Dołącz do nas

Piłka nożna

Mózg zespołu – wyłączony

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Linia pomocy to tak naprawdę mózg zespołu. To tutaj zapadają najważniejsze decyzje boiskowe i dzieją się najważniejsze rzeczy – to co bowiem w obronie i w ataku, zazwyczaj ma swój początek właśnie w środku pola, gdzie występują zawodnicy odpowiedzialni zarówno za ofensywę, jak i defensywę. Trudno nie odnieść wrażenia, że w obecnym sezonie pomocnicy nie dali od siebie zbyt wiele i nie pomogli w grze ani obrońcom, ani napastnikom.

Piłkarzem, który rozegrał najwięcej minut jest Adrian Błąd. Zawodnik jednocześnie jest najskuteczniejszym strzelcem zespołu z czterema bramkami na koncie. Trudno jednak być zadowolonym z postawy pomocnika, po którym spodziewano się przy jego przyjściu zdecydowanie więcej. Dodatkowo piłkarz zachwycał na początku wiosny swoimi zrywami, które kończyły się bramkami. Teraz tych zrywów było jak na lekarstwo, a Adrian pogrążył się w piłkarskiej przeciętności. Nie można mu było odmówić ambicji, którą prezentował w prawie każdym spotkaniu, ale z walorami czysto piłkarskimi było krucho. Często grał niedokładnie, ale najbardziej chyba raziły jego złe decyzje, a mówiąc wprost – nadmierna ilość strzałów z nieprzygotowanych pozycji – i to często wtedy, kiedy naprawdę można było zagrać do lepiej ustawionego partnera. Zawodnik wyglądał nieraz tak, jakby chciał całemu światu udowodnić, że jest efektywny i w piłkę grać potrafi. Ktoś powie – a co było z Wigrami? Owszem, była piękna bramka, podobnie jak w Chojnicach. Wspomniana jednak ilość prób i stosunkowo niewielki efekt to za mało. Dodatkowo ciągle szwankują stałe fragmenty gry i nie mówimy tu wcale o tym nieszczęsnym karnym z Sandecją, bo to akurat się może zdarzyć każdemu. Teoretycznie od Błąda wiele zależy i jego gra ma przełożenie na postawę całego zespołu. Tak było i tym razem i niestety odzwierciedla to pozycja w tabeli.

Zadania defensywne ma Bartłomiej Poczobut. Niestety gdybyśmy mieli podsumować jego występy, to można by rzec, że odwaga pomyliła mu się z odważnikiem. A konkretniej wspomniane zadania na boisku, czyli: przerywanie akcji rywali, przecinanie, wytrącanie przeciwnika z równowagi pomyliły mu się z bezmyślnymi faulami, łapaniem głupich kartek i osłabianiem zespołu. Naprawdę 12 żółtych kartek w 17 ligowych meczach, w których grał jest bilansem fatalnym. Te 17 meczów na 21 wzięło się z tego, że w wyniku żółtek musiał pauzować aż w 4 spotkaniach. Pauza po 12. kartce otrzymanej w Tychach wyniosła już dwa mecze i jeśli piłkarz nadal nie będzie panował nad sobą, to i do dwudziestki dociągnie bijąc wszelkie rekordy w tym temacie. Tak naprawdę te kartoniki przyćmiły jego grę. A sama postawa piłkarza była przeciętna łamane na słaba. Nie jest to wirtuoz techniki, natomiast w kwestii „przecinania”, to o ile po przyjściu do GKS mógł się w tym temacie podobać, to z każdym tygodniem udowadnia, dlaczego wlecze się w ogonie pierwszej ligi. W trakcie rundy pojawiały się coraz częstsze pomyłki, na czele z golem samobójczym w meczu z Odrą Opole. Trudno sobie przypomnieć jakiś mecz, w którym moglibyśmy powiedzieć, że dzielił i rządził w destrukcji. To chyba jednak nie ten poziom.

Do miana jednej z największych transferowych pomyłek aspiruje Grzegorz Piesio. Postawa tego zawodnika jest jednak jedną wielką zagadką. Od początku sezonu zawodnik powiem spisywał się bardzo dobrze i był głównym motorem napędowym ofensywnych poczynań GKS. Jego przegląd pola, prostopadłe otwierające podania – jak choćby w meczu z Tychami – pokazywały, że jest szansa na reżysera z prawdziwego zdarzenia. Dodatkowo decydował się na techniczne uderzenia, po których piłka lądowała na obramowaniu bramki. Tak było choćby w meczu z Rakowem, kiedy to nawet mimo kiepskiej postawy, jakimś cudem można było się pokusić o remis. Niestety wkrótce Piesio zatracił absolutnie wszystkie swoje walory i przez większość rundy snuł się po boisku, zupełnie bez sensu. O otwierających podaniach już dawno zapomnieliśmy, o jakiejkolwiek efektywności z gry również. Co gorsza, piłkarz był regularnie wystawiany, mimo coraz gorszej formy. I ostatecznie stał się symbolem ofensywnego marazmu obecnego sezonu, do tego stopnia, że naprawdę trudno sobie przypomnieć coś ciekawe od powiedzmy szóstej kolejki.

Jak na razie nie zawojował tej ligi ani drużyny Kacper Tabiś. Opisywaliśmy już jego udział w końcówce rundy w obronie, jednak większość czasu spędził na boku pomocy. Zaczęło się od obiecującej zmiany z Podbeskidziem, ale gdy zagrał od pierwszej minuty w Łodzi było już słabiej. Naprawdę dobrze wyglądało to w meczu z Tychami, młody grał w polotem, potrafił jednym zwodem i balansem tak zmylić rywala, że wyrabiał sobie dobrą pozycję do dalszej akcji. Wydawało się, że może na dłużej zadomowić się na skrzydle. Niestety z tego założenia nie wyszedł trener Paszulewicz i Tabisia w Nowym Sączu wpuścił na boisko dopiero w 68. minucie. Zawodnik sam sobie nie pomógł, bo w 17 minut zobaczył dwie żółte kartki. Niestety to było w zasadzie tyle dobrego, jeśli chodzi o Tabisia. Wkrótce zawodnik sprzeciętniał i grał niektóre mecze takie, że przez dobre kilkadziesiąt minut zapominaliśmy, że jest na boisku. Niewidoczny, wręcz niewidzialny. Jak choćby w meczu z Wartą Poznań u siebie. Tabiś zatracił wszystko, czym może nie imponował, ale wzbudzał nadzieję na początku sezonu. Wkrótce cofnięto go do obrony.

Kolejnym „młodym, zdolnym”, który trafił do GKS przed sezonem był Adrian Łyszczarz. Jeden z zawodników najbardziej „zniszczonych” przez Paszulewicza. Pomocnik nie dostawał zbyt wielu szans na początku rozgrywek, ale z dobrej strony zaprezentował się w Nowym Sączu i przede wszystkim, gdy wszedł z ławki z Wigrami, jego szybkość, dynamika i branie odpowiedzialności na siebie bardzo się podobały. Po tak dobrym meczu „katowicki Kapustka” zasługiwał na pierwszy skład z Rakowem. Niestety trener uważał inaczej i dał mu zagrać tylko ogon. Potem była jeszcze tylko połowa z Jastrzębiem i za Paszulewicza już nie zagrał, choć pamiętać należy także o urazie, jakiego nabawił się na zgrupowaniu reprezentacji. Zawodnik wrócił na Puchar Polski z Pogonią, a w lidze popisał się ładnym uderzeniem w Olsztynie, które dało trzy punkty katowiczanom. Mimo wszystko, brakowało już tego błysku. Nie można mu było odmówić waleczności i nadal brania gry na siebie, nawet z tak trudnym rywalem, jak Jagiellonia. Brakowało mu jednak umiejętności czysto piłkarskich, przez co trochę wystawiał się na strzał. W końcówce rundy trener Dariusz Dudek zaczął odważniej na młodego zawodnika stawiać, ale ten nie pokazał już nic wielkiego.

Arkadiusz Woźniak, kolejny kandydujący z Piesiem do miana szrotu roku. Piękne, mądre wywiady na początek nie miały przełożenia na grę. A szkoda, bo debiut z Wigrami (wszedł w 60. minucie) miał bardzo dobry i do pełni szczęścia zabrakło tylko gola. Zawodnik świetnie wszedł w ten mecz i standardowo zachłysnęliśmy się kilkoma akcjami… zdecydowanie za wcześnie. Z Rakowem Paszulewicz uznał, że trzeba „na chama” upchnąć Woźniaka i Rumina, przez co Arkadiusz wylądował na skrzydle. Poza jednym dobrym podaniem do Rumina, zagrał bardzo słabo. I podobnie było w kolejnych meczach, gdy grał w linii pomocy. Strzelił co prawda dwie bramki, ale w sumie dały one tylko jeden punkt. Z samej gry natomiast praktycznie przez całą rundę bardzo niewiele dawał zespołowi i na ten moment, gdyby miał odejść z GKS, nikt by po nim nie płakał. Na ostatnie dwa mecze u siebie wchodził zaledwie z ławki.

No dobra, ale jeśli Piesia i Woźniaka nazwiemy szrotem, to co powiedzieć o Damianie Michaliku? Pewnie część z kibiców GieKSy zapomniała w ogóle, że w naszym klubie ktoś taki gra. Zawodnik od początku cieniował. Co prawda w Łodzi zaliczył bardzo dobrą asystę, ale z Tychami w meczu, w którym cała ofensywa spisywała się bardzo dobrze, akurat Michalik przeszedł obok meczu. W kolejnych spotkaniach wcale nie było lepiej. Zawodnik nic, absolutnie nic nie dał zespołowi. Jeszcze próbował go od pierwszy minut Paszulewicz, Dziółka wprowadzał z ławki, a u Dudka zagrał tylko dwa razy – raz z ławki, raz od pierwszej minuty w meczu z Garbarnią. I to był jego ostatni mecz w GKS, a ostatnio próżno go było szukać nawet w osiemnastce meczowej. Podobno interesowały się nim kluby z ekstraklasy. Ale to musi być nieprawda. Co się z tym zawodnikiem stało? W zasadzie jest to owiane tajemnicą.

Dominik Bronisławski, czyli Remisz pomocy. W znaczeniu takim, że trudno cokolwiek o nim powiedzieć. Zawodnik absolutnie bezbarwny, pogrążony w przeciętności, choć trzeba powiedzieć, że kilka przyzwoitych minut miał. Najpierw wchodził z ławki, ale gdy zagrał od pierwszej minuty z Wigrami, to nawet strzelił gola. Niestety w kolejnym meczy z Rakowem było bardzo słabo. Paszulewicza zawodnik nie przekonywał i po spotkaniu w Chojnicach szkoleniowiec przestał na niego stawiać. Piłkarza jeszcze próbował „odratować” trener Dziółka i nawet w wygranym meczu ze Stomilem Bronisławski grał od pierwszej minuty. Nie znalazł on natomiast uznania u Dariusza Dudka, który zdjął go po 58 minutach meczu ze Stalą i jak dotychczas, więcej go nie wystawił.

Teoretycznym pierwszym zmiennikiem Poczobuta miał być kolejny „gigant z Grudziądza” – Kamil Kurowski. A jednak Paszulewicz zaczął kombinować z Kurowskim na skrzydle, co było dość karkołomnym rozwiązaniem, choć w Nowym Sączu zawodnik zagrał dość przyzwoicie (ale nic więcej). Pierwszy raz miał zastępować Poczobuta w Częstochowie i tutaj znów poza „poprawnością” nic się nie wydarzyło. Tak wygląda cała przygoda zawodnika w GKS, nie wybija się i absolutnie nie wybije się ponad przeciętność. Nie ten rozmiar kapelusza. Ale też grzechem byłoby stwierdzić, że cokolwiek zepsuł. Typowy zawodnik na środek tabeli, więc i tak… lepiej niż GKS w niej stoi.

David Anon, czyli najbardziej niedoceniany przez trenerów piłkarz GKS. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego, bo zawodnik w większości meczów, w których grał (najczęściej wchodził z ławki), pokazywał, że ma technikę, ma przegląd i coś z tego może być. Brakowało i brakuje bardziej zdecydowanego postawienia na Hiszpana. Jest to błąd trenerów, że wystawiają właśnie nomen omen – Błąda, przy którym Anon niejednokrotnie pokazywał się z dużo lepszej strony. Jeśli chodzi o liczby, to nie ma ich imponujących (1 gol z karnego), ale kilkukrotnie swoim dobrym boiskowym zachowaniem, dawał drużynie nadzieję, że coś z tej ofensywy może być. Apel do trenera Dudka – więcej stawiać na Anona!

Wojciech Słomka – powiedzielibyśmy „ej, dlaczego znowu trzeba opisywać tego zawodnika?”. Ano dlatego, że grał i w obronie, i w pomocy. Co do defensywy to mogliście przeczytać w poprzednim artykule, jak Słomka sobie tam nie radził. A co do pomocy? No cóż, podobnie jak w przypadku formacji obronnej – wyglądało to beznadziejnie. Na czele z ostatnim meczem, z Pogonią, w którym wszedł i na świeżości miał kilka naprawdę dobrych sytuacji wyjściowych, żeby zrobić groźną akcję. Każdą niestety koncertowo zepsuł.

Jest jeszcze w GKS taki zawodnik jak Konrad Andrzejczak. Piłkarz w sumie zagrał 22 minuty w dwóch meczach. I można sobie zadać pytanie – po kiego grzyba został ściągnięty na Bukową, jak nie dostał nawet cienia szansy?…

Na koniec wspomnijmy jeszcze zdanie o Tymoteuszu Puchaczu. Zawodnik na dwa ostatnie mecze wreszcie został ustawiony w pomocy. Zwolniony z zadań defensywnych, w końcu mógł się skupić na ofensywie. Do tego dobrze współpracujący z Mateuszem Mączyńskim. Jeśli trener Dudek utrzyma ten trend Puchacza w pomocy, może być z tego pożytek.

Jak widać po powyższych opisach – tyłka nam linia pomocy nie urwała. W większości mieliśmy dość przebrzmiałe gwiazdy ekstraklasowych i pierwszoligowych boisk, które kiedyś umiały, ale teraz nie umieją. Ilość straconych bramek obciąża głównie obrońców, ale dowodzi też, że zasieki w środku pola nie były zastawione efektywnie. Oczywiście po przejściu na piątkę obrońców, choćby liczbowo zostało to ograniczone, ale jednak grając wcześniej z piątką pomocników, wyglądało to jeszcze gorzej. Jeśli zaś chodzi o grę ofensywną, to napastnicy praktycznie nie mieli wsparcia zarówno od bocznych pomocników, jak i tych, którzy mieli rozgrywać ze środka. Cisza i posucha. Trudno się więc dziwić, że GKS strzelił tak mało bramek, bo napastnicy też byli na tyle słabi, że bez wsparcia pomocników nie byli w stanie nic zrobić…

Portal GieKSa.pl tworzony jest od kibiców, dla kibiców, dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą o wsparcie poprzez:

a/ przelew na konto bankowe:

SK 1964
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533

b/ wpłatę na PayPal:

E-mail: [email protected]

c/ rejestrację w Superbet z naszych banerów.

Dziękujemy!


Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Kompromitacja

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po ostatnim meczu z Arką Gdynia, humory w Katowicach były bardzo dobre. GieKSa odbiła się od dna i w fantastycznym stylu pokonała gdynian. Piłkarze Rafała Góraka chcieli podtrzymać tę passę. Ten sam plan miał jednak Górnik Zabrze, który również efektownie odprawił z kwitkiem Pogoń Szczecin. Przy Roosevelta zapowiadało się naprawdę świetne widowisko, przy rekordowej – 28-tysięcznej – frekwencji.

W GieKSie nastąpiła jedna zmiana w porównaniu z meczem z Arką. Kontuzjowanego Alana Czerwińskiego zastąpił Lukas Klemenz, czyli bohater meczu z gdynianami. W składzie zabrzan ponownie zabrakło Lukasa Podolskiego (ale był już na ławce), mogliśmy natomiast obawiać się dynamicznych Ousmane Sowa i Tofeeka Ismaheela.

Początek meczu był wyrównany, ale drużyny nie stwarzały sobie sytuacji bramkowych, choć gdyby w 5. minucie Adam Zrelak dobrze przyjął piłkę wyszedłby sam na sam od połowy boiska z Łubikiem. W 11. minucie lekko uciekał Klemenzowi Tofeek Ismaheel, który wbiegł w pole karne i nawijał naszego obrońcę, ale Lukas ostatecznie zablokował ten strzał. W 19. minucie Kubicki bardzo dobrze obsłużył prostopadłym podaniem Ambrosa, który kąśliwie uderzał, ale Dawid Kudła bardzo dobrze obronił ten strzał. Pięć minut później w pole karne próbował wdzierał się Borja Galan, ale jego strzał został zamortyzowany. W pierwszych trzydziestu minutach nieco lepiej prezentował się Górnik i mógł to przypieczętować bramką, gdy fatalną stratę przed polem karnym zaliczył Kacper Łukasiak, ale po wygarnięciu piłki przez Kubickiego nie doszedł do niej Liseth. Niestety cofnięta gra GKS nie opłaciła się. Galan dał bardzo dużo miejsca w polu karnym rywalowi, a Ousmane Sow skrzętnie to wykorzystał, wycofując piłkę na 16. metr do Patrika Hellebranda, który pewnym strzałem pokonał Kudłę. W końcówce GKS miał kilka stałych fragmentów gry, ale w przeciwieństwie do meczu z Arką, tutaj nie było z tego żadnego zagrożenia.

Początek drugiej połowy mógł być fatalny. Klemenz wyprowadzał tak, że podał do przeciwnika, piłka zaraz poszła do niepilnowanego Janży, ten wycofał do Sowa, analogicznie jak ten zawodnik w pierwszej połowie, jednak Sow strzelił technicznie obok słupka. Po chwili, w zamieszaniu w polu karnym po wrzucie z autu Kowalczyka, ekwilibrystycznie do piłki próbował dopaść Kuusk, ale nic z tego nie wyszło. Po chwili i tak było 2:0. W 53. minucie piłkarze GKS zagrali niebywale statycznie w polu karnym. Dośrodkowywał Ambros, a kompletnie niepilnowany, choć wśród tłumu naszych (!) zawodników Liseth z bliska skierował piłkę do siatki. W 61. minucie znów rozmontowali naszą dziurawą obronę rywale, Janża znów mając lotnisko na skrzydle, popędził i wycofał po ziemi, a Sow tym razem strzelił niecelnie. Po chwili mieliśmy zmiany, weszli na boisko Aleksander Buksa i debiutujący w GKS Jesse Bosch. Trzy minuty później było po meczu, gdy doszło do absolutnie kuriozalnej sytuacji. Marten Kuusk zagrywał do Kudły. Problem w tym, że naszego bramkarza nie było w bramce i piłka wpadła do siatki ku rozpaczy estońskiego defensora. Kilka minut później swoją szansę miał Ismaheel, ale po dośrodkowaniu z prawej stroną i strzale zawodnika bardzo dobrze interweniował Kudła. W 81. minucie z dystansu uderzał wprowadzony na boisko Lukas Podolski, ale znów obronił bramkarz. W 88. minucie na strzał zdecydował się Kuusk, a piłka musnęła górną stronę poprzeczki. Po chwili była powtórka, uderzał z daleka Gruszkowski i również piłka otarła obramowanie, tym razem spojenie.

Wygląda na to, że GKS przegrał to spotkanie już przed meczem, ewentualnie w trakcie pierwszej połowy. Nie da się z Górnikiem Zabrze, grając tak asekuracyjnie, liczyć na cud i to, że rywale nie strzelą bramki. Dodatkowo po utracie bramki posypało się całkowicie wszystko i nie dość, że nadal nie mieliśmy nic z przodu, to jeszcze popełnialiśmy katastrofalne błędy z tyłu, a gospodarze skrzętnie to wykorzystali. Był to najsłabszy mecz GKS w tym sezonie. Nie chodzi o wynik. Sposób gry był nieprzystający ekstraklasowej drużynie.

23.08.2025, Zabrze
Górnik Zabrze – GKS Katowice 3:0 (1:0)
Bramki: Hellebrand (40), Liseth (53), Kuusk (64-s).
Górnik: Łubik – Kmet (70. Szcześniak), Janicki, Josema (76. Pingot), Janża, Kubicki, Hellebrand, Ambros (70. Podolski), Sow (69. Dzięgielewski), Liseth, Ismaheel (76. Lukoszek).
GKS: Kudła – Wasielewski, Klemenz, Jędrych, Kuusk, Galan (70. Gruszkowski) – Błąd (70. Łukowski), Kowalczyk, Łukasiak (61. Bosch), Nowak (78. Wędrychowski) – Zrelak (61. Buksa).
Żółte kartki: Nowak.
Sędzia: Szymon Marciniak (Płock).
Widzów: 28236 (w tym 4300 kibiców GieKSy).

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Marciniak w końcu sędzią El Clasico

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Sędzią sobotniego meczu Górnik Zabrze – GKS Katowice będzie Szymon Marciniak z Płocka. Śląski Klasyk odbędzie się w sobotę o godzinie 20.15.

Arbitra przedstawiać nie trzeba, ale jednak to zrobimy. Nasz sędzia międzynarodowy ma CV tak bogate, że ciężko objąć wszystko. Według portalu 90minut.pl pierwsze udokumentowane spotkanie to mecz Pucharu Polski w 2006 roku pomiędzy Spartą Augustów i Mrągowią Mrągowo. Szybko piął się po szczeblach kariery i już w kolejnym sezonie prowadził trzy mecze ówczesnej drugiej ligi, czyli zaplecza ekstraklasy.

Uwaga! Wówczas – 5 kwietnia 2008 poprowadził jedyny w swojej karierze mecz GKS Katowice, było to spotkanie w Turku, w którym GKS Katowice zremisował z miejscowym Turem 1:1. Poniżej możecie zobaczyć bramki z tego meczu, nakręcone przez autora niniejszego artykułu. Gola dla GKS zdobył wówczas Krzysztof Kaliciak, a wyrównał dobrze nam znany, grający później w GieKSie – Filip Burkhardt.

Już w sezonie 2008/09 zadebiutował w ekstraklasie, prowadząc mecz GKS Bełchatów z Odrą Wodzisław. Od następnego był już etatowym arbitrem w ekstraklasie, w której sędziuje nieprzerwanie od 15 lat.

W sezonie 2012/13 przyszedł debiut w europejskich pucharach, gdy w Lidze Europy sędziował mecz Lazio z Mariborem. Dwa lata później zadebiutował w Lidze Mistrzów spotkaniem Juventus – Malmo.

Wyliczanie wszystkich prowadzonych przez Marciniaka meczów byłoby dużym wyzwaniem. Spójrzmy po prostu na zbiorczą liczbę spotkań, które prowadził konkretnym europejskim drużynom na przestrzeni tych lat – głównie w Lidze Mistrzów, a także w minimalnym stopniu w Lidze Europy:

Inter Mediolan – 10
Real Madryt – 9
Atletico Madryt – 8
Liverpool, PSG – 7
Juventus, Barcelona, Milan – 6
Bayern, Manchester City, Tottenham, Lyon, Benfica – 4
Sevilla, Feyenoord, Napoli – 3

W mniejszej liczbie prowadził też mecze takich drużyn jak m.in. Lazio, Fiorentina, Manchester United, Roma, BVB, Ajax, Bayer Leverkusen, Lipsk, Atalanta, OM, FC Porto, Chelsea, Sporting, Galatasaray czy Arsenal. Dodajmy, że w zestawieniu nie są uwzględnione spotkaniach w ramach choćby Klubowych Mistrzostw Świata, gdzie dodatkowo dwukrotnie sędziował Realowi Madryt.

W 2013 sędziował swój pierwszy finał Pucharu Polski – pierwszy z dwóch meczów Śląska Wrocław z Legią Warszawa. Później jeszcze trzykrotnie prowadził mecz finałowy na Stadionie Narodowym.

W swojej europejskiej przygodzie był arbitrem kilku spotkań, które obrosły legendą. Na przykład w 2017 był rozjemcą pierwszego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów, w którym PSG pokonało Barcelonę 4:0. Ten mecz był preludium do historii z rewanżu, gdzie Blaugrana po niesamowitej remontadzie zwyciężyła 6:1. Rok później w tej samej fazie na Marciniaka posypała się lawina krytyki po meczu Tottenham – Juventus (1:2), w którym nasz arbiter popełnił duże błędy. W 2023 roku sędziował w półfinale pogrom Realu Madryt przez Manchester City, kiedy podopieczni Pepa Guardioli wygrali 4:0. A w zeszłym sezonie niesamowite spotkania w 1/8 i 1/2 finału pomiędzy Atletico i Realem oraz Interem i Barceloną – w obu przypadkach były to rewanże. W derbach Madrytu arbiter miał absolutnie nietypową sytuację, gdy w konkursie jedenastek Julian Alvarez dwa razy dotknął piłkę – co dopiero – i to w wielkich kontrowersjach – wykazał VAR. Znowuż w pojedynku na Giuseppe Meazza widzieliśmy prawdziwy spektakl piłki. Gdy w 87. minucie Raphinia trafiał na 3:2 dla Barcelony, wydawało się, że jest pozamiatane. Wyrównał w doliczonym czasie Acerbi, a w dogrywce Nero-Azurri za sparwą Frattesiego przechyli szalę na swoją korzyść.

Szymon Marciniak od dekady prowadzi też mecze reprezentacji. Prowadził spotkania na Mistrzostwach Europy i Świata. W 2016 roku był rozjemcą meczów Hiszpania – Czechy, Islandia – Austria i Niemcy – Słowacja. Podczas Mundialu w Rosji sędziował spotkania Argentyna – Islandia i Niemcy – Szwecja z fenomenalnym trafieniem Kroosa w doliczonym czasie z rzutu wolnego. Na Mistrzostwach Świata w Katarze prowadził spotkania Francja – Dania i Argentyna – Australia, a na Euro 2024 Belgia – Rumunia i Szwajcaria – Włochy.

Na deser zostawiliśmy oczywiście największe sukcesy polskiego sędziego. Czyli sędziowane finały. Najpierw finał Klubowych Mistrzostw Świata 2024, w którym Manchester City pokonał Fliminense 4:0. City zapewniło sobie udział w turnieju poprzez wygranie Ligi Mistrzów w 2023 roku, który również prowadził polski sędzia – Anglicy pokonali Inter Mediolan 1:0 po golu Rodriego. No i nade wszystko mecz meczów, najważniejsze wydarzenie w czteroleciu światowej piłki, czyli finał Mistrzostw Świata 2022 w Katarze: Argentyna – Francja. Finał niebanalny, bo z dwoma golami Leo Messiego i hat-trickiem Kyliana Mbappe. Marciniak był świadkiem ukoronowania Leo Messiego jako najlepszego piłkarza w historii futbolu, zwieńczającego swoją piękną karierę tytułem Mistrza Świata.

Ma w swoim dorobku także prowadzone finały Cypru, Grecji i Albanii oraz Superpuchar Europy.

Przechodząc do spraw przyziemnych – w obecnym sezonie Marciniak prowadził cztery spotkania ekstraklasy, w których pokazał 16 żółtych kartek (średnio 4 na mecz) i ani jednej czerwonej. Podyktował jeden rzut karny – dla Pogoni w meczu z Arką.

Oficjalnie prowadził tylko jedno wspomniane spotkanie GKS Katowice, natomiast na uwagę zasługuje fakt, że Marciniak był gościem specjalnym i sędzią podczas turniejów Spodek Super Cup 2024 i 2025. W obecnym roku zrobił też rzecz niesamowitą – prowadząc mecz w Arabii Saudyjskiej wieczorem dzień przed turniejem, sobie tylko znanymi sposobami przemieścił się do Katowic, by w Spodku już być około godziny 15.00 zwartym i gotowym do pracy.

Będzie to pierwszy Klasyk Szymona Marciniaka, bo mimo wielu wybitnych spotkań, nie udało mu się jeszcze poprowadzić hiszpańskiego El Clasico pomiędzy Realem Madryt i Barceloną.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Czego chcieć więcej?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pamiętamy otwarcie Nowej Bukowej i spektakularnie wygrany mecz z Górnikiem Zabrze. Wtedy to katowiczanie przełamali złą passę z zabrskim rywalem i w doliczonym czasie gry po golu Filipa Szymczaka po raz pierwszy Arena Katowice odleciała w szale radości. Jednocześnie jak dotychczas był to najbardziej efektowny i spektakularny moment tego stadionu.

Teraz czeka nas kolejne starcie z Górnikiem, tym razem jednak przy Roosevelta. Z tym stadionem nie mamy dobrych wspomnień. Od czasu spadku z ekstraklasy 20 lat temu, katowiczanie trzy razy grali oficjalne mecze w Zabrzu. Wyniki to 0:2, 0:1 i 0:3. Najświeższym wspomnieniem jest mecz z zeszłego sezonu, który GKS gładko przegrał 0:3, tracąc gola już w czwartej minucie po uderzeniu Lukasa Podolskiego. To był jeden z niewielu pojedynków zeszłej jesieni, w którym katowiczanie nie wyglądali na równorzędnego rywala i to mimo tego, że Górnik wcale nie grał jakiegoś wybitnego spotkania. Tak, ekstraklasa nas „przywitała” w środku rundy z przytupem.

Na co stać teraz nasz zespół w jutrzejszych derbach – nie wiadomo. Nie wiadomo do końca, w jakiej formie jest ekipa Rafała Góraka, choć trzeba przyznać, że od początku meczu z Legią ta dyspozycja daje wrażenie, że rośnie. Rzeczywiście pierwsza połowa przy Łazienkowskiej była bardzo dobra, cały mecz niezły, a kolejne spotkania – z Arką Gdynia – było już bardzo dobre. Można więc mieć nadzieję, że po początkowym blackoucie, nasza ekipa w końcu się obudziła i wskoczyła na właściwe tory drużyny środka tabeli.

Problem w tym, że stajemy naprzeciw silnej w tym sezonie drużyny. Zespół Michala Gasparika najpierw wygrał z Lechią, a potem na wyjeździe z Piastem. Być może – patrząc na ten sezon – nie są to jakieś wielkie sukcesy, ale każdy punkt, a zwłaszcza komplet należy cenić. Potem była porażka w Poznaniu i niezasłużona przegrana u siebie z Termaliką. Górnik w tym meczu dominował, ale to goście okazali się lepsi o jedną bramkę. Za to w meczu z Pogonią było do pewnego momentu odwrotnie – to Portowcy cisnęli, cisnęli, ale piłka nie chciała wpaść do siatki. Wkrótce więc sprawy w swoje ręce wzięli zabrzanie i trzykrotnie pokonali bramkarza ze Szczecina.

Jakby więc nie patrzeć – obie ekipy wygrały ostatnie swoje mecze trzema bramkami i to nie z ligowymi leszczami. To znamionuje naprawdę świetne widowisko jutro.

Ciekawi jesteśmy zestawienia GKS na ten mecz. Lukas Klemenz zasłużył się dwiema bramkami – pytanie, czy Alan Czerwiński będzie zdolny do gry, a może znów na ławce zasiądzie Marten Kuusk? No i kwestia środka boiska ciągle jest otwarta. Nie wydaje się, żeby miejsca nie zachował Kacper Łukasiak, bo w końcu zagrał dobry mecz z Arką. Pytanie, co z Adrianem Błądem, czy trener będzie nadal konsekwentnie stawiał na niego czy może szansę dostanie kolejny aspirujący zawodnik. Co do ataku, to nie mamy wątpliwości – Adam Zrelak musi być i już.

Śląski Klasyk to również święto na trybunach. Znów do Zabrza przyjedzie kilkutysięczna armia kibiców GKS Katowice. Rok temu mieliśmy świetne widowisko właśnie na trybunach, trochę gorsze na boisku, przede wszystkim za sprawą GKS. Ale drugi raz z rzędu chyba tak nie będzie. Pięknie by było odczarować ten stadion i zapewnić sobie drugie zwycięstwo w sezonie. Tak jak rok temu w szóstej kolejce. Skazywany na pożarcie GKS wygrał wówczas z Mistrzem Polski – Jagiellonią Białystok.

Sobota wieczór, primetime, jupitery, dwadzieścia kilka tysięcy kibiców, dwie drużyny w gazie, Szymon Marciniak z gwizdkiem. Czego chcieć więcej?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga