Felietony Piłka nożna
[FELIETON] Kryzys
W dzisiejszym felietonie chciałbym się odnieść do wychodzenia z kryzysu, a także o tym, jaki wpływ ma na to osoba trenera oraz ludzie, którzy odpowiadają za zarządzanie klubem sportowym, bo to nigdy nie jest tak, że odpowiedzialni za wynik sportowy są tylko i wyłącznie zawodnicy. Jest takie piękne przysłowie, które idealnie pasuje do współczesnego futbolu, a brzmi następująco: sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Tak niestety było, jest i chyba długo się to jeszcze nie zmieni.
Nie odkryje Ameryki, jeśli napisze, że GieKSa znalazła się w fatalnej sytuacji. Analizując sobie tabele po każdym meczu, wierzyłem, że ten zespół odpali nawet w momencie, gdy mieli 10 punktów straty do miejsca premiowanego awansem. Myślałem sobie: mamy taką pakę, że zaraz to musi zaskoczyć, złapiemy serie i jeszcze przed końcem rundy jesiennej złapiemy kontakt z czołówką.
Niestety rzeczywistość okazała się brutalna i trzeba sobie jasno powiedzieć, że czeka NAS ciężka walka o utrzymanie. Celowo napisałem słowo NAS dużymi literami, bo to nie tylko tyczy się piłkarzy, sztabu szkoleniowego, dyrektora sportowego. Oczywiście to na nich spoczywa największa odpowiedzialność, bo to oni nawarzyli sobie tego piwa i to oni muszą je wypić, ale My jako kibice musimy zrobić wszystko, żeby wspólnie i jak najszybciej zapewnić sobie utrzymanie. Czas rozliczeń dopiero wtedy nadejdzie. Jak już wspominałem, sytuacja w tabeli delikatnie mówiąc, jest kiepska. Analizując sytuacje z poprzednich sezonów:
Sezon 2017/18 po 18. kolejkach drużyna na ostatnim bezpieczny miejscu, które daje utrzymanie, miała 20 punktów.
Sezon 2016/17- 20 punktów.
Sezon 2015/16 – 20 punktów.
Sezon 2014/15 –18 punktów.
Sezon 2013/14- 19 punktów.
My po 18 kolejkach mamy tych punktów 16, także ten deficyt jest duży, a do utrzymania potrzeba plus minus 40 punktów. 16 kolejek zostało do końca rozgrywek i żeby zdobyć magiczną liczbę 40 punktów, potrzebujemy 8 zwycięstw, czyli połowę meczów musimy wygrać.
Nie bez przyczyny w tak dramatyczny sposób opisałem obecną sytuację, w jakiej znalazł się klub. Nikt z nas nie ma wątpliwości, że GieKSa znalazła się w ogromnym kryzysie. Przypomina mi to trochę sezon heroicznej walki o utrzymanie w sezonie 2008/09 gdzie po 18 rozegranych kolejkach GieKSa miała też 16 punktów i w ostatnie kolejce zapewniła sobie utrzymanie. Oczywiście nie można postawić znaku równości między tymi dwoma sezonami, wtedy GieKSa była w zupełnie innym położeniu organizacyjno-finansowym.
Co robić w momencie tak olbrzymiego kryzysu? Oczywiście najłatwiej jest zwolnić trenera i liczyć na efekt nowej miotły, który nie jest gwarancją seryjnie zdobywanych punktów, ale jest gwarancją powiewu świeżości. Mam tutaj na myśli przede wszystkim innego charakteru treningi i co ważniejsze relacji z zawodnikami, bo to jest chyba bardziej kluczowe niż sam trening. W mojej opinii formuła między zawodnikami a Trenerem Paszulewiczem się wyczerpała, nie było widać chemii, jedności i spójności działania.
Pamiętam sezon, gdzie stery w klubie obejmował Trener Nawałka. Też zastał drużynę kompletnie rozbitą z masą zawodników doświadczonych, dla których GieKSa była przedostatnim przystankiem przed zjazdem do zajezdni w ich piłkarskiej karierze. Trener Nawałka z tego, co pamiętam, przyszedł na kilka kolejek przed zakończeniem rundy jesiennej i już wtedy budował sobie drużynę pod rundę rewanżową. Rundę, w której margines błędu był niewielki. Uznał, że potrzebuje wojowników młodych chłopaków, którzy zostawią serducho na boisku i nie odstawią nogi, a głowę wsadzą tam, gdzie niektórzy baliby się włożyć nogę. Po latach doświadczenia i obserwacji, które zbierałem, wydaję mi się, że było jedno ważne kryterium, które zadecydowało o tym, że postawił na młodych chłopaków w większości wychowanków. Ci młodzi chłopcy po prostu nawet nie zdawali sobie sprawy, o co toczy się gra. Po prostu wychodziliśmy na boisko i graliśmy, jakby to był nasz ostatni mecz. Nikt z nas nawet nie rozmawiał w kategoriach, co będzie, jak spadniemy, nas to po prostu nie interesowało, liczyło się tu i teraz. Oczywiście ogromna rola Trenera Nawałki, który nie bał się postawić na młodzież, zagrał va bank, podjął się wyzwania, a sytuacja był naprawdę kiepska. Zaległości w wypłatach sięgały 4 miesięcy, w klubie nie było siłowni, salki do ćwiczeń, odżywek, leków a pomimo tego potrafił nas zawsze zmotywować. Słowo kryzys u niego chyba nie istniało. Pamiętam jedną dość długą rozmowę w szatni, jako drużyna psychicznie byliśmy wrakami, zrzucaliśmy się na paliwo, bo ktoś nie miał jak dojechać na trening, niektórych chcieli wywalić z mieszkań, bo klub od kilku miesięcy nie płacił za wynajem właścicielom. Zarząd mamił nas kolejnymi obietnicami odnośnie do przelewów. Wtedy coś w nas pękło, zakomunikowaliśmy trenerowi, że w ramach protestu nie wychodzimy na trening. Trener wrócił po kilku minutach i powiedział piękne słowa, mniej więcej brzmiały one tak: rozumiem waszą frustrację, złość, niechęć, ale odpowiedzcie sobie na pytanie: co wam to da, komu zrobicie tym na złość czy myślicie, że ktoś na górze się tym zainteresuje? Jesteście w błędzie, jasne pracujecie po to, by mieć pieniądze, ale niekiedy trzeba zainwestować w siebie i to, że teraz siedzimy tu w tej szatni i za chwilę wyjdziemy na trening to, to jest wasza inwestycja w siebie, bo w ten sposób możecie powalczyć o lepsze jutro. Jeśli ktoś nie daje rady, niech podniesie rękę do góry, ja to zrozumiem i uszanuję, ale jeśli zdecydujesz się wyjść na trening, to liczy się tylko i wyłącznie boisko, tam masz dać z siebie maksa.
Jaka była reakcja nasza? Wszyscy wyszliśmy na trening, zapominając na jakiś czas o problemach. Trener Nawałka był świetnym motywatorem, potrafił idealnie zmotywować drużynę w momentach kryzysowych, nawet w momentach gdzie na dworze wiało, padał deszcz, temperatura okolice zera, a on potrafił wejść do szatni z uśmiechem i powiedzieć, że niebosa nas wysłuchały, mamy idealne warunki do gry jak w Anglii, gdzie murawa jest zawsze zroszona.
Wracając do obecnej sytuacji GieKSy, Trener Dudek stoi przed ciężkim zadaniem. Na pewno sytuacja, w której się znalazł, nie jest łatwa, początek pracy też nie napawał optymizmem, ale powoli widać, że drużyna odżywa. Było to widać w Bielsku, gdzie GieKSa wyglądała przede wszystkim dobrze motorycznie, organizacja gry w defensywie była na bardzo dobrym poziomie. Mam nadzieje, że to jest początek czegoś dobrego. Osobiście nie znam trenera Dudka, ale bije od niego taki optymizm, a tego teraz potrzeba, bo już bardzo dużo złego się wydarzyło i wytykanie sobie błędów, obrażanie się na siebie do niczego dobrego nie doprowadzi. Potrzeba trochę uśmiechu i przywrócenia radości z tego, co się robi, bo było widać po zawodnikach, że sytuacja, w jakiej się znaleźli, stłamsiła ich psychicznie. Z tego, co wiem, Trener dużo rozmawia z zawodnikami, zaraża ich optymizmem i przede wszystkim wiarą, bo niekiedy optymizmem, wiarą i pewnością siebie więcej zdziałasz niż umiejętnościami piłkarskimi.
Kończąc ten felieton prośba do Was: wiem, że nawalili, że wszyscy myśleliśmy, że cała ta liga będzie oglądała nasze plecy. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna, ale trudno stało się. Czasu już nie cofniemy, na przeszłość nie mamy wpływu, ale na przyszłość już tak. Uwierzmy w tych chłopaków na nowo, pokażmy im, że jesteśmy z nimi tak, jak zrobiliśmy to w Bielsku, gdzie graliśmy w 12, uwierzcie mi, że oni to czują. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaki to jest kop energetyczny, jak słyszysz, że kibice dają z siebie maksa, gdzie każdą przyśpiewkę śpiewają na 100 procent, to naprawdę słychać na boisku. Ważne mecze przed nami, a w sobotę kolejny przystanek.
Tychy to mecz o 6 punktów. Na stadionie będziemy w mniejszości, ale zróbmy im tam piekło, niech nasi zawodnicy czują, że jesteśmy z nimi, a ci, co zostaną w domach: trzymać kciuki przed telewizorami, niech hasło, które sami wymyśliliśmy, CAŁA GIEKSA RAZEM nie będzie pustym sloganem. Do zobaczenia w sobotę w Tychach a tych, których nie będzie, zapraszam w środę na Bukową.
Luka Modrić
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Mecza
22 listopada 2018 at 11:41
Super tekst.
Kicia
22 listopada 2018 at 13:56
Trzeba ogolić te tyskie dzbany na ich obiekcie 🙂
Irishman
23 listopada 2018 at 10:48
Świetny felieton!
Ja parę dni temu pisałem swój o sytuacji klubu i gdy byłem gdzieś w połowie….. to naszła mnie myśl – po co ten tekst? Po co rozkminiać ten kryzys, w którym się znaleźliśmy? Tu trzeba przede wszystkim z niego wyjść, a nie o nim pisać. No i dałem spokój.
Kilka dni później przeczytałem wywiad z trenerem. Zaintrygowały mnie dwa fragmenty:
„…Zorientowałem się, dlaczego zawodnicy, będąc w innych klubach, spisują się dobrze, a tu im tak nie wychodzi, nie potrafią. Dosyć szybko zdiagnozowałem problemy, ale nie chcę w tym wypadku mówić o szczegółach, zachowam je dla siebie…..”
…..”Muszę jeszcze podkreślić, że to wszystko, co się dzieje, to nie tylko wina piłkarzy. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że temu klubowi się źle życzy i szuka się tylko dziury w całym. Jest jakaś zawiść, jakiś zły PR wokół GieKSy…… Nie rozumiem, dlaczego o GKS mówi się źle, i jako trener chciałbym to zmienić. Wiem, że kibice są zdegustowani wynikami, postawą drużyny i piłkarzy, bo na nich spada odpowiedzialność za wynik…..”
I tak się zacząłem zastanawiać, czy skoro kolejny osoba związana z klubem od środka zwraca uwagę (choć może trochę między wierszami), że kibice pomimo swoich najszczerszych chęci, pomimo całego oddania dla klubu mogą jednak jakoś destruktywnie wpływać na wyniki, to może coś w tym jest?????