Felietony Piłka nożna
Do Bielska po wygraną, a nie remis!
Przenieśmy się w czasie do 28 września 2014 roku. Krym od mniej więcej pół roku znajduje się pod kontrolą Rosji. Polska reprezentacja dopiero rozpoczęła eliminacje do mistrzostw Europy we Francji wygrywając na wyjeździe 7:0 z Gibraltarem. Nie wiemy jeszcze, że niedługo ogramy Niemców, a następnie dojdziemy aż do ćwierćfinału Euro 2016. W Ekstraklasie Lech balansuje między grupą mistrzowską i spadkową. Nic nie wskazuje na to, że za kilka miesięcy będą w Poznaniu świętować mistrzostwo Polski. W GieKSie mamy Pitrego, Bucka i Nawrota, a trenerem jest Kazimierz Moskal. Nikt wtedy nawet nie słyszał o Arturze Skowronku i nie myślał, że trener Piotr Piekarczyk zostanie ponownie szkoleniowcem trójkolorowych. Jerzy Brzęczek cały czas znajdował się w Częstochowie – Lechia Gdańsk miała poczekać na niego jeszcze kilka miesięcy. Fani GieKSy mieli wtedy na swoim koncie dwa rozczarowania mniej niż obecnie (te w czerwcu 2015 i ostatnie z czerwca 2016).
28 września 2014 roku został rozegrany mecz 10. kolejki pierwszej ligi pomiędzy Zagłębiem Lubin i GKS Katowice. Niedzielne spotkanie rozgrywane wieczorową porą (19:46) transmitowane było w stacji Orange Sport. Nasza drużyna zajmowała po dziewiątej kolejce trzecie miejsce mając na koncie 16 punktów i bilans 5-1-3. Zagłębie miało punkt mniej, co przekładało się na szóstą pozycje i bilans 4-3-2. Przypomnijmy, że Zagłębie Lubin było świeżo upieczonym spadkowiczem z najwyższej klasy rozgrywkowej. My w ten sezon weszliśmy dość szczęśliwie – wygrywając 2:1 z Widzewem Łódź po golu Grzegorza Goncerza z rzutu karnego w końcówce spotkania na Bukowej. Następnie przyszła seria porażek – najpierw 2:4 w szalonym meczu w Legnicy, wreszcie dwie porażki w stosunku 1:2 na Bukowej – z Chrobrym Głogów w I rundzie Pucharu Polski oraz z Termalicą Nieciecza w lidze. Po tym ostatnim spotkaniu doszło do wizyty kibiców GieKSy pod szatnią piłkarzy. I gdy wydawało się, że trener Kazimierz Moskal znajduje się na wylocie z klubu – GieKSa wygrała 1:0 w Świnoujściu z Flotą. A później mieliśmy typową przeplatankę – remis 1:1 z Chojniczanką na Bukowej, wygrana 2:0 w Płocku z silną Wisłą, porażka 0:1 z Wigrami Suwałki u siebie, wygrana w Bytowie 4:1 i wreszcie na osiem dni przed meczem w Lubinie wygrana u siebie 3:2 z Pogonią Siedlce. Zagłębie również grało w kratkę, ale do spotkania z nami przystępowało z ładnie wyglądającą serią sześciu spotkań bez porażki. Swoją karierę zaczynał tam Piotr Stokowiec i chyba nikt się wtedy nie spodziewał, że ten trener dalej będzie prowadził klub z Lubina.
Tak na łamach GieKSa.pl ten mecz zapowiadał Shellu: „Już jutro czeka nas chyba najbardziej elektryzująco zapowiadające się z dotychczasowych spotkanie. GieKSa jedzie do „jaskini lwa”, do głównego niekwestionowanego faworyta pierwszej ligi w tym sezonie – Zagłębia Lubin. Mecz zapowiada się arcyciekawie – GieKSa po dwóch zwycięstwach z rzędu i siedmiu strzelonych bramkach wydaje się być na fali”. Budujący był także ostatni akapit tradycyjnego wstępniaka: „Dla ekipy z Lubina nie ma innej opcji jak walka o szybki powrót do ekstraklasy. GieKSa ma być jednym z etapów odbudowy lekko nadszarpniętego przez wyniki morale zespołu. Podopieczni Kazimierza Moskala mają jednak wszelkie atuty, aby zgarnąć komplet punktów. Zarówno nastawienie powinno być w porządku po ostatnich wygranych, no i mamy skutecznego Grzegorza Goncerza. Do Lubina wybiera się Żółta Armia, więc wsparcie z trybun zespół będzie miał zapewnione nie mniejsze niż gospodarze. Do tego mecz przy sztucznym oświetleniu, wspaniała piłkarska atmosfera zapowiada, że może to być mecz, który będziemy wspominać przez lata”.
Skrót z tego spotkania możecie zobaczyć poniżej:
Tak w relacji pomeczowej pisał Shellu: „Gdy spotkanie zbliżało się do końca, nastąpiła seria i splot niekorzystnych zdarzeń, które doprowadziły do utraty bramki. Najpierw sędzia podyktował rzut wolny przed polem karnym, co spowodowało lawinę protestów naszych piłkarzy, którzy uważali, że faulu nie było – takie samo zdanie na konferencji prasowej miał Kazimierz Moskal. Po chwili rywal przed gwizdkiem uderzał z rzutu wolnego i Dobroliński świetnie obronił, ale sędzia nakazał powtórzyć stały fragment gry. Po nim piłka trafiła w rękę jednego z zawodników i sędzia podyktował rzut karny. Pewnym egzekutorem okazał się Michal Papadoupulos. Katowiczanie stracili więc gola w 88. minucie i mieli bardzo mało czasu na odrobienie strat, co też się nie stało”. Na sam koniec podkreślił jednak: „GKS zagrał dobre zawody w pierwszej połowie i słabsze w drugiej, ale remis był na wyciągnięcie ręki. Zadecydowała spora przewaga Zagłębia i błąd (?) sędziego w końcówce. Jedno jest pewne – na dłuższą metę nie da się z taką przewagą rywala utrzymywać czystego konta. Trener i drużyna powinni popracować nad środkiem pola, bo w tym miejscu mieliśmy zbyt dużo strat, które narażały zespół na kontry. [pogrubienie – kosa] Teraz nie pozostaje nic innego, jak w przyszły weekend wygrać z Chrobrym Głogów”.
W Lubinie fantastycznie zaprezentowali się kibice GieKSy. Katowickich fanów wspieranych przez swoje zgody pojawiło się w dolnośląskim mieście dokładnie 1002. Galerię z tego spotkania możecie zobaczyć tutaj, a poniżej zamieszczamy film wideo prezentujące doping i oprawę.
Czemu wspominam akurat mecz z Zagłębiem w Lubinie, który odbył się dwa lata temu? Robię to z tego powodu, iż dostrzegam wiele analogi łączących tamte spotkanie ze zbliżającym się piątkowym w Bielsku. Po pierwsze znowu zagramy ze spadkowiczem z Ekstraklasy, gdzie otwarcie mówi się o powrocie do najwyższej klasy rozgrywkowej. Po drugie będzie to spotkanie na nowym obiekcie, których w pierwszej lidze nie ma zbyt wielu. Po trzecie na wyjazd mobilizują się fani GieKSy. Do Lubina jechaliśmy transportem kołowym – autokarami, busami i autami. Razem ze zgodami było nas wtedy dokładnie 1002 osoby. Teraz będzie to zapewne niższa liczba, ale i tak możemy się spodziewać najazdu trójkolorowych fanatyków. Do Bielska podróżować będziemy pociągiem specjalnym, a tu są szczegóły dotyczące tego wyjazdu (kliknij tutaj). Po czwarte te spotkanie ma dać nam choć wstępną odpowiedź na co stać GieKSę w tym sezonie. Tak samo było dwa lata temu kiedy weryfikacją miał być mecz z Zagłębiem.
Dziś uważam, że mamy dużo lepszą jedenastkę, a i Podbeskidzie jest słabsze niż Zagłębie. Spójrzmy na skład jaki wystąpił dwa lata temu: Dobroliński – Pielorz, Kamiński (73. Ceglarz), Jurkowski, Pietrzak – Czerwiński, Cholerzyński, Bodziony (77. Nawrot), Pitry, Wołkowicz – Goncerz (77. Kujawa). Mamy obecnie lepszego (Sebastian Nowak), a nawet dwóch (bo jest jeszcze i Mateusz Abramowicz) lepszych bramkarzy niż Rafał Dobroliński. Na prawej obronie występuje grający na ekstraklasowym poziomie Alan Czerwiński, a nie grający tam z konieczności Łukasz Pielorz. W środku występuje dużo pewniejszy Mateusz Kamiński niż „Kamyk” sprzed dwóch lat oraz Oliver Praznovsky, który nawet z 10 kiksami na jedno spotkanie jest dalej kilka klas lepszy od Adriana Jurkowskiego. Na lewej obronie chyba lepszy był Rafał Pietrzak niż obecnie Dawid Abramowicz, choć z Rafała więcej korzyści było z przodu niż w defensywie. Z tyłu bardzo często popełniał błędu, ale i nasz obecny zawodnik często puszcza rywali swoją stroną. Pomoc to prawdziwa odmiana od tego co mieliśmy wtedy. Kamil Cholerzyński i Krzysztof Bodziony nie dorównywali nawet Łukaszowi Pielorzowi i Sławkowi Dudzie, a co dopiero świetnie spisującemu się ostatnio duetowi Łukasz Zejdler – Bartłomiej Kalinkowski. Tomasz Foszmańczyk daje drużynie także dużo więcej niż kiedyś Przemysław Pitry – co do tego chyba nikt z Was nie ma wątpliwości. Na skrzydłach mieliśmy w tamtym spotkaniu Alana Czerwińskiego i Krzysztofa Wołkowicza. Teraz – szczególnie na lewej stronie – mamy dużo większy wybór. Sam fakt, że Wołkowicz nie łapie się często do meczowej osiemnastki mówi sam za siebie. Mamy Pawła Mandrysza, Andreja Prokicia czy nawet Macieja Bębenka. Z przodu graliśmy osamotnionym Grzegorzem Goncerzem, a obecnie może mu partnerować Eryk Sobków. Nasz kapitan nie jest w najwyższej formie, ale co bardzo ważne – wreszcie strzelił swoją pięćdziesiątą bramkę i powinno mu już być teraz łatwiej o kolejne trafienia. Nieszczęsnego Michała Nawrota nawet nie ma co wspominać. Na korzyść przemawia za nami także fakt, że jakby na to nie patrzeć to jesteśmy niepokonani od pięciu spotkań. Podbeskidzie jest w dołku, bo dwa ostatnie mecze przegrało i daleko im do formy Zagłębia sprzed dwóch lat, które było niepokonane od sześciu spotkań.
Wtedy jechaliśmy do Lubina z nastawieniem, by nie przegrać. Dziś niektórzy też przebąkują, że ważne jest, by w Bielsku chociaż zremisować. Ba, wydaje mi się, że niektórzy wzięliby remis w ciemno. Jest to bardzo złe podejście, bo zazwyczaj takie nasze niższe wymagania kończą się fatalnie. Ludzie! Jeśli chcemy awansować w tym sezonie do Ekstraklasy, to do Bielska powinniśmy pojechać po wygraną. Jesteśmy w gazie, gra wygląda więcej niż przyzwoicie, Podbeskidzie jest w dołku (dwie porażki w ostatnich spotkaniach). Wykorzystajmy to! Zróbmy wreszcie jeden z pierwszych większych kroków do awansu, a nie stawiajmy się ciągle w defensywie. Nie liczmy ile nam brakuje do czołówki z nadzieją, że kiedyś to będzie można odrobić, a po prostu niech inni zaczną się o to martwić. Niech inne drużyny zaczną gonić GieKSę i liczyć na naszą stratę punktową, a nie na odwrót. Piłkarsko i kadrowo jesteśmy lepsi, organizacyjnie dorośliśmy, a i pod względem kibicowskim wynieśliśmy naukę z tych wszystkich lat. Dwa lata temu w trzeciej (!) kolejce miał miejsce wjazd pod szatnię, a teraz idziemy ramię w ramię z piłkarzami wykazując się dużą cierpliwością. Co mecz piłkarze są zapewniani o naszym wsparciu, co na pewno pomaga im w spokojnym przygotowywaniu się do swojej pracy. Naprawdę – mamy wszystkie argumenty, by wygrać w Bielsku z Podbeskidziem, ale najbardziej szwankuje nam głowa. I to chyba nie piłkarzom (albo nie tylko), ale dużej części kibiców. Podnieśmy ją wreszcie do góry, spójrzmy wyzwaniu w oczy, zagrajmy swoje i wygrajmy. Za dużo czasu pochylaliśmy głowę przez te dziesięć lat pobytu w pierwszej lidze. Zdaję sobie sprawę, że taki felieton jest dość odważny, bo w razie niepowodzenia w Bielsku każdy mi go będzie wypominał dodając tradycyjne: „a nie mówiłem”. Ale mam to w… dupie. Wolę mierzyć wysoko, setki razy spaść na ziemię i dalej celować w niebo, niż tylko siedzieć i czerpać satysfakcję z rycia w ziemi. Najazd! Wojna! GKS! Na trybunach i boisku!
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


n.k.w.d.
30 sierpnia 2016 at 15:19
Fajnie się to czyta.
kosa
30 sierpnia 2016 at 16:29
dzięki
Irishman
30 sierpnia 2016 at 16:52
Kto wie czy za dwa lata ktoś nie napisze o tym piątkowym meczu:
„Swoją karierę zaczynał tam ….. i chyba nikt się wtedy nie spodziewał, że ten trener dalej będzie prowadził klub z …..” – oby w miejsce kropek pisano wtedy Brzęczek i Katowice.
W piątek okaże się co lepsze – Goncerz w formie tak jak wtedy, czy drużyna (w większości) w formie tak jak teraz.
Jasne, że jedźmy do Bielska po zwycięstwo, bo tylko z takim nastawieniem można CO NAJMNIEJ zremisować na tak trudnym terenie. No tym bardziej jeśli uwierzyć Grześkowi Goncerzowi, ze jego forma idzie w górę.
POWODZENIA!
Irishman
30 sierpnia 2016 at 16:53
ps.
Faktycznie fajnie się czyta 🙂
marian
30 sierpnia 2016 at 18:10
Auuu jedziemy po 3 pkt!!!
Fjodor
31 sierpnia 2016 at 00:18
AAAAUUUU!!!
KruchY
31 sierpnia 2016 at 08:10
Pitry trochę bramek nam nastrzelał a Fosą jak na razie tylko jedna.Oby przekonał nas dobrym występem już w Bielsku.
P.s. Od kołyski aż po grób tylko GieKSa Je*ać ruch !
piotr
31 sierpnia 2016 at 09:30
Kruchy fosa juz 2bramki strzelil????
Xena_GKS
4 września 2016 at 12:00
Świetny felieton!