Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Filip Burkhardt: GKS zasłużył na awans, Arka spieprzyła sprawę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Z Filipem Burkhardtem, byłym zawodnikiem GieKSy oraz zapalonym kibicem Arki Gdynia, porozmawialiśmy o końcówce sezonu, zaprzepaszczonych przez gdynian szansach na awans, przyszłości GKS-u w Ekstraklasie i pracy w… Norwegii. Zapraszamy.

GieKSa.pl: Filip, nie sposób zacząć inaczej niż po prostu spytać: co u ciebie słychać?
Filip Burkhardt: Wszystko dobrze. Wykurowałem się z kilku poważnych kontuzji. Wróciłem do Polski i obecnie gram w Gryfie Wejherowo. Robię kilka kursów i trochę rzeczy niezwiązanych z piłką.

Końcówka twojej przygody w GieKSie to kontuzja, a później odejście do Olimpii Elbląg.
Zgadza się, w GKS-ie złapałem kontuzję kolana. Później odszedłem do Olimpii Elbląg, gdzie przytrafiła mi się jeszcze gorsza kontuzja, bo zerwałem Achillesa i kolejne 8 miesięcy się leczyłem. Z Elbląga trafiłem do II ligi do ŁKS-u Łódź, z którym zrobiliśmy awans na zaplecze Ekstraklasy.

No właśnie, kiedy wydawało się, że jeszcze trochę pograsz, to po ŁKS-ie przyszła Bytovia, Radunia i wyjazd do Norwegii.
Powrót do Bytowa i granie w Stężycy były już związane z poważną chorobą mojej córki. Chciałem być blisko domu, stąd gra właśnie w tych dwóch klubach. Wyjazd do Norwegii rozwinął się inaczej, niż planowałem. Miałem jechać zagrać tylko trzynaście meczów, ale zostałem na dłużej.

Grając w Bytowie przyczyniłeś się do spadku GieKSy z pierwszej ligi…
Tak, dołożyłem cegiełkę do spadku, ale dzięki temu mogę mówić, że również dzięki mnie GKS się oczyścił i odbudował. W ogóle moje losy przeplatały się z GieKSą już wcześniej – ostatnio sobie sprawdziłem, że w sezonie 2004/2005, kiedy debiutowałem w Ekstraklasie w barwach Amiki Wronki, swoją pierwszą bramkę w seniorskiej piłce zdobyłem właśnie przeciwko GKS-owi. Wygraliśmy w Katowicach bodajże 4:1.

Ostatnia twoja przygoda, to wyjazd do Norwegii i gra w FK Toten. Skąd pomysł na taką końcówkę kariery?
Kiedy wyjeżdżałem FK Toten grało na trzecim poziomie rozgrywkowym. Trafiłem do Norwegii w sezonie, kiedy szalał COVID, a tam wszelkie restrykcje były bardzo przestrzegane. Grano jedynie pół rundy i właśnie na te pół rundy, a dokładniej na trzynaście spotkań miałem pojechać i pomóc zespołowi.

Okazało się, że zostałeś na dłużej.
Tak. Wykonaliśmy cel, jakim było utrzymanie i postanowiłem zostać. Niestety w kolejnym sezonie spadliśmy do IV ligi. Pograłem jeszcze dwa lata i w styczniu tego roku wróciłem do Polski.

Jak wyglądało życie i organizacja w III-ligowym norweskim klubie?
Jeśli wyjeżdżasz samemu, bez rodziny, to moim zdaniem jest dosyć ciężko. Przez większą część roku jest zimno, nie ma zbyt wielu rzeczy do roboty na świeżym powietrzu, dlatego samemu szybko zaczynasz się nudzić. Mnie z początku bardzo się podobało – wyjazd za granicę, nowi ludzie, nowe otoczenie, nowe realia. Jednak tęsknota za domem z każdym dniem doskwierała.

Można się utrzymać z grania w III lidze?
Nie, na takim poziomie musisz łączyć wszystko z pracą. Klub zapewnia ci mieszkanie i podstawową wypłatę, ale oprócz tego organizuje codzienną pracę. W regionie, w którym byłem, ciężko było o jakąś super pracę, dlatego klub załatwiał pracę głównie w sklepach. Ja natomiast trafiłem do fabryki żywności, gdzie normalnie miałem zmianę na maszynach pakujących żywność w foliowe opakowania. Pracowałem codziennie od 7:00 do 15:00, a później na trening.

Łatwo odnalazłeś się w takiej nowej rzeczywistości? Dopiero do świętowałeś awans z ŁKS-em Łódź.
Mega łatwo, w ogóle mi to nie przeszkadzało. Nie wstydziłem się tego, tylko zasuwałem. To było też nowe doświadczenie dla mnie i czułem sporą odpowiedzialność, ponieważ tylko trzech zawodników dostawało pieniądze również z klubu. Mieliśmy za cel podnoszenie poziomu drużyny, przekazywanie doświadczenia. Reszta chłopaków grała totalnie amatorsko, zdarzało się, że na treningu było 10 osób, bo akurat kilku miało popołudniową zmianę w swoich zakładach pracy.

Wróćmy na nasze podwórko. W sezonie kiedy byłeś w GieKSie nasz zespół zakończył sezon na 4. miejscu z trenerem Brzęczkiem na ławce. Czego twoim zdaniem wtedy brakowało do awansu?
Na pewno umiejętności piłkarskich. Jak ja przychodziłem do klubu, to GieKSa stawała dopiero na nogi, jeśli chodzi o finanse, kontraktowanie lepszych zawodników. Był to moim zdaniem taki czas, kiedy klub się wielu rzeczy uczył i nie był jeszcze gotowy na wejście na ten najwyższy poziom. Co nie zmienia faktu, że atmosfera w zespole była świetna. Do dziś bardzo miło wspominam relacje z Grzegorzem Proksą czy Wojciechem Cyganem. Mogę śmiało powiedzieć, że to dzięki nim moja córka trafiła do szpitala w Katowicach, gdzie uratowano jej życie. Skład mieliśmy faktycznie ciekawy – przecież w tamtym zespole mieliśmy zawodników, którzy później szli wyżej – Rafała Pietrzaka, Alana Czerwinśkiego, Goncerz walił bramkę za bramką, ale koniec końców w starciu z Arką Gdynia i Wisłą Płock byliśmy po prostu piłkarsko za słabi.

Wtedy Arka świętowała, a dziś… Pomyślałbyś cztery kolejki przed końcem obecnego sezonu, że nie będzie Ekstraklasy w Gdyni w przyszłym sezonie?
Myślę, że nikt się tego nie spodziewał w Gdyni. Nikt nie przypuszczał, że Arka roztrwoni taką przewagę, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jakie mecze miała do rozegrania. Myślę, że dla tej końcowej porażki Arki kluczowe były debry z Lechią, gdzie przez minimalizm w konsekwencji zapłaciliśmy brakiem awansu. Byliśmy piłkarsko zdecydowanie lepszym zespołem, mieliśmy sporo świetnych okazji. Porażka dobiła zespół i czuło się, że z Katowicami, zwłaszcza tak nakręconymi, będzie bardzo ciężko.

Jak z perspektywy trybun wyglądał mecz Arki z Motorem?
Szok i niedowierzanie. Nikt nie wierzył, że drużyna aż tak to spieprzy, bo trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Oglądałem ten mecz w gronie kilku kolegów piłkarzy i wszyscy w trakcie spotkania powtarzali: „trzeba dobić, trzeba dobić”. Nie udało się, Arka nie wykorzystała swoich szans i dostała, jak to się teraz mówi: “mokrą szmatą w ryj”.

Arka w I lidze, a GKS w Ekstraklasie. Jak oceniasz szanse tych drużyn w swoich ligach?
Jeżeli chodzi o Arkę, to musi dojść do wielu zmian w dziale sportowym, w działach skautingu. Arka jest takim klubem tutaj w regionie, który musi stawiać na szkolenie, na młodzież i wychowanków. Powinien to być projekt długofalowy, a nie taki, który polega na doraźnym dobieraniu zawodników. Myślę, że prezes ma tego świadomość i w najbliższym czasie otoczy się w klubie ludźmi, którzy też mu dobrze będą podpowiadać w tematach sportowych, bo biznesowego nosa ma bez wątpienia. Moim zdaniem wzorem dla Arki powinno być Zagłębie Lubin, jeśli chodzi o szkolenie młodzieży i organizację pracy akademii. Co do GKS-u to z pewnością bez dwóch zdań zasłużyli na awans, grali świetną piłkę. Widać było, że GieKSa idzie po swoje, że są naładowani, że mają pomysł i wiedzą, co chcą grać. Wydaje mi się jednak, że mimo to w Ekstraklasie bez wzmocnień się nie obejdzie. Przykłady Ruchu i ŁKS-u pokazują, że bez dołożenia kilku przemyślanych wzmocnień może być ciężko. Sam jestem ciekaw, jak to będzie wyglądało, bo kilka miesięcy temu mało kto realnie myślał w Katowicach o Ekstraklasie, a dziś to się spełnia. Życzę trenerowi Górakowi, by dostał duży kredyt zaufania od kibiców i władz klubu.

Na koniec jeszcze pytanie o sprawy prywatne. Jak dzisiaj wygląda sprawa ze zdrowiem Latiki?
Wszystko dobrze, dziękuję bardzo. Za nami szósty rok po operacji w Katowicach. Jest w pełni zdrowa, tańczy, skacze, śpiewa i dziś po poważnej operacji nie ma już śladu. Nic tylko dziękować Bogu, że tak się to wszystko potoczyło i lekarze uratowali jej życie.

Dzięki.
Dzięki i powodzenia w Ekstraklasie Panowie!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Rafał Strączek 2029!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rafał Strączek podpisał nowy kontrakt z klubem, a ogłoszenie tego miało miejsce przed piątkowym spotkaniem z Motorem Lublin. Tym samym ucięto medialne spekulacje o przeprowadzce do Poznania. 

Nowa umowa będzie obowiązywać do czerwca 2029 roku. Bramkarz, po wejściu do pierwszej jedenastki, świetnie się spisuje i ma wielki udział w wynikach GKS Katowice. W tym sezonie w 23 spotkaniach 8 razy zachował czyste konto.

Piłkarzowi życzymy zdrowia, dalszych dobrych występów i sukcesów z naszym klubem. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga