach. Wspomniana jednak ilość prób i stosunkowo niewielki efekt to za mało. Dodatkowo ciągle szwankują stałe fragmenty gry i nie mówimy tu wcale o tym nieszczęsnym karnym z Sandecją, bo to akurat się może zdarzyć każdemu. Teoretycznie od Błąda wiele zależy i jego gra ma przełożenie na postawę całego zespołu. Tak było i tym razem i niestety odzwierciedla to pozycja w tabeli.

Zadania defensywne ma Bartłomiej Poczobut. Niestety gdybyśmy mieli podsumować jego występy, to można by rzec, że odwaga pomyliła mu się z odważnikiem. A konkretniej wspomniane zadania na boisku, czyli: przerywanie akcji rywali, przecinanie, wytrącanie przeciwnika z równowagi pomyliły mu się z bezmyślnymi faulami, łapaniem głupich kartek i osłabianiem zespołu. Naprawdę 12 żółtych kartek w 17 ligowych meczach, w których grał jest bilansem fatalnym. Te 17 meczów na 21 wzięło się z tego, że w wyniku żółtek musiał pauzować aż w 4 spotkaniach. Pauza po 12. kartce otrzymanej w Tychach wyniosła już dwa mecze i jeśli piłkarz nadal nie będzie panował nad sobą, to i do dwudziestki dociągnie bijąc wszelkie rekordy w tym temacie. Tak naprawdę te kartoniki przyćmiły jego grę. A sama postawa piłkarza była przeciętna łamane na słaba. Nie jest to wirtuoz techniki, natomiast w kwestii „przecinania”, to o ile po przyjściu do GKS mógł się w tym temacie podobać, to z każdym tygodniem udowadnia, dlaczego wlecze się w ogonie pierwszej ligi. W trakcie rundy pojawiały się coraz częstsze pomyłki, na czele z golem samobójczym w meczu z Odrą Opole. Trudno sobie przypomnieć jakiś mecz, w którym moglibyśmy powiedzieć, że dzielił i rządził w destrukcji. To chyba jednak nie ten poziom.

Do miana jednej z największych transferowych pomyłek aspiruje Grzegorz Piesio. Postawa tego zawodnika jest jednak jedną wielką zagadką. Od początku sezonu zawodnik powiem spisywał się bardzo dobrze i był głównym motorem napędowym ofensywnych poczynań GKS. Jego przegląd pola, prostopadłe otwierające podania – jak choćby w meczu z Tychami – pokazywały, że jest szansa na reżysera z prawdziwego zdarzenia. Dodatkowo decydował się na techniczne uderzenia, po których piłka lądowała na obramowaniu bramki. Tak było choćby w meczu z Rakowem, kiedy to nawet mimo kiepskiej postawy, jakimś cudem można było się pokusić o remis. Niestety wkrótce Piesio zatracił absolutnie wszystkie swoje walory i przez większość rundy snuł się po boisku, zupełnie bez sensu. O otwierających podaniach już dawno zapomnieliśmy, o jakiejkolwiek efektywności z gry również. Co gorsza, piłkarz był regularnie wystawiany, mimo coraz gorszej formy. I ostatecznie stał się symbolem ofensywnego marazmu obecnego sezonu, do tego stopnia, że naprawdę trudno sobie przypomnieć coś ciekawe od powiedzmy szóstej kolejki.

Jak na razie nie zawojował tej ligi ani drużyny Kacper Tabiś. Opisywaliśmy już jego udział w końcówce rundy w obronie, jednak większość czasu spędził na boku pomocy. Zaczęło się od obiecującej zmiany z Podbeskidziem, ale gdy zagrał od pierwszej minuty w Łodzi było już słabiej. Naprawdę dobrze wyglądało to w meczu z Tychami, młody grał w polotem, potrafił jednym zwodem i balansem tak zmylić rywala, że wyrabiał sobie dobrą pozycję do dalszej akcji. Wydawało się, że może na dłużej zadomowić się na skrzydle. Niestety z tego założenia nie wyszedł trener Paszulewicz i Tabisia w Nowym Sączu wpuścił na boisko dopiero w 68. minucie. Zawodnik sam sobie nie pomógł, bo w 17 minut zobaczył dwie żółte kartki. Niestety to było w zasadzie tyle dobrego, jeśli chodzi o Tabisia. Wkrótce zawodnik sprzeciętniał i grał niektóre mecze takie, że przez dobre kilkadziesiąt minut zapominaliśmy, że jest na boisku. Niewidoczny, wręcz niewidzialny. Jak choćby w meczu z Wartą Poznań u siebie. Tabiś zatracił wszystko, czym może nie imponował, ale wzbudzał nadzieję na początku sezonu. Wkrótce cofnięto go do obrony.

Kolejnym „młodym, zdolnym”, który trafił do GKS przed sezonem był Adrian Łyszczarz. Jeden z zawodników najbardziej „zniszczonych” przez Paszulewicza. Pomocnik nie dostawał zbyt wielu szans na początku rozgrywek, ale z dobrej strony zaprezentował się w Nowym Sączu i przede wszystkim, gdy wszedł z ławki z Wigrami, jego szybkość, dynamika i branie odpowiedzialności na siebie bardzo się podobały. Po tak dobrym meczu „katowicki Kapustka” zasługiwał na pierwszy skład z Rakowem. Niestety trener uważał inaczej i dał mu zagrać tylko ogon. Potem była jeszcze tylko połowa z Jastrzębiem i za Paszulewicza już nie zagrał, choć pamiętać należy także o urazie, jakiego nabawił się na zgrupowaniu reprezentacji. Zawodnik wrócił na Puchar Polski z Pogonią, a w lidze popisał się ładnym uderzeniem w Olsztynie, które dało trzy punkty katowiczanom. Mimo wszystko, brakowało już tego błysku. Nie można mu było odmówić waleczności i nadal brania gry na siebie, nawet z tak trudnym rywalem, jak Jagiellonia. Brakowało mu jednak umiejętności czysto piłkarskich, przez co trochę wystawiał się na strzał. W końcówce rundy trener Dariusz Dudek zaczął odważniej na młodego zawodnika stawiać, ale ten nie pokazał już nic wielkiego.

Arkadiusz Woźniak, kolejny kandydujący z Piesiem do miana szrotu roku. Piękne, mądre wywiady na początek nie miały przełożenia na grę. A szkoda, bo debiut z Wigrami (wszedł w 60. minucie) miał bardzo dobry i do pełni szczęścia zabrakło tylko gola. Zawodnik świetnie wszedł w ten mecz i standardowo zachłysnęliśmy się kilkoma akcjami… zdecydowanie za wcześnie. Z Rakowem Paszulewicz uznał, że trzeba „na chama” upchnąć Woźniaka i Rumina, przez co Arkadiusz wylądował na skrzydle. Poza jednym dobrym podaniem do Rumina, zagrał bardzo słabo. I podobnie było w kolejnych meczach, gdy grał w linii pomocy. Strzelił co prawda dwie bramki, ale w sumie dały one tylko jeden punkt. Z samej gry natomiast praktycznie przez całą rundę bardzo niewiele dawał zespołowi i na ten moment, gdyby miał odejść z GKS, nikt by po nim nie płakał. Na ostatnie dwa mecze u siebie wchodził zaledwie z ławki.

No dobra, ale jeśli Piesia i Woźniaka nazwiemy szrotem, to co powiedzieć o Damianie Michaliku? Pewnie część z kibiców GieKSy zapomniała w ogóle, że w naszym klubie ktoś taki gra. Zawodnik od początku cieniował. Co prawda w Łodzi zaliczył bardzo dobrą asystę, ale z Tychami w meczu, w którym cała ofensywa spisywała się bardzo dobrze, akurat Michalik przeszedł obok meczu. W kolejnych spotkaniach wcale nie było lepiej. Zawodnik nic, absolutnie nic nie dał zespołowi. Jeszcze próbował go od pierwszy minut Paszulewicz, Dziółka wprowadzał z ławki, a u Dudka zagrał tylko dwa razy – raz z ławki, raz od pierwszej minuty w meczu z Garbarnią. I to był jego ostatni mecz w GKS, a ostatnio próżno go było szukać nawet w osiemnastce meczowej. Podobno interesowały się nim kluby z ekstraklasy. Ale to musi być nieprawda. Co się z tym zawodnikiem stało? W zasadzie jest to owiane tajemnicą.

Dominik Bronisławski, czyli Remisz pomocy. W znaczeniu takim, że trudno cokolwiek o nim powiedzieć. Zawodnik absolutnie bezbarwny, pogrążony w przeciętności, choć trzeba powiedzieć, że kilka przyzwoitych minut miał. Najpierw wchodził z ławki, ale gdy zagrał od pierwszej minuty z Wigrami, to nawet strzelił gola. Niestety w kolejnym meczy z Rakowem było bardzo słabo. Paszulewicza zawodnik nie przekonywał i po spotkaniu w Chojnicach szkoleniowiec przestał na niego stawiać. Piłkarza jeszcze próbował „odratować” trener Dziółka i nawet w wygranym meczu ze Stomilem Bronisławski grał od pierwszej minuty. Nie znalazł on natomiast uznania u Dariusza Dudka, który zdjął go po 58 minutach meczu ze Stalą i jak dotychczas, więcej go nie wystawił.

Teoretycznym pierwszym zmiennikiem Poczobuta miał być kolejny „gigant z Grudziądza” – Kamil Kurowski. A jednak Paszulewicz zaczął kombinować z Kurowskim na skrzydle, co było dość karkołomnym rozwiązaniem, choć w Nowym Sączu zawodnik zagrał dość przyzwoicie (ale nic więcej). Pierwszy raz miał zastępować Poczobuta w Częstochowie i tutaj znów poza „poprawnością” nic się nie wydarzyło. Tak wygląda cała przygoda zawodnika w GKS, nie wybija się i absolutnie nie wybije się ponad przeciętność. Nie ten rozmiar kapelusza. Ale też grzechem byłoby stwierdzić, że cokolwiek zepsuł. Typowy zawodnik na środek tabeli, więc i tak… lepiej niż GKS w niej stoi.

David Anon, czyli najbardziej niedoceniany przez trenerów piłkarz GKS. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego, bo zawodnik w większości meczów, w których grał (najczęściej wchodził z ławki), pokazywał, że ma technikę, ma przegląd i coś z tego może być. Brakowało i brakuje bardziej zdecydowanego postawienia na Hiszpana. Jest to błąd trenerów, że wystawiają właśnie nomen omen – Błąda, przy którym Anon niejednokrotnie pokazywał się z dużo lepszej strony. Jeśli chodzi o liczby, to nie ma ich imponujących (1 gol z karnego), ale kilkukrotnie swoim dobrym boiskowym zachowaniem, dawał drużynie nadzieję, że coś z tej ofensywy może być. Apel do trenera Dudka – więcej stawiać na Anona!

Wojciech Słomka – powiedzielibyśmy „ej, dlaczego znowu trzeba opisywać tego zawodnika?”. Ano dlatego, że grał i w obronie, i w pomocy. Co do defensywy to mogliście przeczytać w poprzednim artykule, jak Słomka sobie tam nie radził. A co do pomocy? No cóż, podobnie jak w przypadku formacji obronnej – wyglądało to beznadziejnie. Na czele z ostatnim meczem, z Pogonią, w którym wszedł i na świeżości miał kilka naprawdę dobrych sytuacji wyjściowych, żeby zrobić groźną akcję. Każdą niestety koncertowo zepsuł.

Jest jeszcze w GKS taki zawodnik jak Konrad Andrzejczak. Piłkarz w sumie zagrał 22 minuty w dwóch meczach. I można sobie zadać pytanie – po kiego grzyba został ściągnięty na Bukową, jak nie dostał nawet cienia szansy?…

Na koniec wspomnijmy jeszcze zdanie o Tymoteuszu Puchaczu. Zawodnik na dwa ostatnie mecze wreszcie został ustawiony w pomocy. Zwolniony z zadań defensywnych, w końcu mógł się skupić na ofensywie. Do tego dobrze współpracujący z Mateuszem Mączyńskim. Jeśli trener Dudek utrzyma ten trend Puchacza w pomocy, może być z tego pożytek.

Jak widać po powyższych opisach – tyłka nam linia pomocy nie urwała. W większości mieliśmy dość przebrzmiałe gwiazdy ekstraklasowych i pierwszoligowych boisk, które kiedyś umiały, ale teraz nie umieją. Ilość straconych bramek obciąża głównie obrońców, ale dowodzi też, że zasieki w środku pola nie były zastawione efektywnie. Oczywiście po przejściu na piątkę obrońców, choćby liczbowo zostało to ograniczone, ale jednak grając wcześniej z piątką pomocników, wyglądało to jeszcze gorzej. Jeśli zaś chodzi o grę ofensywną, to napastnicy praktycznie nie mieli wsparcia zarówno od bocznych pomocników, jak i tych, którzy mieli rozgrywać ze środka. Cisza i posucha. Trudno się więc dziwić, że GKS strzelił tak mało bramek, bo napastnicy też byli na tyle słabi, że bez wsparcia pomocników nie byli w stanie nic zrobić…

Portal GieKSa.pl tworzony jest od kibiców, dla kibiców, dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą o wsparcie poprzez:

a/ przelew na konto bankowe:

SK 1964
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533

b/ wpłatę na PayPal:

E-mail: [email protected]

c/ rejestrację w Superbet z naszych banerów.

Dziękujemy!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Popłynęli w Szczecinie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie piłkarze GKS-u Katowice pojechali na wyjazdowe spotkanie do Szczecina w ramach 27. kolejki PKO BP Ekstraklasy. W wyjściowej jedenastce doszło do czterech zmian i od pierwszej minuty zagrali Szymczak, Kuusk, Drachal i Gruszkowski.

Pierwszą połowę zaczęli zawodnicy GieKSy, ale nie stworzyli realnego zagrożenia. W trzeciej minucie Filip Szymczak wyszedł sam na sam z bramkarzem i mimo tego, że i tak był na spalonym, to nie zdołał pokonać Cojocaru. Chwilę później Alan Czerwiński ruszył prawą stroną boiska aż do linii końcowej i wrzucił piłkę w pole karne. Obrońca gospodarzy strącił futbolówkę wprost pod nogi Oskara Repki, który pokusił się o strzał zza pola karnego, ale został on zablokowany. Pierwszy kwadrans spotkania nie porwał piłkarsko, ale GieKSa częściej zapędzała się pod bramkę Pogoni i dłużej utrzymywała się przy piłce. W 15. minucie Kudła źle wybił piłkę i zrobiło się groźnie pod bramką GieKSy, na szczęście nasz bramkarz zdołał się zrehabilitować i wybronił strzał Kolourisa. Chwilę później znów Pogoń była bliska zdobycia bramki, ale zawodnik gospodarzy uderzył niecelnie. W 19. minucie zrobiło się sporo zamieszania w polu karnym Cojocaru, gdy Mateusz Kowalczyk delikatnie trącił piłkę głowa, zmieniając jej tor lotu, ale nic z tego nie wyszło. W kolejnych minutach gra przeniosła się głównie w środkową strefę boiska i żadna drużyna nie była w stanie skonstruować składnej akcji. W 33. minucie Koutris przeniósł piłkę nad bramką Kudły, uderzając lewą nogą. Chwilę później Drachal był bliski zdobycia bramki, ale w ostatnim momencie piłka mu odskoczyła. W 42. minucie Loncar uderzył głową z bliskiej odległości, ale Kudła zdołał ją wybić końcówkami palców. Po wznowieniu z rzutu rożnego Dawid Drachal chciał oddalić zagrożenie i w momenciem gdy wybijał piłkę, to podbiegł Kurzawa, który dostał prosto w skroń i potrzebował pomocy medycznej. W doliczonym czasie pierwszej połowy Gruszkowski rzucił się, aby zablokować strzał Koutrisa i piłka niefortunnie odbiła mu się od ręki. Po długiej przerwie i analizie VAR sędzia wskazał na jedenastkę, którą  pewnie wykorzystał Koulouris. Po tej bramce arbiter zakończył pierwszą połowę.

Na drugą połowę GieKSa wyszła w takim samym składzie, natomiast w drużynie Pogoni doszło do jednej zmiany. Po czterech minutach drugiej połowy Koulouris znów wpisał się na listę strzelców – tym razem pokonał Kudłę z bardzo bliskiej odległości, a piłkę wrzucił Kamil Grosicki, który przepchał i objechał bezradnego Alana Czerwińskiego. W kolejnych minutach GieKSa, chcąc odrabiać straty, odsłoniła się jeszcze bardziej, co próbował wykorzystać Wahlqvist, ale uderzył bardzo niecelnie. Po upływie godziny gry trener Rafał Górak pokusił się o potrójną zmianę. Na boisko weszli Błąd, Bergier i Galan. Chwilę późnej Arkadiusz Jędrych wpuścił swojego bramkarza na minę. Źle obliczył odległość do Kudły i zagrał zbyt lekko i niedokładnie do tyłu. Kudła musiał opuścić bramkę, aby ratować sytuację i po serii niefortunnych podań piłka trafiła pod nogi Grosickiego, jednak jego strzał został zablokowany przez naszego bramkarza. W 68. minucie Sebastian Bergier wyszedł sam na sam z bramkarzem, ale nie trafił w światło bramki, była to idealna okazja na złapanie kontaktu. Chwilę później Loncar został sfaulowany przez Kuuska, ale sędzia puścił akcję i do piłki dobiegł Sebastian Bergier, który zaliczył… soczysty upadek. W kolejnych minutach gra zrobiła się bardzo rwana i było dużo niedokładności w obu zespołach. W 82. minucie Kacper Łukasiak pokonał Dawida Kudłę strzałem na dalszy słupek. Warto zaznaczyć, że ten zawodnik wszedł na boisko… minutę wcześniej. Pięć minut później Koulouris trzeci raz wpisał się na listę strzelców, pokonując Kudłę strzałem na długi róg. Chwilę później sędzia zakończył spotkanie.

6.04.2025, Szczecin
Pogoń Szczecin – GKS Katowice 4:0 (1:0)
Bramki: Koulouris (45-k, 49, 87), Łukasiak (82).
Pogoń Szczecin: Cojocaru – Wahlqvist, Loncar, Borges, Koutris (86. Lis), Gamboa, Ulvestad, Kurzawa (80. Smoliński), Przyborek (46. Wędrychowski), Grosicki (81. Łukasiak), Kolouris (88. Paryzek).
GKS Katowice: Kudła – Gruszkowski (62. Galan), Czerwiński, Jędrych, Kuusk (80. Komor), Wasielewski – Drachal (62. Błąd), Kowalczyk, Repka, Nowak (88. Marzec) – Szymczak (62. Bergier).
Żółte kartki: Kowalczyk.
Sędzia: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 19 938.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Nie schodźcie z obranej drogi

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Co GKS Katowice wraca na swój stadion po nieudanym wyjeździe to wygrywa. Podobnie było tym razem. Po wysokiej porażce w Szczecinie (choć zbyt wysokiej patrząc na samą grę), katowiczanie mieli zmierzyć się z walczącą o życie Puszczą Niepołomice.

W końcówce sezonu takie mecze zawsze są trudniejsze niż – po pierwsze wcześniej, a po drugie – niż wskazywałaby na to tabela. Zazwyczaj drużyny z dołu się po prostu budzą – wcześniej czy później. Nie zawsze i nie wszystkie – te które pobudki nie zrobią lub nie zrobią jej odpowiednio wcześnie – spadają z ligi. Mamy w tym sezonie aż nadto przykładów. Obudziła się Korona – na samym początku rundy wiosennej – i dziś jest praktycznie pewna utrzymania. Niedawno na wysokie obroty wskoczył Radomiak – i choć przegrał ostatnio dwa mecze – również ma niezłą pozycję w tabeli, a przecież startowali od 0:5 do przerwy w Białymstoku. Skazywane na pożarcie Zagłębie Lubin wygrało dwa mecze i znacząco poprawiło swoją sytuację. A Śląsk Wrocław? Ci to dopiero zaczęli grać. Zagrzebani na ostatnim miejscu, pod wodzą Alana Simundzy zaczęli punktować aż miło i po wielu, wielu kolejkach w końcu osiemnaste miejsce opuścili i są na styku jeśli chodzi o bezpieczną strefę!

Zamieszana w walkę o utrzymanie Puszcza również czeka na to przebudzenie. Był jeden moment, w którym wydawało się, że podopieczni Tomasza Tułacza wskoczyli na właściwe tory. Mowa o wygranej w Gdańsku 2:0. Ta wygrana z zespołem z dołu tabeli, ale też dobrze wówczas grającą Lechią, była pewna i wydawało się, że Puszcza może stać się takim Radomiakiem czy Koroną. Nic z tych rzeczy. Co prawda potem zdarzyło się jeszcze zwycięstwo z Piastem, ale poza tym było słabiutko. Sytuację mógł też trochę uratować Puchar Polski, gdzie niepołomiczanie wygrali na Konwiktorskiej, ale potem Pogoń zmiotła ich w półfinale. Tym motywacyjnym drygiem mógł być też uratowany w doliczonym czasie gry z Rakowem remis. Nie wyszło. Puszcza przegrała w Katowicach i choć jest minimalnie nad kreską, czeka ich niebywała i ciężka batalia o pozostanie w lidze. Za tydzień grają z niezłym Radomiakiem, potem mają Pogoń i Lecha, będą też bezpośrednie potyczki ze Stalą i Śląskiem. Oj, nie będzie u Żubrów nudno.

To jednak problemy naszych ligowych rywali. GieKSa z tą walczącą o życie drużyną sobie poradziła i to przegrywając do przerwy. Nawet trener Tułacz – zasadniczo nieszczędzący swoim podopiecznym słów krytyki – dziwił się, że nie było aż takiej determinacji. Za to w Lidze Plus eksperci mówili, że z Puszczą narzucającą swój styl gry, przejąć tę rolę jest trudno – a GieKSie się to udało. Nie da się ukryć, katowiczanie zdominowali rywali i w tym kontekście był to jeden z najlepszych meczów w tym sezonie – no, powiedzmy druga połowa, bo do pierwszej można się przyczepić.

To był pierwszy mecz w obecnych rozgrywkach, w którym GieKSa przegrywała i przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść. W 28. kolejce. Dla porównania powiedzmy, że w ostatnich pięciu meczach poprzedniego sezonu, taka sytuacja miała miejsce… trzy razy (z Polonią, Tychami i Wisłą). Dlatego nawet jeśli taka sytuacja zdarza się raz na jakiś czas, to jednak tyle meczów bez odwrócenia ich losów to sporo. W drugą stronę mieliśmy to trzy razy – z Legią, Koroną i Motorem. A jedynymi drużynami, które pozostają bez przechylenia szali na swoją korzyść są Piast, Puszcza, Śląsk, Lechia.

Żeby dołożyć łyżeczkę dziegciu co do wczorajszego spotkania, to trzeba przyznać, że do pewnego momentu aspirowało ono do jednego z najbardziej frustrujących w tym sezonie. Mam tu na myśli taką niemoc, pewnego rodzaju bezsilność, która – wydawało się – może mieć miejsce. Bo jak przegrywaliśmy wysoko, to GieKSa była ewidentnie słabsza. Jak przegrywaliśmy mecze, których nie powinniśmy przegrać, bo graliśmy dobrze, była irytacja i złość. Ale wczoraj to było jeszcze coś innego. GieKSa niby atakowała, niby stwarzała sytuacje, ale ostatecznie wszystko szło w ręce Komara, ewentualnie było niecelne, tak jak strzał Dawida Drachala z początku meczu. Dodatkowo było widać dużą determinację i dynamikę. To nie był chodzony mecz. Z jednej strony można było myśleć, że taka gra daje szansę na pozytywny rezultat, z drugiej te wykończenia były dość mizerne. No i przede wszystkim Puszcza prowadziła po naszym dość dużym błędzie. Więc trzeba było zdobyć nie jedną, a dwie bramki. Niewiadomą było, jak się to wszystko potoczy.

Ta łyżka dziegciu się zdematerializowała, bo ostatecznie GKS w drugiej połowie grał podobnie jak w pierwszej, a dodatkowo wzmocnił ten sposób gry i w końcu zaczęło wychodzić. Czyli wchodzić. Trzy bramki zdobyte po przerwie mają swoją wymowę. Najpierw Alan Czerwiński dosłownie wypatrzył Sebastiana Bergiera, który po prostu nie mógł tego zmarnować. Potem swoje firmowe zagranie zaliczył Bartosz Nowak i Bergi a la „Franek – łowca bramek” (skoro jesteśmy już przy wiślackich porównaniach trenera) podcinką trafił do siatki. Mało się mówi o trzecim golu, a to co zrobił Marcin Wasielewski przecież było bardzo klasowe. Minął rywala delikatnym podbiciem piłki, a potem to podbicie powtórzył nad bramkarzem, wystawiając piłkę do pustej bramki. To było doprawdy doskonałe i jeśli mówimy o Tsubasie Dawida Drachala w jego kapitalnej akcji w pierwszej połowie, to nie można tego japońskiego bohatera kreskówek nie przyrównać do Wasyla, przy czym Wasyl zrobił to błyskawicznie, a nie jak Tsubasa biegł z piłką przez boisko przez pół odcinka okrążając niemal całą kulę ziemską 😉

Swój sposób gry – to było coś, co trener powtarzał w rundzie jesiennej. Można powiedzieć, że jesienią to wychodziło w bardziej spektakularny sposób, choć nadal musimy pamiętać, że dawało to mniej punktów niż obecnie. Ale pod względem wizualnym, spotkanie z Puszczą rzeczywiście pokazało bardzo dużą dominację nad rywalem.

GieKSa jest w środku tabeli dlatego, że… nie zawsze nam wychodzi. Bartosz Nowak ma potencjał na to, by dawać jeszcze więcej. I ostatecznie coś mu w tych meczach zawsze wyjdzie – jakieś idealne podanie i asysta – bo to po prostu bardzo jakościowy zawodnik. Ale tu może być jeszcze lepiej. Sebastian Bergier nastrzelał już trochę tych bramek, ale ich też może być jeszcze więcej. Coraz lepiej prezentuje się Dawid Drachal i jakby tylko udało się wyciągnąć go z Rakowa, byłoby doskonale, bo ten zawodnik to bardzo duży talent. Naprawdę w tej drużynie drzemie spory potencjał. Na ten moment jest bardzo dobrze. A może być jeszcze lepiej. Tylko prośba do trenera – nie schodźcie z obranej drogi. Wychodźcie z założenia, że rozwój jak najbardziej, ale lepsze czasem jest wrogiem dobrego. Można i trzeba ulepszać i poprawiać, ale nie na siłę. Naprawdę jest dobrze.

Osiągnęliśmy magiczną granicę 38 punktów. Można już mieć absolutnie spokojną głowę. GieKSa w przyszłym sezonie będzie grać w ekstraklasie i dalej sławić Katowice w ligowej piłce. Nie mogliśmy sobie wymarzyć na początku sezonu – a już zwłaszcza po pierwszej kolejce z Radomiakiem – w jakim miejscu będziemy na sześć kolejek przed końcem. Pięknie.

A Dawid Abramowicz, ani żaden inny Craciun czy Atanasov nie okazali się Kojiro 😉

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Budujemy nową twierdzę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W dzisiejszym spotkaniu nasza drużyna pokonała 3:1 Puszczę Niepołomice. Zapraszamy na drugą galerię z tego meczu, którą przygotował dla Was Kazik.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga