Felietony Piłka nożna
[FELIETON KIBICA] „Paszulewicz OUT!”?
Po nieudanym początku bieżącego sezonu rozpoczęła się gorąca dyskusja na temat tego, czy trener Paszulewicz powinien odejść. Po raz kolejny odbywa się sąd nad trenerem tak, jak kiedyś choćby nad Górakiem, Moskalem, Skowronkiem, Brzęczkiem i innymi. Zapewne jednak dziś wielu z nas, którzy ich (łącznie ze mną) krytykowali, zastanawia się, czy nie byli wówczas zbyt radykalni w swoich ocenach. No i w takim razie, co z tym Paszulewiczem?
GieKSa już ponad 11 lat występuje na zapleczu ekstraklasy. W tym czasie naszą drużynę prowadziło 14 szkoleniowców (nie licząc tymczasowych), więc jak łatwo policzyć, średni czas pracy trenera w GieKSie to nieco ponad 9 miesięcy. Najdłużej pracowali w niej Jerzy Brzęczek 20 miesięcy oraz Rafał Górak ponad dwa lata. I co ciekawe, to zbudowane przez nich drużyny zajmowały najlepsze pozycje wyjściowe po rundzie jesiennej do ataku na ekstraklasę. Oczywiście to prowadzona już nie przez Góraka, a przez Kazimierza Moskala ekipa znalazła się w czubie tabeli jesienią 2013 roku, ale przecież zbudował ją jego poprzednik. Niestety w obydwu przypadkach dorobek ten został z różnych powodów roztrwoniony w rundach wiosennych, ale nie można zaprzeczyć, że w 2013 i jesienią 2016 roku dysponowaliśmy prawdopodobnie potencjalnie najsilniejszymi drużynami na przestrzeni tych minionych 11 lat w I lidze i że zostały one zbudowane w procesie żmudnej, wielomiesięcznej selekcji, przez trenerów, którym dano na to czas. Można więc zadać sobie pytanie, czy w przypadku innych trenerów nie dawaliśmy im za mało czasu na wykazanie się, że mieliśmy w stosunku do nich nierealne oczekiwania, aby zrobili awans NATYCHMIAST po zatrudnieniu w Katowicach, a jak nie to WON!? Kuriozum moim zdaniem było na przykład wyrzucenie po zaledwie pół roku pracy trenera Mandrysza i to w sytuacji gdy, pomimo kilku bardzo bolesnych potknięć, wydawało się, że zaczyna naszą drużyną jakoś układać. Cóż, nowy dyrektor klubu miał inną wizję budowy drużyny, a i kibice zniecierpliwieni brakiem NATYCHMIASTOWYCH wyników, w większości z radością pożegnali trenera Mandrysza. Czy słusznie? My w Katowicach ciągle, tęsknimy do trenera Nawałki, który trafił nam się jak „szóstka” w totka, a możliwe, że wtedy jemu GieKSa też! Pewnie niewielu z nas jednak pamięta, jakie były początki pracy w naszym klubie pana Adama. Pierwsze zwycięstwo odniósł dopiero w czwartym meczu, po trzech wcześniejszych porażkach, a rundę jesienną zakończył z bilansem: 1 zwycięstwo, 1 remis, sześć porażek (w tym jedna walkowerem). A więc kto wie, czy gdyby klub było na to stać, nie pożegnano by i jego? Na szczęście tak się nie stało i po kilku odważnych zmianach w kadrze, a przede wszystkim po dobrze przepracowanej zimie, staliśmy się rycerzami wiosny, ratując naszą egzystencję.
No ale zostawmy już historię. Pół roku temu klub postawił na Jacka Paszulewicza i początkowo, gdy drużyna błyskawicznie odrabiała dystans dzielący nas od czołówki, wydawało się, że to była decyzja na miarę tej, gdy zatrudniano u nas trenera Nawałkę. Skończyło się niestety jak zwykle, ale można się zastanowić, czy to była wina trenera, czy może raczej tego, że nie znalazł on właściwych wykonawców wśród zawodników, których zastał na Bukowej? Może więc to raczej szefostwu klubu zabrakło minionej zimy tej odwagi, którą miał w sobie m.in. prezes Furtok, gdy w grudniu 2008 roku pożegnaliśmy „gwiazdorów” niespełniających pokładanych w nich nadziei?
Obecnie szkoleniowiec GieKSy ma już ten komfort, że mógł sobie ułożyć drużynę według własnego uznania. Niestety z drugiej strony, w związku z krótką, letnią przerwą nie miał tyle czasu na przygotowanie drużyny, ile miał go zimą. W efekcie część pracy trzeba wykonywać podczas toczących się rozgrywek ligowych. I tu nawet nie chodzi o zgrywanie drużyny, o wypracowanie jakichś schematów, ale wręcz o coś podstawowego, co powinno zostać przeprowadzone już dawno, czyli o zwykłą selekcję zawodników z kadry, która ciągle się zmienia. I moim zdaniem jest to poważny błąd, bo lepiej mieć na boisku zgrany, dobrze rozumiejący się zespół, niż zlepek piłkarzy, nawet o potencjalnie znacznie wyższych umiejętnościach. Sobotnie derby były tego najlepszym przykładem! Najgorsze jest to, że my nie uczymy się na błędach. Dalibor Volas też dołączył do drużyny bardzo późno, po czym całymi tygodniami dochodził do optymalnej formy, a dzisiaj już go u nas nie ma. No ale czy takie, strategiczne błędy polegające na tym, że bardzo późno kontraktujemy zawodników, obciążają trenera? Myślę, że szkoleniowiec chciałby mieć jak najwcześniej do dyspozycji KOMPLETNĄ drużynę, więc odpowiedzialność za taką politykę transferową spada raczej na ludzi, którzy ją prowadzą.
Inna sprawa, że tych nowo pozyskanych piłkarzy też można było bardziej umiejętnie wprowadzać do gry, nie rzucać od razu na głęboką wodę, tak jak to trener uczynił z Woźniakiem, Wawrzyniakiem, Anonem czy wcześniej z Kupcem, bo odpowiedniej jakości i tak nie dali, a tylko zniechęcili do siebie kibiców. Takie decyzje szkoleniowca skłaniają część z nas do twierdzenia, że nie ma on odpowiedniego warsztatu, wystarczającego doświadczenia, aby pracować w klubie z takimi aspiracjami jak GieKSa. Być może, bo to przecież młody człowiek, dopiero na dorobku, ale za to mający bardzo ciekawy pomysł na drużynę, na jej styl. Skoro więc postawiliśmy na kogoś takiego, to trzeba poczekać, aby zobaczyć co z tego będzie, zanim zawyrokujemy, że ten „eksperyment” nie udał się. Tym bardziej, że właśnie dobrał sobie odpowiednich według niego wykonawców do realizacji swojej wizji. Przecież tym wszystkim szkoleniowcom, o których dziś się mówi w kontekście GieKSy, też ktoś kiedyś dał szansę, gdy byli takimi właśnie trenerami na dorobku i oni też popełniali błędy, tak samo, jak dziś Jacek Paszulewicz, zanim wypłynęli. A dodatkowo trzeba zauważyć, że podjął się on wyjątkowo trudnego zadania. Przecież chyba wszyscy mieli świadomość, że drużyna po ubiegłym sezonie wymaga ogromnych zmian! To znaczy wymagała już ich znacznie wcześniej, ale dopiero teraz znalazł się ktoś odważny, aby je przeprowadzić. No tylko, że wielu z tych, którzy domagali się tych zmian, jest teraz nagle zaskoczonych, że prezentujemy się się gorzej, na tle innych ekip, w których do aż takiej rewolucji nie doszło. Niestety drużyna po tylu zmianach (KTÓRE CIĄGLE JESZCZE SIĘ DOKONUJĄ) musi się dopiero stworzyć, a czasu na to nie miał zbyt dużo. Chcieliśmy (słusznie) tej rewolucji w szatni, to ją dostaliśmy, ale nie można jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko.
Dlatego uważam, że póki co powinniśmy skończyć gadanie o awansie, zostawić to frustrujące liczenie strat punktów do rywali, bo może to nie ma już sensu (???) i dać spokojnie pracować trenerowi z piłkarzami, co najmniej do końca rundy jesiennej, a może nawet do końca sezonu. Bo co da zmiana szkoleniowca poza tym, że kilku z nas będzie miało lepsze samopoczucie? Czy nowy trener, który dostanie drużynę przygotowaną i ułożona pod poprzednika, spowoduje, że ona zacznie z miejsca seryjnie punktować? Nie, to już prędzej ten obecny może do tego doprowadzić, a jak nie to sezon prawdopodobnie może być już stracony. Może więc zróbmy coś odwrotnego, od tego, co robiliśmy, gnijąc w tej p….. I lidze 11 lat i dajmy trenerowi zaufanie, pomimo że wyniki do tego nie zachęcają? Skoro bez efektu próbowaliśmy już wszystkiego innego, to może to jest właśnie to, czego potrzeba naszej GieKSie?
Irishman
Felietony kibiców to nowa seria, którą wprowadziliśmy na stronę GieKSa.pl. Nasz portal tworzą oczywiście sami trójkolorowi fani, ale gdy stają się członkami redakcji, to może umyka im zwykły głos trybun. Dlatego w tym sezonie wyszliśmy z taką inicjatywą i każdy z Was może zmieścić tutaj tekst – wystarczy wysłać do nas maila na gieksainfo[at]gmail.com. Teksty najlepiej przesyłać do nas w Wordzie w formacie .doc lub .docx. Zastrzegamy sobie prawo poprawiania, skracania lub niepublikowania, ale… jeszcze nam się to nie zdarzyło. Robimy jedynie delikatną korektę. Felietony docelowo chcemy publikować w każdą środę, w którą nie gra GieKSa.pl. Optymalnie byłoby, abyście swoje teksty nadsyłali do nas do poniedziałku wieczora. Jeśli ich treść jest ponadczasowa, to może to być dowolnie wybrany dzień.
Kibice Piłka nożna
Legia Warszawa kibicowsko
Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.
Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.
W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.
W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.
W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.
Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.
Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.
Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.
Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).
Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.
Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).
Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.
Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.
Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.
Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.
Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.
Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.
W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.
W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.
Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.
Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.
Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.
Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.
W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.
W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.
Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.
W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.
W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.
Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).
W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.
Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.
Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.
Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.
Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.
Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.
W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.
Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.
Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.
W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.
Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.
W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.
Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.
W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.
W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.
W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.
We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.
W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.
Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.
Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.
Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.
Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.
Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.
Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.
W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.
Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.
Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.
W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.
W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.
W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.
W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.
Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.
Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.
Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.
W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.
Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.
W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.
Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.
Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.
Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.
Piłka nożna
Mecz z Jagiellonią znów odwołany
Mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice, który miał się odbyć w środę 4 lutego o 20:30 został odwołany na wniosek obu zainteresowanych klubów.
Pierwotnie spotkanie miało się odbyć w niedzielę 23 listopada, ale wówczas zostało odwołane ze względu na zalegającą na boisku warstwę świeżo napadanego śniegu.
„W Białymstoku panują i przez kilka najbliższych dni prognozowane są silne mrozy, sięgające w poniedziałek i wtorek nawet –25°C, a dodatkowo w dniu meczu możliwe są opady śniegu. To najgorsze przewidywane warunki, jeszcze bardziej niekorzystne niż panujące w weekend. Obecnie na terenie województwa podlaskiego obowiązuje ostrzeżenie drugiego stopnia IMiGW w związku z silnymi mrozami. Niestety, zapowiada się, w najbliższą środę warunki na Podlasiu będą nadal bardzo złe. Ponieważ GKS Katowice już raz nie ze swojej winy nie mógł rozegrać spotkania w terminie, a Jagiellonia Białystok potwierdziła, iż przychyli się do wniosku GKS, Departament Logistyki Rozgrywek, mając na uwadze zgodne stanowisko klubów, wyznaczy nowy termin zawodów. Mecz będzie rozegrany w pierwszym możliwym terminie, a jego data zależy od wyników obydwu klubów w rozgrywkach Ligi Konferencji UEFA i Pucharu Polski” – powiedział na łamach strony ekstraklasa.org Marcin Stefański, dyrektor operacyjny Ekstraklasy SA.
Nowy termin przekładanego już dwa razy meczu poznamy wkrótce.
Piłka nożna
Z Widzewem we wtorek
Po przerwie zimowej wznowione zostaną rozgrywki Pucharu Polski. GieKSa otworzy rundę ćwierćfinałową meczem przy Nowej Bukowej we wtorek 3 marca o godzinie 20:45.
Nasza poprzednia potyczka z Widzewem zakończyła się wyjazdową porażką 0:3.
STS Puchar Polski – 1/4 finału
wtorek, 3 marca 2026
20:45 GKS Katowice – Widzew Łódź
środa, 4 marca 2026
17:30 Zawisza Bydgoszcz – Chojniczanka Chojnice
20:30 Lech Poznań – Górnik Zabrze
czwartek, 5 marca 2026
13:30 Avia Świdnik – Raków Częstochowa
Przypominamy, że za tydzień, 8 lutego o godzinie 17:30 również rozegrany zostanie domowy mecz z Widzewem w ramach rozgrywek Ekstraklasy.























































































































































Irishman
29 sierpnia 2018 at 09:30
Dzięki za zamieszczenie felietonu.
Poza piłkarzami sprowadzanymi za Paszulewicza, można by dodać także przykłady zaciągu Mandrysza czy nawet sprowadzenie Lebedyńskiego za Brzeczka, na potwierdzenie faktu, że późne kontraktowania piłkarzy, nawet bardzo dobrych rzadko podnosi jakość drużyny. Ewentualnie w długiej perspektywie ale na pewno nie od razu!
Mecza
29 sierpnia 2018 at 10:08
Sprowadzanie zawodników w ogóle powinno się odbywać zgodnie ze strategią klubu a nie w myśl schematu, że trener ściąga „swoich znajomych” To przed zatrudnieniem szkoleniowca powinno być od razu zasygnalizowane mu, albo się godzi albo dziękujemy. Wydaje mi się, że to ostatnie okienko wpisuje się w jakąś przemyślaną strategię, mam tu na myśli transfery młodych,głodnych z niższych lig.
Mecza
29 sierpnia 2018 at 10:57
Co do trenera, tak jak pisałem wcześniej. Jeśli strata po rundzie jesiennej do 2 miejsca nie będzie wynosiła więcej niż 5pkt będę zadowolony. Jeśli przegrają kolejne 3 mecze (w sumie 5 z rzędu) to podobnie jak Shellu myślę, że zapali się czerwona lampka i trzeba będzie podjąć decyzje a na pewno Bartnik musi trafnie ocenić co się dzieje, my jesteśmy za daleko.
Irishman
29 sierpnia 2018 at 12:41
@Mecza, no właśnie ja nie wiem jak to jest z tą strategia klubu? Do pewnego momentu to było w miarę przemyślane i dobrze rokowało na przyszłość. I nagle sprawdzamy Anona, który zdaje się, że ma spore braki w przygotowaniu fizycznym, to samo Wawrzyniak, który sam o tym mówi… Ani to nie jest spójne z odmłodzeniem drużyny, ani tym bardziej z tym co mówił w czerwcu trener, że skoro przerwa jest krótka, to on chce piłkarzy gotowych na już do gry.
Jeszcze tylko brakuje tego Artura never-ending-story Siemaszko, który leczy kontuzje.
Tak więc wyglądało to na początku fajnie, a teraz zaczyna trochę przypominać to co się działo za Mandrysza rok temu.
Ale ja tez nie chcę zrzędzić, że to wszystko jest złe i bez sensu, bo ci nowo pozyskani piłkarze pewnie będą Z CZASEM wzmocnieniem drużyny. Tak samo jak ci sprowadzeni rok temu przez Mandrysza też pod koniec rundy już lepiej wyglądali. Ale właśnie trzeba im dać czas, a nie nerwowo wrzucać do składu, czy biadolić, że mamy TAKIE NAZWISKA, a nie ma wyników.
A co do weryfikacji trenera, to pełna zgoda. Koniec rundy, chyba, że wydarzyłaby się po drodze jakaś katastrofa.8u58
Mecza
29 sierpnia 2018 at 13:24
Faktycznie mi też Anon i Wawrzyniak nie pasują do koncepcji. Sprowadzając z dalekiej Hiszpanii gościa to on powinien wchodzić, grać i się wyróżniać a nie brać kogoś i go prowadzić jak 20latka z 4ligii polskiej. Prędzej kontrakt mu się skończy niż zaskoczy z takim podejściem. To jest taki Vabank wydaje się. Ja byłem też za tym aby pół rundy spokojnie pograł Kupec. Jak sobie nie radzi na początku to dać do pomocy kogoś kto go będzie wspierał z tej strony.
PanGoroli
29 sierpnia 2018 at 13:47
I tu zataczamy koło – ten skład, to może być petarda! To jest wymarzony 'materiał’ dla gościa, który jest wygą w trenerskim fachu. Pewnych rzeczy nie nauczą żadne podręczniki, żadne szkolenia, kursy. Nawałka u nas wystrzelił, a pmiętacie u kogo stażował? Ja też chcę wierzyć, ze mamy świetnego trenera. Ale ja w tej chwili nie widzę niczego, co by przemiawiało za tym, ze Paszulewicz takim jest. Chętnie się dowiem o takich, bo nie należe do takich, dla których im gorzej, tym lepiej. Jednak w tej chwili znane są mi jedynie fakty, które muszą niepokoić.
I przytaczacie przykłady Brzęczka, Mandrysza. Ale umówmy się – w tej chwili Paszulewicz, to nie ta sama liga trenerska. Myślę, że on mógłby być rewelacyjnym drugim trenerem. Zbierać doświadczenie pracując z drugą drużyną, albo podformacjami. Odbudowywać ich fizycznie i mentalnie. Sądzę, ze do taskiej roli w tej chwili nadaje się idealnie. Bo czy rzeczywiście mamy czas do końca sezonu? A co, jak nie czołówka, ale cała liga nam ucieknie? I ewentualny nowy trener rozpocznie pracę z nożem na gardle?
Mecza
29 sierpnia 2018 at 14:00
Nawałka ok, ale on najpierw musiał pokory się nauczyć bo był zbyt profesjonalny i restrykcyjny do piłkarzy (widzicie podobieństwo?)On spuścił Zagłębie Lubin do drugiej ligi. Podobne podejście zbyt idealistyczne miał Hajto, karierę skończył trenerską już. Nawałka przy Leo nauczył się, że oprócz warsztatu trzeba być człowiekiem, motywatorem. @PanGoroli, jakoś nie wierzę w trening mentalny naszego trenera. Czy on kiedyś kogoś pochwalił? powiedział dobre słowo? Może się kryje z tym i to też jest metoda ale wyrzucając Midzierskiego ze składu gdy mógł zagrać z klubem którego jest wychowankiem i chciał się pokazać przed rodziną, znajomymi – to jest słabe, w żaden sposób nie motywujące. Nie chodziło aby kogoś wrzucać dlatego że rodzina patrzy, Midzierski po prostu zasłużył aby grać w tym meczu.
Mecza
29 sierpnia 2018 at 14:08
Jeszcze słowo o Nawałce. On nie toleruje alkoholu w sporcie. Kiedyś podobno bardzo się wkurzył jak w szatni GKS znalazł puszkę po piwie. Libację alkoholową w reprezentacji odpuścił i nie zrobił z tego awantury publicznej, to jest dowód na jego metamorfozę,dojrzałość trenerską. Nie może być wszystko czarne albo białe, odcień szarości jest wskazany.
PanGoroli
29 sierpnia 2018 at 14:28
Wiesz, akurat z Midzierskim, to jest wiele niejasności. Jego zachowanie podczas wielu meczów, wobec których są podejrzenia, ze były ustawiane, w wielu spośród tych meczów to on był jednym z głównych 'architektów’ porażek. Samobóje, szokująco niezdarne interwencje, itp. Podczas akcji sprzątania szamba z szatni był on dla mnie osobiście 100% pewniakiem, że będzie w wylatującej grupie. Można snuć domysły, dlaczego jednak się utrzymał. Może w jakiś sposób się zakulisowo częściowo zrehabilitował, będąc pomocny w czyszczeniu szatni? To tylko spekulacja. Nie chciałbym nikogo skrzywdzić podejrzeniami. Faktem jest, że szokujące jest, że jednak ktoś z taką 'przeszłością’ jest nadal kapitanem. Rozumiem, ze dostaje szanse na boisku, by szorowaniem dupą po murawie 'odkupić grzechy’, jeśli ma jakieś na sumieniu. Dlatego to akurat mogę zrozumieć, że zabrakło zaufania, by go na ostatni mecz wpuścić
Irishman
29 sierpnia 2018 at 22:04
@Pan Goroli, ja nie zamierzam „umierać” za Paszulewicza. On też mnie czasem wkurza i nie wiem co może osiągnąć. Chodzi mi tylko o to, żeby wreszcie skończyć z tą idiotyczną, trenerska karuzelą, która do tej pory nic dobrego nam nie przyniosła.
Piszesz., że Paszulewicz Cię nie przekonuje. A czy przekonywał Cię Nawałka, gdy kończył tą pierwszą swoją (niepełną) rundę u nas z bilansem sześć porażek, jeden remis, jedno zwycięstwo? To co prawda nie jest pierwsza runda Paszulewicza u nas ale moim zdaniem po tylu zmianach to właściwie jakby zaczynał.
Oczywiście gdyby wyniki były dramatyczne złe to trzeba będzie interweniować ale póki co do tego jest daleko.
PanGoroli
29 sierpnia 2018 at 22:36
Z tego co pamiętam, to Nawałka przyszedł do nas podczas kolejnego, dużego kryzysu. Nikt od niego nie oczekiwał natychmiastowych wyników, raczej, by zminializować straty na jesień, przepracować zimę i powalczyć na wiosne. Druzyna przed jego przyjściem byla w fatalnym stanie i nikt nie oczekiwał, że coś się nagle zmieni. Później Nawałka spełnil oczekwiania tak, że już można powiedzieć, że chyba bedzie jedną z gieksiarskich legend. porownajmy ze stanem obecnym. Paszulewicz przychodzi w przerwie sezonowej. Praktycznie nie ma nad kim pracować, jest anarchia i totalny burdel. Więc można powiedzieć, że licznik mu 'bije’ od drugiej przerwy, tego lata. I widzę sporą różnicę – Nawałka z miejsca swoimi dzialaniami i decyzjami zyskał spory autorytet zarówno u kibiców, jak i, co ważne!, u piłkarzy. Nie zapomnę, jak po meczu z jastrzymbiokami mlodzi wyskoczyli 'obskakać’ ich boisko po naszej wygranej, Nawałka wkroczył do akcji i jeden gest ręki wystarczył, by ogarnąć sytuację… Tak więc, bez sensu porównywać cyferki, statystyki. To nie FM.
Mecza
30 sierpnia 2018 at 08:10
@PanGoroli „Paszulewicz przychodzi w przerwie sezonowej. Praktycznie nie ma nad kim pracować, jest anarchia i totalny burdel” Tutaj się z Tobą nie zgodzę. Mandrysz zostawił poukładaną drużynę która zaczęła punktować. Jak przychodził to był totalny burdel i po TYLKO 4 miesiącach poukładał drużynę, że ta skończyła rundę z nadzieję na dobrą wiosnę. Co było później każdy widział. Paszul przyszedł mimo wszystko do poukładanej drużyny z czołówki, wyniki na początku z tą drużyną miał dobre a czym dłużej pracował równia pochyła, do dzisiaj. Mimo wszystko mam nadzieję że Paszul dogra do końca rundy, bo to by oznaczało że zaczęliśmy punktować.
Robson
31 sierpnia 2018 at 01:16
Co Wy za bradnie wypisujecie Paszulewicz musi odejść !
To największa pokraka jaka nas trenowała ! BYłem przeciwny zwalniania Brzęczka również trudno choć dużo łatwiej było mi pożegnać Mandrysza ale dla tego pajaca co nas teraz trenuje nie mam odrobiny litości za jego debilne i przez nikogo nie zrozumiałe decyzje od samego początku!
potf
31 sierpnia 2018 at 12:28
Zgadzam się z tym felietonem w 100%. Czasu, potrzeba czasu. I drużynie i trenerowi. Nawet kosztem tego sezonu.