Felietony
Historia tracenia złudzeń
Powiedziałbym, że piszę ten artykuł na spokojnie. Powiedziałbym, gdyby to była prawda. Na razie w GKS Katowice mamy bezkrólewie, choć pewnie w środowe popołudnie wszystko będzie już jasne. Na Bukowej pojawi się nowy szkoleniowiec, który… podzieli kibiców. Kimkolwiek by nie był, na pewno wzbudzi większe kontrowersje niż ustępujący ze stanowiska Kazimierz Moskal. Były zawodnik i trener Wisły Kraków spędził w Katowicach ponad rok.
Szkoleniowiec nie miał łatwego początku. Przyszedł w trudnym momencie, po klęsce GieKSy 0:5 w Bełchatowie oraz wygranym co prawda, ale w bardzo kiepskim stylu, meczu z Miedzią Legnica. W debiucie Moskal dostał łomot 0:3 i… zaczęło się. Zaczął się… marsz w górę tabeli.
GKS seryjnie wygrywał, a już na pewno nie przegrywał meczów (poza pojedynczymi wpadkami). Świetna trylogia z ROW, Arką i Dolcanem u siebie, cudowny mecz z Olimpią Grudziądz, pierwsze w historii zwycięstwo w Niecieczy. To wszystko mówiło ni mniej, ni więcej to, że w końcu nadszedł czas na awans do ekstraklasy.
Nie tylko wyniki jednak powodowały optymizm u kibiców. GKS grał efektownie, a wymienność pozycji, prostopadłe podania, sytuacje sam na sam (wykorzystywane!) sprawiały, że chciało się tę drużynę oglądać. Pitry w ataku? Fonfara w pomocy? Żaden problem, żeby zamienić się pozycją i żeby to ten pierwszy z pozycji dziesiątki zagrywał prostopadle. Wróbel na skrzydle? To damy go na ofensywnego pomocnika albo nawet napastnika – poradzi sobie. Do tego Wołkowicz w bardzo dobrej formie, super rezerwowy Goncerz, pewnie spisująca się obrona, świetny Budziłek. Mieliśmy w tym momencie chyba drugą najlepszą – poza czasem Adama Nawałki – drużynę od czasu awansu na zaplecze ekstraklasy. Kazimierz Moskal był idolem katowickich kibiców, bo poukładał ten zespół kapitalnie i tchnął w niego także swoją wizję gry – wizję skutecznie realizowaną. Jego nazwisko było skandowane po zakończonych meczach.
Szpetnie to zostało zaprzepaszczone przez drużynę na wiosnę. Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, co się stało. Najpopularniejsza była teoria „hamulcowych” w drodze do awansu. O ile jeszcze mecz w Nowym Sączu był dobry, ale przegrany, to potem była już tylko stopniowa degrengolada. Jeszcze połowa z Bełchatowem mogła dawać nadzieję, ale to był ten moment, kiedy zawodnikom z niewiadomych przyczyn nagle zachciało się grać w piłkę. I grali świetnie, zdominowali rywala, który kilka miesięcy później stał się rewelacją początku sezonu ekstraklasy, z wygraną na Łazienkowskiej na czele.
Trener zdecydowanie stracił panowanie nad zespołem. Sromotne klęski w Legnicy i Gdyni przedzielone remisem z Górnikiem Łęczna nie zadowoliły nikogo. Po tym drugim spotkaniu, przegranym z Arką 0:3, szkoleniowiec na konferencji prasowej powiedział:
„Jeżeli zespół po rundzie jesiennej jest trzeci, ma tyle samo punktów co drugi w tabeli Bełchatów i w sześciu kolejnych meczach na wiosnę nie potrafi wygrać meczu, zdobywając zaledwie dwa punkty, to ja to biorę na siebie. Ten zespół wymaga, żeby nim wstrząsnąć i z dniem dzisiejszym składam rezygnację z funkcji trenera GKS Katowice”.
Na moje pytanie z tamtejszej konferencji „co to znaczy, że tą drużyną należy wstrząsnąć?” trener odpowiedział:
„Że przyjdzie nowy trener i będzie w stanie wymusić na nich coś więcej”.
Wymusić na nich coś więcej… Nieraz wracałem myślami do tej wypowiedzi trenera i tak naprawdę była dla mnie ona jednoznaczna i klarowna. Mówiąca o tym, że szkoleniowiec nie ma posłuchu w zespole, że piłkarze żyją swoim własnym życiem i wpływ trenera jest znikomy. A jednak – Kazimierz Moskal pozostał na stanowisku. Do końca rundy zespół spisywał się fatalnie i na 16 meczów wiosny 2014 wygrał tylko 2, co było wynikiem haniebnym, ale kibice zrzucali to głównie na piłkarzy i chyba nie byli w tym bez racji.
Po sezonie pożegnano się z mitycznymi „hamulcowymi”. W ich miejsce ściągnięto nowych, głównie doświadczonych pierwszoligowców. Takie nazwiska jak Bodziony, Ceglarz czy Kujawa nie były anonimowe i naprawdę wydawało się, że to jeden z lepszych zaciągów w ostatnich latach. Tymczasem początek sezonu okazał się słaby – nawet mimo pierwszego od lat zwycięstwa na inaugurację. GKS przegrał dwa kolejne mecze ligowe i odpadł u siebie ze słabeuszem z Głogowa w Pucharze Polski. Tym razem już nie tylko drużyna, ale i trener byli na cenzurowanym. Raz szkoleniowiec uciekł spod topora wygrywając w Świnoujściu w doliczonym czasie gry. GKS zaczął królować na wyjazdach, bo wygrał 3 mecze z rzędu. U siebie jednak było fatalnie, remisy z Chojnicami czy Głogowem, fatalna porażka z Wigrami. Drugi raz topór zawisł nad trenerem właśnie po meczu z ekipą z Suwałk i znowu świetnie spod niego uciekł, bo wygrał w Bytowie 4:1. W końcu po serii meczów bez wygranej na Bukową przyjechał Stomil i po fatalnym meczu udało się wygrać w ostatniej akcji 2:1.
Jednak te ostatnie mecze naprawdę oglądało się tak, że aż zęby bolały. Widzieliśmy ludzi, którzy męczą się na boisku, nie realizują założeń, nie potrafią prosto kopnąć, przyjąć, do tego tracą bramki po kuriozalnych błędach, nie walczą. Słowo „marazm” zaczęło się przewijać coraz częściej wśród katowickich kibiców. Następowała taka piłkarska depresja. Bo najgorszym i najgorzej rokującym przejawem depresji jako choroby nie jest smutek, złość, rozpacz. Najgorsza jest obojętność, bo ona tak naprawdę nie ma szans nadać kierunku akcji. To jest stagnacja, nicość, nieistnienie, powolna i niezauważalna śmierć. I taka nicość i obojętność pojawiała się w sercach kibiców. Nie było już widać charakterystycznej złości, a czasem nawet furii po porażkach. Widziałem zniechęcenie i brak energii. Postawa zespołu była tak zła, że nawet Blaszokowi nie chciało już się gwizdać, czy wyrazistymi okrzykami nawoływać piłkarzy do wzięcia się w garść. Bierność i brak energii…
Presji na konferencjach prasowych zaczął nie wytrzymywać Kazimierz Moskal, który z Pawłem Czado czy Andrzejem Zowadą wdał się w zupełnie niepotrzebne przepychanki słowne. Podejrzewam, że związane z frustracją i również odczuwalnym przez trenera marazmem.
Kazimierz Moskal odchodzi z GieKSy. Według mnie to bardzo dobry fachowiec, ma swój pomysł, swoją wizję prowadzenia zespołu, taktyki, wprowadzania nowych elementów. Oczywiście, gdzieś tam zdarzały się merytoryczne pomyłki, jak na przykład próba wprowadzenia gry piątką obrońców. Szkoleniowiec nie potrafił przetłumaczyć bocznym obrońcom, że mają się wracać, bo są właśnie obrońcami przede wszystkim, a nie pomocnikami. Dlatego nasze szeregi obronne były bardzo rozrzedzone. Patrząc jednak na całokształt problem był zgoła odmienny niż kwestie czysto piłkarskie – szkoleniowiec po prostu może osiągać bardzo dobre wyniki, ale tylko wtedy, gdy będzie współpracował z profesjonalistami. W GieKSie to nie miało miejsca. Moskal nie ma cech lidera, przywódcy, tak żeby dotrzeć do zmanierowanego towarzystwa pod tytułem polscy piłkarze, a już piłkarze GKS Katowice w szczególności. To szatnia podejmowała decyzję. Gdy nam się chce na sto procent, to bierzemy pod uwagę wskazówki trenera – i wtedy jest wspaniale. Jeśli nie – trener nie ma nic do powiedzenia.
Można mieć pretensje do szkoleniowca, że tak długo był na stanowisku. Tak naprawdę zobaczył przecież dokładnie co się dzieje już dużo wcześniej i to, co powiedział w Gdyni pozostało aktualne aż do dzisiaj. Dlaczego nie odszedł? Nie wiemy. Szkoleniowiec postanowił tkwić w tym marazmie i w sumie niestety trochę szargać swoje nazwisko współpracując z tym zespołem. Być może wierzył, że po zmianach kadrowych zespół znów zacznie grać, jak na profesjonalistów przystało. Pomylił się i nie zdziwiłbym się, jakby mu pewnego rodzaju trauma związana z pracą jako trener w ligowym klubie pozostała.
„Musi przyjść do GKS trener, który będzie w stanie wymusić na nich coś więcej…” – te słowa aż dźwięczą w uszach. Diagnoza wygłoszona w kwietniu przez osobę, która wie najlepiej, dlaczego w GieKSie nie jest tak jak powinno. I nawet częste słowa trenera „nie wiem” nie przekonywały mnie. Myślę, że wiedział, ale nie chcąc wkładać kija w mrowisko i dla świętego spokoju, nigdy nie powiedział, co tak naprawdę jest przyczyną…
Z tego miejsca pozostaje mi jedynie podziękować trenerowi Kazimierzowi Moskalowi za trud włożony w pracę w GieKSie i te chwile radości i nadziei, które mogliśmy przeżyć zeszłej jesieni. Naprawdę wspaniale oglądało się momentami ten zespół. Dzięki trenerze, powodzenia w dalszej karierze i proszę się nie zrażać piłkarzami. Może kiedyś zmienią swoją mentalność i zaczną podchodzić do zawodu tak, jak należy.
Michał Murzyn – Shellu
Redaktor Naczelny GieKSa.pl
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


FCD
28 października 2014 at 20:10
Przyjdzie Cecherz a ADHD, z którym nie wygramy żadnego meczu. Przynajmniej będzie ubaw jak będzie osioł latał od budy do budy.
Zwolnienie Moskala musi się zemścić i na to nie ma rady.
GieKSiarz
28 października 2014 at 20:14
Co tu dużo pisać. Podpisuje się pod w/w słowami. Kilka błędów kadrowych które nie miały wpływu na wynik spotkania popełnił. Stracił autorytet i to dlatego stało się jak się stało… szkoda…
fan-club dortmund
28 października 2014 at 23:14
a ja mysle ze czas przypomniec pilkarzykom pewne spotkanie kolo ronda w katowicach…za trenera co chorzowskie mial korzenie…krotko i zwiezle napier…ic i przychodzic na treningi i patrzec jak trenuja co z siebie daja….bo jezeli te zelowe ludziki nie umieja przez 90 min przynajmniej walczyc do upadlego to wsadzic ich w winde i na poziom 800 ich spuscic na tydzien niech zobacza co to praca…
Mat
29 października 2014 at 01:54
Zwolnienie trenera w momencie kiedy gramy 5 spotkań z dołem tabeli to nie jest dobry pomysł. 30 punktów było do zdobycia w tej rundzie a tak każda przegrana i remis będą nas przybliżały do strefy spadkowej… Nikt chyba nie jest w stanie wyobrazić sobie GieKSy bez Goncerza a to morze być rzeczywistość w rundzie wiosennej. Młody zespół (jak na warunki pierwszej ligi) bez nominalnego prawego obrońcy z zaledwie dwoma przeciętnymi defensywnymi pomocnikami ma walczyć o awans? Bez żartów.
tyta
29 października 2014 at 09:10
… przeczuwałem, że po meczu z Dolcanem będzie „tąpnięcie na Bukowej” i nastąpi zmiana trenera. Rok temu cieszyłem się i zarazem dziwiłem, że dobry szkoleniowiec Kazimierz Moskal chce pracować w tym klubie gdzie brak narzędzi do pracy, profesjonalizmu i kasy jak na tak wielkie oczekiwania (póki co chyba tylko kibiców)… powrót do ekstraklasy. Ktokolwiek przyjdzie po Kazimierzu Moskalu nie zrobi w tym klubie nic jeśli nie zmieni się władz klubu. Nasza piękna historia była oparta na węglu i na śpi Marianie Dziurowiczu. Byli wówczas sponsorzy -> kasa -> władze klubu które w sercu mieli wyryte GKS KATOWICE a cała reszta była już tego przyjemną konsekwencją – piłkarze sami chcieli w tym klubie grać. Na obecnych zawodnikach nie działają okrzyki z trybun „zagraj GieKSa jak za dawnych…” bo oni tego po prostu nie znają. Dziękuję i życzę powodzenia Kazimierzowi Moskalowi a my cóż pozostaniemy z cygańską mizerią.
Gieksik
29 października 2014 at 09:20
Każdy trener na świecie Nawałka, Moskal, Guardiola, del Besque itd który przejdzie przez GieKSę dojdzie do tych samych wniosków – w obrecnej sytuacji może być w Katowicach tylko przeciętność, która nie satysfakcjonuje kibiców i trudno się dziwić. Coś mi się wydaje że prezesowi i spółce może o to chodzić ” przyzwyczajcie się do I ligi bo z awansem do „ekstraklasy” jest dużo pracy, mniej wygodnie, dużo problemów.
Edmund.
29 października 2014 at 13:25
Najbardziej to boli tekst o tym ze piłkarze sa zmanierowani i nic im sie nie chce, nawet jakby przyszedł Mourinho to by na nich nic nie wymusił, taki jeden piłkarz z drugim nie jest głupi, on jeszcze ma kilka lat grania zanim przestanie grać, teraz on sobie nie będzie wypruwał żył bo sie nabawi kontuzji i nie będzie miał rodziny za co utrzymać. Piłkarze w wieku 30 lat grający w drugiej polskiej lidze już chyba nie mają złudzeń co do własnej kariery… :/
Marcin
29 października 2014 at 14:54
Jeśli z „szatnią” jest tak jak w artykule to …. po co trener?
A może zagrać vabanque?
Trener tylko po to żeby spełniać wymogi 1 ligi, ale od razu powiedzmy piłkarzom, trener się nie wtrąca a „szatnia” ustala kto gra i jak gra.
Na koniec rundy za awans – ekstra premia.
Brak awansu – kontrakty o 25% w dół.
Wiem, że to pomysł z kosmosu, ale jeśli ktoś uważa że nie potrzebuje kierownictwa trenera i lepiej wie jak ma grać to proszę bardzo…